Jezus powołuje Apostołów

                                          

 “A gdy Jezus chodził nad morzem Galilejskim, ujrzał dwu braci, Simona którego zowią Piotrem, i Andrzeja brata jego, zapuszczające sieci w morze (albowiem byli rybitwi). I rzekł im: Pójdźcie za mną: a uczynię was że się staniecie rybitwami ludzi. A oni natychmiast opuściwszy sieci, szli za nim.” ( Mt. 4,18-2)

Mogło być inaczej, ot choćby tak. Na słowa Jezusa, Piotr spojrzałby na Andrzeja i powiedział: – Dobrze Panie, mamy jeszcze trochę pracy, skończymy ją, odniesiemy sieci do domu a potem przyjdziemy do Ciebie.

Albo tak. Andrzej podszedłby do Piotra i zamieniłby z nim po cichu kilka zdań, a potem Piotr by powiedział: – Wiesz Panie, my  to nawet myśleliśmy o tym, żeby przyjść do Ciebie, ale sam rozumiesz, czasy ciężkie, ryby kiepsko się sprzedają, trzeba pracować od rana do wieczora, w domu ciągle nowe potrzeby. Wiesz, zrobimy tak, my pójdziemy z Tobą, będziemy Ci wiernie służyli, a Ty, gdy już będziesz królem Izraela, wynagrodzisz to nam.

Mogło być także i tak. Na słowa Jezusa Piotr wzruszył ramionami i powiedział do Andrzeja: – Znowu jakiś nawiedzony, któremu wydaje się, że jest mesjaszem. Bierz sieci, zarzucimy jeszcze raz.

Ta scena, o której mówimy, zakończyła się zupełnie inaczej: „ Oni natychmiast opuściwszy sieci, szli za nim”. Dlaczego, skąd owo „natychmiast”? Nic nie wiemy o Piotrze i Andrzeju, a także Janie i Jakubie, którzy też wszystko zostawili i „natychmiast” poszli za Jezusem.  W tym fragmencie Ewangelii dopiero ich poznajemy. Dlaczego więc? Chyba tak.

Oni rzeczywiście wierzyli w nadejście Mesjasza, oni autentycznie Go oczekiwali, oni – bogobojni Żydzi, byli sami jednym wielkim czekaniem. I w tym czekaniu, na które złożyły się tysiące lat Starego Testamentu, każda struna ich jestestwa była delikatna i czuła. Najmniejsze drgnienie wystarczyło, by prawidłowo odebrali nadany przez Boga sygnał. Bóg docenił ich czekanie, tak jak wcześniej docenił czekanie Symeona, który wyczekiwał pociechy Izraela i czekanie Anny prorokini, która służyła Mu dniem i nocą. W ich osobach dopełniło się czekanie starotestamentowych królów i proroków, także pasterzy trzód i wszelakiej ludzkiej mizerii.

Na co czekam ja ? Na lepsze czasy ? Z pewnością tak. Na mniejszą inflację, większe procenty od mojego kapitału bankowego i dobry ale tani samochód. Na to, by ktoś wreszcie dostrzegł, jaki jestem uzdolniony,  na awans, podwyżkę pensji i występ w telewizji. Na święta, najlepiej gdy wypadają na początku lub pod koniec tygodnia, jeden albo dwa dni się dołoży i będzie tyle wolnego.

            Czy ja jeszcze czekam na Niego ?

Komu służę?

                                                          

 

„Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował ; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”        (Mt 6, 24)

 

            Mamona nie ma dobrego wizerunku w Piśmie św. Nawet jeśli przy jej pomocy robi się coś dobrego i tak poprzedza ją przymiotnik „niegodziwa”. Ten negatywny odcień związany z mamoną przetrwał do naszych czasów. Nikt nie życzy drugiemu człowiekowi dużo mamony, ale raczej „dużo pieniążków”. To zdrobnienie zdradza nasz szczery zachwyt nad tymi pieniążkami. Sama mamona jako taka jest kawałkiem metalu lub papieru i ma nam ułatwiać codzienne zakupy. Z jej posiadaniem wiążą się jednak pewne kłopoty. Podstawowym jest to, że mamy jej zawsze i nieodmiennie za mało. Nie jest to oczywiście pogląd mi obcy, ale chcę napisać jeszcze o innych.

Mamona jest trochę podobna do narkotycznej rośliny. Roślina jak roślina, niektóre nawet cieszą oko swym wyglądem. Śmiertelne niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy się z nią, oględnie mówiąc,  „zaprzyjaźnimy”. Ten kto to uczyni, zaczyna żyć w totalnej iluzji. Świat rzeczywisty przestaje istnieć i cieszyć. Iluzja wciąga, oszałamia, a w końcu prowadzi do śmierci duchowej i fizycznej. Integralnym składnikiem mamony też jest iluzja- iluzja radości, przyjemności, nawet szczęścia. Wprawdzie popularne powiedzenie mówi, że pieniądze szczęścia nie dają, ale każdy chce się o tym sam przekonać. No to się przekonujemy. I nie jest istotne czy mam parę tysięcy czy kilkadziesiąt. Uzależnia dokładnie tak samo. Aby iluzję utrzymać i rozwijać trzeba pieniądze, podobnie jak narkotyk, „wciągać”, coraz więcej i więcej.

Iluzja staje się wszechogarniająca, jednym z jej przejawów jest dość często wypowiadane stwierdzenie, że za pieniądze można wszystko kupić – uznanie, szacunek, a nawet miłość. Nieco skrajnym przypadkiem jest mniemanie, że kupić można sobie nawet… zbawienie, po uprzednim oczywiście przekupieniu księdza.

Niestety nie da się kupić czy raczej przekupić czasu, nawet gdybyśmy zatrzymali wskazówki wszystkich na kuli ziemskiej zegarów, czas i tak będzie płynął. Prędzej czy później przyjdzie moment o którym starotestamentowy autor mówi, że złoto będzie jak garść piasku. Skończy się iluzja „pieniążków”. Rzeczywistość obejmie nas w posiadanie, straszne posiadanie.

Co bardziej inteligentni chcieliby służyć i Bogu i Mamonie. Nie da się! Słowa Jezusa, nie pozostawiają żadnych złudzeń co do tego.

Do tanga trzeba dwojga

                                                  

 

 

Każdego roku tysiące małżeństw ulega nieodwracalnemu rozpadowi. Wszyscy ich bohaterowie ślubowali sobie miłość i wierność aż do śmierci i głęboko wierzyli w tę swoją przysięgę. Wierzyli i cieszyli się swoim szczęściem, byli pełni różnorodnych planów dotyczących swojego życia. Co się dzieje, że tak wielu z nich zrezygnowało ze wspólnej drogi?

Jest bardzo wiele mądrych analiz tego stanu rzeczy, ale wydaje się, że przyczyna jest banalna. Jest nią rezygnacja z budowy relacji z drugą osobą. O każdą dobrą relację z drugim człowiekiem trzeba dbać, troszczyć się i właśnie usilnie ją budować. To dotyczy nie tylko małżonków, ale także rodziny, przyjaciół i znajomych. Choćby były te relacje na początku ósmym cudem świata, to jeśli aktywnie nie zadbamy o nie, to wkrótce będziemy mieli nudę, rutynę i pustkę. Podobnie stanie się jeśli o kreatywność będzie dbała tylko jedna strona. Owszem w każdej wspólnocie ktoś może opaść z sił, może doświadczyć złych dni i wtedy trzeba go wziąć na swoje ramiona i nieść aż odzyska siły. Trzeba oczywiście odróżnić to od zwyczajnego lenistwa na które nie ma usprawiedliwienia.

Kiedy jeszcze bardziej zagłębić się w przyczyny rozpadu więzi między ludźmi, to bez większego trudu można dostrzec brak wzajemnego myślenia o sobie. Zamiast zadawać sobie pytanie co mogę uczynić dla żony, męża czy przyjaciela, by sprawić im radość, zadaję pytanie co oni mogą zrobić dla mnie. I jeszcze jedno. Nie da się budować relacji z naszym bliźnim „od wielkiego dzwonu”, od święta. To musi być codzienny wysiłek i nic nad to stwierdzenie nie da się mądrzejszego wymyślić.

Jako chrześcijanie powinniśmy być szczególnie uwrażliwieni na budowanie wspólnoty z Bogiem. To On tę wspólnotę nieustannie podtrzymuje i buduje niezależnie od naszego zaangażowania. To On wybiega na spotkanie z nami, szuka gdy się zgubimy. Nie odejmiemy Mu chwały gdy pozostaniemy nieczuli na te Jego pełne miłości starania. To my staniemy daleko od Niego, to my potraktujemy Go jak obcego, a naszym Ojcem będzie tylko z nazwy.

Bywa, że z własnej nieprzymuszonej woli więź z Nim ograniczamy do mało znaczących gestów, a potem w rozżaleniu zadajemy głupie pytanie:” Gdzie On jest?” On jest tam gdzie zawsze czyli przy nas, tylko gdzie my jesteśmy? Co uczyniłem wczoraj, dziś, co uczynię jutro aby Go spotkać? A przecież nawet gdy „będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali”

Kobiecość i macierzyństwo

                                           

 

            Patrzę na zdjęcie zamieszczone w jednym z numerów „Tygodnika Powszechnego”, przedstawiające  matkę z przytulonym do niej niemowlakiem. Przedziwne jest piękno tej młodej kobiety, jakby piękno tego dziecka promieniowało na nią i rozpalało jej urodę. Tajemnicze i niezgłębione połączenie erosa i macierzyństwa.

Popkultura razem ze zwariowaną ponowoczesnością wmówiła wielu młodym mężczyznom i kobietom, że te dwa wymiary kobiecego ciała jakimi są erotyka i macierzyństwo, są rozdzielne, wręcz przeciwstawne. A przecież ta kobieta, jej niesamowite piękno powodujące, że chyba każdy mężczyzna chciałby ją mieć w swoich ramionach, jest nierozerwalnie złączone z macierzyństwem. Kiedyś mówiono, że kobieta rozkwita właśnie po urodzeniu dziecka.

Wulgarny erotyzm w kulturze konsumpcji, konsumpcji także ciała kobiety, sprawia, że zamiast trójwymiarowego, przestrzennego obrazu kobiety – żony i kobiety – matki, otrzymujemy odpustowy, kiczowaty oleodruk. Gdy jego kolory z lekka wyblakną, usuwamy go i szukamy następnego.

Rezygnujemy przede wszystkim my mężczyźni z cudu oszałamiającego piękna głębi kobiecości. Wyrządzamy kobietom i sobie też, straszną krzywdę.

 

Alternatywna historia narodzenia

                                  

 

                                               „Nie było miejsca dla Ciebie

                                                 W Betlejem w żadnej gospodzie

                                                  I narodziłeś się, Jezu

                                                  W stajni, w ubóstwie i chłodzie”

 

Smutne, wręcz żałosne słowa kolędy idealnie wpasowują się w nastrój Bożonarodzeniowej nocy. Wokoło ciemno, zimno, kiedyś pewnie wyły wilki. Jak się tu nie wzruszyć. Dzisiaj wyglądałoby to oczywiście zupełnie inaczej, szczególnie w naszej Ojczyźnie.

Maryja rodzi w najnowocześniejszej klinice w otoczeniu wybitnych specjalistów -położników. Po porodzie jest przenoszona do pięciogwiazdkowego Hiltona, do apartamentu dla VIP-ów. Józef dostaje apartament obok. Prezydent, premier i marszałek sejmu podjeżdżają służbowymi limuzynami i składają ofiary dopiero co urodzonemu Dziecięciu. Trochę brzmi to poufale, ale Maryja i Józef są w końcu prostymi ludźmi. Dziecko dostaje złoto (tu nic się nie zmieniło), wypasione konto w banku i tytuł pierwszego obywatela RP.

Ktoś głupio zapyta skąd niby było wiadomo, że Maryja i Józef znajdą się w naszej Ojczyźnie? No, daliśmy radę, uchodźców na szczęście dla naszej wiary katolickiej, nie mamy, więc jak ci ciapaci się pojawili, to odpowiednie służby sprawdziły, no i taki zaszczyt. Zresztą są tacy chrześcijanie, którzy nawet w tłumie uchodźców od razu by poznali Świętą Rodzinę. Jak ma się takie wyćwiczone oko to od razu człowiek zobaczy aureolę, a nos wyczuje zapach świętości. Aha, Maryja i Józef, aż głupio to powiedzieć, ale prawda nas wyzwoli, to… Żydzi! Niezbadane są zamysły Najwyższego. A kogo jak kogo, ale Żydów to my rozpoznajemy bezbłędnie i to parę pokoleń wstecz – spojrzysz i wiesz. Zapomniałem. Na drodze z kliniki do Hiltona odpowiednie służby zamalowują niegrzeczne napisy wyrażające pewną rezerwę pod adresem Narodu Wybranego. Rezerwę, dodajmy w pełni zrozumiałą w katolickim państwie  narodu polskiego.

Kiedy już minie okres Bożego Narodzenia, zgodnie ze staropolską gościnnością  sugerujemy Świętej Rodzinie zmianę miejsca zamieszkania. Nie, oczywiście nikt nie będzie ich wyganiał z kraju na jakąś tułaczkę, standardy na szczęście się zmieniły. Dostaną status uchodźcy (wyjątki potwierdzają zasadę – żadnych ciapatych!) i miejsce w ośrodku dla uchodźców, mogą sobie nawet wybrać mieszkanie. Tam będą mieszkać aż do Wielkanocy, parę dni wcześniej odpowiednie władze, oczywiście po konsultacji ze społeczeństwem, podejmą właściwe decyzje.

Póki co wszystko jest ok.  i możemy oddać się pięknemu zwyczajowi śpiewania kolęd.

 

                                                

„Kimże będzie to dziecię”

                                              „ Kimże będzie to dziecię?”       

 

„Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała :”Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. Odrzekli jej :” Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię”. Pytali więc znakami jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał :” Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali : „ Kimże będzie to dziecię ?” Bo istotnie ręka Pańska była z nim.”  (Łk 1, 57-66)

 

 

„Kimże będzie to dziecię?”  Odwieczne pytanie rodziców. Kimże ono będzie ? Dobrym czy złym człowiekiem, mądrym czy głupim, bogatym czy biednym, pobożnym czy bezbożnikiem ? I choć nie zadajemy tych pytań bezpośrednio nad kołyską, to przecież mamy je gdzieś „w tyle głowy”. A przecież jest najprostsza odpowiedź. Jest i będzie obrazem Boga, jest stworzone na Jego obraz i podobieństwo.

To On , jak mówi Psalmista „utkał” je w łonie matki, i powierzył je nam rodzicom. To my dalej „tkamy” jego duszę  umysł i ciało. To my  współdziałamy z Bogiem od dnia Chrztu św. by wzrastał w bogobojności. Świat będzie nam nieustannie wyrywał to dziecko z naszych rąk, a diabeł będzie chciał je „pożreć”. Ale to nam Bóg dał łaskę, aby to dziecię nieustannie przybliżać do Jezusa. Jeśli z niej nie skorzystamy, to daremne będą późniejsze głupkowate, pełne smutnego zdziwienia słowa : „ I co z niego, co z niej wyrosło?

 

 

Głupcze!

                                                        

 

Powiedział też do nich:” Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa (we wszystko), życie jego nie jest zależne od jego mienia” I powiedział im przypowieść:” Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów ? I rzekł: Tak zrobię : zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie : Masz wszelkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj. Lecz Bóg rzekł do niego:” Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twej duszy od ciebie, komu więc przypadnie to, coś przygotował ? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem „(Łk.12; 16-21)

 

 

„Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają  twojej  duszy od ciebie” – mocno powiedziane! Ale  bogacz w pełni na to sobie zasłużył. Zero refleksji nad obfitością dóbr, których nagle stał się posiadaczem. Nie przyszło mu do głowy  dziękować za nie Bogu, który jest dawcą wszystkiego. Nie ogarnął go lęk czy choćby zaniepokojenie, że przecież spichlerze mogą  spłonąć, zboże mogą zjeść myszy, a on sam obłożnie zachorować. On wie, że będzie jadł, pił i używał, czyli jakbyśmy dziś powiedzieli, odwołując się do tytułu głośnego niegdyś filmu – jedno wielkie żarcie. Złośliwie można podsumować dzieje owego bogacza jednym stwierdzeniem: – ma, na co sobie zasłużył.

A na co my zasłużyliśmy ? No właśnie.

Dzisiejszy bogacz jest jakby inny od tego z Ewangelii św. Łukasza. On nigdy nie przestanie zdobywać i pomnażać. On wie, że nie da się zjeść dwóch obiadów i jeździć dwoma samochodami jednocześnie. Jednak rozwija, zakłada, inwestuje, wchodzi w coraz to nowe spółki  itd. ,itd.

Powie ktoś, że negatywna ocena takich działań wcale nie jest taka oczywista. Ostatecznie dzięki takim ludziom następuje ogólny rozwój, powstają nowe miejsca pracy, wzrasta zamożność  społeczeństwa. Bogacenie samo w sobie też grzechem nie jest, tak samo jak korzystanie z owoców swojej pracy. Gdzie jest więc prawda ?

Myślę, że chodzi o to, by umieć w pewnym momencie powiedzieć sobie jedno małe słowo:- dość. Dość  gromadzenia, rozwijania, budowania, sadzenia, choćby jak najbardziej słusznego. Człowiek nie tylko do tego został stworzony i koniec przypowieści nie pozostawia, co do tego żadnych złudzeń. A nie jest żadnym odkryciem, że nic tak nie pozbawia  nas potrzeby bycia bogatym przed Bogiem jak pieniądz. Owo „głupcze”, tak samo odnosi się do bogacza, który postanowił oddać się leniwej konsumpcji, jak i do tego, który uważa, że na takową jest jeszcze za wcześnie.

Jak to jednak ma się do nas, zwykłych zjadaczy chleba, o których powiedzenie, że są bogaczami może wzbudzić jedynie uśmiech politowania. Ano ma się. Rzecz bowiem nie tylko w ilości, ale również w nastawieniu . Możemy tak się „zagonić” za dobrami nawet potrzebnymi, że wygospodarowanie wolnej niszy, w której znajdzie się czas dla rodziny, czas na modlitwę, na zamyślenie – braknie czasu. I wówczas słowa skierowane do bogacza mogą okazać się niepokojąco pasujące do nas samych.

                                                                           

 

 

 

 

 

Effatha

                                                             

„Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego : „ Effatha”, to znaczy : Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. „  (Mk  7,32-35)

Jezus mógłby po prostu powiedzieć : jesteś uzdrowiony, będziesz słyszał. Używa jednak terminu wieloznacznego, „otwórz się”. To może oznaczać  otwarcie uszu, ale może też znaczyć – człowieku otwórz się ! Otwórz się na dobro, na bliźniego swego, otwórz się na wiele innych wartości na które dotychczas byłeś zamknięty.

             A my ? Wszak i my jesteśmy często głusi (ślepi zresztą też) na głos innych ludzi, głusi na ich wołanie, cierpienie, samotność. Nieraz wręcz teatralnym gestem zamykamy dłońmi uszy, by ich nie usłyszeć. Czyż nie trzeba i tak odczytać tego ewangelicznego wydarzenia ?

Święty Marek notuje, że Jezus przed cudem uzdrowienia westchnął. W naszej kulturze zachowań westchnienie może oznaczać, że widzimy coś więcej, jakąś słabość, brak, ale mimo to podejmujemy działanie. Być może to tylko przypuszczenie, ale może westchnienie  Jezusa oznaczało – wiem kim jesteś, wiem, że nie wszystko było dobre w twoim życiu, ale kocham cię, wzniosę oczy ku niebu i poproszę mego Ojca, by cię uzdrowił. Niech otworzą się twoje uszy i serce.

 Jezusowe „effatha” jest tak samo kierowane do owego nieznanego nam z imienia człowieka jak i do nas samych i pewnie tak samo poprzedzone westchnieniem.              

 

                                                                                             

 

 

 

 

 

Dwa słowa

                                                                 

 

A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę: „Rzekł do niego „Abrahamie!” A gdy on odpowiedział:” Oto jestem” – powiedział:” Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam go złóż w ofierze na jednym z pagórków jakie ci wskażę”    (Rdz 22, 1-2)

 

            Gdy Bóg odzywa się do Abrahama ten odpowiada – oto jestem. Człowiek stoi przed Bogiem i wypowiada tylko dwa słowa – oto jestem. Nic więcej! Zdaje się, że jesteśmy lata świetlne od takiej postawy.

Nie wiemy o czym myślał i czy w ogóle myślał Abraham. Pewnie patrzył na syna, może jakieś myśli „przelatywały” przez jego głowę. Kiedy wyruszał z Ur chaldejskiego mógł mieć nadzieję. Jaką nadzieję można mieć prowadząc syna jedynego na śmierć? Drwa na stos ofiarny były nieludzko ciężkie, wiązanie syna – nawet nie próbujmy odgadywać. Ale kiedy anioł Boży zawoła do Abrahama ten powtórnie powie – oto jestem. Dla mnie najważniejsze słowa w historii człowieka przed zwiastowaniem.

Odległe czasy, odległa historia, nawet dziś budząca dreszcz grozy mimo szczęśliwego zakończenia. A przecież dotyczy w jakimś stopniu każdego z nas. Bywa, że i my musimy pójść na naszą górę Moria, nie musimy składać ofiary z życia, ale i tak tracimy nie raz to, co dla nas niesłychanie cenne. Jeśli usłyszymy wówczas głos Boga, jeśli zechcemy Go usłyszeć i odpowiedzieć tak jak Abraham, to możemy mieć nadzieję, że On dalej nas poprowadzi.

 

 

Rok liturgiczny i handlowy

                                             

 

            Oficjalnie rok liturgiczny w Kościele katolickim zaczyna się wraz z pierwszą niedzielą adwentu, ale to wersja oficjalna dla mało zorientowanych. Faktycznie zaczyna się w połowie października, a nawet wcześniej i nie trwa wcale rok jakby sugerowała nazwa, ale około pół roku. Ale do rzeczy!

W październiku w galeriach handlowych następuje przemiana, zaryzykowałbym twierdzenie, duchowa. Miejsce rozbuchanej konsumpcji zajmuje zaduma nad wiecznością i przemijaniem. Wiecznie zabieganemu klientowi trzeba to przybliżyć i uwrażliwić go duchowo.  Że to trochę kosztuje? No trudno żeby pochylenie się nad wiecznością było za darmo, w końcu dotyczy to naszych zmarłych bliskich. Nasza wiara w życie pozagrobowe też się umocni. Galanteria grobowo – cmentarna mieni się wszelkimi odcieniami lampek i kwiatów. Baloniki z symbolami wieczności na gustownych kolorowych sznureczkach przypominają nam w metafizycznym skrócie, że my też kiedyś uniesiemy się w górę, a hamburgery i kebaby, to już przed cmentarzami, że nie samym chlebem żyje człowiek.

Kiedy tylko wypalą się ostatnie lampki na grobach, zaczynają się ogólnonarodowe przygotowania do najważniejszego święta w roku handlowym, wróć, oczywiście chodziło mi o rok kościelny. Adwent znaczy czekać, oczekiwać, ale zgodnie z najnowszą wykładnią teologiczną ma to być radosne oczekiwanie. Nie można tej radości klientów lekceważyć, empatia wobec nich to podstawowe przesłanie handlowców. Każde inne zachowanie byłoby sprzeczne z wartościami chrześcijańskimi. Niczym lokomotywa z wiersza Tuwima powoli rusza szał, znowu pomyłka, rusza radość ze świątecznych zakupów. Patronuje im ludzik w zabawnej czapce, przez niektórych nazywany św. Mikołajem. Oczekiwaniu na święta powinno towarzyszyć skupienie i zaduma. To oczywiste,  każdy wie, że trzeba się skupić nad tym co się kupuje i zadumać się nad stanem swojego konta bankowego. Do ludzika wkrótce dołączą urodziwe anielice sprzedające ważny religijny atrybut świąt Bożego Narodzenia – opłatek. Karpie już grzeją grzbiety w blokach startowych na wigilijny stół, kolędy o biednym urodzonym w szopie Dzieciątku koją nasze serca i napełniają je chęcią jeszcze większych zakupów. Jeszcze choinka, jemioła i sianko (biedny Jezusek na nim spał!) Po drodze wódeczka na firmowej wigilii i już można śpiewać, że wśród nocnej ciszy… A potem stół i żarcie, sorry człowiek taki niewychowany, konsumpcja darów Bożych oczywiście. Wolne miejsce przy stole i krótka ale szczera modlitwa, żeby nie chciał z niego skorzystać jakiś menel.

Czas między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą, trzeba to sobie szczerze powiedzieć, jest niestety religijnie słaby, jakieś gromnice, zwiastowania, ale to dla najbardziej wtajemniczonych. Na szczęście jest wyjątek! Mamy w końcu świętych obcowanie. Taki święty Walenty patrzy na niedolę kupców i zakochanych, i z żalu nad nimi postanawia na chwilę zająć się „love”. Są prezenty, są wydatki, PKB rośnie i jak tu nie czcić świętych?

Nawet nie zauważyliśmy jak wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc, kury na dopalaczach niosą jajka na trzy zmiany, kogut nie ma siły piać o poranku, ale prawda smutna jest taka, że nie ten nastrój i nie ta ochota. Pewnie, będą jajeczka, biała kiełbaska, babki, mazurki i schłodzona, wszak post szczęśliwie za nami, wódeczka do wielkanocnego śniadanka. Wcześniej trzeba oczywiście wszystko, no może z wyjątkiem wódeczki, poświęcić, przy okazji zobaczymy czy coś się zmieniło w naszym kościele parafialnym od poprzedniego roku.

A potem? No cóż „święta, święta i po świętach”. Trzeba czekać, ale i to może mieć wymiar religijny, wszak czekamy na wieczność (patrz początek artykułu).