„Mądrość skarb najcenniejszy”

 

 

 „ Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównywałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota” (Mdr 7, 8-9)

 

Złoto – garść piasku, srebro – ma wartość błota. Nieźle powiedziane! Ilu z nas odważyłoby się tak stwierdzić ? A jednak wbrew światu, który w obłędnym widzie bierze udział ” w wyścigu szczurów” po bogactwo, sławę i zaszczyty, są ludzie, którzy całym swoim życiem służą mądrości. Służą temu także, co z mądrością nieodmiennie się kojarzy czyli prawdzie, godności i dobroci.

Głupi bowiem prawdy nie ceni, godność ma za nic, a na słowo „dobroć” pogardliwie wzrusza ramionami. Ilu jest takich ludzi, którzy mogąc zrobić „kasę” dla siebie, robią ją dla innych, ilu takich, o których mówimy, że nie trzymają się ich pieniądze, bo natychmiast przekażą je potrzebującym. Wiemy, że tacy są. Łączy ich to, że złoto to dla nich garść piasku.  Wybierają mądrość, która opromienia ich życie i życie tych, których spotkają na swojej drodze.

Ma w nas upodobanie

                                              

„Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2, 14)

Te słowa odnoszą się do każdego z nas. Jesteśmy słabi, źli, kłamliwi, bywa, że okropnie głupi, a Bóg  i tak ma w nas upodobanie. Zna nas na wskroś, zna nasze grzechy, o których nawet my sami nie chcemy wiedzieć , i ma w nas upodobanie. Gdy zagubimy się – idzie nas szukać, gdy odejdziemy – wypatruje nas, gdy błądzimy – staje się naszą Drogą. Ma w nas upodobanie.

 Naszymi grzechami staramy się Go zniechęcić do nas – na próżno. On wciąż ma w nas upodobanie.

Cała Boża pedagogika, to nie zakazy i nakazy jakie pan daje niewolnikowi .To tylko ukazanie jak może być piękne życie bez grzechu, jak dobrze być blisko Ojca, który ma w nas upodobanie.

 

Łazarz, Marta i Jezus

                                             

 

 

„Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość :”Panie , oto choruje ten, którego Ty kochasz […] A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. […] Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie. […] Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu napotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa :”Panie gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga.” Rzekł do niej Jezus : :”Brat twój zmartwychwstanie”. Rzekła Marta do Niego :”Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym”. Rzekło niej Jezus :”Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to ?” Odpowiedziała Mu :”Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”  ( J11,1-4 ;17;20-27”)

 

 

Kiedyś Marta zapytała z żalem Chrystusa : -„ Panie, czy jest Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Wiemy, co Jezus  odpowiedział Marcie. Nie wiemy, co pomyślała Marta. Pewnie zrozumiała napomnienie Jezusa, ale może też gdzieś w głębi serca pozostał jakiś okruch żalu, choć przecież bardzo miłowała Nauczyciela.

Przyszedł czas, że zachorował Łazarz, ciężko zachorował. Marta, doświadczona kobieta, niejedną chorobę widziała,  wiedziała, że tej choroby Łazarz sam nie przezwycięży. Dlatego razem z Marią posłały do Jezusa wiadomość :”Panie oto choruje ten, którego Ty kochasz”. Więcej mówić nie było potrzeby. Były pewne, że Jezus, który otwierał oczy ślepcom i uzdrawiał trędowatych, dotknie swoją ręką Łazarza, a on wstanie z łoża.

Chrystus jednak odebrawszy wiadomość, czeka jeszcze dwa dni, wiemy dlaczego, ale Marta nie wie. Między domowymi zajęciami, a doglądaniem chorego brata, wypatruje czy nie nadchodzi ich Mistrz. Wie, że już powinien przyjść. Nie doczekała się Marta i Maria. Łazarz znalazł mieszkanie w grobie. Kiedy Jezus wreszcie nadchodzi, wybiega Mu naprzeciw Marta:

 ”Panie gdybyś tu był…”, no właśnie, gdybyś tu był, ale nie było Ciebie, tak czekałam, wyglądałam, liczyłam czas potrzebny na przyjście do nas.

 Marto czy wierzysz we Mnie ? Nieważne, że Mnie tu nie było, czy wierzysz we Mnie? – Tak  Panie, ja wciąż wierzę w Ciebie, chociaż tak po ludzku jest mi żal. Tak nie traktuje się przyjaciół. Przekazałam Ci przecież wyraźnie, że Łazarz jest chory, a Ty przychodzisz gdy on, wybacz, ale już cuchnie. Nie rozumiem tego, jestem prostą kobietą, ale ja wiem, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego, ja wciąż wierzę w Ciebie.

Marto, Marto, jak bardzo nam po tylu wiekach od tamtego zdarzenia potrzebna twoja trudna wiara. Jakże potrzebna, kiedy niebo w płomieniach, a mrok w duszy, na krawędzi bólu i rozpaczy.

Matka kochała, pieściła synaczka, tyle trudu włożyła w leczenie, nasłuchiwała po nocach, czy jego małe serce bije. Jak wiele miała miłości i nadziei. I przyszedł dzień, kiedy to wszystko na nic, kiedy trzeba było oddać go ziemi. Otchłań bólu, którego nikt na całej ziemi nie pojmie.

Marto przy grobie umiłowanego brata módl się za matką, której serce stężało od cierpienia, módl się za nami małej wiary.

Lew jedzący słomę

                                                       

 

„Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, ciele i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii”.  (Iż 11, 6-8)

 

            Trudno nie uśmiechnąć się czytając jak to wilk z barankiem, czule przytuleni do siebie, będą zasypiać w takt chrupanej przez lwa słomy. Słusznie jednak można mniemać, że prorokowi niekoniecznie chodziło o rozbawianie nas miłymi bajkami. Prorok Izajasz pokazał nam wszystkim odmieniony świat, odmieniony radykalnie w którym dobro będzie czymś zwyczajnym, a zła nikt nie będzie czynił. Dobro tak zwyczajne, że stado lwów skubiące zieloną trawę nie będzie niczym nadzwyczajnym. W końcu co to za różnica czy trawę skubie krowa czy lew? Ktoś rzeknie, że wizja tak samo miła jak i, oględnie mówiąc, odległa. Czyżby?

Zakonnik w obozie koncentracyjnym oddaje swoje życie za nieznanego mu współwięźnia, nie wie czy on dobry czy nie, wierzący czy ateista? Czyni to tak zwyczajnie jakby miał iść nie do celi śmierci, ale do innej pracy. Zakonnica zbiera z ulicy zawszonych i śmierdzących odchodami nędzarzy, myje ich i karmi. Świecki człowiek co roku zbiera pieniądze na sprzęt medyczny ratujący życie dzieciaków. Pobożni chrześcijanie wylewają na niego wiadra pomyj, niewierzący (a skąd do jasnej cholery wiedzą co ma w duszy?) a czyni dobro, ekskomunikować go, na wszelki wypadek oczywiście.

W Keni muzułmańscy pasażerowie autobusu zaatakowanego przez fanatyków islamskich nie pozwolili skrzywdzić pasażerów chrześcijańskich:” Zostawcie ich albo zabijcie nas wszystkich” – powiedzieli, skłaniając napastników do rejterady. To tylko parę przykładów, a ilu jest takich bezimiennych bohaterów?

Gdyby jakieś Zoo pochwaliło się, że ma lwa, który żre słomę, ustawiałyby się kilometrowe kolejki by to zobaczyć. A przecież nawet całe stado takich sympatycznych kociaków, to jest „mały pikuś” wobec tych, którzy na serio potraktowali osiem błogosławieństw Jezusa.

Kiedy naszego bliźniego obejmiemy z miłością w jego opuszczeniu duchowym i materialnym, wtedy wizja Izajasza staje się realna już tu i teraz, już tu i teraz „ciele i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał”

Którzy gnębicie ubogiego

                                            

 

 

„Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego i bezrolnego pozostawiacie bez pracy, którzy mówicie:” Kiedyż minie nów księżyca, byśmy mogli sprzedawać zboże ? Kiedyż szabat, byśmy mogli otworzyć spichlerz ? A będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować za srebro biednego, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszeniczne będziemy sprzedawać. Przysiągł Jahwe na dumę Jakuba:” Nie zapomnę nigdy wszystkich ich uczynków”. (Am 8,4-7)

 

Słowa  proroka Amosa, powiedziane  tysiące lat temu, porażają swoją aktualnością. Niewielka korekta nazewnictwa i mamy nasz XXI wiek. Za biedą i nędzą jednych stoi nieposkromiona chciwość i bogactwo drugich. O sprzedawaniu plew pszenicznych nawet szkoda mówić, gorzej bo niejeden z nas do cna ogłupiony , bierze je za ziarno.

 

Grzech i lęk

                                                          

 

„Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona:” Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział:” Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. […] Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł:” Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. […] Lecz Jezus rzekł do Szymona:” Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”    (Łk, 5, 4-10)

 

Piotr stwierdza, że jest grzesznikiem, niby nic nadzwyczajnego, w końcu wszyscy jesteśmy grzesznikami. Nawet faryzeuszom brakło odwagi, by stwierdzić, że są bez grzechu i nie podnieśli kamieni. Wielkość Piotra polega na tym, że on mówi – ja jestem grzesznym człowiekiem, nie jacyś ludzie, nie my wszyscy jako rodzaj ludzki, tylko ja Piotr jestem grzesznikiem! I tak to powinno brzmieć. Nie sąsiad, nie przełożony, nie teściowa, ale ja z imienia i nazwiska jestem grzesznym człowiekiem i to dopiero może być początkiem nawrócenia.

Piotr z pewnym bólem „radzi” Jezusowi, by Ten odszedł od niego. Odwróćmy sytuację. To my radzimy tym, których uważamy za grzeszników, aby odeszli od nas, bo ubrudzimy się ich grzechami. Tak robią współcześni faryzeusze, a tymi można być i w garniturze i w sutannie Albo grzeszniku nawrócisz się, albo będę omijał cię szerokim łukiem mówiąc:” Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?” I precz go wyrzucili.  (J,9, 34) Co to ma wspólnego z miłosierdziem Jezusa? Nie wiem, pocieszam się, że tę niewiedzę dzielę z lepszymi ode mnie.

Co mówi Jezus Piotrowi? Jezus krótko stwierdza:” Nie bój się”, po prostu – nie bój się! To jest reakcja Boga na wyznanie winy grzesznika, cóż dodać, jak zwykle nasza wyobraźnia jest bezradna, by móc to objąć.

Jeszcze jedno. Wcześniej Jezus składa Piotrowi propozycję, bo przecież nie rozkaz – wypłyń na głębię, zarzuć sieci. Piotr w odróżnieniu od Jezusa fachowiec od połowu ryb, wie że to bez sensu, całą noc próbowali łowić i nic. Piotr nawet grzecznie, stara się wytłumaczyć to Jezusowi, ale zaraz dodaje – na Twoje słowo uczynię to, zaufam Ci. Na Twoje słowo!

Nas też Jezus nieustannie namawia do wypłynięcia na głębię, do zarzucenia sieci, do zaufania. Wypłyń na głębię – na płyciźnie to sobie można pomoczyć nogi w błogim lenistwie. A On chce by nasz połów był obfity.

Na twoje słowo zarzucę sieci. Amen. Niech tak się stanie!

Dwaj bracia

                                                

 

 

 

 

„Powiedział też:” Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: „Ojcze daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zebrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie ; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem : uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko ;  wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: „ Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem”. Lecz ojciec rzekł do swoich sług :” Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go ; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie : będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył ; zaginął, a odnalazł się”. I zaczęli się bawić.

            Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł:” Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego”. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść ; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu :” Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu ; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”. Lecz on mu odpowiedział :”Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”.     ( Łk. 15, 11-32)

           

Ojciec nie musiał spełnić  żądania swojego syna, ale czyni to, bo szanuje jego wolność. Wiemy co było dalej.

„ A gdy był jeszcze daleko…” można rozumieć dwojako. W sensie fizycznym mogło być tak. Ojciec czekał i wypatrywał, może lata całe. Dzień po dniu wychodził na jakieś wzgórze i patrzył, i przyszedł dzień, kiedy ujrzał idącego syna, gdy ten był jeszcze daleko.

Syn był jeszcze daleko od ojca. To prawda postanowił przyznać się do swojej winy, postanowił prosić o przebaczenie i ponieść karę. Ale tak naprawdę skłoniło go do tego cierpienie głodu i psychicznego poniżenia. Wypada mieć nadzieję, że to tylko wstęp do zrozumienia tego, co naprawdę stracił odchodząc od ojca. Odszedł od miłości , która jest nieskończenie więcej warta, niż pełny brzuch i przyzwoite odzienie na grzbiecie.

 Ojciec nie stawia żadnych warunków wstępnych. Wypatruje, dostrzega z daleka, biegnie ,  rzuca się synowi na szyję i całuje go. Sługom każe przynieść suknię, sandały i pierścień. Marnotrawny syn  cały czas jest jego synem. Radość przepełnia ojca, syn umarł a ożył, zaginął a odnalazł się. Niech wszyscy się cieszą, ucztują, śpiewają i tańczą.

I tu zaczyna się problem. Starszy brat właściwie nic nie stracił, jego część majątku nie została zmarnowana. Nie czekał na brata, nie tęsknił, nie wypatrywał, a kiedy ten wrócił to… obraził się na ojca. No bo jak cieszyć się i okazywać radość gdy takie byle co wraca do domu? Do ojca ma żal i wymówki, dla brata a właściwie „ tego syna twojego”, tylko kopniak oszczerstwa – „ roztrwonił z nierządnicami”, a skąd niby o tym wiedział ? Radość ojca na samym początku zostaje poddana trudnej próbie, ale i do tego syna kieruje dobre słowo, oby je tylko przyjął.

Synów jest dwóch, ale zamieszkują w nas jakby razem. Bywamy na przemian jednym i drugim. Odchodzimy od Ojca przy dźwięku fanfar, pełni dumy z odzyskanej, jak nam się wydaje, wolności. Ojcu powiemy grzeczne „żegnaj staruszku” i odjedziemy w dalekie strony. Dalekie strony często jednak okazują się dalekie od tego , co sobie wyobrażaliśmy. Dopiero kiedy los da nam po łbie, przychodzi do tego głupiego łba myśl, że może warto wrócić do tego niemodnego ojca u którego nie tylko nie brakuje chleba, ale jest radość i miłość.

Ale jest w nas i ten starszy syn. Taki przecież jestem porządny i do kościoła chodzę i na ofiarę dam i pacierz „klepnę”, a tymczasem to tej łachudrze obok „ kogut jajka znosi”. Jaka to sprawiedliwość, jaka nagroda za wierną służbę. Tak, tak wiem, wszystko co Twoje to i moje, ale człowiek potrzebuje tu i teraz zabawić się, poucztować, a i pierścień miło na rękę założyć. Gdybyś chociaż temu utracjuszowi powiedział – a nie mówiłem…, a Ty, Ty od razu rzucasz mu się na szyję.

 

 

Jezus powołuje Apostołów

                                          

 “A gdy Jezus chodził nad morzem Galilejskim, ujrzał dwu braci, Simona którego zowią Piotrem, i Andrzeja brata jego, zapuszczające sieci w morze (albowiem byli rybitwi). I rzekł im: Pójdźcie za mną: a uczynię was że się staniecie rybitwami ludzi. A oni natychmiast opuściwszy sieci, szli za nim.” ( Mt. 4,18-2)

Mogło być inaczej, ot choćby tak. Na słowa Jezusa, Piotr spojrzałby na Andrzeja i powiedział: – Dobrze Panie, mamy jeszcze trochę pracy, skończymy ją, odniesiemy sieci do domu a potem przyjdziemy do Ciebie.

Albo tak. Andrzej podszedłby do Piotra i zamieniłby z nim po cichu kilka zdań, a potem Piotr by powiedział: – Wiesz Panie, my  to nawet myśleliśmy o tym, żeby przyjść do Ciebie, ale sam rozumiesz, czasy ciężkie, ryby kiepsko się sprzedają, trzeba pracować od rana do wieczora, w domu ciągle nowe potrzeby. Wiesz, zrobimy tak, my pójdziemy z Tobą, będziemy Ci wiernie służyli, a Ty, gdy już będziesz królem Izraela, wynagrodzisz to nam.

Mogło być także i tak. Na słowa Jezusa Piotr wzruszył ramionami i powiedział do Andrzeja: – Znowu jakiś nawiedzony, któremu wydaje się, że jest mesjaszem. Bierz sieci, zarzucimy jeszcze raz.

Ta scena, o której mówimy, zakończyła się zupełnie inaczej: „ Oni natychmiast opuściwszy sieci, szli za nim”. Dlaczego, skąd owo „natychmiast”? Nic nie wiemy o Piotrze i Andrzeju, a także Janie i Jakubie, którzy też wszystko zostawili i „natychmiast” poszli za Jezusem.  W tym fragmencie Ewangelii dopiero ich poznajemy. Dlaczego więc? Chyba tak.

Oni rzeczywiście wierzyli w nadejście Mesjasza, oni autentycznie Go oczekiwali, oni – bogobojni Żydzi, byli sami jednym wielkim czekaniem. I w tym czekaniu, na które złożyły się tysiące lat Starego Testamentu, każda struna ich jestestwa była delikatna i czuła. Najmniejsze drgnienie wystarczyło, by prawidłowo odebrali nadany przez Boga sygnał. Bóg docenił ich czekanie, tak jak wcześniej docenił czekanie Symeona, który wyczekiwał pociechy Izraela i czekanie Anny prorokini, która służyła Mu dniem i nocą. W ich osobach dopełniło się czekanie starotestamentowych królów i proroków, także pasterzy trzód i wszelakiej ludzkiej mizerii.

Na co czekam ja ? Na lepsze czasy ? Z pewnością tak. Na mniejszą inflację, większe procenty od mojego kapitału bankowego i dobry ale tani samochód. Na to, by ktoś wreszcie dostrzegł, jaki jestem uzdolniony,  na awans, podwyżkę pensji i występ w telewizji. Na święta, najlepiej gdy wypadają na początku lub pod koniec tygodnia, jeden albo dwa dni się dołoży i będzie tyle wolnego.

            Czy ja jeszcze czekam na Niego ?

Komu służę?

                                                          

 

„Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował ; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”        (Mt 6, 24)

 

            Mamona nie ma dobrego wizerunku w Piśmie św. Nawet jeśli przy jej pomocy robi się coś dobrego i tak poprzedza ją przymiotnik „niegodziwa”. Ten negatywny odcień związany z mamoną przetrwał do naszych czasów. Nikt nie życzy drugiemu człowiekowi dużo mamony, ale raczej „dużo pieniążków”. To zdrobnienie zdradza nasz szczery zachwyt nad tymi pieniążkami. Sama mamona jako taka jest kawałkiem metalu lub papieru i ma nam ułatwiać codzienne zakupy. Z jej posiadaniem wiążą się jednak pewne kłopoty. Podstawowym jest to, że mamy jej zawsze i nieodmiennie za mało. Nie jest to oczywiście pogląd mi obcy, ale chcę napisać jeszcze o innych.

Mamona jest trochę podobna do narkotycznej rośliny. Roślina jak roślina, niektóre nawet cieszą oko swym wyglądem. Śmiertelne niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy się z nią, oględnie mówiąc,  „zaprzyjaźnimy”. Ten kto to uczyni, zaczyna żyć w totalnej iluzji. Świat rzeczywisty przestaje istnieć i cieszyć. Iluzja wciąga, oszałamia, a w końcu prowadzi do śmierci duchowej i fizycznej. Integralnym składnikiem mamony też jest iluzja- iluzja radości, przyjemności, nawet szczęścia. Wprawdzie popularne powiedzenie mówi, że pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy chce się o tym sam przekonać. No to się przekonujemy. I nie jest istotne czy mam parę tysięcy czy kilkadziesiąt. Uzależnia dokładnie tak samo. Aby iluzję utrzymać i rozwijać trzeba pieniądze, podobnie jak narkotyk, „wciągać”, coraz więcej i więcej.

Iluzja staje się wszechogarniająca, jednym z jej przejawów jest dość często wypowiadane stwierdzenie, że za pieniądze można wszystko kupić – uznanie, szacunek, a nawet miłość. Nieco skrajnym przypadkiem jest mniemanie, że kupić można sobie nawet… zbawienie, po uprzednim oczywiście przekupieniu księdza.

Niestety nie da się kupić czy raczej przekupić czasu, nawet gdybyśmy zatrzymali wskazówki wszystkich na kuli ziemskiej zegarów, czas i tak będzie płynął. Prędzej czy później przyjdzie moment o którym starotestamentowy autor mówi, że złoto będzie jak garść piasku. Skończy się iluzja „pieniążków”. Rzeczywistość obejmie nas w posiadanie, straszne posiadanie.

Co bardziej inteligentni chcieliby służyć i Bogu i Mamonie. Nie da się! Słowa Jezusa, nie pozostawiają żadnych złudzeń co do tego.

Do tanga trzeba dwojga

                                                  

 

 

Każdego roku tysiące małżeństw ulega nieodwracalnemu rozpadowi. Wszyscy ich bohaterowie ślubowali sobie miłość i wierność aż do śmierci i głęboko wierzyli w tę swoją przysięgę. Wierzyli i cieszyli się swoim szczęściem, byli pełni różnorodnych planów dotyczących swojego życia. Co się dzieje, że tak wielu z nich zrezygnowało ze wspólnej drogi?

Jest bardzo wiele mądrych analiz tego stanu rzeczy, ale wydaje się, że przyczyna jest banalna. Jest nią rezygnacja z budowy relacji z drugą osobą. O każdą dobrą relację z drugim człowiekiem trzeba dbać, troszczyć się i właśnie usilnie ją budować. To dotyczy nie tylko małżonków, ale także rodziny, przyjaciół i znajomych. Choćby były te relacje na początku ósmym cudem świata, to jeśli aktywnie nie zadbamy o nie, to wkrótce będziemy mieli nudę, rutynę i pustkę. Podobnie stanie się jeśli o kreatywność będzie dbała tylko jedna strona. Owszem w każdej wspólnocie ktoś może opaść z sił, może doświadczyć złych dni i wtedy trzeba go wziąć na swoje ramiona i nieść aż odzyska siły. Trzeba oczywiście odróżnić to od zwyczajnego lenistwa na które nie ma usprawiedliwienia.

Kiedy jeszcze bardziej zagłębić się w przyczyny rozpadu więzi między ludźmi, to bez większego trudu można dostrzec brak wzajemnego myślenia o sobie. Zamiast zadawać sobie pytanie co mogę uczynić dla żony, męża czy przyjaciela, by sprawić im radość, zadaję pytanie co oni mogą zrobić dla mnie. I jeszcze jedno. Nie da się budować relacji z naszym bliźnim „od wielkiego dzwonu”, od święta. To musi być codzienny wysiłek i nic nad to stwierdzenie nie da się mądrzejszego wymyślić.

Jako chrześcijanie powinniśmy być szczególnie uwrażliwieni na budowanie wspólnoty z Bogiem. To On tę wspólnotę nieustannie podtrzymuje i buduje niezależnie od naszego zaangażowania. To On wybiega na spotkanie z nami, szuka gdy się zgubimy. Nie odejmiemy Mu chwały gdy pozostaniemy nieczuli na te Jego pełne miłości starania. To my staniemy daleko od Niego, to my potraktujemy Go jak obcego, a naszym Ojcem będzie tylko z nazwy.

Bywa, że z własnej nieprzymuszonej woli więź z Nim ograniczamy do mało znaczących gestów, a potem w rozżaleniu zadajemy głupie pytanie:” Gdzie On jest?” On jest tam gdzie zawsze czyli przy nas, tylko gdzie my jesteśmy? Co uczyniłem wczoraj, dziś, co uczynię jutro aby Go spotkać? A przecież nawet gdy „będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali”