O pogardzie i nie tylko

 

 Od dłuższego czasu przedstawiciele różnych środowisk, także kościelnych, apelują o usunięcie z naszych relacji społecznych i religijnych (tak!), języka nienawiści i pogardy. Tu nie da się powiedzieć nic więcej. Pogarda dla osoby ludzkiej jest sprzeczna z elementarną godnością przynależną każdemu człowiekowi bez względu na to kim jest, co robi, jakie ma poglądy i orientacje. Zaprzeczenie tej zasadzie nie da się niczym usprawiedliwić. Niestety pojawia się w tym temacie bardzo niewdzięczny do opisu problem.

W słusznym sprzeciwie wobec pogardy zrobiliśmy ze słowa „pogarda”, młot na każdego z kim się nie zgadzamy. Istnieją oczywiście bardziej subtelne narzędzia oceny bliźniego, ale jak przyłożysz młotem, to efekt murowany. Dotyczy to także mojej osoby, macham na to ręką i nie zamierzam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Mam zresztą mocno wykrzywiony kręgosłup, więc przyjmuję do wiadomości, że mogę komuś wielbłąda przypominać. Owszem czasem odpowiem kpiną jak ostatnio, ale czy to pogarda? Czy ktoś kto komentuje, nie tylko przecież moje artykuły, zdaje sobie sprawę jak ciężkim zarzutem jest zarzut pogardy? Ja bym już wolał być nazwany zwyczajnie głupkiem. Dlaczego w moim bliźnim widzę zło i tylko zło? To prawda, że także dziś w mojej Ojczyźnie, w części mojego Kościoła widzę diaboliczne zło, ale pierwszym uczuciem jest żal, żal że ktoś zagubił siebie, poplątał swoje życie i czyni zło. Jeżeli kiedykolwiek mógłbym mu pomóc w dobrym, to chętnie, bez żadnej wrogości i pogardy podam mu rękę.

Jak mam merytorycznie odpowiadać na zarzuty, gdy komentator ma jeden cel – wykazać, że jestem zaprzańcem wiary katolickiej, a w ogóle to jestem debilem tarzającym się w popiele (domyślam się, że w piekielnym). Oczywiście leżę w tym popiele i miłosierdzie komentatora polega na tym, że mnie nie kopie. Wielkie dzięki, ale proszę sobie nie żałować. Nie zamieszczam swoich artykułów na „Deonie” dla „wierszówki”, w moim wieku i na pieniądze i na sławę – za późno.

Problem jednak jest. Czy kpina i satyra obecna od zawsze w literaturze czy filmie, to jest pogarda czy nie? Czy jeśli ktoś wyraziście nie zgadza się z czyimiś poglądami, to można uznać, że gardzi tą osobą?

Kpina, satyra czy niezgoda na czyjeś poglądy czy na jego świata ogląd może przerodzić się w pogardę dla niego, ale do tego potrzebna jest zła wola. Gdy kpina czy satyra jest tylko kpiną i satyrą, wypada albo umiejętnie się „odgryźć”, albo ją przyjąć z poczuciem humoru. Nie warto strzelać do muchy ze 120 mm działa, wystarczy zwykła packa. Nieustanne zarzucanie swoim przeciwnikom ideowym czy religijnym pogardy, jest tak naprawdę pogardą dla ich wolności. Świetnie  widać to na forach internetowych w komentarzach zamieszczanymi pod wpisami blogowymi. Nader często dominuje w nich manichejski pogląd na świat – my chrześcijanie to dobrzy ludzie, reszta to dobro chce wszelkimi sposobami zniszczyć. Żyję zapewne trochę dłużej niż niejeden z moich komentatorów i mogę policzyć na palcach jednej ręki tych, którzy usiłowali, w żałosny  zresztą i faktycznie nieszkodliwy sposób, walczyć z moją osobistą wiarą. Nie słyszałem o nikim z moich krewnych,  przyjaciół i znajomych, którym ktoś chciałby skutecznie odebrać wiarę. Czy my chrześcijanie wierzymy, że ten świat odkupił Jezus, czy też wszędzie widzimy panowanie złego?

Jeżeli jakiś pogubiony duchowo człowiek wchodzi do kościoła, a niechby i ateista, to jakim prawem ja mam mu tego zabraniać? Może będzie błądził po nim bez celu, może coś źle zrozumie czy przeinaczy – no i co z tego? Może nawet walczyć z nim i z Nim. Może on jest tą zbłąkaną owcą, mam przypominać mojemu drogiemu komentatorowi co dobry pasterz wtedy czyni? Czy niby co, archanioł z mieczem ognistym ma stać przed Kościołem i nie wpuszczać do niego? To nie stadion piłkarski na który aby wejść trzeba wykupić bilet i pokazać go ochronie! Swoją drogą to chyba najbardziej chaotyczny mój wpis, ale jedźmy dalej.

Parę przykładów prawdziwej i urojonej pogardy. Dość dawno temu pewien znany publicysta stwierdził, że „rap” to jest muzyka dla idiotów i to jest oczywiście ewidentna pogarda. Gdyby napisał, że ten rodzaj muzyki mu się nie podoba i jej nie słucha, to ok., ale nie on musiał innych nazwać idiotami. Przekonanie, że disco – polo, słuchają tylko prostacy jest niewątpliwie pogardliwe, choć pogląd, że jest to twórczość tak samo wartościowa jak koncerty Paganiniego, nie da się obronić żadną miarą.

Określenie „drugi sort” jest oczywiste gdy mówimy o gatunkach węgla, ale człowiek to nie jest gatunek węgla! Mówienie tak o ludziach jest stawianiem pomnika pogardzie, przywołuje najgorsze koszmary historii, jest fundamentalnie niezgodne z chrześcijańską wizją człowieka! Nie mam żadnych fobii względem takiego czy innego człowieka, nawet jeżeli nie darzę go moją sympatią, i nie ważne czy to będzie przywódca takiej czy innej partii, czy ksiądz, który dzieli, zamiast łączyć. Póki będę mógł, będę pisał o pogardzie sączącej się z ich serca.

Nie twierdzę, że pogarda jest przypisana tylko do konkretnych ludzi, ugrupowań politycznych czy religijnych. Jej pierwiastek jest w każdym z nas, we mnie też! Nie na darmo Jezus wymienia ciężkie grzechy, które zamieszkują w naszym wnętrzu, ale to nie znaczy, że mamy otwierać szeroko naszą sympatyczną buzię, aby one mogły swobodnie wydostać się na zewnątrz i czynić zło.

Nie zamierzam nikogo przekonywać, nikomu zmieniać jego poglądów, jeśli zechce przeczytać mój tekst i chwilę nad nim się zamyślić – będę to uważał za zaszczyt, po to tak naprawdę piszę.

Tęcza po burzy

              

 Wystąpienie P. Jażdżewskiego i późniejsze zatrzymanie P. Podleśnej za obrazę uczuć religijnych, każe po raz kolejny zastanowić się nad paroma ważnymi sprawami. Na chwilę „kurz bitewny” opadł, więc kilka myśli.

Jeżeli chce się zrozumieć te osoby, (nie znaczy zgodzić się z nimi) a zarazem cały problem, to trzeba spróbować poznać ich racje. Taka postawa, nie tylko w odniesieniu do nich, jest intelektualnie racjonalna. Patrzymy na Kościół jako jego uczestnicy, trzeba w imię uczciwości spojrzeć też oczyma ludzi niewierzących. Ja nie zgadzam się z tezą wypowiedziana przez P. Jażdżewskiego, że ten kto szuka w Kościele transcendencji i absolutu będzie zawiedziony. Nie zgadzam się, że „ten, kto szuka moralności w Kościele, nie znajdzie jej”. Zaprzeczam, abym ja szukając strawy duchowej, wychodził z Kościoła głodny. Ja i wielu innych katolików tę strawę duchową znajdujemy, choć nie zawsze jest to takie proste.

Na niedzielną Mszę św. wychodzę godzinę wcześniej, mimo, że swój kościół parafialny mam o „rzut beretem”. Podobnie jest z rekolekcjami. Zjawisko churchingu jest powszechne wśród ludzi szukających pogłębionej wiary. Ja wiem, że biskupi i księża powodujący zgorszenie, nie są jedynymi, co więcej, ja nie neguję tego, że oni są dalej kapłanami. Przypomina mi się wypowiedź ś.p. ks. Kaczkowskiego, że chciałby aby sakramentu pojednania udzielił mu wierzący ksiądz, ale ostatecznie może być i niewierzący byle z uprawnieniami. To jest trudne do przyjęcia, ale taka jest tajemnica święceń kapłańskich.

Spójrzmy na to samo od strony człowieka niewierzącego, czy choćby wątpiącego. Wchodzi on do kościoła i słyszy nudne ple, ple, ple równie znudzonego księdza. Wchodzi do innego kościoła w Wielki Czwartek i słyszy z ust biskupa antysemicką fałszywkę, czeka na głosy oburzenia innych biskupów, lub choćby upomnienia i nie słyszy ich. Jeszcze w innym miejscu słucha wypowiedzi biskupa, któremu powołanie do kapłaństwa pomyliło się z rolą członka egzekutywy partyjnej. Rzesze ludzi miały okazję posłuchać pseudo poetyckiego przedstawienia, w którym emerytowany biskup zarzucał homoseksualistom, że nawet grzeszyć po ludzku nie potrafią, z czego prosty wniosek, że są zwierzętami. Reakcji żadnych. Swoją drogą ciekawy jestem czym różni się grzech heteroseksualny od homoseksualnego?

A przecież to wierzchołek góry lodowej. Mimo licznych apeli kierowanych do hierarchii przez ludzi cieszących się społecznym uznaniem, którzy są Kościołem tak samo jak oni – cisza. Tłumaczą się mętnie, że nie mogą, nie mają władzy, co jest obrazą rozumu nie tylko ludzi niewierzących, ale mojego rozumu  też.

Ja wiem, że zamiast wysłuchania słów krytyki, także tej nieuzasadnionej, najłatwiej schylić się po kamień. Dawno temu pewni ludzie przyprowadzili pewną niewiastę przed pewnego Człowieka właśnie po to, aby On sam podniósł kamień i pozwolił na to samo im. Czy naprawdę zapomnieliśmy jaką odpowiedź usłyszeli?

Należę do tych, których „tęczowa Matka Boża” nie zgorszyła. Ja bym tego nie zrobił, ale jeśli ktoś ma taką potrzebę – trudno. Wiadomo, że inspiracją, do tego wizerunku był wystrój grobu Pańskiego w jednym z kościołów. Ludzi których tym wystrojem obrażano nie obchodzi co o tym, czy tamtym sądzi Kościół, nikt mu tego sądu nie zabrania. Czy jednak musi mu nadać taką formę, żeby poniżać ludzi mających inne zdanie?. Jezus do kobiety złapanej na cudzołóstwie zwraca się „niewiasto”. Czy mam mówić, jak by zwrócił się do niej dzisiaj niejeden chrześcijanin? Jeżeli faktycznie naklejano te wizerunki na toalety i śmietniki to było oczywiste chamstwo i tak powinno to być ocenione. Całkiem niedawno na gdańskim marszu grupa osób bez wiedzy organizatorów niosła plakat będący bluźnierczym przedstawieniem Najświętszego Sakramentu.  To też było chamstwo i łajdactwo. Ale tutaj dygresja. Gdy urzędujący prezydent zmienił słowa pieśni, dla wielu Polaków będącej nieoficjalnym hymnem narodowym, jakoś nie przypominam sobie, aby do drzwi pałacu prezydenckiego zapukała policja. A przecież w wersji prezydenckiej Bóg miał zwrócić pewnej grupie rodaków „Ojczyznę dojną”. No to jak jest z tą obrazą uczuć religijnych?

W Konstytucji duszpasterskiej o Kościele czytamy między innymi, że” Kościół powinien zrezygnować nawet z legalnych przywilejów ( w tym wypadku z przepisów prawnych o obrazie uczuć religijnych) jeżeli korzystanie z nich podważa szczerość jego świadectwa, albo nowe warunki życia domagają się innego układu stosunków”. W innej zasadzie soborowej mamy zaś stwierdzenie, że „prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko siłą samej prawdy…”.

I choć to są słowa ważnych dokumentów soborowych napisane bardzo poważnym tonem, to mają, to powinny mieć zastosowanie w naszym codziennym życiu społecznym i religijnym.

 

Skandal i wiara

 

 Od jakiegoś czasu spotykając swoich niewierzących znajomych, nieodmiennie słyszę pytania jak się czuję w moim Kościele, czy nadal do niego chodzę i czy w ogóle nie mam dosyć tej mojej katolickości? Patrzę na nich z pewnym zdziwieniem i stwierdzam, że dalej jestem katolikiem i czuję się dobrze. Przyznaję, że mówię to z pewną przekorą, aby ich sprowokować i zawsze to mi się udaje. W odpowiedzi słyszę więc litanię grzechów tegoż Kościoła ze szczególnym uwzględnieniem pedofilii duchownych i innych łajdactw ludzi Kościoła. I wtedy jest czas dla mnie, aby pewne rzeczy wyjaśnić.

Tak czuję się paskudnie codziennie oglądając i słuchając ludzi skrzywdzonych przez księży. Paskudnie się czuję, gdy widzę bezczelność sprawców i tych, którzy faktycznie ich popierali. Źle się czuję patrząc na postawy pasterzy, którzy swoje stado traktują lekceważąco, albo dawno je opuścili, ale dalej świętoszkowato podnoszą oczy do góry i pouczają maluczkich z wyżyn swojego niegodnie sprawowanego urzędu. Mam dość bełkotu o wrogach Kościoła i Ojczyzny, dość poniżania ludzi inaczej myślących i w ogóle innych. Tak nie ukrywam, że czekam gdy nazwiska skompromitowanych duchownych znajdą się na pierwszych stronach gazet z adnotacją, że zostali przeniesieni w stan spoczynku.

To wszystko prawda, ale jest też Prawda! A tą prawdą jest On. Nie było żadnych przeszkód, aby Jezus na stanowiska apostołów powołał… aniołów. Zmiana zaszeregowania, strój cywilny, bo skrzydła ździebko niewygodne. Trochę kłopot z płcią. W pewnym kościele zobaczyłem współczesne malowidło udające fresk. Jest na nim anioł, twarz ma nieco zniewieściałego mężczyzny, ale jednak, za to biust – ho, ho, ho z trzema wykrzyknikami. Tak więc po odpowiedniej „naturalizacji”, mielibyśmy aniołów na różnych stanowiskach i byłoby spoko.

Niestety z niewiadomych powodów Jezus, wtedy i teraz, wybrał na swoich uczniów towarzystwo mocno niedoskonałe. Trzeba te niedoskonałości oczywiście usuwać, (chyba, że jak mówi kochany Franciszek, będziemy czekać, aż przyjdzie Duch Święty i kopnie w ten stolik), ale co to ma wspólnego z moją wiarą w Niego? Nic nie ma wspólnego!

Wierzę, bo taka jest nasza wiara, że każdy kapłan, nawet niewierzący jak mawiał ś.p. ks. Kaczkowski byle z uprawnieniami, przez moc Chrystusa dokonuje na ołtarzu przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pańską. Wierzę, że wszelkie Sakramenty, których udziela są ważne, bo znowu – taka jest nasza wiara. I wiem, że On o tym wszystkim wiedząc, dalej daje swojemu Kościołowi, który założył na tronie krzyża, swoje Imię. On jest jego fundamentem i kamieniem węgielnym, On zbudował go na skale, przetrwa każdą burzę. Róbmy swoje, a resztę zostawmy Jemu. Da radę!

Już miałem zakończyć, ale muszę dodać jeszcze jedno. Miałem to szczęście, że spotkałem na swojej drodze kilku wspaniałych, dziś już nie żyjących, kapłanów. Jedni ustawili mi kręgosłup wiary, inni we wzruszający sposób pomogli gdy byłem w potrzebie. Jestem głęboko przekonany, że i dzisiaj tacy są i jest mi po ludzku bardzo żal, że także i pod ich adresem padną zarzuty. Kto wie jakie jeszcze cierpienia ich spotkają. Relacje między nimi a pasterzami, którzy zawiedli pięknie oddaje zapomniany wiersz M. Konopnickiej. Tylko kilka wersów:” A jak poszedł król na wojnę, / Grały jemu surmy zbrojne, / Grały jemu surmy złote/ Na zwycięstwo, na ochotę

A najdzielniej biją króle/ A najgęściej giną chłopy

Polak – katolik

 

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem/ Polska jest Polską, a Polak Polakiem”

„Dziecioku jak on katolik, to on Polok” (moja św. pamięci ciocia)

 

Były czasy kiedy to utożsamienie narodowości polskiej i patriotyzmu z wiarą katolicką, wtedy bardzo powszechną, było do jakiegoś stopnia zasadne. Szczególnie w okresach wieloletnich niewoli miało swój głęboki sens. Ale Bogu dzięki to jest za nami. Dziś te frazy i im podobne są zwyczajną nieprawdą, co więcej są oburzające dla rzesz ludzi, którym nie można odmówić polskości, a którzy nie identyfikują się z wiarą katolicką czy tym bardziej z Kościołem Katolickim. Niezbywalnym prawem każdego człowieka jest wolność, choć mnie chrześcijanina to smuci, wolność od wiary w Boga też. Widać miał Bóg zamysł, by nas tą wolnością, bez przymusu wierzenia w Niego, obdarzyć a umarł na krzyżu za nas wszystkich, za tych którzy Go do tego krzyża, wtedy i dziś przybijali, również. Może się to nie podobać? Oczywiście, że tak, no to proszę pretensje kierować pod właściwy adres.

Śmiechu warto, ale mnie to też trochę się nie podoba, choć to nienajlepsze słowo, bardziej właściwe – jest mi żal. Znam wielu ludzi, jednych prywatnie, innych poprzez dzieła ich rąk, serca i umysłu, którzy są osobami nie podzielającymi mojej wiary w Boga Jedynego. Tak bardzo bym chciał spotkać się z nimi w Kościele i wspólnie odmówić Credo. Tak chciałbym , ale wiem, że to musi być ich wolna decyzja, a mnie nie wolno oceniać ich poprzez pryzmat ich niewiary, która tak naprawdę tylko Bogu jest znana.

Ostatnio coraz częściej słyszymy z ust prominentnych polityków i duchownych, że kto walczy (?) z Kościołem, walczy z polskością. Bzdura! To są dwa niezależne byty, owszem w naszej historii i kulturze przyjazne, czasem nawet tożsame jak wcześniej napisałem, ale oddzielne. Bóg nie utożsamia się nie tylko z żadną opcją polityczną, o czym wielu zapomina, ale także z żadnym narodem. Jego kryterium jest inne i pięknie przedstawił je św. Piotr w domu Korneliusza mówiąc:  „ Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.”

Przekonanie, że każdy niewierzący, który krytykuje Kościół w jego ziemskiej odsłonie, postępuje sprzecznie z polskością i patriotyzmem, jest politycznym i religijnym obłędem.

Oddzielna kwestia to ocena tych, którzy faktycznie walczą z Kościołem oszczerstwami i pomówieniami. Mogę oceniać ich działania, nie podzielać ich poglądów i dawać temu wyraz, ale na litość ja nie jestem sędzią ich polskości i patriotyzmu. Kiedy Jezus umierał na krzyżu też rzucano w Jego stronę bluźnierstwa i oszczerstwa. No i co? Mógł Jezus widowiskowo się „odwinąć” i choć na chwilę pokazać kto tu rządzi i kto ma rację. A On modlił się za nich, prosił Ojca o przebaczenie dla nich „bo nie wiedzą, co czynią”. Może dzisiejsi Jego wrogowie tez nie wiedzą co czynią, a jak my się zachowujemy? Przestańmy wreszcie udawać, nie tylko w tej kwestii, że czytamy Ewangelię. Ostatnio dowiedziałem się, że jestem „czerwoną zarazą” i „de(m)on ze mną”. Porównano mnie do okupanta niemieckiego, przy czym okupant był oczywiście lepszy ode mnie. O tym, że rozwalam Kościół, jestem guru sekty i protestantem(!), szkoda nawet wspominać. Dla mnie takie opinie to „rybka”, ale to jest komentarz katolika na katolickim blogu? To ma coś wspólnego z przesłaniem Ewangelii? A przecież można napisać: nie podoba mi się twoja opinia, nie zgadzam się z tobą, uważam inaczej. Można nawet napisać, że jestem brzydki, faktycznie lata ewentualnej urody mam dawno za sobą, ale nie trzeba bliźniemu z którym się nie zgadzam przypisywać roli diabła rozwalającego Kościół.

No to jeszcze kilka zdań na temat owego rozwalania. Wszyscy, nie chce mi się już wymieniać szczegółowo, więc w streszczeniu Unia Europejska, sprzysięgli się na zagładę naszej wiary. W wiejskiej parafii w której ostatnio uczestniczyłem we Mszy św. proboszcz powiedział, że na nabożeństwo majowe przychodzi… zero parafian, zero czyli nic, jak śpiewa lider „Budki Suflera”. Znam kilka wsi, gdzie wszyscy są ochrzczeni, a do kościoła chodzą dwie – trzy rodziny. To jest przepraszam wina UE i czegoś tam jeszcze, czy może tych konkretnych ludzi, którym się nie chce, albo nie czują takiej potrzeby, by choć raz w tygodniu stanąć przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie? Aha, często jeszcze z pewną dumą oznajmiają, że oni „nie poszczą”. Mała dygresja. Jeszcze za czasów PRL-u na spotkaniu towarzyskim faktyczny, zasłużony opozycjonista przekonywał nas, że za wszystko, nawet za najbardziej absurdalne sprawy, jest winien komunizm. I wtedy jedna z naszych koleżanek stwierdziła:” Wiesz, jak ja sobie nie upiorę majtek, to za to odpowiadam ja, a nie komunizm”.

Czy jak ci wszyscy ochrzczeni, ale obojętni staną kiedyś przed Bożym tronem, to winę za tę swoją obojętną religijność zwalą na … UE, a Pan dobrotliwie poklepie ich po ramieniu i powie:” Masz racje stary, to wszystko przez tych ateistów z UE” i ochoczo wepchnie ich do nieba? Czy my naprawdę czasami nie zwariowaliśmy? Inna sprawa, jeśli chodzi o te wspomniane wioski, że kilku poprzednich proboszczów tej parafii prowadziło fantastyczną anty-ewangelizację, ale to już inna sprawa, na inny artykuł. Dla porządku dodam, że żaden z nich nie miał nic wspólnego z UE, masonami, żydokomuną, liberałami.

Może na zakończenie warto przytoczyć chińskie powiedzenie, jak najbardziej zgodne z duchem Ewangelii:” Jeżeli wytykasz kogoś palcem, to zauważ, że trzy pozostałe wskazują na ciebie”.

 

Trochę o tolerancji, seksie i bocianach

 

No nareszcie o czymś przyjemnym, ale teraz już poważnie. Chrześcijanin wie, że jego królestwo nie jest z tego świata i ta wiedza rodzi dla niego pewne oczywiste konsekwencje. Ale, trzeba to powtórzyć, to dotyczy nas chrześcijan. Świat czyli także nasza Ojczyzna, nasze państwo, nie składa się jednak tylko z chrześcijan. Są w nim ludzie, którzy będąc naszymi bliźnimi są głęboko przekonani, że jest tylko jedno królestwo – to w którym teraz żyją. Takie mniemanie też powoduje określone konsekwencje. Nie byłoby problemu, przynajmniej teoretycznie, gdyby te społeczności mieszkały sobie na dwóch różnych wyspach czy kontynentach. My wszakże żyjemy w jednym państwie, w tych samych miastach, osiedlach i blokach. Oczywiście jest świętym prawem wszystkich zachowanie swoich poglądów i nie akceptowanie poglądów drugiej strony. Co wobec tego można zrobić, aby nie walczyć ze sobą, a mówiąc brutalnie, nie po zarzynać się?

Myślę, że pewnym minimum jest przyjęcie do wiadomości, że ktoś ma inne poglądy od moich i ma na dodatek prawo aby je artykułować. To nie oznacza, że ja mam jego poglądy polubić i uznać za słuszne. Nie! Mam przyjąć do wiadomości, że mój bliźni wykorzystując swój dar wolności, ma inną niż ja hierarchię wartości. Piękną sprawą dla nas chrześcijan byłoby podjęcie próby zrozumienia dlaczego ten mój bliźni nie podziela mojej wiary w Boga, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. To z pewnością nie jest łatwe, ale tylko to daje nadzieję, że mogę stać się jego drogą do Boga.

Można oczywiście inaczej. Można z wyżyn swojej nieskazitelnej wiary zakomunikować innym, że czynią źle, że powinni inaczej, to znaczy tak jak ja. Z pewnością natychmiast się nawrócą, wezmą w ręce białe lilie i zaczną śpiewać:” Hosanna na wysokościach”. I choć w sposób oczywisty wydaje się, że tak rozumiana „misyjność” jest całkowicie niedorzeczna, to ma ona gorących zwolenników w Kościele w Polsce. Promują ją i wikary w parafii i biskup na urzędzie, a gorąco ich wspierają w tym względzie dziennikarze niektórych mediów katolickich, którym ździebko pomyliły się czasy w których przyszło im żyć. Za ich namową i przykładem rzesze świeckich „misjonarzy” czynią to samo. Efekt? Nieźle obrazuje to przedwojenny dowcip żydowski:” Ryfka kupiła na targu młodego indora za całą złotówkę, za złotówkę też kupiła paszę dla niego. Utuczyła indora i sprzedała go na tym samym rynku za całe dwa złote. Na stwierdzenie, że to bez sensu odpowiedziała: „ale ruch w interesie jest”. No więc przy takim „misjonarzowaniu”, „ruch w interesie” oczywiście jest, ale wiernych nie przybywa. Spójrzmy na to z perspektywy konkretnej sprawy.

Właśnie mamy kolejną odsłonę naszej wojny domowej, właściwie to już serial. Oto Episkopat wyraził zaniepokojenie seksualizacją dzieci. Tak ja też jestem zaniepokojony seksualizacją dzieci i młodzieży, choć z innego powodu niż biskupi. Jest rzeczą oczywistą, że seks w naszym, i nie tylko w naszym kraju, jest świetnie sprzedającym się towarem. Co robi sprzedawca gdy towar mu „schodzi”? Zamawia go coraz więcej, otwiera nowe sklepy i stara się by jego oferta trafiła do jak największej grupy odbiorców. Proszę pokazać mi sprzedawcę, który z tego zrezygnuje. Dokładnie tak samo jest z seksem i to trzeba przyjąć do wiadomości. Tam gdzie to jest niezgodne z prawem trzeba interweniować, ale to margines. Większość towaru jest legalna, a ograniczenia wiekowe absolutną fikcją wobec której prawo jest bezradne. Zgadzam się, że ten interes niszczy psychikę dzieci i młodzieży, tylko co dalej. Kościół niezmiennie wyraża swoje zaniepokojenie i sprzeciw. Tak ja też jestem zaniepokojony wieloma sprawami, ostatnio także tym, że „mój” szpak, który zaczynał swoje trele na początku wiosny, milczy mimo kolejnych upływających tygodni. Wątpię jednak aby przejął on się tym moim zaniepokojeniem i z tego powodu dał głos.

Podobnie jest z zaniepokojeniem naszych duchownych. Zaniepokoili się, dali temu wyraz i wobec tego uważają, że mają czyste sumienie. No nie do końca. Od samego początku naszych przemian mądrzy ludzie zwracali uwagę na konieczność przemyślanej edukacji seksualnej dzieci (tak dzieci też!) i młodzieży. W odpowiedzi były niekończące się dyskusje, głosy oburzenia i przekonanie powszechne, że wystarczy nieco uwspółcześnić wiarę w bociany przynoszące dzieci i będzie dobrze. Wykształcimy nowych ornitologów (znam uczelnię, która za odpowiednie dotacje z  pewnością podjęłaby się tego zadania), którzy wyodrębnią specjalny gatunek bociana i po sprawie. Gdzieniegdzie, może nie dosłownie, ale w tym duchu, próbowano to robić, wzbudzając szczerą radość wśród edukowanych. Brakło przyjęcia do wiadomości, że ten świat jest taki jaki jest i młodzi ludzie będą go chłonąć każdą porą swego ciała. Na absurdalne wzory do naśladowania w postaci dzieweczek i chłopczyków z rączętami niewinnymi na kołdrze, młodzież reaguje śmiechem i dowcipami jak chociażby ten, dość stary zresztą:” Jasiu przychodzi do tatusia i pyta – tatusiu skąd wzięła się babcia? – No synku – odpowiada tatuś, bocian ją przyniósł, po chwili Jasiu zadaje pytanie tacie skąd on tata się wziął i odpowiedź jak poprzednio. Jasiu jeszcze raz przychodzi i tym razem sam oznajmia ojcu, że wobec tego on Jasiu też zapewne został przyniesiony przez bociana. Zadowolony ze swoich osiągnięć pedagogicznych ojciec  z ochotą potwierdza sugestię syna. Ten idzie do swojego pokoju, otwiera zeszyt od biologii i zapisuje:” W naszej rodzinie od trzech pokoleń obserwujemy zanik współżycia płciowego”.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Po pierwsze przestać narzekać na ten świat, bo nie my go stworzyliśmy, jest taki jaki jest. Mamy go przemieniać nie przez fakt, że jesteśmy nim zaniepokojeni, ale naszą pracą i wiarą. Musimy też przyjąć, że choć uważamy nasze poglądy, wynikające z naszej wiary, za słuszne i prawdziwe, to inni nie muszą tego naszego przekonania podzielać. To jest konsekwencja daru wolności i nic nam do tego. Nie my jesteśmy dystrybutorami tego daru i jak sądzę jest to ważna wskazówka duszpasterska.

Po drugie, ile trzeba mieć w sobie, no dobra nie będę mówił czego trzeba mieć w sobie, by rozgłaszać brednie o deprawatorach seksualnych, którzy będą uczyć przedszkolaków masturbacji. Przez wrodzoną delikatność nie wymienię nazwy rozgłośni i biskupa, którzy te brednie upowszechniają.

I wreszcie czy w kraju uniwersytetu katolickiego i licznych wydziałów teologicznych od niemal trzydziestu lat nie ma specjalistów, nie można zebrać grona kompetentnych ekspertów, którzy ułożą nowoczesny, uwzględniający osiągnięcia naukowe, program edukacji seksualnej dzieci i młodzieży? I niech nikt nie opowiada mi bzdur, że przez wiele lat rozmawiając z dziećmi i młodzieżą na te tematy, rozbudzałem ich seksualność. Owszem rozbudzałem ich myślenie i jak sądzę, mam nadzieję, także ich wiarę.

Czy jak sugeruje mistrz Jan z Czarnolasu, będziemy nie mądrzy po szkodzie, ale raczej głupi przed szkodą i po szkodzie? Oto jest pytanie!

Rewolucja – wczoraj i dziś

 

 Słowo „rewolucja” nie kojarzy się dobrze, choć są przykłady gdzie użycie tego słowa pozbawione jest pejoratywnego wydźwięku. Rewolucje polityczne, bo tak trzeba to uściślić, które miały miejsce w XIX i XX wieku budzą grozę. Przyniosły śmierć milionom ludzi i niewyobrażalne cierpienia tym, którzy tej śmierci uniknęli. Czy wobec tego świadoma tego faktu ludzkość, raz na zawsze zrezygnowała z takiego sposobu przejmowania władzy? Niestety, wydaje się że nie.

Niewątpliwie zmieniła się otoczka rewolucji. Stała się ona nieco bardziej cywilizowana. Jej funkcjonariusze chodzą w garniturach i nie budzą przerażenia swoim wyglądem. Niezmienna pozostaje relacja rewolucjonisty do podmiotu rewolucji czyli ludu. Jest to relacja pogardy do ciemnego ludu, który wszystko kupi.

Rewolucje zawsze wybuchały z ważnych przyczyn, tego nikt nie kwestionuje i zawsze miały gotową receptę jak te przyczyny usunąć. Mottem każdej rewolucji było i jest, że cel uświęca środki. Cel był niezmiennie szlachetny, środki niezmiennie złe.

Podstawową różnicą między demokratyczną zmianą władzy, a rewolucyjną jest głębokie przekonanie rewolucjonistów, że wszystko co było przed rewolucją jest śmietnikiem historii. Ale tu istotne zastrzeżenie. Niemała część rewolucji odbywa się… demokratycznie. Dziś rewolucji, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, nie robi się przy pomocy karabinów maszynowych. Wystarczy umiejętna propaganda (jeszcze raz przypomnieć wypada, że „ciemny lud” wszystko kupi), wystarczy wizja raju na ziemi (któż by nie chciał w nim żyć), wystarczy podsycanie lęków społecznych – nieważne prawdziwych czy urojonych, i władzę można zdobyć przy pomocy kartki wyborczej. Że to nie etyczne, że to kłamstwo? No nie, proszę mnie nie rozśmieszać. Ale wracamy do tych sprzed rewolucji. Ci którzy zarządzali tym przedrewolucyjnym śmietnikiem są mierzwą, są animalną częścią tegoż śmietnika. W zależności od uwarunkowań lokalnych mogą być zdrajcami, targowiczanami, pachołkami ulicy i zagranicy. Mogą być drugim sortem, złodziejami i komunistami, mogą kochać mniej Ojczyznę i wtedy trzeba z nich oczyszczać tę Ojczyznę. Ilość przypisywanego im zła, ogranicza tylko wyobraźnia. W demokracji każda partia, każda władza uważa, że jest lepsza od poprzedniej i jest to zrozumiałe. Rewolucjoniści uważają, że ich partia, ich władza jest absolutnie doskonała i to twierdzenie zyskuje rangę religijnego dogmatu. Każdy kto chciałby chociaż w myśli ten dogmat zakwestionować, popełnia „zbrodnię myśli” i powinien zostać wykluczony ze społeczeństwa. Skoro zostały przedstawione ogólne zasady rewolucji, to pora na wymienienie konkretnych działań rewolucjonistów.

1/ Prawo

Kiedyś rewolucjoniści ustanawiali całkowicie nowe, dziś są bardziej pragmatyczni. Sąd konstytucyjny trzeba zmienić najszybciej jak to możliwe, co do reszty wystarczy „twórcza” interpretacja”. Prawo to nie matematyka czy fizyka. Można je naginać, przeginać, wyginać, coś może być na krawędzi tego prawa, albo tuż za nią. Jeden przepis można traktować ortodoksyjnie, inny wręcz przeciwnie. Możliwości jest niesłychanie dużo i zależą one wyłącznie od sprytu i cwaniactwa tych, którzy o tym decydują.

2/ Sędziowie

To jest słaby punkt każdej rewolucji. Można oczywiście ich wyrzucić, a ciemnemu ludowi wytłumaczyć, że to… złodzieje i kasta, ale trzeba znaleźć nowych. Problem w tym, że sędziowie to nie sprzedawcy marchewki, skąd więc ich wziąć? Jakaś ilość chętnych do taplania się w błocie zawsze się znajdzie, ale to i tak za mało. W tych warunkach sędziów, którzy delikatnie mówiąc nie wykazują rewolucyjnego zapału, trzeba „przycisnąć” do ściany, albo by użyć modnego terminu – zgrilować. Część „wymięknie”, reszta się wykruszy.

3/ Media publiczne

Z definicji są publiczne, bo ich utrzymanie bierze się z podatków wszystkich obywateli, także tych, którzy nie są entuzjastami rewolucji. Od podatków ważniejsza jest jednak prawda, prawda nie tylko wyzwala, ale przede wszystkim pozwala kontynuować rewolucję. W stanie wyższej konieczności rewolucjoniści, zwani także suwerenem, przedstawiają swoją prawdę, „swoja prawda” jest autorską modyfikacją prawdy jako prawdy, ale suweren ma do tego prawo (patrz punkt pierwszy). Są oczywiście media prywatne (niestety takie czasy), trzeba im utrudniać funkcjonowanie, trzeba na nie pluć, ale ostateczną rozprawę z nimi należy odłożyć do czasu kiedy ciemny lud nie tylko kupi każdą bzdurę mediów rewolucyjnych, ale padnie przed nią na twarz. Wówczas twarz szefa rewolucyjnych mediów rozjaśni uśmiech szczęścia, a na jego głowę spłynie błogosławieństwo szefa szefów, a potem nastąpi pokój i dobrobyt.

4/ Przekupstwo

Sprawa nie jest specjalnie skomplikowana. Pięknie i lapidarnie wyraził ją jeden z bohaterów „Pana Tadeusza” – dawali, to brałem. Znaczna część społeczeństwa jest wrażliwa na dawanie pieniędzy, a te, co wiadomo już od starożytności – nie śmierdzą i zawsze się przydadzą. Dawanie nie jest wprawdzie gwarancją rewolucyjnego sukcesu, ale niewątpliwie zwiększa jego prawdopodobieństwo.

5/ Kadry

Już nieboszczyk Lenin, „co w szklanej leży trumnie” ( M. Hemar) słusznie zauważył, że rewolucja to elektryfikacja i kadry (nie wiem czy w tej kolejności). Elektryfikację już mamy, zostają zatem kadry. Zasada działania jest prosta jak machanie cepem. Kadry muszą być nasze czyli rewolucyjne. Jeżeli jakieś stanowiska nie są obsadzone naszymi, to trzeba je odzyskać i obsadzić swoimi ludźmi. Wspomniany wcześniej tow. Lenin – ekspert od wszelakich rewolucji, twierdził, że nie ma przeszkód by kucharka była ministrem. No może z tą kucharką lekka przesada ( z całym szacunkiem dla pań kucharek), ale młody maturzysta, który gdzieś, komuś pomagał (zapomniałem w czym) z pewnością może być ministrem i spełnia wszystkie kryteria bycia bardzo ważną osobą.

6/ Kłamstwo

I na koniec stare, poczciwe kłamstwo. Wzorów do naśladowania wielkie mnóstwo, ale spójrzmy na to pierwsze z raju. Trzeba wziąć kawałek prawdy (faktycznie Bóg zabronił jeść owoców z jednego drzewa) i przedstawić jako całą prawdę, że Bóg zabronił spożywać owoców ze wszystkich drzew. To prawda, że wśród sędziów może trafić się złodziej, tak samo jak wśród lekarzy, nauczycieli czy…polityków, ale nazywanie ich wszystkich złodziejami jest obrzydliwym kłamstwem. Kłamstwo wymaga jednak trochę wysiłku czy może raczej inteligencji, a tej u rewolucjonistów jak na lekarstwo, wtedy zostaje metoda „na rympał”. Tę metodę stosuje się do szczególnie opornych na ideały rewolucyjne – bierze się kilof, łom, wyłamuje się drzwi domu, bierze łupy, a właścicielowi daje po mordzie.

Nie wiem czy to jest zgodne z prawami genetyki i przyrody, ale pogarda nigdy nie ginie, nigdy nie umiera. Czas kruszy mury i skały, ale pogarda jednego człowieka do drugiego, jest nieśmiertelna i odkłada się w DNA ludzkości. Ktoś dawno temu wybudował sobie wspaniały grobowiec, a dziś podziwiając tenże, zapominamy o kilkudziesięciu tysiącach ludzi wdeptanych w piach pustyni przy jego budowie. Ktoś inny postanowił na bagnach wybudować miasto i wybudował. Jego fundamenty ufundował na rzeszach ludzi, którzy w tych bagnach zostali na zawsze. Rewolucyjne wojsko utopiło we krwi powstanie w Wandei, jego ulubioną zabawą było podrzucanie do góry niemowląt, ten z rewolucjonistów, który nabił na swoją pikę najwięcej, wygrywał. Potem była jeszcze Kołyma, Oświęcim, kambodżańskie pola śmierci i radio Tysiąca Wzgórz, które nawoływało do zabijania Tutsich , wróć, zabijania karaluchów. Pogarda przetrwała i odnawia się jak Feniks z popiołów. A niemal zawsze zaczyna się niewinnie od pięknych haseł, wspaniałych planów i zamierzeń i zawsze pojawia się ktoś, kto według swojego mniemania został obdarzony „iskrą bożą”, by zmieniać ten świat, by nikt nie musiał czekać na królestwo boże. Po co, skoro można je mieć od razu.

 

 

Było i się skończyło!

                                      

 

„A o to dwa z nich tegoż dnia szli do miasteczka , które było na sześćdziesiąt stajów od Jeruzalem, na Imię Emmaus. A ci rozmawiali z sobą o tym wszystkim, co się było stało. I stało się: gdy rozmawiali i społu się pytali, i sam Jezus przybliżywszy się szedł z nimi. A oczy ich były zatrzymane aby go nie poznali” (Łk, XXIV, 13-16)

 

Najkrótsze podsumowanie takie jak tytuł – było i się skończyło. Zastanawiające jest dlaczego  nie rozpoznali Jezusa, dlaczego ich oczy były „zatrzymane”? Doskonale Go znali, chodzili z Nim, rozmawiali, pewnie nie jeden raz także spożywali posiłek. No to dlaczego?

Wytłumaczenia wydają się dwa. Jezus był tym samym, którego znali, ale oni wcześniej widzieli w Nim kogoś innego. Widzieli króla tego świata, który nie tylko wyzwoli ich spod rzymskiej okupacji, ale zapewni dostatek chleba i uwolnienie od chorób. Jezus wiele razy prostował te ich wyobrażenia o Sobie, ale kiepsko to do nich docierało. Widzieli i słyszeli to, co chcieli widzieć i to, co chcieli słyszeć.  I teraz, zamiast tego co dalej widzieli w swojej wyobraźni,  zobaczyli wędrowca takiego jak oni sami. Ich oczy zostały „zatrzymane”.

Jeszcze inną przyczynę podaje w swoich rozważaniach kardynał Schillbeeck:” Uczniowie w drodze do Emmaus byli bardzo rozczarowani i zalęknieni, ich silna dotąd wiara pękła. Szli z Jezusem, ale nie byli w stanie Go rozpoznać”. Oni poważni mężowie z Galilei przerazili się nawet opowieściami kobiet, byli tak przywiązani do swoich wyobrażeń, że nie byli w stanie przyjąć nawet dobrej nowiny, którą zwiastowały kobiety.

Wieki minęły a problem ten sam. Znów „Jak dawniej śnią nam się bożyszcza”, Jezus przyjdzie, załatwi, wyzwoli, komu trzeba da po łapach i zapewni pomyślność porządnym wśród których z pewnością znajdzie się i nasza skromna osoba. Jakiś datek, jakaś zamówiona intencja, dla wytrwałych nawet pielgrzymka do świętych sanktuariów i koniecznie buteleczka z wodą z „cudownego” źródełka. Towarzystwa ubezpieczeniowe niech przygotowują się do upadłości. Ale to jest klasyka, zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę nad tymi oczami „zatrzymanymi” ich i naszymi. Jesteśmy i w gorszej, i w lepszej od nich sytuacji. Oni chodząc z Jezusem mieli możliwość poznać Go swoimi zmysłami, słyszeli Jego głos, widzieli dziejące się na ich oczach cuda. Ale jak się finalnie okazało i tak Go nie rozpoznali. Durnie nieraz słyszymy, a może i sami mówimy lub myślimy, że gdybyśmy my Go zobaczyli, to ho, ho! Widzieli Go i co? Ale jednocześnie znamy Jezusa ponad dwa tysiące lat, mamy historię poznawania tegoż Jezusa przez niezliczone pokolenia ludzi, którzy Mu zaufali. Mamy Kościół, który On założył i w którym jest i będzie do skończenia świata. To prawda, że ziemskie, ludzkie oblicze tego Kościoła bywa mocno niedoskonałe, ale On jest!

Jezus zostawił nam autorską „fotografię”, jest w każdym z nas, co jest  trudne do uwierzenia. Jest szczególnie, zgodnie z Jego słowami, w tych, którzy są prześladowani i we wszystkich, którzy źle się mają. Problem w tym, że my mamy listę alternatywną, listę tych w których według nas Jezusa nie ma. Ta lista jest coraz dłuższa, nieraz ją przedstawiałem, ale powtórzę wraz z niezbędnymi uzupełnieniami. Kiedyś zaczynała się od Żydów, masonów i komunistów. Żydzi zostali, bo to w końcu naród wybrany, masonów i komunistów zastąpili solidarnie wszyscy walczący (?) z Kościołem, w skrócie – lewacy, choć lepiej brzmi – lewactwo, lewactwo – rymuje się z „robactwo” a to ważna dla niektórych wskazówka. Uchodźcy dalej są na podium, szczególnie ci roznoszący bakterie i pierwotniaki i niezamierzający wyrzec się swojej religii. Pewną nowością są ci, którzy mniej kochają Ojczyznę i co gorsza kochają ją na swój sposób. Obecność Jezusa w nich jest co najmniej wątpliwa o czym świadczą wybitne autorytety polityczne i religijne. Ostatnio pewien ważny polityk wyciągnął logiczny wniosek, że z takich ludzi należy oczyścić Ojczyznę. Z pewnością nie ma Jezusa w skazanych na śmierć, stąd niewybredne ataki na kochanego Franciszka, który autorytetem zastępcy Jezusa na ziemi, orzeka, że wykonywanie kary śmierci jest sprzeczne z miłosierdziem Tego, który za nich też umarł na krzyżu. Katolicy „otwarci”, mają jak wiadomo otwarte drzwi do piekła i są pewne środowiska „prawdziwych katolików”, którzy z radością ich do tego piekła upchną. O osobach określanych jako osoby LGBT nawet szkoda wspominać, ten skrót trochę trudny w wymawianiu i odmienianiu, lepiej zastąpić starym, ale jakże wymownym określeniem – pedalstwo. Jedno słowo i wszyscy wiedzą jaka jest relacja między nimi a Jezusem. Lista osób w których nie ma Jezusa jak widać ma charakter dynamiczny, ewentualnym czytelnikom obiecuję, że będę ją na bieżąco aktualizował, w końcu jesteśmy chrześcijanami i takie sprawy nie mogą być dla nas obojętne.

Opowieść o uczniach idących do Emmaus ma piękne zakończenie. Oni mimo wszystkich swoich słabości jednak na końcu rozpoznali Jezusa. Ale nie powinno ujść naszej uwadze, że najpierw zaprosili Go, wręcz przymusili mówiąc – zostań z nami. Ostatecznie ich oczy otworzyły się przy Eucharystii. To jest konkretna propozycja dla nas. Zaprosić Go, „przymusić”, aby został z nami, skorzystać z chleba, który kapłan łamie na ołtarzu. Uwierzyć, że On w tym Kościele, tak bardzo pobrudzonym naszymi grzechami, że On w tym Kościele,  na tym ołtarzu jest i będzie aż po kres naszych ludzkich dziejów.

 

 

Uczniowie i Piotr

 

 „Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. […] Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca, siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich:” Nie bójcie się. Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział”.    (Mk, 16, 1-7)

 

Dlaczego to „i Piotrowi”, przecież Piotr był też uczniem, wystarczyłoby powiedzieć :” powiedzcie uczniom”. Biskup Ryś tłumaczy to następująco: Piotr mimo szumnych deklaracji o oddaniu życia za Nauczyciela w decydującym momencie zaparł się Go. Odwagi starczyło mu na tyle, aby w obecności Jezusa zgrabnie amputować ucho słudze arcykapłana. Zrozumiał swój grzech, gorzko zapłakał, ale stało się. Zapewne mniemał, że tym samym wykluczył się z grona uczniów Mesjasza. Gdyby Jezus nie wymienił jego imienia, pewnie by nie przyszedł na spotkanie z Nim.

Jezus bardzo często zwraca się do swoich uczniów i słuchaczy w liczbie mnogiej: powiadam wam, nawracajcie się, bądźcie czujni, ale gdy człowiek popełnia grzech wówczas Jezus woła go po imieniu. Woła – Ryszardzie , Tadeuszu, Zofio -przyjdźcie do Mnie! Każdy z nas niczym syn marnotrawny „odjeżdża w dalekie strony”, każdy popełnia grzech, który przecież jest niczym innym jak zaparciem się Jezusa. Dokładnie tak jak Piotr udajemy, że nie znamy Go, że nie słyszeliśmy jego głosu w Ewangelii i nie wiemy gdzie jest prawda. Ktoś inny „machnąłby na nas ręką”, jeszcze inny się obraził, odwrócił  plecami i „zapomniał” naszego imienia, a On woła i prosi – przyjdź!

W relacjach ludzkich zaparcie się znajomości, nie mówiąc o zdradzie, tę relację na ogół kończy, więź zostaje przerwana i „siedzimy obok siebie obojętni”. Mówimy o przekroczeniu jakieś linii, o tym że nie ma do czego wracać, że coś się skończyło. A Jezus mówi do mnie, mówi do ciebie: nic się nie skończyło, nie pamiętam twoich grzechów, czekam na ciebie, codziennie wychodzę i widzę gdy jesteś jeszcze daleko, nie oczekuję, że to ty wybiegniesz na spotkanie ze Mną, to ja biegnę, to ja rzucam ci się na szyję.

Każdy z nas ma jakiś słaby punkt swojej wiary, jednym z nich dla wielu z nas, jest fakt naszej indywidualności przed Bogiem. On nie mówi do kosmosu, On mówi, czeka , woła do każdego z nas oddzielnie, bo każdego z nas osobno „utkał w łonie naszej matki” i „wyrysował na swojej dłoni”. Jak napisał O. Wiesław Dawidowski, Bóg do końca walczy o każdego uwikłanego w grzech człowieka.

Jestem spokojny

 

Ten tytuł to pewna nowość w mojej blogowej historii, dlatego jeszcze raz powtórzę – jestem spokojny o los mojego Kościoła katolickiego w Polsce. Obserwując ostatnie wydarzenia w tym Kościele, także czytając  na „Deonie” list do KEP, sygnowany przez Prof. A. Strzembosza i odpowiedź jaką otrzymał z sekretariatu KEP, zdaję sobie sprawę, że ten Kościół w swoim widzialnym kształcie, odchodzi w przeszłość.

Odchodzi w przeszłość większość jego pasterzy i niemała część podległego im duchowieństwa. Odchodzą, bo nie potrafili, czy nie chcieli odczytać znaków czasu, także tego znaku, który ma na imię Franciszek. Ich pasterstwo staje się coraz bardziej jałowe, coraz bardziej zwrócone w stronę samych siebie, a nie tych, których mają prowadzić do Boga. Idą w kierunku samowystarczalności i samozadowolenia. Trudno, choć boli. Gdyby Kościół Chrystusowy był oparty wyłącznie na doskonałości, czy raczej niedoskonałości ludzkiej, byłby wyłącznie domeną zainteresowań archeologów. My chrześcijanie mamy jednak to szczęście, że wiemy kto jest kamieniem węgielnym tegoż Kościoła i stąd mój spokój.

W każdym zamęcie, w każdym popiele jest „gwiaździsty dyjament”, będzie kogo naśladować, będzie od kogo uczyć się wiary i poznawać Niewidzialnego. Będziemy patrzyli na opustoszałe plebanie i kościoły, z czasem też pewnie zamknięte. Skończy się wychodzenie na niedzielną Mszę św. dziesięć minut przed jej rozpoczęciem. Może trzeba będzie poświęcić  parę godzin, by dotrzeć do otwartego kościoła, ale kiedy już w nim się znajdziemy, zobaczymy naszych bliźnich, którzy faktycznie chcą w nim być. Ucieszymy się sobą, ucieszymy się radośnie, gdy kapłan z ludu i dla ludu dokona na ołtarzu cudu przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pańską. Będziemy z uwagą słuchali, gdy od tego ołtarza będzie nam głosił Dobrą Nowinę o Panu, który nigdy nie zmęczy się przebaczaniem naszych grzechów, który nigdy nie zmęczy się miłosierdziem wobec każdego człowieka. Poprzez dar swojego kapłaństwa będzie nam przybliżał najważniejsze przykazanie miłości Boga i człowieka.

Będziemy z radością patrzeć na dziecko przyniesione do Chrztu św., bo ono powiększy naszą wspólnotę. Staniemy obok grupki chłopców i dziewcząt, którzy w zwyczajnych ubraniach będą po raz pierwszy przyjmowali Eucharystię, a potem, tak jak zachęcał prorok Nehemiasz, pójdziemy do naszych domów jeść świąteczne potrawy i pić słodkie napoje, wcześniej posyłając je tym, którzy ich nie mają. Będziemy celebrowali podniosłą radość gdy” on i ona” staną przed ołtarzem, by ślubować sobie miłość i wierność. A kiedy na kogoś z nas przyjdzie kres ziemskiej wędrówki, kapłan razem z nami odprowadzi go na drogę do wieczności i będziemy razem się smucić, bo „nikt nie jest samotną wyspą”.

Może ktoś przedstawi to mądrzej, racjonalniej, zresztą zrobił to już na wiele lat przed tym jak został papieżem, ks. J. Ratzinger. W formie literackiej pięknie to ukazał ks. M. Maliński w swoim opowiadaniu „Ostatni zakonnik”, ale jak zwał, tak zwał.

Pewnie, nadzieja jest cnotą, nie zamierzam z niej rezygnować, ani tym bardziej odbierać jej innym. Będę więc pisał dalej. Będę apelował, zwracał uwagę, może nawet będę złośliwy i zrzędliwy (wiek!), czyli będę żył aż do czasu jak nadejdzie kres, czego wszystkim też życzę (nie kresu, ale życia)

Już po napisaniu tego tekstu znalazłem świetne jego zakończenie:” Byłbym niespełna umysłu, gdybym narzekał na to, że w chrystusowym Kościele nie głosi mi się Ewangelii, że Duch Święty nie działa w nim przez swoich ludzi, że ogień gaśnie. Nie gaśnie. Po prostu pali się też w innym miejscu niż to, na które przywykliśmy się gapić” (Szymon Hołownia T.P 2019/15)

Cena za własne poglądy

 

 Przeczytałem niedawno wywiad z pewnym ks. arcybiskupem. Redaktor prowadzący wywiad zapytał biskupa o jego opinię dotyczącą „niepokornego” księdza, który posługuje w jego diecezji. Opinia w zasadzie była pozytywna, choć biskup dostrzegł problem w aktywności tegoż księdza w mediach społecznościowych. Stwierdził, że jego oceny polityczne w tychże mediach mogą zrazić  część wiernych i mogą oni nie przyjść do niego do spowiedzi.

Po lekturze tego wywiadu po raz kolejny staje się ważne pytanie o relacje, tym razem szeregowego księdza, na linii kapłaństwo i rzeczywistość, także rzeczywistość polityczna. Nie pierwszy raz twierdzę, że tej relacji nie da się uniknąć, trzeba więc ją „oswoić”, trzeba wypracować takie standardy, aby nie ranić nikogo kto przekracza drzwi kościoła. Czy da się zrobić to bezboleśnie? Niestety obawiam się, że nie jest to możliwe, ale nigdy dość wysiłków.

Dość powszechne jest narzekanie na jakość, na poziom naszej polityki i polityków. Jednocześnie przyjęło się, choć nie bardzo wiadomo dlaczego, że ta arcyważna dziedzina ludzkiej aktywności, nie podlega ocenie moralnej. Świecki obywatel ma prawo oceniać tę politykę zarówno od strony moralnej jak i politycznej, to drugie duchownemu nie przystoi, ale w przestrzeni kościelnej. Przecież nie byłoby takiego sprzeciwu wobec polityczno – partyjnego zaangażowania naszego duchowieństwa, gdyby ono miało charakter prywatny. Oburzenie i zgorszenie budził fakt, że odbywało się ono, nie waham się użyć tego słowa, w sposób wręcz  bezczelny w przestrzeni sakralnej, zawłaszczonej bezprawnie do głoszenia swoich prywatnych poglądów. Czy tak popularne media społecznościowe, tylko przez fakt, że używa ich osoba duchowna stają się przestrzenią sakralną? Oczywiście, że nie, choć umiar i rozsądek jest jak najbardziej mile widziany.

Kościół w swoim nauczaniu, nie może uciec od oceny moralnej postaw społecznych i politycznych. Kościół nie mogąc uczestniczyć w polityce powinien  zajmować się metapolityką, czyli oceną czy dane działania polityczne są zgodne z powszechnie przyjętymi wartościami przynależnymi człowiekowi, który żyje w rzeczywistości politycznej. Przecież taka jest też wymowa encykliki Św. Jana Pawła II „Centesimus annus”.

Czy taka postawa może rodzić pewne negatywne konsekwencje, choćby takie na jakie wskazał ks. biskup? Oczywiście, że tak, choć piszę o tym z pewnym żalem.

I tu pewna dygresja. Działo to się jeszcze za moich czasów studenckich. Nasz duszpasterz akademicki w dniu święta Wszystkich świętych w kazaniu sugerował, czy może raczej, miał nadzieję, że także ci zmarli, którzy  byli osobami niewierzącymi, ale szli przez swoje życie „dobrze czyniąc” znajdą się w niebie. Tu wymienił kilka znanych nazwisk takich osób. W tym momencie starsza pani energicznie przyklęknęła i demonstracyjnie, z malującym się na twarzy oburzeniem, opuściła kościół. Obawiam się, że więcej już na Mszę św. akademicką odprawianą przez tego księdza, nie przyszła. Do spowiedzi do niego zapewne też nie. Szkoda? Pewnie, że szkoda, ale co można więcej zrobić, niż pomodlić się za ową oburzoną panią?

Ksiądz, który z życzliwością i miłością podejdzie do tak ostatnio wyklinanych osób LGBT, musi liczyć się z tym, że dla niektórych wiernych zostanie wielbicielem „pedałów”. Ksiądz, który będzie apelował o miłosierne podejście do uchodźców, od głosicieli „Polski wielkiej i katolickiej” będzie uznany za zdrajcę „białej rasy” popierającego terroryzm. Do jego konfesjonału też się nie zbliżą, bo może trzyma w nim bombę.

Zdaję sobie sprawę, że jest to smutne, że nie powinno mieć miejsca, ale to jest cena za to, że jest się „gorącym”.

Kiedy Jezus oznajmił swoim uczniom prawdę o Eucharystii swojego Ciała i Krwi, część stwierdziła, „że trudna to mowa” i jak notuje ewangelista, od tej pory już nie chodzili z Nim. Nie porównuję oczywiście dosłownie tego o czym piszę, do tamtego wydarzenia ewangelicznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że czym innym jest wykluczenie, a czym innym brak możliwości zadowolenia wszystkich. To ostatnie można osiągnąć tylko przez bycie „letnim”, ale jest to cecha o której Jezus wypowiada się jednoznacznie negatywnie.