Nasze prośby

                                                   

„I Ja wam powiadam : Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka znajduje; kołaczącemu otworzą”  (Łk 11, 9-10)

 

„Proście, a będzie wam dane”. Pięknie, tylko jak to ma się do naszego życia? Setki razy prosimy dobrego Boga o coś dla nas niesłychanie ważnego i co ? I nic. Więc może to „proście… „ przypomina trochę reklamę tego środka przeciwbólowego, który to „inteligentnie” trafi w nasz ból. I aż dziw bierze, że jeszcze coś nas boli. Trochę jednak głupio, oględnie mówiąc, zestawiać Boże słowa z reklamą czegoś tam. Wobec tego mała dygresja.

Zdarzyło mi się kiedyś jeść potrawę, która w czasie upalnego lata, całą noc była po za lodówką. Nie wykazywała żadnych objawów zepsucia więc smakowicie zajadałem ją na śniadanko. Pech chciał, że zauważył to mój dwuletni wtedy syn i uparł się, że on też chce. Gdzieś tam „w tyle głowy” mówiło mi, żeby powiedzieć nie, ale on tak prosił, prawie płakał,  w końcu mu ustąpiłem. Kosztowało go to parę dni cierpienia spowodowanego zatruciem pokarmowym. Oczywiście gdybym o tym wiedział, za nic bym się nie zgodził. I odwrotnie, gdybym wiedział, znał konsekwencje, a mimo to dał, byłbym zaprzeczeniem dobrego ojca.

Nie wiemy dlaczego Bóg nie zawsze spełnia nasze oczekiwania i marzenia. Ale może właśnie jest tak. On wie jakie będą konsekwencje naszych próśb i właśnie z miłości do nas ich nie spełnia. Bywa zresztą, że my sami po latach widzimy w jakie bagno byśmy się wpakowali, gdyby nasza prośba została wysłuchana. Czy i wtedy mielibyśmy pretensje do Pana Boga? 

                                                                               

 

 

 

Nadzieja Boga

                                            

„ Jeżeli któregoś z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień ? Albo o rybę, czy zamiast ryby  poda mu węża ? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona ? Jeśli więc wy , choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. „  (Łk 11, 11-13)

 

Tak to prawda jesteśmy źli. Kiedyś nasi pierwsi rodzice popełnili grzech. Woda Chrztu św. obmyła nas z niego, ale konsekwencje zostały. Kwaszony ogórek nigdy już nie będzie świeżym ogórkiem. Musimy czekać aż stara ziemia i stary człowiek przeminą. Póki co jesteśmy źli, ale tu paradoksalnie czai się radość.

Mimo tego zła, które nosimy w sobie, potrafimy być dobrzy. Logicznie rzecz biorąc, tego dobra nie powinno być, a jest. I to jest radość. Pomagamy bezinteresownie, rezygnujemy z siebie, by pomóc innym, dajemy dobre dary. Sielanka ? Niekoniecznie. Jezus wierzy w nas, wie że jeśli tylko chcemy, potrafimy mimo grzechu który w nas tkwi, czynić dobro. To jest nadzieja Boga kierowana do nas wolnych ludzi.

                                                                                                                                                                               

Mój słownik

                                                             

          Siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona wspólnoty  „Chleb Życia”, w jednym z  udzielonych wywiadów stwierdziła : „Nasz wiek dwudziesty skutecznie obrzydził nam proste pojęcia. Wstydzimy się przywracać słowom właściwe znaczenie”  Oto mój prywatny słownik słów i pojęć zapomnianych albo,  zapominanych.

„Bezinteresowność” – coraz mniej jest  jej wśród nas, dramatycznie mniej ludzi bezinteresownych. Nie dlatego, że są źli, oni po prostu nie mają czasu na bezinteresowność. Załatwiają swoje interesy przez siedem dni tygodnia. Oni  by nawet chcieli, ale patrz jak wyżej. Bezinteresowność jest jednak potrzebna dla psychicznego komfortu,  ratują się więc udziałem, od czasu do czasu,  w jakiejś akcji charytatywnej. Nie jestem przeciwny akcjom charytatywnym, zawsze przyda się denar wrzucony do świątynnej skarbony przez bogatego, ale kołacze mi się po głowie myśl, że może mniej byłoby potrzeba akcji charytatywnych, gdyby na  co dzień znalazło się więcej ludzi bezinteresownych.

            „Brak czasu” – nikt na nic nie ma czasu, dla bliźniego swego w szczególności, ale nie tylko, ksiądz po spowiedzi nieśmiało mnie pyta, czy będę miał czas odmówić dziesiątkę różańca.

            „Szlachetność” – zda się powymierali ostatni wielcy szlachetni tego wieku. Student pyta,  czy znajdzie w słowniku języka polskiego słowo „szlachetny”, bo komuś z nauczycieli „odbiło” i każe wytłumaczyć owo słowo. Z języka codziennego zniknęło zupełnie.

            „Przedsiębiorca” – teraz biznesmen, ma często swojego osobistego boga – mamonę i jemu, jej, składa nieustanny hołd. Rodzina, dom, odpoczynek – a to już twój biznes mówi do swojego pracownika. On tym „biznesem” nie jest zainteresowany. No, może raz, czy dwa razy do roku da pracownikom talon na zakupy, którego wartość odpisze sobie od podatku. Młodej kobiecie niedwuznacznie zasugeruje, że jak zajdzie w ciążę to u niego „ma przechlapane”. Syty Baal, bóg konsumpcji supermarketów, koncernów, banków, ale także, śmiechu warte, całkiem małych sklepików i zakładzików.

„Uczciwość” – co to znaczy uczciwość ? Ja jeszcze znałem zegarmistrza, stolarza, szewca, którzy widząc moje zaskoczenie z powodu, jak mi się zdawało, zbyt małej ceny za swoją usługę, mówili z pewną dumą – „tyle się należy”. Teraz tyle się należy, ile się uda wyciągnąć od klienta, a głupi ten, co nie bierze jak dają. Uczciwość w życiu prywatnym jeszcze jest wartością, jeszcze czasami ktoś powie o drugim – uczciwy z niego człowiek, ale jakby z mieszaniną podziwu i … zazdrości. Temu to się udało, ale gdzie tam mnie do niego. Uczciwość uległa transformacji w wolny rynek, czytaj w wolną dżunglę, z której rozlegają się  jęki, wrzaski, skowyt zranionych i cisza pożartych.

            „Grzeczność” – mój Boże, łza się w oku kręci. Teraz głupio powiedzieć nawet o dziecku, że jest grzeczne, bo pomyślą pewnie safanduła i nieudacznik. W myśl jakiejś kretyńskiej pedagogiki , dziecko nie może mieć zahamowań, musi przyłożyć temu, co mu na odcisk nadepnie, przepchać się jeszcze wątłymi ramionami, bo inaczej będzie stłumione i zakompleksione. Grzeczni dorośli? No cóż zdarzają się, o Kmicicu panny mówiły :”grzeczny kawaler ale mruk” – to w czasie obrony Jasnej Góry. Dziś „grzeczny” kawaler klnie, pali, „obala” browar albo połówkę i „seksownie” się całuje z panną, gdzie popadnie. Pewien polityk po powrocie zza oceanu stwierdził, że woli grzeczność za pieniądze niż bezpłatne chamstwo. Może to jest melodia przyszłości ? Grzeczność za pieniądze, szlachetność za pieniądze, uczciwość za pieniądze.

            „Dyskusja” – słowo szybko wychodzące z użycia. W życiu prywatnym dyskutują jedynie najwięksi zapaleńcy, nawiedzeni jak się o nich mówi. Towarzystwo skutecznie ich ucisza, bo psują miłą, czytaj nijaką atmosferę przyjęć, na których wypada być. Kiedyś, jak mawiał mój dziadek,  to były panie tego, dyskusje, teraz raczej wszechobecne ple, ple ple.

            „Przyjaciel” – kiedyś miało go się jednego, czasem dwóch, za to  „ do grobowej deski”. Dziś im więcej tym lepiej, bo po pierwsze to ładnie brzmi, po drugie, im masz ich więcej, tym więcej możesz załatwić, po trzecie znaczy,  że masz niekonfliktowy charakter, czytaj nijaki, a to już bardzo przydatna cecha przyszłego menadżera. Będziesz gładko kierował zespołami ludzkimi, skutecznie wygaszając ambicje, protesty i niezadowolenia, zawsze uśmiechnięty, nikt się do ciebie „nie przyczepi”.

No cóż nie mam pretensji do świata stworzonego przez Pana Boga i zasiedlonego przez człowieka. Może więc na koniec zabawna dykteryjka autorstwa niezapomnianego księdza Jana Ziei : „ Mówi Stasiek : Źle jest na świecie. A na to Janek : Wiesz co, Stasiek poprawmy się oba, a będzie lepiej”

 

 

 

 

Mój bliźni

                                               

„A oto powstał jakiś uczony w Prawie i, wystawiając Go na próbę, zapytał : „ Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne ?”  […] Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa : „A kto jest moim bliźnim ?” Jezus nawiązując do tego, rzekł :” Pewien człowiek schodził z  Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i, zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem ; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł : „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”. Który z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców ?” On odpowiedział :” Ten, który  mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „ Idź, i ty czyń podobnie”.  

 

 

Kto jest moim bliźnim ? No właśnie. To nie tylko problem uczonego w Prawie. To problem każdego z nas. Mimo upływu lat tak samo jak on zadajemy to pytanie. Jezus nie odpowiada wprost. Daje pewną propozycję. Warto się jej dokładnie przyjrzeć.

Samarytanin, jak byśmy to dziś powiedzieli, udziela rannemu człowiekowi pierwszej pomocy. Zapewne większość z nas świadomych obywateli, uczyniłaby podobnie. Potem telefon do wyspecjalizowanych służb ratowniczych i sprawa załatwiona. No to zobaczmy co robi nasz Samarytanin. Wsadza rannego na swoje bydle i wiezie go do gospody. Wsadza na bydle, czyli sam idzie pieszo. No w końcu z górki. Gdyby zostawił go w gospodzie to już też byłoby coś. Ale nie. On się nim opiekuje. Troszczy się o niego, pewnie go pociesza i dodaje otuchy. A następnego dnia daje właścicielowi gospody dwa denary.

To nie była mała suma. Dający nie wygląda na bogacza. Ci raczej na osiołku nie podróżują. Prosi gospodarza aby miał staranie o tego biedaka. Staranie to coś więcej niż tylko jedzenie i dach nad głową. I najważniejsze. On Samarytanin będzie dalej myślał o ofierze bandytów, będzie dalej miał o nim staranie, „a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”.  Otrzymujemy rozpisany piękną dobrocią  plan pomocy temu, który jest moim, twoim, naszym bliźnim.

I jeszcze jedno. Samarytanin gdy zobaczył na swojej drodze cierpiącego człowieka „wzruszył się głęboko” Ewangelia notuje jeszcze jeden przynajmniej przypadek „głębokiego wzruszenia” To ojciec , kiedy spostrzega swego marnotrawnego syna „gdy był jeszcze daleko”, głęboko się wzrusza i wybiega mu na spotkanie. Czyż trzeba innego zakończenia tych rozważań niż słowa Jezusa: ”Idź i czyń podobnie”     

Moc uczniów

                                                  

 

„Gdy dopełniał się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli :”Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?” Lecz On odwróciwszy się zabronił im.”    Łk 9, 51-55)

 

Apostołowie poczuli swą moc i władzę.  W końcu chodzą już tyle czasu z Jezusem, widzą Jego cuda, wierzą, że On jest Mesjaszem, mają nadzieję że „przywróci królestwo Izraela”. Dopiero co dał im władzę nad złymi duchami i moc uzdrawiania. A oto jakaś wiocha nie chce przyjąć  Mistrza i ich, Jego ważnych uczniów, z których być może jeden zasiądzie po prawicy, a drugi po lewicy w przyszłym królestwie. O łajdaki! Oni im pokażą. Zrobią tym niegościnnym prostakom taki fajerwerk ognia, siarki i spalonej ziemi, że popamiętają na długo, co to nie chcieć  przyjąć ich Pana.

A Jezus mówi – nie. Nie będzie błyskawic, czarnego nieba i gorącego popiołu. Jezus nie o takim królestwie nauczał. Miłości i wiary nie wypala się ogniem. Człowiek otrzymał trudny do zrozumienia dar wolności, może swojemu Stwórcy powiedzieć-  nie chcę Cię, idź sobie ode mnie a On, On sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi i zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.

Przestańmy jednak znęcać się nad apostołami. Grzech pierworodny zasiał w nas chęć okazywania władzy i wyższości wobec naszych bliźnich. Jak miło to ciepełko mocy rozchodzi się po naszym jestestwie. Jak przyjemnie brzmią w naszych uszach tytuły : panie prezesie, panie profesorze, panie doktorze. A jak nikt tak do nas nie mówi? Trudno, zawsze możemy okazać naszą wyższość pani sprzątaczce albo jakiemuś „cieciowi”, zrugać kasjerkę w supermarkecie, w ostateczności kopnąć bezdomnego psa, ten ucieknie ze skowytem, dając oczywisty dowód naszej władzy.

 

 

 

Mizerny pokarm

                                                      

 

            Od góry Hor szli w kierunku Morza Czerwonego, aby obejść ziemię Edom ; podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość. I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi:” Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny”. Zesłał więc Jahwe na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc:” Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Jahwe i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Jahwe, aby oddalił od nas węże”. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Jahwe do Mojżesza:” Sporządź węża i umieść go na wysokim palu ; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”       (Lb 21, 4 – 8)

 

Uprzykrzyło im się jedzenie mizerne. Jasne! W Egipcie siedzieli nad garnkami pełnymi mięsiwa, a tu Mojżesz chce ich przerobić na wegetarian, no to „huzia na Józia”. Szybko zapomnieli kim, a właściwie czym, byli w Egipcie. Szybko zapomnieli, że to Pan mocną ręką wyprowadził ich z domu niewoli, na ich własne zresztą życzenie. Byli świadkami niesłychanych cudów, ale mięsa akurat nie było. No to może wrócić do Egiptu?

Wielkość i świętość Biblii polega na tym, że przekazuje nam relację między Bogiem a człowiekiem, ale także na tym, że po tysiącach lat możemy w tych słowach Pisma św. zobaczyć się jak w lustrze i zrozumieć, co te słowa mówią także nam.

            No to mamy biedę, bo my także bardzo często uważamy, że nasze jedzonko jest… mizerne. To zapewne z tego powodu miliony ton jedzenia lądują na naszych śmietnikach. To z tego mizernego karmienia nie mamy siły podzielić się jedzeniem z tymi, dla których byłoby ono błogosławieństwem. Można przeznaczyć  raz na miesiąc choćby równowartość paczki papierosów czy tabliczki czekolady, by wspomóc polskie siostry misjonarki prowadzące ośrodki misyjne w których ratują dzieci od głodu i chorób. Nawet dobry pomysł, tylko jak się zbliżamy do takiej czy innej skarbonki, to ogarnia nas taka słabość, z tego mizernego jedzenia oczywiście, że nie mamy siły włożyć ręki do kieszeni. Kolejną, jakże przykrą konsekwencją naszego mizernego jedzenia, są zwały tłuszczu na naszym ciele (w głowie też!) Niestety specyfiki odchudzające i różne cudowne diety też są kosztowne. Prawdziwie powinniśmy użalić się nad sobą.

Reakcją Boga na tęsknotę Jego ludu wybranego za porządnym odżywieniem, było zesłanie jadowitych węży. Dopiero piekący jad z ich sympatycznych mordek przyniósł ludowi otrzeźwienie. Oczywiście to żadna aluzja do nas, u nas przecież żadnych jadowitych węży nie ma. Śmiało więc możemy żalić się nie tylko na „mizerne” pożywienie, ale w ogóle na nasz los. My niewolnikami konsumpcji? Ależ skąd!

Bóg przez Mojżesza okazuje miłosierdzie ludowi, czyli każdemu z nas. Każdy kto zostanie ukąszony, ale zatrzyma wzrok na miedzianym wężu – będzie żył! Węże dalej będą kąsały, może dlatego aby i oni pamiętali, i my też, że los człowieka to coś znacznie więcej niż pełna micha.

Jakimś śladem tej historii są słowa wielkopostnej pieśni:” Każde spojrzenie na Krzyż, niech niepokojem zagości”. Reszta powinna być konsekwencją tego niepokoju. Bóg tak jak wywyższył miedzianego węża, tak też wywyższył na drzewie Krzyża Swojego Syna. Każde szczere spojrzenie na Krzyż niesie nadzieję na uzdrowienie.

 

Miejcie się na pieczy!

 

                                                

„A miejcie się na pieczy, aby kiedy nie były obciążone serca wasze obżarstwem i opilstwem, i staraniem tego żywota: ażeby na was z trzaskiem on dzień nie przypadł. „ (Łk 21, 34)

 

Mocno powiedziane. Tym razem autor tłumaczenia nie dał się zwieść swoistej religijnej poprawności i obżarstwo przetłumaczył jako obżarstwo. W zestawie siedmiu grzechów głównych mamy bowiem „ nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” Tu na szczęście jest obżarstwo i opilstwo.  Rani to trochę nasz komfort psychiczny, ale tak to trzeba nazwać.

Dawno już wielu z nas przestało jeść i pić. Zamiast tego żremy i opijamy się. Potem sięgamy po tabletki, by ulżyć obolałemu żołądkowi i … żremy dalej. Wielu umiera z głodu albo cierpi głód .My gorliwi chrześcijanie pasjonujemy się kolejnymi odchudzającymi dietami, a tymczasem wystarczyłoby przestać żreć. Żrąc, pijąc i zajmując się wyłącznie doczesnością, zapominamy, że nie jesteśmy trzodą tuczną, ale istotami obdarzonymi życiem wiecznym.

A dnia ani godziny przejścia do tej wieczności  nie znamy, św. Łukasz nie dba o nasze dobre samopoczucie i mówi, że ten dzień  może przyjść „z trzaskiem”.

Rozleniwieni wszelakim obżarstwem, z głową zaczadzoną oparami alkoholu, myśląc jedynie o tym, co jeszcze mogę kupić, snadnie możemy przeoczyć to, co najważniejsze, i przed tym ostrzega nas Jezus. Nikt, rzecz jasna, nie będzie przeliczał naszego człowieczeństwa na kilogramy wagi i litry wypitego alkoholu.

 Bywa, że chudy bardziej  zachłanny od grubego, a żebrak bardziej zajęty doczesnością, niż ten, kto pomnaża swój majątek. Przestroga, której udziela  nam Jezus, dotyczy wszystkich po równo.       

 

 

 

 

 

„Mądrość skarb najcenniejszy”

 

 

 „ Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównywałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota” (Mdr 7, 8-9)

 

Złoto – garść piasku, srebro – ma wartość błota. Nieźle powiedziane! Ilu z nas odważyłoby się tak stwierdzić ? A jednak wbrew światu, który w obłędnym widzie bierze udział ” w wyścigu szczurów” po bogactwo, sławę i zaszczyty, są ludzie, którzy całym swoim życiem służą mądrości. Służą temu także, co z mądrością nieodmiennie się kojarzy czyli prawdzie, godności i dobroci.

Głupi bowiem prawdy nie ceni, godność ma za nic, a na słowo „dobroć” pogardliwie wzrusza ramionami. Ilu jest takich ludzi, którzy mogąc zrobić „kasę” dla siebie, robią ją dla innych, ilu takich, o których mówimy, że nie trzymają się ich pieniądze, bo natychmiast przekażą je potrzebującym. Wiemy, że tacy są. Łączy ich to, że złoto to dla nich garść piasku.  Wybierają mądrość, która opromienia ich życie i życie tych, których spotkają na swojej drodze.

Ma w nas upodobanie

                                              

„Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2, 14)

Te słowa odnoszą się do każdego z nas. Jesteśmy słabi, źli, kłamliwi, bywa, że okropnie głupi, a Bóg  i tak ma w nas upodobanie. Zna nas na wskroś, zna nasze grzechy, o których nawet my sami nie chcemy wiedzieć , i ma w nas upodobanie. Gdy zagubimy się – idzie nas szukać, gdy odejdziemy – wypatruje nas, gdy błądzimy – staje się naszą Drogą. Ma w nas upodobanie.

 Naszymi grzechami staramy się Go zniechęcić do nas – na próżno. On wciąż ma w nas upodobanie.

Cała Boża pedagogika, to nie zakazy i nakazy jakie pan daje niewolnikowi .To tylko ukazanie jak może być piękne życie bez grzechu, jak dobrze być blisko Ojca, który ma w nas upodobanie.

 

Łazarz, Marta i Jezus

                                             

 

 

„Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość :”Panie , oto choruje ten, którego Ty kochasz […] A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. […] Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie. […] Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu napotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa :”Panie gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga.” Rzekł do niej Jezus : :”Brat twój zmartwychwstanie”. Rzekła Marta do Niego :”Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym”. Rzekło niej Jezus :”Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to ?” Odpowiedziała Mu :”Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”  ( J11,1-4 ;17;20-27”)

 

 

Kiedyś Marta zapytała z żalem Chrystusa : -„ Panie, czy jest Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Wiemy, co Jezus  odpowiedział Marcie. Nie wiemy, co pomyślała Marta. Pewnie zrozumiała napomnienie Jezusa, ale może też gdzieś w głębi serca pozostał jakiś okruch żalu, choć przecież bardzo miłowała Nauczyciela.

Przyszedł czas, że zachorował Łazarz, ciężko zachorował. Marta, doświadczona kobieta, niejedną chorobę widziała,  wiedziała, że tej choroby Łazarz sam nie przezwycięży. Dlatego razem z Marią posłały do Jezusa wiadomość :”Panie oto choruje ten, którego Ty kochasz”. Więcej mówić nie było potrzeby. Były pewne, że Jezus, który otwierał oczy ślepcom i uzdrawiał trędowatych, dotknie swoją ręką Łazarza, a on wstanie z łoża.

Chrystus jednak odebrawszy wiadomość, czeka jeszcze dwa dni, wiemy dlaczego, ale Marta nie wie. Między domowymi zajęciami, a doglądaniem chorego brata, wypatruje czy nie nadchodzi ich Mistrz. Wie, że już powinien przyjść. Nie doczekała się Marta i Maria. Łazarz znalazł mieszkanie w grobie. Kiedy Jezus wreszcie nadchodzi, wybiega Mu naprzeciw Marta:

 ”Panie gdybyś tu był…”, no właśnie, gdybyś tu był, ale nie było Ciebie, tak czekałam, wyglądałam, liczyłam czas potrzebny na przyjście do nas.

 Marto czy wierzysz we Mnie ? Nieważne, że Mnie tu nie było, czy wierzysz we Mnie? – Tak  Panie, ja wciąż wierzę w Ciebie, chociaż tak po ludzku jest mi żal. Tak nie traktuje się przyjaciół. Przekazałam Ci przecież wyraźnie, że Łazarz jest chory, a Ty przychodzisz gdy on, wybacz, ale już cuchnie. Nie rozumiem tego, jestem prostą kobietą, ale ja wiem, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego, ja wciąż wierzę w Ciebie.

Marto, Marto, jak bardzo nam po tylu wiekach od tamtego zdarzenia potrzebna twoja trudna wiara. Jakże potrzebna, kiedy niebo w płomieniach, a mrok w duszy, na krawędzi bólu i rozpaczy.

Matka kochała, pieściła synaczka, tyle trudu włożyła w leczenie, nasłuchiwała po nocach, czy jego małe serce bije. Jak wiele miała miłości i nadziei. I przyszedł dzień, kiedy to wszystko na nic, kiedy trzeba było oddać go ziemi. Otchłań bólu, którego nikt na całej ziemi nie pojmie.

Marto przy grobie umiłowanego brata módl się za matką, której serce stężało od cierpienia, módl się za nami małej wiary.