Odzyskał wzrok

 

                                                                                                                                              „Kiedy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, siedział przy drodze niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza. Słysząc, że Jezus z Nazaretu przechodzi, zaczął głośno krzyczeć : Synu Dawida, Jezusie, zmiłuj się nade mną!” Wielu nakazywało mu, aby umilkł, lecz on jeszcze głośniej krzyczał: „Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” Wtedy Jezus zatrzymał się i rzekł: ”Zawołajcie go!”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „ Odwagi, wstań, woła cię!” On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i szedł do Jezusa. A Jezus zwrócił się do niego:” Co chcesz, abym ci uczynił?” Niewidomy odpowiedział Mu: „ Rabbuni, żebym przejrzał” Odrzekł Jezus : „ Idź, twoja wiara cię uzdrowiła” Zaraz przejrzał i szedł drogą za Nim. „ (  Mk  10, 46-52)

 

 

Opowieść o niewidomym Bartymeuszu można zrozumieć na dwa sposoby. Pierwszy to kolejne uzdrowienie, jeszcze jeden dowód na prawdziwość słów Apostoła, że Jezus przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc. Ale można pokusić się o głębsze „ wejście” w ten tekst.

Najpierw mamy proszącego o ratunek człowieka. Co robią jego bliźni – ano uciszają go. Coś nam to mówi? Proszący Bartymeusz nie zraża się. To  też jest dla nas wskazówka.

Jezus słysząc żarliwą prośbę biednego, niewidomego Bartymeusza woła go do siebie i pyta – co chcesz ?  Jezus wie, ale to proszący musi powiedzieć co chce. Jezus niczego nie narzuca, nawet w takiej oczywistej sytuacji szanuje wolność człowieka. Niewidomy chce przejrzeć czyli odzyskać zdrowe, widzące oczy, ale słowo „przejrzeć” ma też jakby inne, choć podobne , znaczenie. Przejrzeć na oczy to także zobaczyć inną rzeczywistość, nie tylko materialną ale i duchową, to zobaczyć coś, czego do tej pory nie widziałem. Przejrzeć na oczy to nieraz zobaczyć na nowo swoje życie. Wyjątkowo ślepi potrafimy być w tym względzie.

Bartymeusz odzyskał zdrowe oczy, ale możemy domniemywać, że i przejrzał bo „ szedł drogą za Nim”

 

 

 

Odpocznijcie maluczko!

                                       

“I zszedłszy się Apostołowie do Jezusa, opowiedzieli mu wszystko co czynili i czego uczyli. I rzekł im : Pójdźcie osobno na miejsce puste, a odpocznijcie maluczko. Bo wiele tych było co przechadzali i odchadzali : i ani czasu mieli do jedzenia. „ (Mk 6, 30-31)

 

 Przywykliśmy czytając Ewangelie, że Jezus wzywa nas do miłości bliźniego, do przebaczania, do ubóstwa i do pójścia za Nim. A tutaj mówi bardzo zwyczajnie, chciałoby się rzec, po ludzku – idźcie odpocząć. Wspaniały  ksiądz Jakub Wujek w swoim jakże pięknym tłumaczeniu powie : „odpocznijcie maluczko” Tak może powiedzieć do swoich uczniów i do nas wszystkich tylko Ten, który nas tak ciepło kocha, który w swym ludzkim bytowaniu też zaznał trudu i pewnie nieraz bardzo pragnął odpoczynku.

Odpoczynek jest wpisany w ludzką kondycję duchową i fizyczną. Wszak jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo samego Boga, który po stworzeniu świata też „odpoczywał”. Może jednak rozważanie tych akurat  słów Jezusa jest zbędne, bo kogóż to z nas trzeba zachęcać do odpoczynku, któż nie marzy, by choć na chwilę zwolnić ? Tyle tylko, że to pragnienie tak wielu z nas potrafi zagłuszyć innym – mieć, mieć i jeszcze raz mieć.

 To nie ma nic wspólnego z konieczną pracą mającą nam i naszym bliskim, zapewnić utrzymanie. To jest zachłanne rzucanie się na pracę, by mieć więcej i więcej. To prawda, że granica między tym, co jest konieczne a tym co jest pożądliwością dóbr, jest nieostra. Aby ją zobaczyć, trzeba osobistej refleksji, zadumania, zajrzenia w swoje wnętrze, wsłuchania się w głos drugiej osoby. Aby to było możliwe potrzebny jest… odpoczynek.

To nie to samo co nic nie robienie. To ma być przerwa, by aktywnie budować w sobie, jakby to nie zabrzmiało patetycznie, ducha radości, pokoju i wiary, także stanu zachwytu nad pięknem ofiarowanego nam przez Stwórcę świata. Piękne banały ?  Być może, tylko dlaczego w nas tak wiele smutku i łez.

 

 

 

Odejście uczniów

                                                

 

„Kto spożywa moje ciało i krew moją pije, trwa we mnie, a ja w nim. […] A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło : „ Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać ?” […] Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu : „ Czyż i wy chcecie odejść ?” Odpowiedział Mu Szymon Piotr :” Panie, do kogóż pójdziemy ? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że ty jesteś Świętym Boga”  (J 6, 56-70)

 

Piotr nie ma wątpliwości. Odpowiada pytaniem – stwierdzeniem. Jezus jest „ Świętym Boga”. Po co mają iść do kogoś innego ?

Dwa tysiące lat później Jezus pyta każdego z nas: czy ty też chcesz odejść ode mnie ? Odpowiedź nie zawsze tak oczywista jak u Piotra. Może także dlatego, że propozycji pójścia do kogoś innego jest niesłychanie wiele. Tak wiele, że nic tylko wybierać. Jedna zachęta bardziej kusząca od drugiej. Kusząca – skąd my to słowo znamy ? A Ewangelia taka trochę przykurzona, taka trochę staroświecka.  Z rzadka ktoś powie, że ją czyta. Na co dzień chwalić się tym nie wypada.

 

Oczekiwanie na zrozumienie

                                              

 Jezus mu odpowiedział:” Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział”      (J 13, 7)

 

„…Panie, mówiłem, tam na gałęzi drzewa siedzi kruk. Rozumiem, że Twój majestat nie może się zniżać do mówiącego. Lecz ja potrzebuję znaku. Gdy skończę moją modlitwę, spraw, aby ten kruk odleciał. To będzie jakby skinienie w moją stronę na znak, że nie jestem zupełnie sam na świecie… I patrzyłem na ptaka. Ale on siedział nieruchomo na gałęzi. Wtedy znowu zwróciłem się do kamienia.

Panie, mówiłem, masz słuszność. Twój majestat nie może zniżać się do moich żądań. Gdyby kruk odleciał, byłbym jeszcze smutniejszy. Bo taki znak byłby znakiem danym mi przez kogoś równego – a więc znowu przeze mnie samego, znowu byłby odbiciem moich pragnień. I ciągle tkwiłbym w swojej samotności. I oddawszy cześć wróciłem.

Lecz wtedy właśnie moja rozpacz ustąpiła miejsca nieoczekiwanej radości…”

                                                                              Antoine de Saint Exupery  („Citadelle”)

 

Jakoś głupkowato uznaliśmy, że wszystko musimy rozumieć, na wszystko mieć odpowiedź, a każda nierozwiązana tajemnica źle świadczy o naszym rozumie. Niby tacy jesteśmy mądrzy, „rakiety unoszą nas w dal”, a tu trzeba, jedni ze wstydem, inni z pokorą, przyznać, że nie wszystko rozumiemy, nie wszystko wiemy, że tak wiele ze spraw jest nie „na naszą głowę” Rzucamy te nasze pytania w stronę Najwyższego i dziwimy się, a często i gorszymy, że On nie odpowiada nam na nie. Widać ma taki kaprys, zazdrośnie strzeże swoich tajemnic niby greccy bogowie na Olimpie.

To nie tak! Całe nasze życie od początku do końca jest wielką tajemnicą nie dającą się objąć rozumem. Pewnie, znamy schemat biologiczny powstania człowieka, no i co z tego? Jak wyjaśnić to, że z dwóch drobin ludzkiego ciała rodzi się niepowtarzalna w całym kosmosie istota ludzka? Znamy medyczne i psychologiczne podstawy bólu i cierpienia, a przecież za każdym razem stoimy bezradni wobec swojego i innych cierpienia. Jak wytłumaczyć to nasze cierpienie, jak połączyć je z cierpieniem Jezusa. Można na ten temat napisać już nie tylko książkę, ale całą bibliotekę i co z tego?

A może trzeba to zobaczyć nieco inaczej?  Jezus zna te wszystkie nasze tajemnice, zna wszystkie odpowiedzi, zna imię każdego z nas i po imieniu zwraca się do nas. On tak jak Piotrowi mówi : – Na razie nie wiesz, nie objaśniam ci wszystkiego nie dlatego, że mam taką boską zachciankę. Teraz to jest nie dla ciebie, to nie jest twoje dobro, może za rok, może za dwa, a może dopiero wtedy gdy przyjdziesz do Mnie na zawsze. Wtedy będę rozmawiał z tobą jak zwykł był rozmawiać przyjaciel ze swoim przyjacielem. Zaufaj Mi, to nieprawda, że od przybytku nie boli głowa, najczęściej boli i to bardzo. Przed tobą cała wieczność, niczego nie będę ukrywał przed tobą, będziesz w pełni radował się moją radością.

 

O Antychryście

                                                         

 

„Dzieci, jest już ostatnia godzina, i tak, jak słyszeliście, Antychryst nadchodzi, bo oto teraz właśnie pojawiło się wielu antychrystów; stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina”    (1J, 2, 18)

 

Nieco tajemnicze słowa św. Jana zawsze powodowały pewne spekulacje. Nie jeden raz lud boży oczekiwał z trwogą przyjścia owego Antychrysta mającego zwiastować koniec świata. Tym mianem określano też konkretnych ludzi zaprzedanych diabłu w zła czynieniu. Ostatnia godzina – brzmi apokaliptycznie, ale tak naprawdę, każda nasza godzina może się okazać dla nas ostatnią, stąd wielokrotnie powtarzające się w Piśmie świętym zachęty do czujności i czuwania. Zamiast z wypiekami na twarzy czytać różne bzdury na temat końca świata, może lepiej zastanowić się nad naszym, osobistym „końcem świata”, nad naszą ostatnią godziną, o której na pewno wiemy, że przyjdzie. Decyzję kiedy pojawi się Antychryst i w jakich okolicznościach, zostawmy Bogu. My zastanówmy się raczej czy on Antychryst nie zbliża się do nas.

Antychryst – fałszywy bóg próbuje ciągle zamieszkać w pobliżu nas. To jest jego racja bytu. Nie musi bezpośrednio objąć nas w swoje władanie, wystarczy, że to my zapatrzymy się na niego, że uwiedzie nas swoim zwodniczym pięknem i fałszywą nauką.

            Ktoś będący daleko od wiary w Boga Jedynego, słusznie zauważył, że bóg rodzi się na wiele tygodni przed Bożym Narodzeniem, ten bóg ma na imię konsumpcja. Nie będąc teologiem mogę popuścić wodze fantazji.

Konsumpcja zachłanna, przerażająca w swej intensywności i niemająca nic wspólnego z zaspakajaniem oczywistych potrzeb człowieka, jawi się jako straszliwe monstrum, jako Antychryst właśnie. Upojenie konsumpcją przez jednych, prowadzi niemal automatycznie do krzywdy drugich, do podziału wśród braci, do diabelstwa. Łatwo to oczywiście zrzucić na bogaczy, chciwych bankowców i im podobnych, trudniej zauważyć, że być może ja sam na miarę swojego dostatku, postępuję tak samo.

 

Nie zasmucajcie Pana!

                                                   

„Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczyła dobro słuchającym. I nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym zostaliście opieczętowani na dzień odkupienia. Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie, tak jak i nam Bóg przebaczył w Chrystusie”.    (Ef 4, 29-32)

 

Św. Paweł mógł napisać – nie prowokujcie gniewu Pańskiego, napisał aby nie zasmucać Pana. Smutek pozbawiony jest agresji, chęci odwetu i zemsty. Jest ogromnym żalem Boga, że Jego umiłowane stworzenie, marnuje swoje życie. Nie możemy Bogu zrobić „na złość”, możemy Go zasmucić. Możemy Go zasmucić, tak jak możemy zasmucić naszymi niecnymi uczynkami, naszego ziemskiego ojca i matkę. Bywa, że bardziej byśmy chcieli ponieść wymierną karę niż oglądać smutek naszych rodziców. Zasmucić można tylko tego, kto nas bezgranicznie kocha.

Czytając dalej słowa Apostoła, aż trudno uwierzyć, że powstały tak dawno, porażają bowiem swoją aktualnością i to zarówno w sferze publicznej jak i prywatnej. Gniew, wrzaskliwość i znieważanie innych są chlebem powszednim naszych polityków, dziennikarzy, czasem niestety także naszych duchownych. Co to ma wspólnego z Ewangelią i zaleceniami  św. Pawła – nie wiem. Pytanie szczególnie do tych, którym wiara i wartości chrześcijańskie, nie schodzą z ust.

Przestroga Apostoła przed goryczą jest szczególnie cenna. Gorycz, rozgoryczenie to wyjątkowo podłe uczucie, to trochę jakby nienawiść skierowana przede wszystkim do samego siebie. I nie ważne czy jej goryczy przyczyna jest prawdziwa czy urojona, czy faktycznie doznaliśmy krzywdy, czy tylko tak nam się wydaje. Nieodmiennie zatapia nas w patologicznej czerni, a z duszy czyni jaskinię ciemności. Kolejnym następstwem goryczy jest pycha. Tylko ja jestem dobry, przyzwoity i dlatego jestem krzywdzony przez tę ludzką miernotę, która mnie otacza.

Bywa, że naszą gorycz kierujemy ku Najwyższemu : już mnie nie kochasz, jestem Ci obojętny, trudno będę sam cierpiał. Od tego już tylko jeden krok, by zarzucić Bogu, że jest zły i niemiłosierny.

I na koniec „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni” Wielkie nieba, cóż dodać. Bądźcie dla siebie dobrzy!

Zmartwychwstanie – wersja pop-kulturowa

                                     

 

Mogło być inaczej. Niestety nie było wówczas specjalistów od wizerunku, nie mówiąc o fotoshopie, kamerach, technice 3D, nawet głupich komórek nie było. Cóż jak to mówią „tak krawiec kraje jak materii staje”, ale pomarzyć wolno.

Moment Zmartwychwstania, trzeba to jasno powiedzieć, fatalny, o świcie to ludzie smacznie śpią, po obudzeniu jedzą śniadanie i dopiero potem idą na spacer i to jest właściwy czas na ważne wydarzenie. Jak zaznaczyliśmy kamer nie było, ale jakieś efekty specjalne można było zrobić – małe trzęsienie ziemi, jakiś wicher, pioruny, oczywiście nie za dużo, żeby nie wystraszyć uczestników wydarzenia. Nagle olśniewająca jasność, faryzeusze tracą wzrok od razu, reszta dostaje zapalenia spojówek.

Potem Jezus kroczy(?) do Świątyni, tłum z radości tańczy na ulicach i gromko wykrzykuje : „ukrzyżuj Go, ukrzyżuj, co ja gadam, oczywiście wykrzykuje Hosanna. Mesjasz wchodzi do świątyni, zasiada na tronie i przyjmuje hołd, Apostołowie jak zwykle zaspali (to wersja dla dziennikarzy), tak byli wystraszeni, że początkowo nie wierzyli. Ponieważ już wtedy był, była (?) gender, zamiast mężczyzny wieść o zmartwychwstaniu przyniosła kobieta. Teraz jednak biegną do świątyni na czele z synami Zebedeusza, po prawicy i lewicy Mesjasza jest jeszcze vacat. W międzyczasie arcykapłani tłumaczą Jezusowi, że nie chcieli, ale musieli, bankierzy,  niepomni doznanego niedawno despektu, obiecują współfinansować nowo powstałe królestwo. Są już Apostołowie. Jezus grozi palcem Piotrowi, ogłasza amnestię i ustanawia go namiestnikiem. Udziela jeszcze paru ważnych rad i pełnomocnictw, następnie oznajmia, że spieszy się do domu Ojca, ale na wszystko będzie miał oko więc… i wychodzi na świątynny plac. Tłum, podobnie jak tydzień temu, tylko teraz pod przewodnictwem arcykapłanów, wznosi kolejne wiwaty. Małe trzęsienie ziemi, wicher, błyskawice, płomienie otaczają postać Mesjasza, a Ten wznosi się do góry i znika w obłokach. Tłum powoli się rozchodzi, zmartwychwstanie, zmartwychwstaniem, a obiad trzeba zjeść.

Mogło tak być, ale było tak, jak to pięknie opisali Ewangeliści. Nie trzeba jednak dodawać, że gdyby było jak wyżej, losy świata potoczyłyby się inaczej. Jakiś wyjątkowo nielicznych i upartych ateistów można by zamknąć w rezerwatach i pokazywać pobożnym turystom, cała reszta spacerowałaby z polnymi liliami śpiewając Hosanna i Alleluja ewentualnie, to dla wybranych – Alleluja i do przodu!

 

 

 

 

Chusta Weroniki

                                                      

 Nie wiele wiemy o tobie Weroniko, szkoda, że żaden z Ewangelistów nie poświęcił ci chociażby paru zdań. Może chodziłaś już wcześniej za Jezusem, słuchałaś Jego nauk, widziałaś cuda i teraz kiedy szedł na śmierć, też poszłaś za Nim. Ale mogłaś też być jedną z wielu kobiet, które stały na poboczu Jego drogi krzyżowej i płakały nad Jego losem. Tobie  też pewnie te łzy płynęły, ale przede wszystkim chciałaś Mu pomóc, nade wszystko widziałaś straszliwie cierpiącego człowieka.

Niewiele mogłaś zrobić, ty krucha niewiasta, zerwałaś z głowy chustę, przedarłaś się przez tłum gapiów i dobiegłaś do Niego. Jakiś żołnierz brutalnie cię popchnął, inny rzucił w twoją stronę plugawe słowo, ale udało się!

Wytarłaś poranioną twarz Jezusa z krwi i potu. Na chwilę Jego oczy odzyskały blask, już tak boleśnie nie piekły, ale stało się coś jeszcze, coś może najważniejszego. On szedł sam, On za którym jeszcze nie tak dawno szły tłumy, On, który uzdrawiał, karmił i nauczał z mocą wielką, teraz szedł sam. I tylko ty jedna na nic nie zważając, ty słaba kobieta, jak mówią zarozumiali mężczyźni, nie bałaś się i pomogłaś Mu w Jego cierpieniu.

Nie wiemy co było potem, w tradycji Kościoła nazywają cię świętą – może tak być. Na twojej chuście zostało ci Jego oblicze. Kiedy już znalazłaś się w Niebie, bez trudu Go rozpoznałaś.

Między Niedzielą a Piątkiem

                                               

 „Nazajutrz  wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz „Król izraelski!”    (J 12, 12-13)

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Co stało się, że „Hosanna” zamieniło się na „ukrzyżuj”? To był ten sam Jezus i pewnie ci sami ludzie. Wprawdzie Ewangelista napisał, że faryzeusze podburzyli tłum, ale zaraz, zaraz, to oni sami zwykli ludzie nie widzieli cudów Jezusa, nie słuchali Jego nauk, nie potrafili ocenić czy był winny czy niewinny?

Zawsze byli i są tacy, którzy podburzają innych i co z tego? Od czego mamy rozum i sumienie? Czy zamiast twarzy mamy dziób, który otwieramy tylko na jadło, a potem wdzięcznie kwaczemy? To jest nasz człowieczy los?

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Nie wiemy, ale może tak. W każdym z nas jest wielkość i małość, bogactwo i nędza. Może trzeba nieustannie patrzeć na naszą błazeńską twarz i wiedzieć, że mądrość, prawda i dobro nie zostały nam dane raz na zawsze. Wiedzieć, że grzech, że skłonność do niego jest realną częścią naszej osoby.

Jeśli o tym zapomnimy to tymi samymi rękoma raz będziemy klaskać, a raz przybijać do krzyża.

Nie mam człowieka…!

                                                

Potem nastąpiło święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się Sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych : niewidomych, chromych, sparaliżowanych, [którzy czekali  na poruszenie się wody. Anioł bowiem zstępował w stosownym czasie i poruszał wodę. A kto pierwszy wchodził po poruszeniu się wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę ].Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego :” Czy chcesz stać się zdrowym ?” Odpowiedział Mu chory : Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną”. Rzekł do niego Jezus : „Wstań, weź swoje łoże i chodź”. Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził […] Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego :”Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5, 1-18 )

„Czy chcesz stać się zdrowym ?” Dziwne pytanie, równie dobrze można by  zapytać spragnionego wędrowca- czy chcesz się napić. Teolog ks. G. Strzelczyk komentuje to pytanie Jezusa tak:” Gdyby mnie ktoś w takiej sytuacji zapytał:” Czy chcesz być zdrowy?”, to bym po śląsku mu powiedział:” Chopie, skąd tyś się urwoł, że się tak gupio pytosz?”.  Jezus nie musiał pytać, mógł po prostu dotknąć palcem chorego i uzdrowić go. Efekt końcowy byłby ten sam  – chyba jednak nie do końca. Dla tłumu tak, jeszcze jedno uzdrowienie, dziś byśmy powiedzieli – spektakularne, i kolejny powód do chwały dla Uzdrowiciela, tyle tylko, że w tym wypadku uzdrowiony byłby przedmiotem miłości a nie jej podmiotem.

Dlatego Chrystus pyta :”Czy chcesz ?” Jesteś wolnym człowiekiem, ty musisz wyrazić zgodę, nikt, nawet sam Bóg, nie może podjąć decyzji zamiast ciebie. Pytany nie odpowiada wprost, mówi : – nie mam człowieka, który by mi pomógł. Słowa tak samo przejmujące wtedy,  jak i teraz. Tysiące ludzi, tych daleko i tych całkiem blisko obok nas, mówi do mnie, do ciebie – nie mam nikogo kto by mi pomógł. I my, którzy mamy zdrowe ręce i nogi, których stać na wiele przyjemności i uroków życia, jakże często tego smutnego wołania naszego bliźniego nie słyszymy.

Ale czy my chcemy być uzdrowieni ? Paradoksalnie nie zawsze. Zdrowie duchowe, ale też psychiczne i fizyczne wymaga pewnego starania, troski, wysiłku z naszej strony. My jednak jesteśmy przecież zmęczeni, znudzeni, nie mamy czasu i mamy to wspaniałe „jakoś to będzie” – „koń ma dużą głowę, to niech myśli” i „jeszcze się zdąży”.

 Otóż niekoniecznie się zdąży!   „A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swojego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Łk.12, 39 – 40)

I jeszcze jedno. Chrystus wyraźnie mówi do uzdrowionego: „Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” To nie jest groźba. To  tylko stwierdzenie stanu faktycznego. Nie zrobisz porządku w swoim życiu, nie posprzątasz, to nie dziw się gdy potkniesz się i nabijesz sobie bolesnego guza.