Bóg i wszystko


 

„Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania”     (2 Kor 5, 17-19)

 

Wszystko pochodzi od Boga. To jest podstawa naszej wiary, jej fundament. Wie o tym nawet zdolny przedszkolak uczęszczający na katechezę.

Wszystko pochodzi od Boga. Mamy to przekonanie głęboko ukryte w naszym sercu i umyśle. Nieco złośliwie można powiedzieć, że czasami zbyt głęboko.

Wszystko pochodzi od Boga. W codziennym bytowaniu skłonni jesteśmy raczej uważać, że wszystko pochodzi… od nas.

To przecież my pracujemy, zarabiamy, staramy się i tworzymy, a potem chwalimy się swoimi osiągnięciami. W porządku, niech tak będzie, Bóg nie chce nam odbierać naszego wysiłku i naszej pracy, to właśnie On polecił nam, abyśmy czynili sobie ziemie poddaną. Tylko czy my chrześcijanie jesteśmy świadomi, że nasza radość i sukcesy od Niego pochodzą, że to On jest ich źródłem i przyczyną?

Wszystko pochodzi od Boga. Czy potrafimy z tego faktu wyciągnąć wnioski, czy potrafimy za to dziękować Bogu i naszym bliźnim, którzy też przyczyniają się do naszego szczęścia?

Wszystko pochodzi od Boga. Nieraz człowiek w jakiejś koszmarnej pysze potrafi powiedzieć:” Wszystko co mam zawdzięczam tylko sobie, swojej pracy, swojej zdolności i wytrwałości”  No pewnie! Mądrość pokoleń naukowców, artystów, doświadczeń przodków, też zawdzięcza sobie?

Jest tylko jedno, co zawdzięczamy sobie samym, a co z pewnością nie pochodzi od Boga i tą rzeczą jest nasz grzech.

 

 

Bożyszcza i bałwany


„A przecież mi żal, że jak dawniej śnią nam się bożyszcza i jakoś tak jest, że gotowiśmy czołem im bić” Bułat Okudżawa

Bałwochwalstwo – termin dziś już tylko słownikowy. Kiedyś ksiądz zapytał dzieci na lekcji religii, co to znaczy być bałwochwalcą ? Jedno odparło rezolutnie, że jak lepią bałwany ze śniegu to ten, który chwali się, że jego jest najładniejszy, to on znaczy się jest bałwochwalcą. Ale to dawno temu. Dziś dzieci nie lepią śniegowych bałwanków, skoro mogą wygodnie siedząc toczyć komputerowe gry i upajać się nierzeczywistym światem szklanego ekranu. Bałwochwalstwo zda się odeszło w mroczną przeszłość prymitywnych ludów, które swój strach przed tym, co nieznane i groźne zaklinały w obliczu kamiennego boga, czy odlanego ze złota cielca.

Śmieszy nas, gdy czytamy, jak ulepionym bożkom oddawano cześć tańcząc i krzycząc przed nimi. Ale to już historia, z której co najwyżej został sympatyczny bałwanek ze śniegu, z rzadka ulepiony przez bawiące się dzieci. Czyżby ? Przecież wciąż śnią nam się bożyszcza. I choć rakiety unoszą nas w dal, za mały jest człowiek, by sam sobie wystarczył. Dla tych, u których wygrywa świat, bożyszcze mamony kreuje wciąż nowe bożki.

Reklamy namiętnie wołają – kup mnie! Świątynie supermarketów otwarte od rana do wieczora. Nie musisz od razu kupić, wejdź tylko, zobacz, nasyć wzrok. Twój bóg wie, że wkrótce zatęsknisz za nim. Przyprowadzisz swoje dzieci, ulegniesz iluzji wymyślonych potrzeb i zachłannego posiadania. Tu będzie twój kościół, tu będzie twój bóg, zatańczysz przed nim za byle błyskotkę. Bożyszcze mody, filmu, biznesu i władzy, czar wciąż  nowych kreacji, migoczący wideoklip, kolorowe okładki i puste twarze ludzi na nich. Gry komputerowe wciągają dzieci i dorosłych w wirtualny świat grozy, czarów, mordów, seksu, sztucznego piękna i zabójczej nierzeczywistości. Horoskopy i wahadełko. Wahadełko prawdę ci powie. Wróżki, astrolodzy i seanse spirytystyczne, łomot  satanistycznego rocka i parady równości w rytm techno, extazy i tolerancja. To twój bóg.

Ewangelia nie pozostawia złudzeń. Puste wnętrze człowieczej duszy jest mieszkaniem szczególnie atrakcyjnym dla diabłów. Już nie tylko śnią  się nam bożyszcza, one są, my je stworzyliśmy. Człowiek gotowy czołem im bić.

„Ogromnym grzechem, źródłem,  wszelkiego grzechu jest bałwochwalstwo, które nigdy nie było większe i bardziej rozpowszechnione niż w chwili obecnej. Pozostaje ono jednak prawie wcale niezauważone, właśnie dlatego jest tak wszechobecne i bezgraniczne. Zagarnia wszystko i nic nie pozostaje poza jego zasięgiem. Fetysze takie jak władza, samochody, posiadłości, lekarstwa sport, ubrania itd. podtrzymywane przez żądze pieniędzy i władzy […] Samospalenie się człowieka w ofierze całopalnej ku czci własnej chciwości i rozpaczy. Kryją się za tym wszelkie Zwierzchności i Władze, którym człowiek służy w swym bałwochwalstwie”  (T. Merton  „Ślub konwersacji”)

Boże i człowiecze dzieła


 

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca”.       (J 14,  12)

 

Porywać się na refleksję akurat nad tym zdaniem wypowiedzianym przez Jezusa, nie będąc nawet amatorem – teologiem, może wydawać się intelektualnym tupetem. Ale miałem  dawno temu ciotkę, która umiała czytać tylko drukowane litery. Jedynymi książkami w jej domu była książka do nabożeństwa i Ewangelia. I to zdanie przytoczone na początku też było dla niej, też je czytała. Ja jestem w nieco lepszej sytuacji, bo potrafię czytać nie tylko drukowane litery, niech więc mi wolno będzie zamyślić się i nad tym ewangelicznym tekstem.

Będzie dokonywał to co Ja czynię – no nieźle! Zanim Go „przewyższymy” najpierw spróbujmy Go naśladować, czyli wziąć swój krzyż na ramiona i iść przez ziemię dobrze czyniąc. Co to znaczy „wziąć krzyż”, aż za dobrze wiemy, nie jeden raz nas uwierał, ale jeśli naśladować Jezusa, to inaczej się nie da!

Trzeba jeszcze mieć wiarę, a to oznacza, że trzeba Mu uwierzyć, trzeba uwierzyć że to co mówi, to nie pobożne bajki, ale real jak jasna cholera (no to ostatnie może nie było potrzebne). Nie wiem czy słusznie, ale te wspomniane dzieła kojarzą się nam przede wszystkim z cudami. Bieda w tym, że nam cuda często stają się równoważne z magicznymi sztuczkami iluzjonisty. Ten pstryknie palcami i już z pudła wyskakuje urocza blondyna, kamery, transmisja w pięciu programach i brawa.

A czyż nie większym cudem jest to, że miałem ochotę dać bliźniemu w łeb, a zamiast tego powiedziałem mu „dzień dobry”, nie warknąłem na żonę, a zamiast tego zaprosiłem ją na spacer. Jakoś nigdy mi nie było po drodze do konfesjonału, aż tu nagle przypomniałem sobie, że jest taki mebel w kościele. Tak fajnie mi się rozmawiało z tą sąsiadką, której mąż wyjechał do sanatorium, już prawie przyjąłem zaproszenie na kolację, ale w ostatniej chwili przypomniał mi się ten mąż, podziękowałem i odmówiłem.

A jeszcze są święci, niekoniecznie ci kanonizowani. Nie dość, że nieśli swój krzyż, to kochający rzecz jasna bliźni w trosce o ich świętość, dokładali im jeszcze ciężarów. Gdy zaczynali naśladować Jezusa, czynić dzieła jak On, pukano im palcem w czoło.

Morał – można czynić dzieła Jezusa, trzeba Go tylko naśladować.

No tak, ale jak czynić dzieła większe od tych, które On dokonał? Tu już moje „gdybanie”. Ale może tak –  ziemska wędrówka Jezusa była w określonym czasie i miejscu.   Przemierzał On, głosząc dobrą nowinę i uzdrawiając ludzi, tereny, które dziś nazywamy Ziemią Świętą. Ten etap Jego działalności uległ zakończeniu gdy odszedł do domu Ojca. Zostaliśmy my, którym dał wszystko co potrzeba by tę Jego Dobrą Nowinę nieść po krańce ziemi, umocnił zesłaniem na nas Ducha Św. w czynieniu tego, co pozornie niemożliwe  dla człowieka. I stało się, że wieść o Jego Zmartwychwstaniu z niewielkiej przecież Galilei rozeszła się na cały świat. Może więc i faktycznie „ więcej” (mimo wszystko w cudzysłowie) uczynili Jego uczniowie niż On? A ponieważ jeszcze „nie przepalony” glob Jego miłością to jest i szansa dla nas.

 

Boże cuda

 

                                                                                                           

„Wiele też innych jeszcze cudów uczynił Jezus wobec uczniów swoich, które nie są w tej księdze spisane” (J 20, 30)

 Cudów nie ma! Słyszymy nierzadko takie twierdzenie wypowiadane z pewnością siebie i ukrytym lekceważeniem dla tych, którzy sądzą inaczej. Jest w tym także przekonanie, że Bóg od czasu wniebowstąpienia swego Syna, utracił moc czynienia cudów.

Człowiek jednak w głębi swego jestestwa pragnie cudowności, pragnie cudu, który nie jest przecież niczym innym jak ostro zarysowaną obecnością Boga w naszym i naszych bliźnich życiu.

Łatwiej jednak nam powiedzieć „przypadek” czy „dziwny zbieg okoliczności” niż nazwać rzecz po imieniu. Tak jak byśmy się wstydzili słowa cud. A może chodzi o to, że doświadczony cud zobowiązuje, nie można obojętnie wobec niego przejść, trzeba choćby powiedzieć „dziękuję”, a to okazuje się już nieraz za dużo. Przykład dziesięciu trędowatych z których tylko jeden podziękował Jezusowi za cud uzdrowienia, jest aż nazbyt pouczający.

Łatwiej nam uwierzyć w karciane, astrologiczne czy ufologiczne bzdury,  niż przyjąć fakt  nadzwyczajnej obecności Boga. W naszym życiu dzieją się dziesiątki a może i setki cudów. My jednak jak prymitywny odbiornik radiowy nie wychwytujemy fal, na których są one niesione. Nie wzmacniamy naszej religijnej wrażliwości i nic nie widzimy, nie słyszymy. Owszem, gdyby cudownemu zdarzeniu towarzyszyła telewizyjna kamera i tłum dziennikarzy, a wtedy to co innego, wtedy to byłby cud. Ale tak po cichu, zwyczajnie to może być tylko przypadek, ot udało się, miałem szczęście.

Wiara w cuda gwałtownie się ożywia, gdy przychodzi poważny kryzys lub potrzeba. Płyną wówczas natarczywe prośby do Wszechmocnego o cudowną interwencję, popierane nieraz  obietnicą swoistej nagrody dla Cudotwórcy. Ty Panie Boże załatwisz mi to, ja zrobię dla Ciebie tamto.

Cudów nie ma, dawniej bywały cuda. A może jest tak jak pisze ksiądz W. Sedlak w przedziwnie pięknej książce „Technologia Ewangelii” – „Cuda dzieją się każdego dnia, ale Pan Bóg nie bierze ludzkiego barana za ucho i nie szepce mu: Uwaga, bo teraz będzie się cud robił. Mocy Bożej nie zabrakło do cudu. Zgubiła się uwaga człowieka (…) Życie jest pełne dziwów Bożych. Trzeba tylko umieć patrzeć”

 

 

 

 

 

                                                                 

 

 

Boża pedagogika

                                 

„Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Boga Jahwe przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Bogiem Jahwe wśród drzew ogrodu. Bóg Jahwe zawołał na mężczyznę i zapytał go :” Gdzie jesteś” (Rdz  3, 8 -9)

  „Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko ; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.” (łk. 15, 20-21)

 „Oto stoję u drzwi i kołaczę : jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał a on ze mną.” (Ap.3, 20)

 Bóg woła, szuka, oczekuje, wygląda, wybiega na spotkanie. Woła nas po imieniu tak jak kogoś kogo dobrze zna. Czeka na zaproszenie, puka do drzwi, które klamkę mają tylko od wewnątrz. Wyproszony odchodzi bez pogróżek i obrazy, „nie pali za sobą mostów”. Wróci gdy tylko powiemy tak.

Nasza pedagogika jest, oględnie mówiąc, inna. Nie ma się jednak czym chwalić.

 

 

Cisi?


 

„Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię”   (Mt 5, 5)                                                                                                    

Chciałoby się w pierwszym odruchu powiedzieć jedno tylko słowo – nonsens. I choć zdecydowanie nie wypada w taki sposób komentować Ewangelii, to nie wstydźmy się tego słowa. To jest naprawdę nonsens i absurd. Jak ktoś poczuje się zgorszony, to niech przeczyta słowa św. Pawła, który właściwie mówi to samo – Ewangelia jest głupstwem dla tych, co idą na zatracenie. W królestwie tego świata słowa Jezusa są głupstwem, absurdem i nonsensem. Kulturalni w końcu Ateńczycy słowa św. Pawła skwitowali krótkim : „Posłuchamy cię innym razem”

            Jeżeli jest coś pewnego na tym świecie, to na pewno to, że cisi nie zdobędą ziemi. Niczego nie zdobędą! Aby coś posiąść trzeba głośno krzyczeć, domagać się, rozpychać się łokciami, walczyć, a nierzadko „ iść po trupach”. Wtedy ma się ziemię, bogactwa, tytuły i władzę. Wszystko to prawda, tylko kiedy „ przeminie postać tego świata” zostaje po tych „zdobywcach” ziemi, pył, nicość i zapomnienie. Dobrze jeśli nie nienawiść , przekleństwo i krzywdy tych, których „wdeptali w ziemię”

W  sercu Boga i ludzi zostaną inni, ci którzy ziemię zdobywali miłością, pokorą i dobrocią – Albert Schweitzer, brat Adam Chmielowski, Matka Teresa, Janusz Korczak, Martin Luther King i wielu, wielu innych. To na dźwięk ich imion pochylają się głowy ludzi dobrej woli na całym świecie.

A przecież i my  znamy takich cichych i pokornych, którzy prawdziwie zdobywali tę najbliższą wokół siebie ziemię. Nieśli innym radość, ukojenie w bólu i nadzieję. Bywało, że pukano się na ich widok palcem w czoło, oszukiwano ich i wykorzystywano, ale to oni przychylając innym  nieba, posiedli na własność ziemię.

Potrzeba czuwania


 

„Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym”   (Łk, 21, 36)

 

 

Czuwanie kojarzy się nam przede wszystkim z nie spaniem w godzinach nocnych, „strzegący nocne straże” pasterze ujrzeli Anioła Pańskiego, który oznajmił im radosną wieść o urodzeniu Jezusa. Niekoniecznie czuwali apostołowie, którzy posnęli, gdy Jezus modlił się w Ogrójcu. Bodaj najbardziej przejmująco pisze o tym św. Marek w swojej Ewangelii.

Czuwanie w Piśmie św. to jednak coś znacznie więcej niż tylko powstrzymanie się od snu. Chrześcijanin powinien czuwać przez cały dany mu przez Boga czas. I trudno uznać to za heroizm. Jest to raczej kwestia dobrego nawyku, konfrontowania tego co robię i co mówię z przekazem Dobrej Nowiny.

W czuwaniu nie mamy być podobni do zająca, który skulony pod krzakiem drży i czuwa, by nie stać się łupem drapieżnika czy myśliwego (niestety!).

Czuwanie pozwala nam dostrzec to, co w codziennym zabieganiu mogłoby ujść naszej uwadze. Czuwanie jest więc także czujnością. Czujnością na mojego bliźniego, na jego problemy, cierpienia, łzy. Jeśli tej czuwającej czujności nam zabraknie, to możemy przejść przez swoje życie doskonale obojętni na innych i to niekoniecznie ze złej woli.

Czuwanie jest też nieodłącznym atrybutem mądrości. Mądry człowiek wie, że ma dążyć do królestwa, które nie jest z tego świata. Czuwanie ma zapobiec temu, by mimo woli nie zrobił sobie tego królestwa tu i teraz, wpierw ogłosiwszy się królem. Czuwanie pozwala też oprzeć się pokusie zła, a diabeł, jak mówi Pismo św., krąży wokół nas jak lew ryczący.

Jezus wzywając nas do czuwania i czujności czyni to z miłości, nie chce aby ten, za kogo oddał swoje życie stał się łupem Złego. Czuwając możemy spojrzeć w „twarz” Złego i odwrócić się od niego.

„Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”

Cierpliwość ogrodnika


 

„I opowiedział im następującą przypowieść:” Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika:” Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je : po co jeszcze ziemie wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział:” Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopie je i obłożę nawozem; może wyda owoc .A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”        (Mt 13, 6-9)

 

 

Pan – właściciel winnicy jest cierpliwy. Trzy lata czekał na zbiory, przychodził z nadzieją, że może tym razem ujrzy upragniony owoc i nic. To nie jest miłe uczucie, gdy wkładamy w coś naszą pracę, nasze nadzieje i okazuje się na koniec, że wszystko to na próżno. Reakcja Pana jest jak najbardziej zrozumiała i słuszna, każdy ziemski właściciel tak właśnie by postąpił. Ale Jezus opowiadając tę przypowieść nie przekazuje instrukcji z zakresu poradnictwa ogrodniczego.

            Bóg jest właścicielem ogrodu, to On go stworzył, umieścił w żyznej glebie, zsyła słońce i deszcz, aby drzewa przynosiły owoc. To my jesteśmy bohaterami tej przypowieści. To od nas Bóg oczekuje dobrego owocu, przychodzi „co rok” i cierpliwie czeka.  To bardzo ładnie z Jego strony, ale niech to nie wpędza nas w głupkowaty optymizm.

Polecenie dane ogrodnikowi jest jednoznaczne. To prawda, ogrodnik prosi o jeszcze jeden rok, (miejmy nadzieję, że symboliczny rok) chce jeszcze usilniej zadbać o drzewo. To wzruszająca prośba, ale nawet On miłosierny i cierpliwy Ogrodnik – Jezus, mówi o wycięciu drzewa, gdy dalej nie zaowocuje. „Możesz je wyciąć”, możesz czyli nie musisz – to kolejna odsłona naszej nadziei.

Warto wszakże pamiętać o słowach Jana Chrzciciela:” Już siekiera do korzenia drzew przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone”

Dzień siódmy

                                                                                                                                                     

I dokonał Bóg w dzień siódmy dzieła swego które uczynił: i odpoczynął w dzień siódmy od wszelkiego dzieła swego, które sprawił. I błogosławił dniowi siódmemu i poświęcił go: iż weń odpoczynął od wszelkiego dzieła swego, które stworzył Bóg, aby uczynił”    (Rdz 2, 2-3)

 

Odpoczynek, czy jak kto woli, zatrzymanie się, jest wpisane w naturę człowieka. Bóg też odpoczął po stworzeniu świata. Człowiek który jest na Jego obraz i podobieństwo, też otrzymał dar odpoczynku. Nasi starsi bracia Żydzi mają szabat, my chrześcijanie – niedzielę. W tym dniu wszyscy mają odpocząć i to nie tylko aby nabrać sił do pracy, ale także, a może przede wszystkim by pomyśleć po co żyję i dla kogo żyję. Zagubiliśmy te ważne pytania przez nieustanny pośpiech. Już nie idziemy przez życie, ale biegniemy. Biegnąc popychamy i potrącamy innych bo nam przeszkadzają. Wpatrzeni w cel, w metę, widzimy tylko ją, kiedy dobiegniemy zamiast radości i ukojenia – przesuwamy ją dalej i znów biegniemy. Właściwie należałoby stworzyć nową kategorię człowieka, obok człowieka pracy, człowieka zabawy, jeszcze człowieka pośpiechu.

Kim jest ów wiecznie spieszący się człowiek? Trudno powiedzieć, ale najbardziej ceni czas, bo czas to pieniądz. Pędzi przez miasto samochodem i zyskuje dwie minuty, jadąc na urlop w ten sam sposób, zaoszczędza dwie godziny. Nie rejestruje mijanych krajobrazów, ale przedłuża urlop o dwie godziny. Zwiedzając miasto spieszy się obejrzeć wszystkie jego zabytki, w górach w pośpiechu „zalicza” najważniejsze szczyty. Ideałem jest połączenie „odpoczynku” i biznesu. Dwa w jednym i bynajmniej nie chodzi tu o szampon i odżywkę.

Na świat patrzy racjonalnie – spieszyć się warto bo to daje profity. Kontrahenci – tak, przyjaciele – nie, a jeżeli już to kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak… ludzie spieszący się. Racjonalny jest poranny prysznic, modlitwa już nie, kawa daje „kopa”, zdanie z Ewangelii tylko niepokój, cóż z tego, że twórczy, takiej twórczości nie da się zamienić na papiery wartościowe.Odpoczynek to regeneracja sił potrzebnych do kolejnego biegu, wizyta w teatrze to pokazanie się i możliwość nawiązania korzystnych kontaktów, spacer po lesie – ile desek można zrobić z drzew. Literatura – tylko fachowa, studia tylko takie, które dają możliwość dobrze płatnej pracy.

Człowiek spieszący się wie, że nie jest sam, inni też biegną. Ktoś uścisnął dwadzieścia dłoni potencjalnych kontrahentów, on się „zepnie” i uściśnie dwadzieścia pięć. Przeszkody należy nie zatrzymując się omijać, a ponieważ najczęściej są to nasi bliźni, to w ramach solidarności między ludzkiej, można im w biegu przekazać swoje życiowe motto: ”nie mam czasu”. Człowiek spieszący nie spieszy się tylko kochać ludzi – poeci to nie są idole człowieka spieszącego się.

„Zatrzymaj się i pomyśl po co żyjesz”

Chrześcijanin na co dzień


 

Przed wielu laty słuchałem rekolekcji prowadzonych przez oblata ks. W. Łyko. To była bez żadnej przesady uczta duchowa. Ale powiedział on zdanie, które niemal wzbudziło moje zgorszenie. Otóż stwierdził , że można całe życie spędzić przy łóżku chorego, a na koniec usłyszeć od Jezusa: „Nie znam cię”. Dopiero uważne zamyślenie nad” Hymnem o miłości” św. Pawła uświadomiło mi jak bardzo miał rację ów rekolekcjonista. Apostoł mówi to jeszcze bardziej radykalnie, możesz wszystko rozdać, ciało wydać na spalenie, a jeśli nie masz miłości, będziesz nikim, staniesz przed Bogiem bez imienia.

Mamy niezłe zdanie o sobie jako o społeczeństwie, wprawdzie Norwid gorzko stwierdza:” Oto jest społeczność polska! Społeczność narodu, który nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden.” Ale kto tam słucha dziś Norwida skoro można posłuchać… no dobra nie będę mówił kogo. Każdy kto wątpi w moralną doskonałość naszego społeczeństwa, naszego Kościoła, naraża się na zarzut kalania własnego gniazda. No to jeszcze raz Norwid:” Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?” Aż dziw bierze, że jeszcze zbiorowo nie zostaliśmy kanonizowani. Ale świętego Jana Pawła mamy, świeczki Caritasu kupujemy? – No kupujemy. A na Owsiaka to niby kto daje ? Może w kościołach robi się nieco luźno, ale w takich Niemczech to kościoły rozbierają, bo nikt do nich nie chodzi. Niechby ktoś u nas spróbował!  A przecież są jeszcze procesje, drogi krzyżowe i rozświetlone cmentarze we Wszystkich Świętych. No cóż nie lekceważę tego, taka tradycja i zwyczaje.

Kiedy jednak dzwony ucichną i wtopimy się, jak to ładnie mówią socjolodzy, w tkankę społeczną to gryziemy, warczymy i szczerzymy na siebie kły. O co? Właściwie o nic W większości to szczerzenie kłów pozbawione jest choćby cienia racjonalności. Kierowca który trąbi na mnie i wariacko wyprzedza, po kilkudziesięciu sekundach zatrzymuje się pod tym samym co ja czerwonym światłem. Lekarka, która z trudem ukrywa swoje niezadowolenie z mojej wizyty, jeśli tych wizyt nie będzie miała, straci pracę. Pan ważny urzędnik po maturze traktuje mnie jak półgłówka, ale nazajutrz pójdzie do lekarza lub innego urzędnika i ten potraktuje go tak samo jak on mnie. Przecież to jest chore! Większość naszego społeczeństwa to ludzie ochrzczeni i wobec tego nieśmiertelne pytanie – co z tego wynika? W zgodnej relacji wielu ludzi przyjeżdżających z za naszej zachodniej granicy, gdzie niestety kościoły są puste, mówi jednak o panującej tam zwyczajnej, codziennej międzyludzkiej  życzliwości, o radości z tego, że obok jest drugi człowiek.

Przypomina się mi gdzieś zasłyszana anegdota:” Jak modli się austriacki baca? – Panie Boże spraw abym miał więcej owiec od mojego sąsiada, zaś polski baca? – Panie Boże spraw aby owce mojego sąsiada szlag trafił” I tu jest pies pogrzebany. A propos psa, A. de Mello  SJ opisuje jak to pies wbiegł do komnaty zwierciadlanej i nagle zobaczył sto psów. Nie wiedząc, że to zwielokrotnione jego odbicie, groźnie wyszczerzył kły, sto psów „zrobiło” podobnie. De Mello smutnie konstatuje : a gdyby przyjaźnie pomerdał ogonem?

I choć tekst gorzki, to jest i nuta optymizmu. Nie mamy wpływu na wiele spraw, wiadomo globalizacja, międzynarodowy kapitał, jak twierdzą dobrze choć głupio poinformowani, wiadomo w czyich rękach.I media, które usiłują robić nam sieczkę z mózgu – ot życie. Nikt jednak nie może powiedzieć, że nie ma wpływu na relację z sąsiadem, z kolegą w pracy, na uczelni. Nikt nam nie każe traktować spotykanych po drodze ludzi jak potencjalnych wrogów, możemy jak to pięknie śpiewała Anna German, uśmiechać się do każdej chwili. To jest właśnie chrześcijaństwo bez wielkich słów, to jest chrześcijaństwo, którego tak bardzo nam wszystkim brakuje.

I jeszcze jedno. Coraz częściej w naszych dyskursach pojawia się pojęcie „oni”. Wprawdzie nie bardzo wiadomo kto to są ci „oni”, ale to „oni” nie my, są winni za wszystko. To „oni” stawiają radary, tropią kierowców łamiących przepisy, chcą zniszczyć naszą gospodarkę, religię i Kościół. To „oni”, nie my, kradną, załatwiają, gnębią i jeszcze jak by tego było mało, każą nam robić różne wstrętne rzeczy i na dodatek sprawiają, że krasnoludki sikają nam do mleka.

A my niebożątka tacy biedni, niewinni i bezwolni wznosimy oczy do nieba i mówimy:” Jakim nas Panie Boże stworzyłeś, takim nas masz”. Amen!