Potrzeba czuwania


 

„Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym”   (Łk, 21, 36)

 

 

Czuwanie kojarzy się nam przede wszystkim z nie spaniem w godzinach nocnych, „strzegący nocne straże” pasterze ujrzeli Anioła Pańskiego, który oznajmił im radosną wieść o urodzeniu Jezusa. Niekoniecznie czuwali apostołowie, którzy posnęli, gdy Jezus modlił się w Ogrójcu. Bodaj najbardziej przejmująco pisze o tym św. Marek w swojej Ewangelii.

Czuwanie w Piśmie św. to jednak coś znacznie więcej niż tylko powstrzymanie się od snu. Chrześcijanin powinien czuwać przez cały dany mu przez Boga czas. I trudno uznać to za heroizm. Jest to raczej kwestia dobrego nawyku, konfrontowania tego co robię i co mówię z przekazem Dobrej Nowiny.

W czuwaniu nie mamy być podobni do zająca, który skulony pod krzakiem drży i czuwa, by nie stać się łupem drapieżnika czy myśliwego (niestety!).

Czuwanie pozwala nam dostrzec to, co w codziennym zabieganiu mogłoby ujść naszej uwadze. Czuwanie jest więc także czujnością. Czujnością na mojego bliźniego, na jego problemy, cierpienia, łzy. Jeśli tej czuwającej czujności nam zabraknie, to możemy przejść przez swoje życie doskonale obojętni na innych i to niekoniecznie ze złej woli.

Czuwanie jest też nieodłącznym atrybutem mądrości. Mądry człowiek wie, że ma dążyć do królestwa, które nie jest z tego świata. Czuwanie ma zapobiec temu, by mimo woli nie zrobił sobie tego królestwa tu i teraz, wpierw ogłosiwszy się królem. Czuwanie pozwala też oprzeć się pokusie zła, a diabeł, jak mówi Pismo św., krąży wokół nas jak lew ryczący.

Jezus wzywając nas do czuwania i czujności czyni to z miłości, nie chce aby ten, za kogo oddał swoje życie stał się łupem Złego. Czuwając możemy spojrzeć w „twarz” Złego i odwrócić się od niego.

„Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”

Cierpliwość ogrodnika


 

„I opowiedział im następującą przypowieść:” Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika:” Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je : po co jeszcze ziemie wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział:” Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopie je i obłożę nawozem; może wyda owoc .A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”        (Mt 13, 6-9)

 

 

Pan – właściciel winnicy jest cierpliwy. Trzy lata czekał na zbiory, przychodził z nadzieją, że może tym razem ujrzy upragniony owoc i nic. To nie jest miłe uczucie, gdy wkładamy w coś naszą pracę, nasze nadzieje i okazuje się na koniec, że wszystko to na próżno. Reakcja Pana jest jak najbardziej zrozumiała i słuszna, każdy ziemski właściciel tak właśnie by postąpił. Ale Jezus opowiadając tę przypowieść nie przekazuje instrukcji z zakresu poradnictwa ogrodniczego.

            Bóg jest właścicielem ogrodu, to On go stworzył, umieścił w żyznej glebie, zsyła słońce i deszcz, aby drzewa przynosiły owoc. To my jesteśmy bohaterami tej przypowieści. To od nas Bóg oczekuje dobrego owocu, przychodzi „co rok” i cierpliwie czeka.  To bardzo ładnie z Jego strony, ale niech to nie wpędza nas w głupkowaty optymizm.

Polecenie dane ogrodnikowi jest jednoznaczne. To prawda, ogrodnik prosi o jeszcze jeden rok, (miejmy nadzieję, że symboliczny rok) chce jeszcze usilniej zadbać o drzewo. To wzruszająca prośba, ale nawet On miłosierny i cierpliwy Ogrodnik – Jezus, mówi o wycięciu drzewa, gdy dalej nie zaowocuje. „Możesz je wyciąć”, możesz czyli nie musisz – to kolejna odsłona naszej nadziei.

Warto wszakże pamiętać o słowach Jana Chrzciciela:” Już siekiera do korzenia drzew przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone”

Dzień siódmy

                                                                                                                                                     

I dokonał Bóg w dzień siódmy dzieła swego które uczynił: i odpoczynął w dzień siódmy od wszelkiego dzieła swego, które sprawił. I błogosławił dniowi siódmemu i poświęcił go: iż weń odpoczynął od wszelkiego dzieła swego, które stworzył Bóg, aby uczynił”    (Rdz 2, 2-3)

 

Odpoczynek, czy jak kto woli, zatrzymanie się, jest wpisane w naturę człowieka. Bóg też odpoczął po stworzeniu świata. Człowiek który jest na Jego obraz i podobieństwo, też otrzymał dar odpoczynku. Nasi starsi bracia Żydzi mają szabat, my chrześcijanie – niedzielę. W tym dniu wszyscy mają odpocząć i to nie tylko aby nabrać sił do pracy, ale także, a może przede wszystkim by pomyśleć po co żyję i dla kogo żyję. Zagubiliśmy te ważne pytania przez nieustanny pośpiech. Już nie idziemy przez życie, ale biegniemy. Biegnąc popychamy i potrącamy innych bo nam przeszkadzają. Wpatrzeni w cel, w metę, widzimy tylko ją, kiedy dobiegniemy zamiast radości i ukojenia – przesuwamy ją dalej i znów biegniemy. Właściwie należałoby stworzyć nową kategorię człowieka, obok człowieka pracy, człowieka zabawy, jeszcze człowieka pośpiechu.

Kim jest ów wiecznie spieszący się człowiek? Trudno powiedzieć, ale najbardziej ceni czas, bo czas to pieniądz. Pędzi przez miasto samochodem i zyskuje dwie minuty, jadąc na urlop w ten sam sposób, zaoszczędza dwie godziny. Nie rejestruje mijanych krajobrazów, ale przedłuża urlop o dwie godziny. Zwiedzając miasto spieszy się obejrzeć wszystkie jego zabytki, w górach w pośpiechu „zalicza” najważniejsze szczyty. Ideałem jest połączenie „odpoczynku” i biznesu. Dwa w jednym i bynajmniej nie chodzi tu o szampon i odżywkę.

Na świat patrzy racjonalnie – spieszyć się warto bo to daje profity. Kontrahenci – tak, przyjaciele – nie, a jeżeli już to kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak… ludzie spieszący się. Racjonalny jest poranny prysznic, modlitwa już nie, kawa daje „kopa”, zdanie z Ewangelii tylko niepokój, cóż z tego, że twórczy, takiej twórczości nie da się zamienić na papiery wartościowe.Odpoczynek to regeneracja sił potrzebnych do kolejnego biegu, wizyta w teatrze to pokazanie się i możliwość nawiązania korzystnych kontaktów, spacer po lesie – ile desek można zrobić z drzew. Literatura – tylko fachowa, studia tylko takie, które dają możliwość dobrze płatnej pracy.

Człowiek spieszący się wie, że nie jest sam, inni też biegną. Ktoś uścisnął dwadzieścia dłoni potencjalnych kontrahentów, on się „zepnie” i uściśnie dwadzieścia pięć. Przeszkody należy nie zatrzymując się omijać, a ponieważ najczęściej są to nasi bliźni, to w ramach solidarności między ludzkiej, można im w biegu przekazać swoje życiowe motto: ”nie mam czasu”. Człowiek spieszący nie spieszy się tylko kochać ludzi – poeci to nie są idole człowieka spieszącego się.

„Zatrzymaj się i pomyśl po co żyjesz”

Chrześcijanin na co dzień


 

Przed wielu laty słuchałem rekolekcji prowadzonych przez oblata ks. W. Łyko. To była bez żadnej przesady uczta duchowa. Ale powiedział on zdanie, które niemal wzbudziło moje zgorszenie. Otóż stwierdził , że można całe życie spędzić przy łóżku chorego, a na koniec usłyszeć od Jezusa: „Nie znam cię”. Dopiero uważne zamyślenie nad” Hymnem o miłości” św. Pawła uświadomiło mi jak bardzo miał rację ów rekolekcjonista. Apostoł mówi to jeszcze bardziej radykalnie, możesz wszystko rozdać, ciało wydać na spalenie, a jeśli nie masz miłości, będziesz nikim, staniesz przed Bogiem bez imienia.

Mamy niezłe zdanie o sobie jako o społeczeństwie, wprawdzie Norwid gorzko stwierdza:” Oto jest społeczność polska! Społeczność narodu, który nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden.” Ale kto tam słucha dziś Norwida skoro można posłuchać… no dobra nie będę mówił kogo. Każdy kto wątpi w moralną doskonałość naszego społeczeństwa, naszego Kościoła, naraża się na zarzut kalania własnego gniazda. No to jeszcze raz Norwid:” Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?” Aż dziw bierze, że jeszcze zbiorowo nie zostaliśmy kanonizowani. Ale świętego Jana Pawła mamy, świeczki Caritasu kupujemy? – No kupujemy. A na Owsiaka to niby kto daje ? Może w kościołach robi się nieco luźno, ale w takich Niemczech to kościoły rozbierają, bo nikt do nich nie chodzi. Niechby ktoś u nas spróbował!  A przecież są jeszcze procesje, drogi krzyżowe i rozświetlone cmentarze we Wszystkich Świętych. No cóż nie lekceważę tego, taka tradycja i zwyczaje.

Kiedy jednak dzwony ucichną i wtopimy się, jak to ładnie mówią socjolodzy, w tkankę społeczną to gryziemy, warczymy i szczerzymy na siebie kły. O co? Właściwie o nic W większości to szczerzenie kłów pozbawione jest choćby cienia racjonalności. Kierowca który trąbi na mnie i wariacko wyprzedza, po kilkudziesięciu sekundach zatrzymuje się pod tym samym co ja czerwonym światłem. Lekarka, która z trudem ukrywa swoje niezadowolenie z mojej wizyty, jeśli tych wizyt nie będzie miała, straci pracę. Pan ważny urzędnik po maturze traktuje mnie jak półgłówka, ale nazajutrz pójdzie do lekarza lub innego urzędnika i ten potraktuje go tak samo jak on mnie. Przecież to jest chore! Większość naszego społeczeństwa to ludzie ochrzczeni i wobec tego nieśmiertelne pytanie – co z tego wynika? W zgodnej relacji wielu ludzi przyjeżdżających z za naszej zachodniej granicy, gdzie niestety kościoły są puste, mówi jednak o panującej tam zwyczajnej, codziennej międzyludzkiej  życzliwości, o radości z tego, że obok jest drugi człowiek.

Przypomina się mi gdzieś zasłyszana anegdota:” Jak modli się austriacki baca? – Panie Boże spraw abym miał więcej owiec od mojego sąsiada, zaś polski baca? – Panie Boże spraw aby owce mojego sąsiada szlag trafił” I tu jest pies pogrzebany. A propos psa, A. de Mello  SJ opisuje jak to pies wbiegł do komnaty zwierciadlanej i nagle zobaczył sto psów. Nie wiedząc, że to zwielokrotnione jego odbicie, groźnie wyszczerzył kły, sto psów „zrobiło” podobnie. De Mello smutnie konstatuje : a gdyby przyjaźnie pomerdał ogonem?

I choć tekst gorzki, to jest i nuta optymizmu. Nie mamy wpływu na wiele spraw, wiadomo globalizacja, międzynarodowy kapitał, jak twierdzą dobrze choć głupio poinformowani, wiadomo w czyich rękach.I media, które usiłują robić nam sieczkę z mózgu – ot życie. Nikt jednak nie może powiedzieć, że nie ma wpływu na relację z sąsiadem, z kolegą w pracy, na uczelni. Nikt nam nie każe traktować spotykanych po drodze ludzi jak potencjalnych wrogów, możemy jak to pięknie śpiewała Anna German, uśmiechać się do każdej chwili. To jest właśnie chrześcijaństwo bez wielkich słów, to jest chrześcijaństwo, którego tak bardzo nam wszystkim brakuje.

I jeszcze jedno. Coraz częściej w naszych dyskursach pojawia się pojęcie „oni”. Wprawdzie nie bardzo wiadomo kto to są ci „oni”, ale to „oni” nie my, są winni za wszystko. To „oni” stawiają radary, tropią kierowców łamiących przepisy, chcą zniszczyć naszą gospodarkę, religię i Kościół. To „oni”, nie my, kradną, załatwiają, gnębią i jeszcze jak by tego było mało, każą nam robić różne wstrętne rzeczy i na dodatek sprawiają, że krasnoludki sikają nam do mleka.

A my niebożątka tacy biedni, niewinni i bezwolni wznosimy oczy do nieba i mówimy:” Jakim nas Panie Boże stworzyłeś, takim nas masz”. Amen!

 

Miłosierdzie i sprawiedliwość Pana


 

            „Krzycz na całe gardło, nie przestawaj! Podnoś głos twój jak trąba! Wytknij mojemu ludowi jego przestępstwa i domowi Jakuba jego grzechy. […] Dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Jahwe iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Jahwe odpowie, wezwiesz pomocy, a On[ rzecze] :” Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz swój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”  (Iz 58, 1, 

 

Zdarza się nieraz słyszeć, że Bóg jakiego poznajemy na kartach Starego Testamentu, to Bóg groźny, srogi i karzący. A przecież lektura tego fragmentu Pisma św., pokazuje jak mylna to opinia. To są słowa pełne miłości, życzliwości, wręcz troski o człowieka.

Poznajemy jednakowoż w tym tekście także i inną cechę Boga, o której bywa, że chcielibyśmy zapomnieć. Bóg jest także Bogiem sprawiedliwym. On zapewne nie prowadzi buchalterii naszych uczynków na wzór ludzki, ale prorok Izajasz wyraźnie wskazuje na zależność między naszym dobrym postępowaniem a nagrodą Wszechmocnego. Bóg dostrzeże nasze dobro skierowane do naszego bliźniego i nasza „ciemność stanie się południem” i rozpromieni nad nami Pan swoje oblicze. Jest tajemnicą Pana Zastępów jak realizuje wobec nas swoje miłosierdzie i swoją sprawiedliwość. Wie jak słabi jesteśmy i nie na próżno Psalmista woła:” Wie On z czego jesteśmy utworzeni, pamięta, że jesteśmy prochem”

Zdarza się jednak, że próbujemy psychologicznie „zagłaskać” Wszechmogącego. Widzieć w Nim tylko dobrotliwego staruszka z siwą brodą, który „przyklepie” swoją dobrocią każdą naszą niegodziwość. Niech przestrogą wówczas będzie przypowieść o nielitościwym dłużniku.

            „Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu:”  Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu”.  (Mt. 18, 32-35)

Bóg pyta


 

            „Wtedy zbliżyli się do Niego synowie Zebedeusza, Jakub i Jan, i rzekli:” Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy”. On ich zapytał:” Co chcecie żebym wam uczynił?” Rzekli Mu:” Użycz nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie” Jezus im odparł:” Nie wiecie o co prosicie.”  (Mk 10, 35-38)

 

Bóg pyta człowieka – drobinę w kosmosie, którego stworzył z miłości i dla miłości, co chce aby mu uczynił.

Bóg pyta mnie, pyta ciebie:” Co chcecie abym wam uczynił?” Brakuje wyobraźni by móc to zrozumieć, ale skoro On pyta, możemy mówić.

Możemy Wszechmocnego prosić o wszystko, o cokolwiek. On Bóg nie jest wszakże automatem do spełniania naszych próśb. To On decyduje czy uczyni to, o co Go prosimy czy też odpowie:” Nie wiecie o co prosicie”, bo On  i tylko On wie co dla nas będzie dobre, więc obrażać się na Niego o niespełnioną prośbę ani słuszne, ani mądre, choć po ludzku to niespełnienie boli.

I przez ten ból i łzy warto i trzeba Mu zaufać!

 

           

Wierzący i niewierzący


 

Nie można przy pomocy nauki udowodnić, lub zaprzeczyć istnieniu Boga. Słowo „wiara” straciłoby wówczas swój sens. Nie muszę wierzyć, że pod moim oknem rośnie drzewo, ja wiem, że ono jest. Oczywiście możemy szukać dowodów na istnienie Boga, one mogą współtworzyć nasza wiarę, ale dopiero po naszej śmierci staniemy twarzą w twarz z Wszechmocnym i nasza wiara zostanie dopełniona.

Przypomina mi się w tym kontekście gdzieś zasłyszana anegdota. Przed wojną na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie znany świecki teolog miał cykl porywających wykładów o dowodach na istnienie Boga. Po ostatnim wykładzie publiczność zgotowała mu owacje na stojąco. Kiedy umilkły oklaski,  teolog podziękował i stwierdził:” Wiecie Państwo, ja prywatnie to jestem niewierzący”.

Z tego co napisałem jasno wynika, że wszyscy jesteśmy wierzący, jedni z nas wierzą, że Bóg jest, a inni wierzą, że Go nie ma. Mogłaby to być pewna oczywistość, ale tu właśnie zaczynają się kłopoty. Kłopot polega na tym, że nasi bracia wierzący, że Boga nie ma, nie bardzo wiadomo dlaczego, uważają, że ich wiara jest bardziej racjonalna, mądrzejsza, lepsza po prostu. Kiedyś, za czasów słusznie minionych, tę ich wiarę nazywano światopoglądem naukowym, dziś nikt już raczej tak bezczelny nie jest, ale urojone przekonanie o wyższości tego światopoglądu, zostało i ma się dobrze. To ma praktyczne przełożenie na sprawy polityczne i społeczne. W myśl tegoż ministrowie, posłowie, sędziowie, nie mówiąc o prezydencie czy premierze, którzy wierzą, że Boga nie ma, są niemal z automatu lepsi od tych, którzy wierzą, że Bóg jest. Dyskredytuje się ich przy każdej okazji (patrz przyznanie odznaczenia kościelnego dla prezesa Trybunału Konstytucyjnego A. Rzeplińskiego) albo i bez okazji. Jedna z euro posłanek nazwała P. Prezesa  przy tej okazji agentem państwa watykańskiego.

Wyjątkowo rzadko piszę o czyjeś złej woli, ale wobec tych, którzy w swojej bezmiernej pysze uważają się za lepszych, za bardziej godnych, tylko dlatego iż wierzą, że Boga nie ma, tę złą wolę trzeba stwierdzić. To są ci sami, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że Państwo, które jest naszą wspólną własnością, służy i wspiera tych, którzy wierzą, że Bóg jest i tych, którzy tej wiary nie podzielają.

Czcza gadanina

                                                   

            „Ale Tomasz, jeden z dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego:” Widzieliśmy Pana!” Ale on rzekł do nich:” Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł:” Pokój Wam!” Następnie rzekł do Tomasza:” Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym” Tomasz Mu odpowiedział:” Pan mój i Bóg mój!”      (J 20, 24-28)

 

Kiedyś Tomasza krzywdząco nazywano niewiernym Tomaszem, choć tak jak pozostali apostołowie z wyjątkiem Jana, oddał swoje życie za wiarę. To prawda w tym konkretnym miejscu i czasie jakby mu tej wiary nieco zabrakło, ale to łatwo się mówi – uwierzyć w zmartwychwstanie. Tomasz zwerbalizował to co inni apostołowie myśleli. Jezus przygotowywał ich na swoje zmartwychwstanie, ale ta prawda do nich nie bardzo dotarła. Uczniów z Emaus wieść o zmartwychwstaniu Jezusa przeraziła, ci którzy Go zobaczyli sądzili, że widzą zjawę, Piotr, według relacji Łukasza, tylko się zdziwił, a kiedy niewiasty im opowiadały o swoim widzeniu, uznali to za czczą gadaninę, bzdury po prostu.

Dla każdego z nas chwilowe zwątpienie Tomasza jest zbawienne. Jak to dobrze dla mnie, że on właśnie taki był. Chciał ujrzeć Jezusa, zobaczył Go i złożył najbardziej treściwe wyznanie wiary:” Pan mój i Bóg mój” Tym wszystkim, którzy patrzą na Tomasza i jemu podobnych z wyżyn swojej doskonałości, wypada życzyć aby postawili sobie jedno pytanie: Czy gdy patrzą na rozpiętego na krzyżu Jezusa,  zawsze z wiarą i pewnością potrafią powtórzyć za apostołem:” Pan mój i Bóg mój!”

 

 

Mały poradnik kłamania i oszukiwania

 

 

„Ale pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp Apostołów. „Ananiaszu – powiedział Piotr – dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię. Czy przed sprzedażą nie była twoją własnością, a po sprzedaniu czyś nie mogłeś rozporządzić tym coś za nią otrzymał? Jakże mogłeś dopuścić myśl o takim uczynku? Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu” Słysząc te słowa Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. Młodsi mężczyźni wstali, owinęli go, wynieśli i pogrzebali.      Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. Powiedz mi – zapytał ją Piotr – czy za tyle sprzedaliście ziemię?”  „Tak za tyle” – odpowiedziała. A Piotr do niej:” Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie” A ona upadła natychmiast u stóp jego i skonała”   (Dz 5, 1-10)

Nie każde oszustwo i kłamstwo kończy się tak widowiskowo. Nikt nie tęskni za większym udziałem branży pogrzebowo – trumiennej w PKB. Nasi bohaterowie mieli pecha, nie przemyśleli wcześniej gruntownie całego przedsięwzięcia. To co zwykle zajmuje nam długie miesiące a nawet lata, oni chcieli „na chybcika”. No to i doigrali się. Tymczasem do oszukiwania i kłamstwa trzeba podejść racjonalnie i naukowo. Przy odrobinie wysiłku można bez trudu znaleźć fachową literaturę. Dla leniwych krótki poradnik pod tytułem : „Kłamstwo i oszukiwanie – moje hobby”

Początek, nie ma co ukrywać, jest trudny i nudny. Najpierw trzeba oszukać… samego siebie. Zadanie tylko z pozoru łatwe. Na przeszkodzie stoi nasze uparte sumienie. Niby nic, nie bardzo wiadomo nawet co to jest, niektórzy nawet chwalą się, że go nie mają. Ale ono jest , nie da się go zupełnie zniszczyć, ale można je wprowadzić w stan głębokiego uśpienia.

Jak to zrobić? Najprostsza metoda to gdy się odezwie, konsekwentnie je ignorować. Pierwszy raz jak zwykle trudno i boli. No cóż początki zawsze są trudne. Ważne żeby się nie zrażać. Pierwsze pozytywne efekty widać już niekiedy po drugim czy trzecim razie. Niektórym naiwnym wydaje się w związku z tym, że mają już swoje sumienie „z głowy” i porywają się na jakieś duże świństwo. Błąd! Niedorżnięte czy raczej przebudzone z lekkiej drzemki sumienie  „drze się w niebo głosy” i diabli biorą interes.

Sumienie musi stwardnieć, zahartować się , pokryć warstwą grubej skorupy czy, jak pisał wieszcz, lawy. Jeśli ten etap mamy za sobą to możemy przejść do następnego. Jest nim prawdziwie radosne oszukiwanie naszych bliźnich. Na początku mogą być jeszcze pewne problemy natury technicznej. Nie zawsze użyjemy właściwego kłamstwa, nieraz za mało oszukamy i mamy dyskomfort moralny. Trzeba się też liczyć, że trafimy na kogoś bardziej w tej materii doświadczonego. Cóż ryzyko zawodowe jak mawiał pijak przechylając butelkę denaturatu. Zaś nasz przyjaciel Rosjanin zwykł był kwitować nieuniknione porażki następująco:” Wszystkich kobiet się nie zdobędzie i całej wódki się nie wypije, ale próbować trzeba” Otóż to – nie zniechęcać się!

No i na koniec nieco problematyczny etap, koniecznie trzeba to zaznaczyć, nie dla wszystkich. Docelową grupą jesteśmy my chrześcijanie, a w każdym bądź razie ci za takich się uważający. Do zaliczenia tego etapu potrzeba jednak pewnej finezji, to jest jednak wyższa szkoła jazdy. Jeśli tych umiejętności zabraknie… to patrz historia Ananiasza i Safiry.

 A zatem przejdźmy do oszukiwania… Pana Boga. Pozornie zadanie bez sensu, od razu skazane na niepowodzenie. No bo jak można oszukać Wszechwiedzącego? Jeszcze raz więc odwołajmy się do kolejnego wieszcza:” Niech żywi nie tracą nadziei…” Zatem parę wypróbowanych sposobów, może nie są one z „najwyższej półki”, ale łączą solidną jakość z niewygórowanym wysiłkiem.

To prawda Bóg , jak mówimy, wszystko widzi i wie, ale czy koniecznie musi zajmować się moją marną osobą? Mało to ma ważnych spraw „na głowie”. Gdybym podpalał, mordował, wykorzystywał dzieci, to co innego, ale jeden, drugi czy nawet trzeci załatwiony „tysiączek”, jakiś okazyjny „skok w bok” albo wykopany dołek pod bliźnim – ofermą, a to nie. Pan Bóg jest miłosierny, „czarni” stale o tym mówią. Gdyby nie tacy jak my, to usnęli by w tych swoich pudłach do spowiedzi.

Zawsze też można przekonywać Boga, że są gorsi od nas i na dodatek będzie to szczera prawda. My wprawdzie kombinujemy z tym naszym sumieniem, ale są tacy o których nawet publicznie mówi się, że nie mają sumienia. A my mamy – że śpi? No, zmęczyło się to i śpi.

Kolejny sposób  –  koniecznie musimy trochę „zbajerować” Pana Boga np. „inaczej się nie da”, albo „wszyscy tak robią”, na tym świecie oczywiście. Zaraz, zaraz a kto ten świat stworzył? Ano właśnie ! Jest nawet takie przysłowie:” Jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz” A przysłowia to czysta mądrość, jest nawet taka fajna księga w Piśmie św. z przysłowiami.

To tylko trzy sposoby, ale w końcu po to „Bozia” rozum dała, aby go używać.  Kończąc jeszcze ważna uwaga. Jeżeli pierwszy etap wykonamy solidnie i bez żadnej fuszerki to jest solidna nadzieja, że będziemy mieli na długo „święty spokój” z naszym sumieniem. Z każdym rokiem skorupa będzie coraz grubsza i twardsza. Oczywiście na tym niedoskonałym świecie nie ma rzeczy doskonałych. Może się zdarzyć, że skorupa pęknie, ba nawet rozleci się w pył, a wtedy będziemy mieli kłopotów od jasnej cholery. Etap drugi, przypomnijmy oszukiwanie naszych bliźnich, praktyka czyni mistrza. Niestety trzeci etap ciągle trzeba doskonalić. Przeciwnik, co ja mówię, jaki Przeciwnik, przecież jestem chrześcijaninem, no dobra, Bóg jest wymagającym partnerem (prawda jakie modne określenie?) Byle czym i na byle co Go nie nabierzemy.

Geniusz arcykapłanów


 

 

 

„Gdy one [niewiasty] były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli : „Rozpowiadajcie tak :Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu „. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono.” ( Mt. 28, 11 -15)

 

 

Arcykapłani wpadli na genialny pomysł. Ewangelista notuje wprawdzie, że „po naradzie” ale to w niczym nie umniejsza ich kunsztu. Żadne tam namawianie, przekonywanie i argumentowanie, po prostu „sporo pieniędzy”. Doskonale wiedzieli, że namawiają do kłamstwa, ale stąd właśnie pieniądze. Kłamstwo zresztą bardzo często związane jest z pieniędzmi. Cóż taki ich urok, „sporo pieniędzy” czyni prawdziwe cuda – otwiera szczelnie zamknięte drzwi, zawiłe procedury czyni dziecinnie łatwymi, a twarz gburowatego urzędnika rozjaśnia życzliwym uśmiechem.

 

Zanim jednak zaczniemy  skądinąd słusznie się oburzać na cynicznych arcykapłanów, to przypomnijmy sobie, kiedy to sami ostatni raz daliśmy albo wzięliśmy „sporo pieniędzy”. Och nie, dawanie czy branie szeleszczących banknotów, tak po prostu do ręki, jest dość prymitywnym zabiegiem. Kulturalni ludzie tak nie czynią, to może zresztą być ryzykowne, wszak nie zawsze można liczyć, że gdy dojdzie to do uszu „namiestnika,” to” ktoś” z nim porozmawia i wybawi nas z kłopotów. Są dziesiątki innych sposobów wyrażenia „wdzięczności” lub jej przyjęcia.

 

W tej „pochwale” pomysłu arcykapłanów jest tylko jeden minus. Otóż nie wszyscy mają „sporo pieniędzy”. No to mają problem, chciałoby się powiedzieć. Muszą wtedy mieć dużo czasu, energii, muszą wiele stać lub chodzić „od Annasza do Kajfasza” a rezultat bywa więcej niż wątpliwy. To już jednak temat na inne rozważania.