Znaczy się pan nie wiedział, ale pan powiedział, znaczy się, ja tego nie rozumiem

 

To oczywiście cytat (z pamięci) z książki K. Borchardta  Znaczy kapitan” – uroczej opowieści o kapitanie żeglugi wielkiej M. Stankiewiczu. Z tej powieści pełnej komicznych anegdot najbardziej zapadła mi w pamięć następująca: Na pełnym oceanie na mostek kapitański wchodzi para zakochanych. W zasadzie jest to zabronione, ale zakochani, wygwieżdżona noc, no dobra niech będzie. Zaczyna się rozmowa z oficerem pełniącym wachtę. W pewnej chwili ona stwierdza, że fajnie się rozmawia, ale ci na dole, przykuci łańcuchami muszą wiosłować. Oficer ma wrażenie, że nie dosłyszał, ale na wszelki wypadek pyta czy oni słyszeli o silniku parowym? – Proszę pana – mówi ona, my wiemy, że panu o tym nie wolno mówić, ale przecież oni tam wiosłują.

Mam pewność, że to zdanie niezapomnianego kapitana i ta opowiedziana scenka z mostku kapitańskiego, wiernie oddają to, co ostatnio dzieje się w naszym państwie i Kościele.

Oto ważny (on tak uważa) polityk oznajmia, że „trzynastki” i „ czternastki” będą dalej wypłacane, „a jak Bóg da, to i „piętnastki” i po raz pierwszy całkowicie się z nim zgadzam. Zgadzam się, kładąc szczególny nacisk na słowa „a jak Bóg da”, problem w tym czy „da”? Według mojej skromnej wiedzy teologicznej Bóg dawanie emerytur w naszym kraju scedował na ZUS, ale może zrobi wyjątek i da, bo ZUS dawno jest już „na minusie”. W jakiejś mierze ze sprawami bytowymi jest też związana wypowiedź pewnego biskupa, który stwierdził, że największym nieszczęściem trapiącym ludzkość nie są wojny, zarazy czy głód, ale … Gendera (w ramach autopromocji polecam mój dawniejszy wpis „Baśń o potworze Gender”). Wprawdzie w ewangelicznej scenie sądu ostatecznego jest mowa o głodnych i nagich, których trzeba nakarmić i przyodziać, ale gendera to Gendera. Biskup, który pewnie nigdy głodu nie zaznał, zapewne lepiej ode mnie wie, co ta gendera, psia jej mać, wyczynia.

Znaczy pan nie wiedział, ale pan powiedział…”

Episkopat zaś nie mający, jak wiadomo, innych kłopotów postanowił pomagać osobom homoseksualnym. Nie, nie, żadne tam współ – czucie z nimi, żadne tam działania duszpasterskie przekonujące wiernych, że każdy jest umiłowanym dzieckiem Bożym, że pozwólmy tym, którzy wierzą w Boga, iść swoją drogą do Niego, nic z tych rzeczy, poradnie będą zajmować się przywracaniem „normalności”, dobrowolnie na szczęście. To oczywiście niezgodne ze współczesną nauką i skutkujące nieraz tragediami, ale „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

A tak w ogóle, sam nie wiem dlaczego obserwując życie społeczno – kościelne, przypomniał mi się dowcip z PRL-u: Po wylądowaniu Amerykanów na księżycu, pierwszy sekretarz komunistycznej partii wzywa do siebie kosmonautów i oznajmia im:” towarzysze ci wstrętni imperialiści wyprzedzili nas i wylądowali na księżycu, ale my będziemy lepsi, wy polecicie na słońce. Cisza, wreszcie ktoś nieśmiało stwierdza – tow. sekretarzu, ale tam jest bardzo gorąco. – Nie martwcie się towarzysze, partia o tym pomyślała, polecicie nocą.

Oczywiście jakiekolwiek aluzje są wykluczone, kto w końcu ma opowiadać stare dowcipy jak nie taki zgred jak ja. Acha, o mały włos bym zapomniał poinformować, że kolejny biskup odkrył nową ideologię, tym razem jest to ideologia singli. Prosty człowiek jestem, ale z tego co zrozumiałem, to taki singiel i singielka mają w głowie (?) tylko jedno, aż wstyd to nazwać, ale to jest chuć i ta chuć jest niepłodna. Jakoś tak poczułem się dowartościowany, tęczową zarazą nie jestem (dwoje kochanych dzieci), singlem też nie (no spróbowałbym nim być, to od razu pod most żona by mnie wy…, wywaliła oczywiście. Ten milion by się przydał, ale trzeba się cieszyć z tego co jest.

„Znaczy pan nie wiedział, ale pan powiedział…”

Sprawa kolejna, wprawdzie nie najnowsza, ale ciągle przypominana. Oto ksiądz przez parę lat gwałcił ministranta, zaczęło się gdy ten miał dziewięć  lat. Sąd kościelny uniewinnił, sąd państwowy na szczęście skazał zwyrodnialca, ale stwierdzenie sądu kościelnego niewątpliwie zapisze się w historii orzecznictwa kościelnego. Oto owe dziecko zostało określone w tym orzeczeniu jako „wspólnik w cudzołóstwie”. Chciałoby się powiedzieć, że w języku ludzi kulturalnych, nie ma właściwego określenia, by to skomentować.

Ale na koniec jest też dobra wiadomość. Otóż od kolejnego polityka dowiedziałem się, że jego partia walczy o … duszę Polaków, czyli jakby nie patrzeć, także o moją. Prawda jakie to miłe? Ja wprawdzie w swojej naiwności myślałem, że oni walczą o władzę i żadne trupy nie są im w tej walce przeszkodą, a tu walczą o duszę. Ot i ja nie spodziewał się. Kto wie, może to będzie polski wkład w światową teologię?

Ale na zupełny już koniec odkrycie rzecznika praw dziecka. Złapał on na gorącym uczynku  komanda seksualizatorów, którzy podają dzieciakom pigułki na zmianę płci. Teraz przed jego gabinetem zawiązują się komitety kolejkowe koncernów farmaceutycznych, we współpracy z polskimi staczami, które to koncerny liczą, że dowiedzą się czegoś więcej z samego źródła na temat składu chemicznego tych tabletek. Cenne byłyby też osobiste spostrzeżenia rzecznika, jak to przeobrażenie wygląda, a może pan rzecznik nieopatrznie przed snem przeczytał książkę pod tytułem :” Doktor Jekyll i pan Hyde” R.L. Stevensona i ździebko mu się wszystko pomieszało? Któż to wie?

No to jeszcze raz:” Znaczy się pan nie wiedział, ale pan powiedział. Znaczy się ja tego nie rozumiem”

 

Tak, zgłupiałem!

 

 

Najpierw podziękowanie dla osoby podpisującej się inicjałami M.N. Dzięki niej mam temat do kolejnego blogowego felietonu. To przyznanie się do głupoty zajęło mi trochę czasu, ale to nie jest łatwa decyzja, dlatego o wybaczenie proszę. Niestety na tym świecie nic nie jest doskonałe, więc choć przyznaję się do głupoty to się jej … nie wstydzę, mimo czytelnej sugestii od mojego komentatora, że powinienem. No to krótki przegląd moich głupich myśli.

1/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę, że moimi autorytetami moralno – intelektualnymi są między innymi następujące osoby: ks. Boniecki, S. Chmielewska, ks. Wierzbicki, ks. Kramer, ks. Lemański,  ks. Prusak, O. Wiśniewski, a ze zmarłych duchownych ks. Arcybiskup Życiński, ks. Tischner, ks. Kaczkowski.

2/Zgłupiałem, ale się nie wstydzę, że bardzo intelektualnie zyskuję czytając „Tygodnik Powszechny”, „Więź”, „Laboratorium Więzi”, „W drodze”, a także wiele artykułów w „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”.

3/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę powiedzieć, że rację ma Pani prof. Środa (z którą dalece mi nie po drodze, jeśli chodzi o podejście do wiary chrześcijańskiej), która napisała:” Bóg z całą pewnością brzydzi się samorządowcami, którzy z dumą ogłaszają strefy wolne od LGBT, bo pamięta, jak inni jego pseudowyznawcy bronili stref wolnych od czarnych, Żydów i kobiet […] Głos papieża Franciszka, który pisze, że” Bóg nie chce, aby Jego imię było używane do terroryzowania ludzi”, i prosi o „zaprzestanie używania religii w celu budzenia nienawiści, przemocy, ekstremizmu i ślepego fanatyzmu” nie będzie słyszany ani komentowany w Polsce. Co tam Franciszek! Co tam Watykan! Od czasu, gdy Polak przestał tam rządzić, a nasi notable stracili okazję do watykańskiej turystyki, głos Stolicy Piotrowej się nie liczy. […] A tak? Po co nam Watykan? Mamy Nowogrodzką i Toruń. […] Bóg nie wspiera kłamców, ludzi nienawistnych i pysznych. Jest przeciwko wykluczaniu, nietolerancji i przemocy. Prawdziwy Bóg – o czym wielu zapomniało jest Bogiem miłości. I zapewne dlatego jest tak mało u nas popularny”

4/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę wyznać, że świętym naszych czasów jest kochany Franciszek, który mając w pamięci swoich wielkich poprzedników, pragnie Kościoła, który wiernie idzie za śladami Jezusa. Niestety nie jest żadnym odkryciem, że Kościół w Polsce w znaczącej mierze idzie nie za Franciszkiem, a obok niego pokładając nadzieję w tym co rdza zniszczy, a mól zeżre.

5/ Zgłupiałem ale się nie wstydzę powiedzieć, że to co czyni założyciel mediów toruńskich, woła o pomstę do nieba (przypominam, że to cytat z „Deonu”, aczkolwiek użyty w innym kontekście). Nikt z nas ludzi wierzących nie ma oczywiście nic przeciwko religijnemu radiu, telewizji czy prasie, tylko od kiedy religią chrześcijańską jest uprawianie polityki, dzielenie wierzących , wysługiwanie się partii i ciągłe wołanie o pieniądze? Mówienie, że pogardzam tymi, którzy wierzą w „proroka” z Torunia, a nawet nim samym, jest obrzydliwym kłamstwem z którym nie będę polemizował.

6/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę ujmować za osobami LGBT. To prawda, nie bardzo potrafię sobie wyobrazić relacje osób homoseksualnych, ale wiem, że oni pragną miłości tak samo jak ja. To są moi bliźni i głęboko wierzę w to, że miłosierny Bóg tak samo policzył włosy na ich głowach jak i na mojej. Jezus bez żadnej różnicy umarł na krzyżu za ich i za moje grzechy. Odmawianie im pełni człowieczeństwa, wyszydzanie i prześladowanie uważam za podłe łajdactwo. Milczenie Kościoła, a także czynny udział niektórych jego przedstawicieli w nagonce na te osoby, uważam za hańbę!

7/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę pisać gorzkich słów o moim Kościele. Patrzę jak nie potrafi/ nie chce, odrodzić się moralnie i intelektualnie. Jest głuchy i ślepy na głosy troski wielu wybitnych ludzi Kościoła. Konsekwentnie i z uporem milczy tam, gdzie powinien głośno mówić, mówi szeptem, tam gdzie powinien wołać. Darmo czekać aby potrafił rozpoznać znaki czasu. Dokąd to prowadzi? – Donikąd! Póki co trwa piłowanie konaru na którym się siedzi, a fałszywi prorocy radośnie ostrzą piły.

Zapewne to moje wyznanie nie spodoba się tym, którzy wizję Kościoła w Polsce budują na przekazie mediów toruńskich. Szanuję ich wolną wolę i ich wybór, to jest ich sumienie, a szanuję z oczywistego powodu – mamy jednego Ojca w niebie.

Miło sobie porozmawiać

 

 

Na początek fragment artykułu ks. P. Sawy, zatytułowanego „ Czego potrzebujemy jako katolicy w Polsce”, który to artykuł niedawno ukazał się na „Deonie”:” jeżeli ktoś z księży biskupów czy kapłanów popełnia błąd, albo nie rozumiesz ich decyzji, to idź i porozmawiaj z nimi lub osobami, które realnie mogą pomóc w załatwieniu sprawy, ale nie wypisuj szkalujących opinii w Internecie” Pisze również ks. Sawa o podważaniu autorytetu biskupów, a rozdział zatytułował :” Wszystko w Kościele”

Moja śp. Mama miała w przedwojennej szkole bardzo ciekawe zajęcia z prowadzenia gospodarstwa domowego, ale przeglądając jej notatki natrafiłem na rozczulający w swej naiwności przepis. Przepis traktował jak odróżnić prawdziwe kakao od sfałszowanego. Należało więc pół funta owego jakże smacznego specyfiku rozsypać na czystym blacie stołu, wziąć ostry nożyk, silnie powiększające szkło i pod ową lupą badać każde ziarenko czy aby to nie ziarenko bułki tartej. Jeśli tak by było, należało te ziarenka oddzielić i mielibyśmy dowód fałszerstwa. Prawda jakie proste?

Czytam artykuł ks. Sawy i serdecznie uśmiecham się do niego. Z pewnością dobry z niego człowiek, ale podobnie jak O. Kordecki z „Potopu”, na armatach to on się nie zna.

Według niektórych moich komentatorów (dziękuję za dostarczanie mi wciąż nowych inspiracji), jestem idealnym odbiorcą uwag księdza Sawy, bo ja nieustannie szkaluję Kościół w Internecie, znaczy się na „Deonie”. Postanawiam jednak za radą księdza spróbować inaczej i idę do biskupa, który popełnia błąd. Zakładam optymistycznie, a może bezczelnie, że zostaję dopuszczony do sekretariatu ks. biskupa. Wchodzę, mówię urzędującemu księdzu :” Niech będzie pochwalony…” i widzę zdumione spojrzenie tegoż – pan w jakiej sprawie – pyta? – Proszę księdza chciałbym porozmawiać z księdzem biskupem o błędach, które on popełnia i o błędach, które popełniają niektórzy księża mu podlegli. W tym momencie na twarzy sekretarza maluje się widoczny strach. Jest przekonany, że za chwilę oznajmię mu, że jestem św. Piotrem, a kto wie może nawet samym Panem Jezusem i będzie musiał dzwonić na 112 po panów, którzy zabiorą mnie do miejsca, gdzie ściany pomalowane są na biało, a klamki tylko z jednej strony drzwi. Po chwili nieco uspokojony brakiem agresji z mojej strony, przywołuje na twarz nieco wymuszony uśmiech, podchodzi do mnie, delikatnie bierze mnie pod ramię i zmierzając w kierunku wyjścia tłumaczy, że ksiądz biskup bardzo chętnie się ze mną spotka, ale chwilowo uczestniczy w ważnej konferencji, ale jak tylko wróci to niezwłocznie skontaktuje się ze mną. Tak dochodzimy do drzwi, ksiądz z roztargnienia zapomina zapisać mój numer telefonu. No ale byłem w kurii, niektórzy nawet nie wiedzą co to jest, a ja byłem i rozmawiałem, wprawdzie nie z biskupem, ale „Nie od razu Rzym zbudowano”. To oczywiście przykładowy scenariusz, w zależności od miejsca gdzie znajduje się rzeczona kuria, scenariusz może być mniej lub bardziej barwny.

Nie zniechęcony brakiem spotkania z ekscelencją, postanawiam pójść do statystycznego ks. proboszcza. Początek miły, bo sądzi, że przyszedłem zamówić intencję mszalną, może uzgodnić pogrzeb i przy okazji zamówić „gregoriankę”. Gdy wyjawiam cel wizyty pyta mnie czy jestem z „Wyborczej”, albo z „TVN-u”, a w ogóle to trzeba się modlić za księży, bo nie wszędzie dotarła dobra zmiana i to wściekłe lewactwo myśli tylko jak zniszczyć Kościół, a po wtóre to on się czuje jak górnik po szychcie (autentyczne) i niech sobie nie wyobrażam, że ja mu będę mówił co on ma robić, a jak się mi nie podoba to mogę iść na skargę do biskupa – skąd on wie, że tak właśnie zrobiłem – prorok jakiś widać. No wiem, wiem, złośliwy jestem, z racji wieku moim głównym zajęciem powinno być rozmyślanie nad kształtem trumny (swojej!), a tymczasem na aktywność mi się zebrało, psia krew (było kiedyś takie „przekleństwo”)

Prowadząc katechezy przedmałżeńskie i spotkania z młodzieżą, siłą rzeczy poznałem wielu księży i na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy byli zainteresowani moją pracą u nich. Nie, nie, na ogół pełna kultura. Dla pana magistra kawka, herbatka, nieraz śniadanko lub kolacja. Zdarzał się kieliszeczek koniaczku (po jednym można kierować samochodem; zgadnij koteczku, jak mawiał Kisiel, który to ojciec dyrektor tak orzekł?)

Zostawmy jednak w spokoju wspomnienia. Udaję się do księdza, który jest opiekunem ministrantów i proponuję kurs dla lektorów, bo skręca mi kiszki, jak słyszę ich „dukanie” przy czytaniu Pisma św. – brak zainteresowania. Wysyłam trzy bardzo życzliwe listy do proboszcza w sprawach duszpasterskich – brak zainteresowania. Proponuję spotkanie z kandydatami do bierzmowania, sami chcą porozmawiać o swoich trudnych problemach – brak zainteresowania ze strony księdza przygotowującego. Ksiądz usilnie poszukuje przez znajomą kogoś, kto mu pomoże w działaniu prasowo – religijnym zleconym przez biskupa. Rozmawiamy telefoniczne, wysyłam artykuł na wspólnie uzgodniony temat – brak jakiejkolwiek reakcji, nie ma nawet zwyczajowego „pocałuj mnie pan w d…

Z mojego doświadczenia są dwa w miarę skuteczne sposoby nawiązania dialogu z duchownymi.

a/ z biskupem: Trzeba napisać swoje uwagi na firmowym papierze np. Katedry Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego. Pod tekstem pieczątka z nazwiskiem i wszystkie możliwe tytuły, specjalizacje i pełnione funkcje. Ze słyszenia wiem, że na ogół robi to korzystne wrażenie i może być początkiem dialogu, oczywiście pod warunkiem, że ów potencjalny rozmówca wcześniej nie udzielał się w mediach polskojęzycznych. No ale na litość, nie magister, to nawet na miłym mi „Deonie” nie robi żadnego wrażenia. Można też zaproponować biskupowi jakąś celową, dużą darowiznę, ale dotyczy to tylko bogatych. Ponieważ nie mam tytułów i wystarczających pieniędzy z żalem informuje ks. Sawę, że nie będę mógł porozmawiać z biskupem na temat jego biskupa błędów.

b/ zwyczajna statystyczna parafia: Przychodzę do proboszcza i oznajmiam mu, że za pokutę chciałbym dokładnie wysprzątać kościół, a za jakieś skromne błogosławieństwo, posprzątam również plebanię. Otwarte ramiona księdza i wspomniane błogosławieństwo, jako zaliczka na poczet obiecanych prac.

Złośliwe, ironiczne – nie zaprzeczę, ale przecież nie wzięło się to z powietrza. Obraz przerysowany? Pewnie tak, ale czy bardzo? Z pewnością nie dotyczy to wszystkich, zawsze to powtarzam, ale tak to wygląda z lotu ptaka (teraz raczej z lotu drona)

Czego potrzebujemy jako katolicy w Polsce? Myślę, że przede wszystkim normalności w kontaktach z duchownymi. Dotyczy to i wikarego i kardynała. Może trzeba zaprzestać używać tych głupkowatych ekscelencji, eminencji, tych najdostojniejszych i  „czcigodnych braci w kapłaństwie”. Może po za ołtarzem trzeba zdjąć te kolorowe fatałaszki i założyć zwyczajny garnitur. A nade wszystko na początek ustanowić drożne kanały porozumiewania się ze świeckimi, także tymi zaliczanymi do „ciemnego ludu”, może w bliższym kontakcie okaże się, że mają fantastyczne pomysły, chęć duszpasterskiego działania i mogą stanowić pomoc i oparcie, tak dla zwykłego księdza jak i dla biskupa. Tak zresztą gdzieniegdzie się dzieje i efekty są wspaniałe, oczywiście do momentu jak biskup, czy inny przełożony uzna, że najlepszą strategią duszpasterską, jest ta widniejąca nad oknem w przedziale wagonowym : nie wychylaj się!

Jeszcze kilka zdań na temat „wszystko w Kościele”. Sorry, ale nie zamierzam być posłuszny biskupom po za tym, co ściśle i w sposób oczywisty wynika z posiadanej przez nich pełni kapłaństwa. Wszelkie inne posłuszeństwo, wynikające z feudalnych struktur naszego Kościoła w Polsce, właśnie dramatycznie nam wszystkim (no prawie wszystkim) wychodzi „bokiem”. O ułomności biskupów świadczy fakt, że wszyscy, którzy mówią o złu, które toczy Kościół (także niektórzy kapłani) są posądzani o walkę z Kościołem. Serio? To znaczy my walczymy ze sobą sami, bo my też przecież jesteśmy Kościołem, więcej my jesteśmy Ludem Bożym! Wytykamy błędy pasterzy tegoż Kościoła, a nie błędy Kościoła, jako mistycznego ciała Chrystusa. To jest różnica, którą jest w stanie zauważyć średnio rozwinięty gimnazjalista uczęszczający na katechezę. I bardzo proszę nie mówić, że jak się uderza w pasterza, to się owce rozproszą, bo to dotyczy pasterzy, a nie tych, którzy uważają się za pasterzy. Pasterz to godny i piękny tytuł, to zobowiązanie niesłychanie głębokie, na ten tytuł trzeba sobie zasłużyć pracą, poświęceniem, miłością bliźniego, a nieraz i cierpieniem, bo dobry pasterz odda życie za swoje owce.

„Wszystko w Kościele” – to jest owa kościelna dulszczyzna! Gdyby ci z poza struktur Kościoła nie wzięli się za ujawnianie pedofilii duchownych czy ich gorszącego trybu życia, to jest bardzo prawdopodobne, że pod patronatem „świętych” – „Świętego spokoju” i „Świętego nigdy”, dalej byśmy tkwili w bagnie nieprawości.

Kto sieje wiatr… -ponownie

                          

 

W mojej rodzinnej wsi, jeszcze przed wojną, zdarzyła się wyjątkowo dotkliwa susza i kobiety postanowiły zamówić Mszę św. w intencji o deszcz. Udały się więc od domu do domu, by zebrać datki na opłacenie owej intencji. Zdziwiły się jednak niepomiernie, gdy do ofiar pieniężnych dołączył się mieszkający we wsi Żyd. Zaznaczył wszakże, że on by bardzo chciał, żeby ów deszcz był „bez huku i błysku”. No i słusznie, kto tam by chciał, może po za łowcami burz, słyszeć huk i błysk. Taka burza często przynosi straty materialne, a można w czasie jej trwania także stracić życie. Zwykle burzę poprzedza silny wiatr i to jest ostatni moment, by ją zauważyć i podjąć mądrą decyzję. Biada temu, kto ten wiatr będący zwiastunem burzy, zlekceważy.

Tak zgadzam się z ks. Kardynałem Nyczem aby nie przekraczać pewnych granic, zgadzam się, że wieszanie takiej czy innej flagi na figurze – pomniku Jezusa Chrystusa, było czynem niewłaściwym. Tu nawet nie chodzi o moje zgorszenie, bo widzę znacznie gorsze rzeczy, ale o to by tę przestrzeń sakralną wokół poświęconego monumentu, wyłączyć ze sporów toczonych przez różnych ludzi. Do tego momentu trudno wierzącemu chrześcijaninowi nie zgodzić się ze słowami Kardynała. Trzeba jednak zadać inne pytanie – czy naprawdę ks. Kardynał dopiero teraz zauważył, że granice są przekraczane, że dopiero teraz należy zabrać głos? Czy naprawdę nie słyszał, gdy szczególnie w okresie przedwyborczym z ust prominentnych polityków lało się szambo wobec ludzi określanych jako społeczność LGBT? Czy nie słyszał jak odmawiano im człowieczeństwa, jak podle oskarżano ich o wszelakie zło. Napisałem niejeden artykuł na temat milczenia naszego Kościoła wobec spraw wołających o pomstę do nieba (pierwszy raz za redaktorką „Deonu” używam tego określenia w tym miejscu) więc szkoda się powtarzać, choć lista tego o czym Kościół milczy, ciągle się wydłuża.

To prawda i ja i wielu innych pójdziemy do Kościoła, bo tak jak apostołowie – do kogóż mamy iść? Nie ma innego ołtarza na którym kapłan mocą Jezusa przemienia chleb i wino w Jego Ciało i Krew na życie wieczne, ale by wydawać odezwy trzeba mieć autorytet, a ten póki co, powędrował sobie za góry i lasy.

Ale pytań ciąg dalszy. Co stało się, że takich wydarzeń, jak to ostatnie w Warszawie,ciągle przybywa? Może odpowiedź jest właśnie taka jak w tym ludowym powiedzeniu – „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Tu nie ma żadnej satysfakcji z tej burzy, ale mądrość domaga się, by umieć wyciągać wnioski z tego co obserwujemy. Niestety wiatr zlekceważono, burzy zlekceważyć się nie da.

To że taka czy inna władza może się części społeczeństwa nie podobać, nie jest niczym niezwykłym, Kościół wszakże powinien być tym miejscem, gdzie w pokoju i braterskiej miłości spotkają się i ci, którzy głosowali za i ci którzy przeciw. Kościół może i powinien być miejscem spotkania człowieka (każdego człowieka!) z Bogiem i ze swoim bliźnim. Kościół, który opowiedział się nie po stronie wspólnych, uniwersalnych i odwiecznych wartości, a po jednej stronie politycznego sporu, zaprzepaścił moc jednania. U jednych budzi to tylko smutek i żal, u drugich gniew i oburzenie. To są owe zwiastuny burzy, wiatr napędza turbiny elektryczne, ale niszczy też domostwa.

Ktoś kto nieustannie słyszy, że jest zboczeńcem, komu przypisuje się wszelakie zbrodnie, który widzi, że ci którzy powinni go bronić – milczą, hoduje w sobie zemstę. Dla niego jest to sprawiedliwa odpłata za podłość „tęczowej zarazy”, za zawoalowane  nawoływanie do przemocy (ubiegłoroczny marsz w Białymstoku), za brednie o seksualizacji dzieci, naukę masturbacji w przedszkolach i bruzdy dzieci poczętych z „in vitro”, a wymieniać można jeszcze długo.

Zemsta, każda zemsta jest złem, bo niszczy i mściciela i jego ofiarę, ale wygląda na to, że trzeba będzie przyjąć do wiadomości, że będzie się rozszerzała. Ci, którzy w ten sposób walczą o swoją godność, mają w głębokim niepoważaniu takie czy inne odezwy. Dzisiaj można ich ukarać, ale jutro może być inne i co wtedy? W najlepszym wypadku gorycz i obojętność, w gorszym strach pisać, a nawet myśleć. O to chodzi?

A przecież to nie jedyne zgorszenie jakie funduje nam nasza hierarchia i znakomita część duchowieństwa. Pisałem o tym wielokrotnie, pisali i wołali prorockim głosem znakomitsi ode mnie. I nic, „grochem o ścianę”. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna. Przecież to nie my jesteśmy winni, to winne jest lewactwo, a właściwie międzynarodówka lewactwa. Serio! To z Ewangelii!

No tak wypada uderzyć się najpierw we własne piersi przebrzydły lewaku, co zmuszasz dyżurnych komentatorów do ciągłego prostowania twoich pokrętnych, lewackich dróg i dawania świadectwa prawdy. Żadnej refleksji, żadnego zadumania się nad otaczającą rzeczywistością – tylko lewactwo! Już tak kiedyś było. – Panie, przecież to nie ja zerwałem ten owoc, to ona dała mi skosztować. A kto ją postawił Panie przy mnie?

Tak wiem, najlepiej by było, gdyby dobry Pan swoją ręką wytępił to lewactwo, tę tęczowa zarazę, tych wszystkich, którzy nie dość kochają Matkę Bożą. Na razie Bóg się nie kwapi, ale jakby co to pomożemy! A potem nastąpi prawdziwa dobra zmiana, już bez cudzysłowu. Prawdziwi Polacy w prawdziwym Kościele, prowadzeni przez prawdziwych duszpasterzy. Krótko mówiąc – Alleluja i do przodu. Ale to na razie nadzieja, oby nie płonna. Póki co trzeba wziąć się za bary ze wspomnianym lewactwem.

Lewactwo od czasu kiedy na jego czele stanął wielki, ubrany na biało lewak, ciągle podnosi głowę. No i poszło, lewactwo jest wszędzie. Lewacka „Pew Research Center” na podstawie badań stwierdziła, że Polska jest najszybciej laicyzującym się krajem na świecie. A ktoś się dziwi temu gdy lewacki jest „Tygodnik Powszechny”, gdy lewacka jest „Więź”, gdy bodaj najpopularniejszy portal katolicki „Deon” zalatuje lewactwem – no cóż nie daleko pada jabłko od jabłoni. Dziwić się lewactwu, gdy takie tuzy duchowieństwa jak te Bonieckie, Wiśniewskie, Lemańskie i wielu innych, całym sercem oddane lewactwu. A przecież nawet „Psy Pańskie”, dominikanie, też ich znaczna część zarażona lewactwem. O mały włos a katolicki(?) lewak zostałby prezydentem. A cóż powiedzieć na gwiazdę śmierci (bez cudzysłowu) z Czerskiej i tego jej bękarta TVN?

Na szczęście my prawdziwi Polacy żyjemy na wyspie normalności, my jesteśmy tą wyspą normalności i kwitnącego chrześcijaństwa. Czasem jak to na wyspę próbują się dostać tonący, no to z buta ich, niech spie… do siebie, my ogłosimy Chrystusa królem Polski, i jeszcze raz radosne – Alleluja i do przodu, a nasza Matka Boża zawsze dziewica!

To miał być koniec, ale nie będzie. Sz. Hołownia zamieścił na swojej stronie zdjęcie uzbrojonych policjantów pilnujących figury Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu i to zdjęcie przejdzie do historii :” Kościół, który nie rozumie, co czyni, gdy pozwala policji urządzać demonstrację siły pod figurą Tego, który nawet w obliczu oczywistej przemocy zabronił używania miecza i rozmawiał ze swoimi oprawcami – pokazuje ludziom, że nie rozumie nic ze swojego założycielskiego tekstu. A jeśli apostoł nie zrozumiał nic z powierzonego mu przesłania, po co w ogóle z nim iść, jak mu ufać? Straci państwo. Na lata przestaną mu ufać ci, którzy nie chcą w nim widzieć kancelarii parafialnej. Straci Kościół, który dokładnie zawsze w swojej historii tracił, gdy blatował się z władzą. Bo jeśli nie przekazuje nauki Jezusa, tylko opowieść o swoim komforcie – ludzie wzruszą ramionami i pójdą dalej, nie widząc w tym żadnej świeżości, wiarygodności i nowego sensu. O swój komfort dba każdy, wielkie mecyje.” (Szymon Hołownia)

Parę lat temu pewien znany polityk publicznie stwierdził, że po co biskup, który kłamie. Oczywiście, prawdziwie polskie media załamały ręce z oburzenia, a dziś cały Kościół cierpi z powodu biskupów, którzy kłamali i oszukiwali. Teraz, jak pisze Sz. Hołownia, doświadczamy hierarchów, którzy łagodnie mówiąc, nie rozumieją po co są pasterzami. Nie wiem ile lat upłynie jak ta wiedza stanie się oczywista, ale radości z tego nie będzie.

Komentarz niepolityczny

 

 

„Może masz i rację, ale jakie z tego dobro” – to zdanie ks. Tischnera dość często powtarzam, ale jest ono niezastąpione. W powyborczy poniedziałek około dziesięciu milionów Polaków obudziło się z poczuciem dumy i satysfakcji – ich kandydat zwyciężył, ich racja zwyciężyła. Jeszcze raz okazało się, że mieli słuszność nazywając swoich przeciwników zdrajcami, złodziejami, a ostatnio okazało się, że są oni nawet gorsi od koronawirusa. Ok., niech tak będzie.

Naprzeciwko zwycięzców ustawiło się też około dziesięciu milionów. Patrzyli na tych pierwszych z nieukrywaną wrogością : poczekamy, zobaczymy, ten się śmieje, kto ostatni się śmieje, nasz gniew rośnie, jeszcze się spotkamy na ubitej ziemi, jeszcze pokażemy wam gdzie jest wasze miejsce. Zemsta jest słodka, cóż że krwawa. Jedni wzywają na pomoc swojego boga, inni swojego, bo bogów też mają oddzielnych. Gdybyż to były obce plemiona, ale gdzie tam. Brat przeciwko siostrze, dzieci przeciwko rodzicom, dziadkowie wyklinają wnuków, a ci o nich mówią – sklerotyczne debile, półgłówki które tylko paciorki potrafią przesuwać i nabijać kabzę biznesmenowi z Torunia na szemrane inwestycje. Przyjaciele kiedyś przy bieszczadzkim ognisku śpiewali, że czas nie zniszczy ich przyjaźni, dziś nie ma ogniska, nie ma przyjaźni, jest z trudem ukrywana niechęć.

Naród, który kilkadziesiąt lat temu w obliczu prawdziwego wroga, donośnym głosem na Placu Zwycięstwa śpiewał – „My chcemy Boga…”, już nie potrafi, już  nie chce razem  mieć Boga. Naród, który ufał swoim pasterzom, szedł za ich głosem, teraz porażony ich małością odwrócił się do nich plecami

Faktycznie stało się w ten powyborczy poniedziałek dobro jak jasna cholera, aż dziw że dzwony nie biły „na zwycięstwo, na ochotę”. Zapomniano w radosnym ferworze do suplikacji dodać kolejne wezwanie – od wojny domowej zachowaj nas Panie.

Dziesięć lat temu w obliczu narodowej tragedii źli ludzie podzielili nasz naród, naszą Ojczyznę. Kłamstwem zostały zatrute  serca i umysły. Jeżeli ktoś sądzi, że to „rozejdzie się po kościach”, że teraz będzie już tylko dobro i dobro, to niech usłyszy to samo, co ewangeliczny bogacz który w obliczu dostatku planował beztroskie życie – głupcze! Mury będą rosły, a łańcuch i kraty zawsze się znajdą.

Na koniec krótka i smutna dygresja. Kiedy 13 grudnia 1981 roku służba bezpieczeństwa „zapuszkowała” mojego kolegę do „internatu”, jego najmłodsze dziecko miało dwa miesiące. Spotkaliśmy się dopiero po ponad roku i wtedy mi powiedział – Wiesz ja tym komunistom wszystko daruję, wszystko wybaczam, ale tego, że pozbawili mnie radości z pierwszego uśmiechu, z pierwszego kroku mojego dziecka, tego im nie daruję.

Minęły lata, jesteśmy Kościołem grzeszników, grzesznik potrzebuje darowania win, potrzebuje wybaczenia, sam jestem grzesznikiem dlatego potrafię mojemu instytucjonalnemu Kościołowi wiele podłego zła wybaczyć, ale nie potrafię na dzień dzisiejszy wybaczyć mojemu Kościołowi, że swoim obojętnym milczeniem doprowadził do tragedii podziału narodu, doprowadził do tego, że owce z jednej owczarni patrzą na siebie z nienawiścią. Żeby tylko milczeniem, ale nie, to Kościół świętego Papieża od góry do dołu brał udział w nakręcaniu tej spirali nienawiści. Co wyście uczynili z dziedzictwem tego Papieża po za jarmarcznymi pomnikami? To trudno przebaczyć i proszę mnie nie pouczać, że to nie po chrześcijańsku, bo sam o tym wiem. Kiedyś rozdzielili nas zaborcy, dziś rozdzieliła nas nienawiść.

Wszyscy mają rację, tylko dobra brak!

Obudźcie się!

                                              

 

Dwa tysiące lat temu pewnej nocy do pasterzy trzód swych strzegących przyszedł Anioł Boży z wieścią, że narodziło się z niewiasty Dziecię, które jest Synem Bożym. Pasterze strzegli swych trzód przed złem, strzegli, by nie rozproszyły się i nie zagubiły. Byli czujni. Słowa Bożego posłańca wzięli sobie do serca, dlatego wstali, poszli i odnaleźli Pana. Potem wrócili do swoich trzód, wielbiąc Boga i rozradowani Jego wspaniałością. Rozradowani Miłością, która miała odkupić każdego człowieka z jego grzechów. Wina Adama miała być raz na zawsze odkupiona. Swojemu pasterstwu nadali piękne i nieprzemijające znaczenie. Wiele lat później Ten, którego odnaleźli sam nazwał się pasterzem, dobrym pasterzem, który troszczy się o każdą owcę, szuka zaginionej i opatruje jej rany.

Minęły wspomniane dwa tysiące lat. Dzisiaj też jest noc, noc czarna jak smoła. Tamta noc była nocą nadziei i miłości. Ta dzisiejsza noc jest nocą smutku i przygnębienia. Jest nocą w której pasterze śpią za nic mając los powierzonej im owczarni. To trzoda ma się troszczyć o pasterzy, ma dbać o ich dobre samopoczucie i wygody, ma składać im hołdy i daniny. Gdy się przebudzą pokrzyczą na owce, pouczą ich o obowiązkach i zajmą się swoimi niezwykle ważnymi sprawami. Nie, oni nie są ślepi i głusi, widzą jak zło, jak nienawiść, rozlewa się po owczarni. Słyszą nienawistne słowa najpierw o drugim sorcie, o bakteriach i pierwotniakach w naszych bliźnich tonących w morzu. Słyszą o zdrajcach, kanaliach i elementach animalnych. Patrzą na obłudne podrygiwania ludzi, którzy wznoszą ręce do góry, a nienawidzą bliźniego swego. Nie protestują pasterze, gdy  bluźnierczo wzywane jest imię Boże do podłych celów, nie przejmuje ich groza, gdy do owczarni zakradło się straszliwe zło atakujące tych najbardziej bezbronnych. Jezus mówił, że do nich należy królestwo niebieskie, a pasterze patrzyli obojętnie na brudne łapy swych podwładnych, którzy niszczyli te dzieci. Bo owczarnia niby najważniejsza. To jest hańba, to jest straszliwy brud, oby miłosierdzie Boże okazało się większe.

Nie budzi ich przerażenia, gdy dzieci Boga nazywa się zarazą, gdy ogłasza się strefy wolne od zarazy, choć woła to o pomstę do nieba. Milczą gdy u tronu Jasnogórskiej Pani wylewa się pomyje zła na ludzi inaczej myślących, na tych którzy szukają Boga w ciszy samotności i cierpienia. Milczą gdy fałszywy prorok bluźnierczo nazywa swoje radio imieniem Maryi. Starotestamentowi prorocy, ale także Jan Chrzciciel, mieli odwagę iść do władcy czyniącego zło. Mieli odwagę, którą przepłacali swoim życiem, ale mimo tego upominali, wzywali do pokuty i nawrócenia. Gdzie wy byliście, gdy pastwiono się nad waszym stadem, waszymi owcami, i nie musieliście ryzykować swoim życiem. Czym wy w ogóle ryzykujecie? Milczenie staje się złotem, a właściwie błyskotką, a ci którzy już zabierają głos dawno zapomnieli, co znaczą słowa „tak – tak”, „nie – nie”. Pewnie mają te swoje skomplikowane tłumaczenia, że to nie oni, że to nie ich, czyli współczesna wersja – ja jestem od Apollosa, a inni od Kefasa, a jeszcze inni nie wiadomo od kogo.

Kochany Franciszek powiedział, że pasterz powinien pachnieć swoim stadem, to ja powiem inaczej – on powinien śmierdzieć swoim stadem! Nie po to zostaliście powołani, by pozować do fotografii z czyściutką i pachnącą owieczką. To nie Krupówki! Jezus urodził się w stajni! Czy dotarło to do was? Nie wiecie jak znaleźć te brudne? To zapytajcie waszego rodaka w kardynalskim kapeluszu, idźcie na ulice, obrzeża i zaułki. Idźcie do siostry Małgorzaty Chmielewskiej i do sióstr „pingwinek”. Mogliście wcześniej iść do świętego naszych czasów ks. Kaczkowskiego, ale nie było tłoku z was, gdy go żegnaliśmy. Idźcie do wątpiących, do borykających się z trudem wychowywania dzieci niepełnosprawnych. Daliście pokaz wyjątkowej obojętności, gdy protestowali ich rodzice, bo wy nie piszecie ustaw, jak powiedział jeden z was. Idźcie z pomocą autentycznego wsparcia do tych zwalnianych z pracy za poglądy, do tych plugawionych przez telewizję kłamliwie nazywaną publiczną. Ujmijcie się za kapłanami, którzy mówią prawdę. Czy znajdzie się wśród was choć jeden, który publicznie wezwie religijnego watażkę, by ten opamiętał się w sprawie ks. Bonieckiego, czy też czekacie na wygłoszenie pięknej mowy  nad jego trumną, gdy już odejdzie? Chcecie szukać dobra w młodym człowieku, to zapytajcie jak to czynić twórcę WOŚP.

Nie zasługuję na to piękne określenie – „ ja szary człowiek”, bo zbyt wielkie cierpienie stało się udziałem tego, który go użył, ale powiem – ja szary człowiek proszę obudźcie się, obudźcie w sobie Ducha Świętego, Ducha mądrości, odwagi i pokory. To jest nasz wspólny Kościół, to jest nasza wspólna Ojczyzna!

Martyrologiczne urojenia

                               

Jestem z tego samego pokolenia co większość naszych biskupów, żyjemy w tym samym kraju, mówimy tym samym językiem i za oknami mamy tę samą rzeczywistość. Tę samą, to nie znaczy tak samo postrzeganą. Nawet nieskomplikowany przedmiot będzie nieco inaczej widziany przez różne osoby. Jedna czerń będzie bardziej czarna, inna nieco mniej, ten sam dźwięk może być słyszany bardzo podobnie, ale nie tak samo. Nie inaczej ma się z percepcją dzieła sztuki, ta różnorodność odbioru jest zresztą bardzo ceniona przez twórców. Gorzej jeśli jest tak w jak starym dowcipie – Jasiu co najbardziej podobało ci się w teatrze? – Wentylator tatusiu. Jeżeli więc jedni dostrzegają finezyjną dramaturgię sztuki, a inni równomiernie pracujący wentylator, to niewątpliwie jest problem.

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nastąpiła radykalna zmiana wizerunku Kościoła w Polsce. Z Kościoła wspierającego naród w walce z komunistycznym reżimem, z Kościoła który jako całość oparł się pokusie współpracy z władzą totalitarną, nagle Kościół stał się w swoim mniemaniu ofiarą prześladowań. W wolnej Polsce poczuł się otoczony przez różnorakich wrogów. Im bliżej współczesności, tym wrogów więcej, tym bardziej zawzięci na nasz wspaniale rozwijający się, obecny, a jakże w każdym domu, pod każdą strzechą, Kościół. Larum grają, wróg w granicach, bliżej nie określone bezbożne genderowe lewactwo pożenione z islamistyczno – tęczową zarazą, za pieniądze określonych kół (Bez sensu? – Może  i tak, ale to moje impresje po przeczytaniu listu pasterskiego, jednego z naszych biskupów). Aż dziw, że na rozpoczęcie nabożeństw nie jest intonowana pieśń – Niech aniołowie zabiorą cię do nieba…

Pamiętam jakie „wygibasy” musieli wyczyniać moi znajomi księża, by rzetelnie wykonywać swoją duszpasterska pracę. Pamiętam podchody ze służbą bezpieczeństwa na naszych duszpasterskich obozach. Taki śp. Jezuita Ojciec S. Miecznikowski, na ten przykład tak „liczył” obozowiczów w czasie kontroli milicji obywatelskiej, że zawsze wychodziło mniej, niż oni mieli w swoich danych. Nawet zapewnienie opału na zimę do kościoła i sali katechetycznych, wymagało skomplikowanej logistyki. Dzisiaj nie ma żadnych przeszkód, aby prowadzić najbardziej pogłębioną, różnoraką katechezę. Kościół cieszy się szacunkiem, mniej czy bardziej udawanym, ostatnio tylko udawanym, każdej władzy po 1989 roku. Ma swoje media, instytucje i biznesy. Jest religia w szkole (kiepsko to wychodzi, ale to inny temat). Biskupi i księża święcą i błogosławią autostrady, budynki, szkoły, baseny. Rząd z prezydentem na czele radośnie kiwa się w takt pieśni religijnych, pielgrzymkom tychże na Jasną Górę nie ma końca, ale Kościół jest… prześladowany. Zaiste, jak mawiają nasi bracia Rosjanie, bez pół litra nie zrozumiesz i jeśli chodzi o ilość tej „wodki” jest to wersja nad wyraz optymistyczna. No to choć trochę przyjrzyjmy się temu „prześladowaniu”, ale najpierw osobista anegdota. Jest wigilia Bożego Narodzenia, lata osiemdziesiąte, razem z kolegą stoimy w kolejce w sklepie mięsnym, by wykupić 30 dag świątecznej wędzonki przypadającej na każdą kartkę żywnościową. Czas się dłuży, ale w pewnej chwili sprzedawca oznajmia iż ową wędzonkę można wykupić na całą kartkę, czyli ok. 2 kg. Szok! Popatrzyłem bezradnie na kolegę i pytam go – Janusz to ile ja mam kupić? Na to kolega – Widzisz, dali ci cholera trochę wolności, to nie wiesz co z nią zrobić. Mam nieodparte wrażenie, że nasz Kościół rozumiany jako hierarchia i duchowni w znaczącej mierze nie bardzo wiedzą, co z tą wolnością zrobić. Inna sprawa, że wielu świeckich ma ten sam problem, ale o tym innym razem.

Tyle lat trzeba było o tę wolność walczyć, a ona teraz jest, tak po prostu, i na dodatek wypadałoby ją sensownie zagospodarować, ale tu zaczynają się schody. Mamy wolne media, niestety nie wszystkie, te „polskojęzyczne” chodzą na pasku wiadomych sił, ale zawsze. Jest Internet i do czego to podobne, żeby ci dziennikarze i nie tylko, mogli mówić i pisać, co chcą. Mało tego, im się często nie podoba Kościół, wiara, a co najgorsze im się nie podobają księża i biskupi, oni nie słuchają wspomnianego biskupa, który zachęca ich by kochali księży, by kochali biskupów. A przecież powinni zrozumieć, że jak im się to bezbożnictwo i te różne Gendery wypomina to tylko dla ich dobra! Ostatnio pewien duchowny nie cackał się i zapełnił piekło różnymi, konkretnymi rzecz jasna, grzesznikami. Wprawdzie dawno, dawno temu pewien Żyd twierdził, że przyszedł do tych, którzy źle się mają, przesiadywał i jadał z różną hołotą i nawet pozwolił aby taka jedna, no nie nazwę jej tak jak powinienem, bo to katolicki portal, obmyła mu nogi swoimi łzami, ale to były inne czasy.

Teraz jak się „walnie” z takiej czy innej ambony, to usłyszy to nie jeden grzesznik, ale cała Polska grzeszników. To się nazywa optymalizacja duszpasterska. A miedzy lud, miedzy grzeszników to niech sobie łażą jakieś nawiedzone Szustaki, Kramery, Lemańskie czy Krajewskie i inne dziwadła, które zaniedbują modlitwy do największego polskiego świętego czyli „ świętego spokoju”.

Albo weźmy takie problemy życia codziennego. Statystyczny Polak martwi się, szczególnie teraz, czy będzie miał pracę, czy nie straci mieszkania, co z nauką jego dzieci. Maseczki na twarzy wciąż przypominają, że przyszłość wysoce niepewna, ale bardzo ważny arcybiskup wie, że przemija postać tego świata, ale Kościół wciąż zagrożony przez międzynarodówkę zła. Ta uparła się szczególnie na nasz kwitnący, nieskalany w pobożności i szczególnie troszczący się  o niewinne dziateczki Kościół. Takie bakterie i pierwotniaki w uchodźcach, to mały pikuś w porównaniu z tymi różnymi fundacjami, których nazwiska ich założycieli mają takie charakterystyczne, znajome brzmienie. Ale trzeba przyznać, że nie wszyscy bujają w obłokach. Pewien biznesmen z Torunia doszedł do wniosku, że ma mało i prosi o datki  tych, którzy też mają mało. I to jest właściwa droga, to jest pełne pokory wołanie o ewangeliczną wdowę i jej dwa pieniążki, mogą być papierowe. Tak niewiele trzeba aby sprawić radość ubogiemu emerytowi. On da z niedostatku swojego i jeszcze będzie szczęśliwy, że broni wiarę prawdziwą przed takimi jak autor tego paszkwilu.

Co tam wirus, ksiądz pokropi go święconą wodą, dotknie równie święconą ręką i wirusa nie ma. A taki Gender jest i nawet orlenowski płyn odkażający go się nie ima, mimo że doglądał jego produkcji pierwszy obywatel Rzeczpospolitej. Zaiste przebiegły to potwór, znaczy się Gender, nie pierwszy obywatel.

No ale wróćmy do tego prześladowania. Najbardziej smutne jest to, że to brat, bratu tak czyni. Szczególnie zawzięte w tym temacie są te TVN-y, Żydowniki Powszechne no i oczywiście gwiazda śmierci z Czerskiej, a na Nowogrodzkiej świeci gwiazda pokoju, co ja tam głupio gadam, tam jest cały firmament gwiazd pokoju. Różne Dominikany sieją zamęt, Jezuici jak zwykle przebiegli popierają Franciszka, ale nie wiem czy im to wyjdzie na dobre. Czytam różne komentarze pod artykułami na „Deonie” i widać wyraźnie, że co bystrzejsi czytelnicy nie bez powodu węszą herezje między wierszami. Znam na ten przykład jednego takiego blogera, rzecz można powiedzieć, od urodzenia. Na oko porządny gość, chodzi po polskich patriotycznych górach, zatroskanie o Kościół maluje się na jego powleczonej brodą gębie, ale czy to szczere? Kogo on popiera, a kogo krytykuje? Na szczęście komentatorzy czujność zachowują. No własnie czujność!

Rzecz dzieje się w czasie zjazdu komitetu centralnego PZPR. Na Sali plenarnej przemawia I sekretarz komunistycznej partii, towarzysze zgodnie drzemią, ale jeden uważnie słucha. W czasie przerwy podchodzi do niego dwóch „smutnych panów” i zakłada mu kajdanki. Dlaczego – oponuje I sekretarz, przecież on jeden mnie słuchał? – Towarzyszu – mówi jeden z Uboli, spójrzcie na ścianę! A na ścianie wielki plakat z napisem „Wróg nie śpi, wróg czuwa”. No to jedną zagadkę mamy rozwiązaną – wróg Kościoła nie śpi. Druga zagadka brzmi – jak wielu jest tych wrogów Kościoła? Każdy świadomy katolik odpowie, że dużo, ale co to znaczy dużo? A w szkole liczyć nie uczyli? – Panie w tej Polsce to jest trzy miliony ukrytych Żydów – No dobra, ale jak są ukryci, to jak pan ich policzył? – Panie, mam swoje sposoby – pada odpowiedź.

No więc z grubsza wiemy kto jest wrogiem Kościoła, kto jest wrogiem jawnym, ukrytym i bezczelnym, wiemy także ilu tych wrogów jest. No to pora na końcową refleksję. Jakoś zebrało mi się na anegdoty, choć wniosek z tej ostatniej jakoś nie chce być dowcipny.

Kandydat na członka partii komunistycznej staje przed komisją, która ma zdecydować czy przyjąć go do partii. Przewodniczący pokazuje mu zdjęcie Lenina i pyta – Wiecie kto to jest? – Nie wiem – pada odpowiedź. Zdjęcie Marksa i to samo, oj nie dobrze. Pokazuje jeszcze zdjęcie aktualnego I sekretarza i pyta – no to może wiecie chociaż kto to jest? – Nie wiem – odpowiada kandydat na towarzysza. – No to wy chcecie być w partii i nie wiecie kto to jest – mówi zdenerwowany przewodniczący. Chłopina w odpowiedzi wyjmuje portfel, a z niego zdjęcia swoich znajomych i rodziny, pokazuje je przewodniczącemu i pyta czy ten ich zna. Zdumiony przewodniczący odpowiada, że oczywiście ich nie zna.- No widzicie towarzyszu – stwierdza kandydat na członka – wy macie swoich znajomych, ja mam swoich.

A smutny wniosek jest taki, że „Ja patrzę, patrzę i słucham” i konstatuję, że nasi purpuraci mają swoich znajomych, a znacząca część ludu bożego ma swoich. Koniec dowcipu jest pewnie taki, że i kandydat i przewodniczący rozeszli się do swoich domów, bo nie mieli wspólnych znajomych.

No comment!

Duszpasterska „polityka”

 

 Rzecz miała miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jest połowa czerwca, słońce mocno grzeje a na polu … śnieg. Przy bliższym podejściu okazuje się, że to nie śnieg, ale gruba warstwa nawozu rolniczego używanego w takiej ilości do tzw. pędzenia młodych warzyw. Solidna dawka chemii (wbrew wszelkim zasadom), spowoduje, że warzywa wcześniej urosną i rolnik dostanie za nie więcej pieniędzy. Oczywiście konsumenci tych dorodnych warzyw odniosą, choć zapewne nie od razu, wymierne szkody na swoim zdrowiu, ale kogo to obchodzi. Musiało, takich jak wspomniany, przypadków być na tyle dużo, że dowiedział się o nich miejscowy proboszcz. W homilii wygłoszonej w czasie niedzielnej Mszy św. w ostrych słowach potępił takie metody uprawy i stwierdził, że jest to grzech przeciwko piątemu przykazaniu Dekalogu. Reakcja zainteresowanych – niech się proboszcz nie wpie… w nie swoje sprawy.

No to zapraszam do krótkiej analizy tej historii. Gdyby ów proboszcz wytknął tym rolnikom, że zamiast siać żyto i sadzić kartofle, oni sieją proso i jęczmień to ci, pomijając słownictwo, mieliby oczywistą rację. Ksiądz nie jest od planowania rolnikom płodozmianu. Tu urocza anegdota – zmarły niedawno śp. K. Penderecki, jeszcze w PRL-u, dokonał był zakupu ziemi, urzędniczka pyta go o zawód – kompozytor – odpowiada laureat najbardziej prestiżowych nagród międzynarodowych. – Panie – stwierdza urzędniczka – a na płodozmianie pan się znasz? No więc ksiądz na płodozmianie, takim czy innym, się nie zna, jeżeli nawet biskup by uznał, że na takowym się zna i zacząłby doradzać ministrowi rolnictwa, to mielibyśmy do czynienia z ewidentnym wtrącaniem się do polityki, w tym wypadku polityki rolnej.

Ale wróćmy do naszej historii. Ów wspomniany kapłan miał nie tylko prawo, ale i obowiązek zareagować. Działo się zło, gorszące zło, które stało w jaskrawej sprzeczności nie tylko z wyznawaną formalnie wiarą tych, którzy je czynili, ale z przyrodzonym każdemu człowiekowi prawem, aby nie być oszukiwanym i krzywdzonym. Bardzo możliwe, że proboszcz poniósł konsekwencje swojego sprzeciwu wobec publicznie dziejącego się zła, może wspomniani rolnicy obrazili się na niego, może przestali dawać ofiary i przyjmować go po Kolendzie. Ktoś zauważy, że można to było uczynić bardziej dyplomatycznie? Nie sądzę. Zjawisko fałszowania żywności ma takie rozmiary, że tylko otwarty i bezwzględny sprzeciw może przynieść jakieś pozytywne skutki.

Ale jest jeszcze inna metoda duszpasterskiej reakcji, promowana przez niektórych biskupów. Oni zdają się mówić – trudno, niech ten rolnik „pędzi” te warzywa, my się nie będziemy wtrącali, nie będziemy mówili, że czyni zło, my będziemy go ewangelizować i nawracać, to jest nasze działanie, do tego jesteśmy powołani, nikt nam nie zarzuci, że wtrącamy się do rolnictwa i pracy rolników. A kiedy po latach naszego wytrwałego trudu, ów rolnik  ewentualnie się nawróci i zacznie żyć Ewangelią, to sam zrozumie, że jego postępowanie jest złe i odwróci się od niego. W tym czasie kiedy on będzie się nawracał, wiele osób straci zdrowie i pieniądze, ale cóż „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

Byłbym idiotą gdybym protestował przeciwko ewangelizacji i nie doceniał jej wartości, ale z tak przedstawionym rozumowaniem jak wyżej, głęboko się nie zgadzam. Mamy w naszym kraju od kilku lat jakąś groteskowo – tragiczną sytuację w której bardzo wielu ludziom czyni się zło, zło oczywiste, cyniczne i bezczelne. Zło ukryte pod płaszczem, czy raczej łachmanem udawanej pobożności, także pod „katolickim głosem w twoim domu”. Reakcja hierarchii – po pierwsze milczenie, po drugie milczenie, po trzecie milczenie, czasem jakieś nieśmiałe oświadczenie pisane ezopowym językiem, które było tak samo aktualne dziesięć lat temu, jest aktualne teraz i bez zmiany choćby przecinka będzie aktualne za kolejne dziesięć lat. A wszystko niby po to aby nie dzielić, nie wzmacniać podziałów. Tak to jest ważne, ale jeżeli ceną za to jest obojętność na kłamstwo, na obrażanie uczciwych ludzi, jest ceną za krzywdzenie innych, to nie jest to wspólnota pasterzy i ludu Bożego, tylko towarzystwo wzajemnej adoracji.

Pasterz jak pisze św. Paweł ma głosić prawdę „w porę, i nie w porę”. Tłumaczenie, że jest to mieszanie się w politykę i nie powinno mieć miejsca, bardziej przypomina postawę Piłata z jego słynnym „Cóż jest prawda”, niż postawę pasterza.

Przypominają mi się na koniec bardzo znane słowa Churchilla, który po zawarciu przez premiera Chamberlaina bardzo obrzydliwego układu stwierdził: ”Nasz rząd miał do wyboru hańbę i wojnę. Wybrał hańbę, a wojnę będzie miał i tak”

Nauczanie Kościoła – jak daleko?

 

 

Kaznodzieje bardzo lubią mówić o naszym ziemskim życiu jako o drodze. Na końcu tej drogi jest nadzieja na zbawienie. Cały lud Boży od początku swojego istnienia tę drogę przemierza. Na jakim indywidualnym i zespołowym miejscu jesteśmy, wie tylko Bóg. Kroczenie drogą oznacza postęp, ale jednocześnie jeszcze niedoskonałość. Żadne z miejsc tej drogi nie oznacza pełni. Trzeba więc w pokorze pogodzić się, że do prawdy o sobie, o Kościele i o Bogu będziemy dochodzili stopniowo. Ktoś kto twierdzi, że tę prawdę już poznał i zna zamysły Boga grzeszy pychą. G. Lohfink, katolicki teolog, autor wielu fundamentalnych dzieł dotyczących egzegezy Nowego Testamentu tak to ujmuje:” Metodą prób i błędów” lud Boży przez najbardziej gorzkie doświadczenia stopniowo zdobywa wiedzę na temat swej prawidłowej formy. […] Od czasów Abrahama lud Boży stanowi potężne pole do eksperymentowania”. I jeszcze słowa papieża Franciszka z „Amoris laetitia”:” […] pragnę podkreślić, iż nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygnięte interwencjami Magisterium. Oczywiście w Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania, ale to nie przeszkadza, by istniały różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji. Będzie się tak działo, aż Duch nie doprowadzi nas do całej prawdy (por. J 16,13), to znaczy kiedy wprowadzi nas w pełni w tajemnicę Chrystusa i będziemy mogli widzieć wszystko Jego spojrzeniem”.

W aspekcie tych dwóch przytoczonych wypowiedzi chciałbym poddać refleksji trzy różne sprawy, które łączy to, że są w centrum zainteresowania ludu Bożego.

Zacznę od najbardziej powszedniej czyli od wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych w każdy piątek. To jest wymowny przykład jak bardzo zastygła forma czczenia tego dnia, bo to że powinien on odróżniać się od każdego innego dnia, dla chrześcijanina jest oczywiste. Post polegający na wstrzymaniu się od jedzenia mięsa w piątek, w dawniejszych czasach gdy było ono luksusem, a jego brak przykrością, miał dla każdego zrozumiały sens. Dziś ten brak nie jest żadnym brakiem, a  zastępowany jest równie dobrym czy nawet lepszym zamiennikiem. Ten zamiennik, choć nie narusza wprost kościelnego przykazania, jest jakimś lekceważeniem tego postu. Zabawna zresztą jest tu sytuacja ludzi nie jedzących mięsa w ogóle, znaczy jak oni mają pościć, bo z pewnością powinni? Przypuszczam, że w czasie spowiedzi niejeden ksiądz rozsądnie by im powiedział, żeby znaleźli sobie jakąś inną formułę tego postu. Ano właśnie, czyli w takim wypadku, można to zostawić sumieniu chrześcijanina, a w innym nie? Zabawne są też dyspensy od tego postu gdy wypada on w czasie tzw. długiego weekendu. Na prawobrzeżnej Warszawie można wcinać przysmaki z grilla, a na lewobrzeżnej nie. A jak ktoś płynie Wisłą, to ma szukać osi rzeki?

Jest ewidentna potrzeba nowego spojrzenia na tę formułę postu, bo w przeciwnym wypadku nader często staje się ona jego karykaturą, a nie rzeczywistym jego przeżyciem. Ale przykazanie, które przecież Kościół jest władny zmienić, pozostaje w swojej archaicznej formie zupełnie nieprzystającej do czasów współczesnych.

Kolejna sprawa dotyczy ludzkiej seksualności. Jej rozumienie uległo radykalnej zmianie, także za sprawą nauki. Dziś rozumiemy, że jest ona wspaniałym darem Boga dla małżonków, a nie diabelskim dodatkiem, z którego przejawów trzeba się spowiadać. To znajduje już często odbicie w oficjalnym nauczaniu Kościoła, ale na co dzień w duszpasterskiej rzeczywistości, sprawa tejże seksualności jest dalej mocno podejrzana. Faktem jest, że część tego nauczania choćby dotycząca kwestii planowania rodziny, kompletnie „rozjechała” się z praktyką ludu Bożego.

Nie potrzeba być teologiem, aby zdefiniować na czym polega istota sakramentalnego małżeństwa, ona zawiera się w przysiędze, którą małżonkowie składają sobie w czasie sakramentalnego ślubu i błogosławieństwie Bożym im udzielanym. Wypowiadają oni słowa będące niejako pięknym „streszczeniem” tego sakramentu. Ślubują sobie miłość, wierność, uczciwość i wolę pozostania ze sobą aż do śmierci. Zobowiązują się także do przyjęcia potomstwa, którym Bóg ich obdarzy. Chciałoby się powiedzieć – zostawmy resztę ich sumieniu, a nie uważajmy, że Kościół musi wszystko uporządkować i zamienić na przepisy. Te które mamy w Dekalogu wystarczą jeśli dodamy do nich miłość Jezusa przekazaną nam w Dobrej Nowinie. Nieraz słyszę wątpliwości czy to nasze sumienie jest dobrze ukształtowane, no to proszę podnieść łapkę do góry, kto i czy kiedykolwiek miał je ukształtowane w sposób doskonały. Tymczasem w praktyce duszpasterskiej to sumienie często bywa sprowadzone do notatnika w którym zapisujemy gdzie, kiedy, ile razy i w jakich okolicznościach naruszyliśmy przepisy. Chyba nie o to chodziło w nauczaniu św. Tomasza z Akwinu, gdy głęboko pochylał się nad rolą i ważnością ludzkiego, niedoskonałego przecież, sumienia.

W moim przekonaniu, to prawidłowo ukształtowane sumienie, to jest sumienie uważne i czułe. To jest sumienie, które bada czy konkretny jego wybór przyniesie dobre czy złe owoce. To tu także realizuje się nasz dar wolności, ten dar zakłada także możliwość błędu w konkretnej sprawie. To też jest integralną częścią naszej wolności. Wolność sumienia jest także zadaniem wyrażającym się w poszukiwaniu coraz lepszego rozumienia Słowa i wcielania go w swoje życie. To z pewnością nie jest możliwość czynienia co chcę i jak chcę w poczuciu, że wszystko mi wolno i sam jestem sobie sterem i żeglarzem.

Tak długo piszę o sumieniu, bo także w tej trzeciej sprawie ma ono w moim przekonaniu bardzo ważne zadanie. To dotyczy zabiegu „In vitro” .

Jako nienaruszalną zasadę przyjmuję tu godność każdego poczętego życia ludzkiego, wyrażającą się w tym, że jest ono święte i nie można go zniszczyć na żadnym etapie jego istnienia. Ale to jest problem, który być może uda się rozwiązać w przyszłości, jeżeli będzie powołany do życia jeden ludzki zarodek. Dziś sytuacja tych nadliczbowych zarodków (okropne określenie) jest niejasna. Nie są niszczone, są poddane zamrożeniu. Nie chcę wchodzić w kolizję z oficjalnym nauczaniem Kościoła, ale też wiem, że naiwnością byłoby sądzić, że już dziś wszystko będzie rozstrzygnięte, a niepokoje moralne raz na zawsze załatwione. To nie tutaj! Póki co, zamiast debilnych rozważań o bruzdach czołowych dzieci powołanych do życia w wyniku procedury „in vitro”, może lepiej pochylić się nad nimi i ich rodzicami z miłością. To nie jest relatywizacja problemu, raczej przyznanie się do bezsilności wobec spraw, które nas przerastają i zostawienie ich miłosierdziu Bożemu. Drugi argument przeciwko stosowaniu „in vitro” dotyczący tego, że człowiek powinien być powołany do życia w wyniku miłosnego zjednoczenia małżonków, a tego procedura „in vitro” nie zapewnia, jest moim zdaniem mocno naciągany. A niby z czego jest to powołanie w laboratorium jak nie z miłości? Przecież „in vitro” nie jest dla znudzonych małżonków, którym nie chce się współżyć. To jest trud i cierpienie, szczególnie dla kobiety, to jest poddawanie się wielu zabiegom, o których darmo by mówić, gdyby nie stała za nimi miłość. Czy mogą być nadużycia w tej dziedzinie? Jasne, że mogą, a w normalnym współżyciu małżonków w wyniku, którego dochodzi do poczęcia, to nadużyć nie ma?

Trudno pozbyć mi się wrażenia, że ci którzy ustanawiają różne prawa i zasady, patrzą na nie oczami ludzi, których one nie będą dotyczyły. To nie oni będą cierpieć, to nie oni będą mieli rozterki i wątpliwości. Niewłaściwe podejście do tworzenia prawa i zasad w naszej religii, daje skutek odwrotny od zamierzonego i to też powinno być ważną refleksją duszpasterską. Wiem, że piękne i mądre stwierdzenie św. Augustyna „Kochaj i rób co chcesz”, można rozmienić „na drobne”, ale nie zmienia to faktu, że jest genialnym streszczeniem naszej wiary i daru wolności otrzymanej od Boga.

 

Koronawirus – po

 

 Nie ma osoby czy instytucji, która w jakimś stopniu nie była dotknięta w ostatnich tygodniach przez epidemię. Tego doświadczenia nikt z nas nigdy nie miał. Zamarł, choć przecież nie w sensie duchowym, także nasz Kościół w Polsce. I chociaż wiara nam mówi, że Jezus tego Kościoła „nie zamknął”, to przecież każdego z nas bolą zamknięte w praktyce drzwi naszych parafialnych kościołów, boli że tak oczekiwana Wielkanoc była przez tak wielu z nas przeżywana ze ściśniętym gardłem. Do historii wielkości człowieka przejdzie samotna modlitwa na placu św. Piotra przez papieża Franciszka.

Gdzieś obok, ale nie można tego pominąć, pogorszy się radykalnie sytuacja materialna nie jednej parafii. I tu kilka uwag. Znam dość dobrze 5- 7 parafii i jest pewna dziwna, a może i nie dziwna zależność. W tych gdzie widać, że proboszczowi i wikarym naprawdę zależy aby być blisko ze swoimi wiernymi, aby być dla nich, a nie dla siebie, sytuacja materialna jest nad podziw dobra. Znam taką parafię, gdzie podstawową ofiarą na tacę była złotówka, a wierni nie kryli się z opinią, że tak naprawdę głosują swoimi portfelami przeciwko obyczajom proboszcza. Ofiarność parafian jest tak naprawdę pochodną ofiarności w kapłańskiej posłudze. Świeccy uczestnicy Kościoła potrafią patrzeć i słuchać, wiedzą do kogo warto iść do spowiedzi, aby uzyskać wzmocnienie w wierze i który konfesjonał omijać szerokim łukiem. Wiedzą na którą Mszę św. iść, by przeżyć podniosłą liturgię i wysłuchać słowa Bożego z ust księdza i na taką gdzie w czasie kazania można się odrobinę odprężyć, albo stosując metodę śp. Arcybiskupa Życińskiego powtarzać sobie słówka obcego języka. Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od przedstawienia uroczej anegdoty. Otóż pewien wierny na początku kazania swojego proboszcza postanowił, że złoży na tacę jako ofiarę 20 zł. Po dziesięciu minutach słuchania doszedł do wniosku, że 10 zł. to będzie w sam raz. Po 20 minutach postanowił, że da 5 zł, a po pół godzinie gdy ksiądz zbierał na tacę zabrał z niej 2 zł. Pandemia choć z pewnością, mimo głosu fałszywych proroków, nie jest karą Bożą, to powinna stać się znakiem dla nas wszystkich. Pandemia przez ogrom cierpienia, które wywołała, ma dokonać radykalnej odmiany naszego myślenia o wierze w Boga, o relacjach między dziećmi Bożymi w naszym wspólnym Kościele Chrystusowym.

O tych zmianach pewnie padnie wiele głosów ludzi mądrych i doświadczonych w wierze i oddaniu Bogu, więc pozwolę tylko sobie zasygnalizować niektóre z nich.

Pierwsza zmiana od której będą być może zależały następne, to zmiana relacji między katolikami świeckimi a naszymi duchownymi. Dziś te relacje są mizerne, podszyte wzajemnymi urazami i nieufnością, a bywa, że ich w ogóle nie ma. Żeby nie wyważać otwartych drzwi, wystarczy pogłębiona refleksja nad słowami iż kapłan jest z ludu i dla ludu, a dla wszystkich „jeden drugiego brzemiona noście”. Albo przywrócimy sens i głębię słowa „wspólnota” i będziemy faktycznie jednym ludem w jednym Kościele, którego założycielem jest Jezus, albo nieoficjalnie choć faktycznie, będziemy w różnych „kościołach”. W jakimś zakresie będziemy „współpracować” i świadczyć sobie usługi, będziemy wygłaszać rytualne przemowy, a jednocześnie siebie nie słyszeć. Zagości między nami obojętność i lekceważenie. Już dziś wyraźnie to zmierza w tym kierunku. Można udawać, że nic się nie dzieje, ale to jest wielka nieroztropność.

Ten rozbrat Kościoła hierarchicznego z wiernymi, usiłuje z wielkim poświęceniem zasypywać niemała liczba kapłanów i ludzi oddanych Kościołowi. Niestety działalność tych pierwszych nie tylko spotyka się z obojętnością ich przełożonych ale, ku zgorszeniu wiernych, są za to ganieni w myśl zasady, że wystający gwóźdź należy dobić do deski (koreańskie powiedzenie). Grozi to w najlepszym wypadku przeciętnością, albo tak potępianą przez Jezusa letniością, a ta grozi nam wszystkim. Niestety starsi naszego Kościoła zajęci wydumanymi i interesującymi tylko ich problemami, zapominają, że ich podstawowym zajęciem jest bycie troskliwym pasterzem, pasterzem, który zna swoje owce, a one znają jego. Jeżeli nie zaczną żyć życiem powierzonej im wspólnoty to będą jako „miedź brzęcząca i cymbał brzmiący”. Nigdy dosyć przypominania słów kochanego Franciszka, że pasterz powinien pachnieć swoim stadem, co jest określeniem, jak sądzę, nader delikatnym. Trzeba iść między lud swój, rozmawiać z nim, pytać, cierpieć z nim i radować się z nim. Trzeba wypuścić powietrze z tego balonu pychy i dostojeństwa nagromadzonego przez wieki. Trzeba na nowo odczytać słowa Jezusa kim ma być apostoł. To nie jest wiedza tajemna, to są karty Pisma św., które komu jak komu, ale pasterzowi powinny nie tylko być znane, ale powinien je mieć nieustannie w swoim sercu.

Mamy słowa Jezusa:” Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swoją władzę. Nie będzie tak między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy, nie przyszedł aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”. I te zdania Jezusa stały się w praktyce duszpasterskiej czymś niestety rzadkim.

Już po napisaniu zdania, że powinniśmy w pierwszej kolejności przywrócić znaczenie słowu „wspólnota”, natknąłem się na tekst dominikanina O. Pawła Koniarka. Ojciec Paweł pisząc o osobie i dziele Ks. F. Blachnickiego cytuje jego głos w sprawie Kościoła:” Mimo tłumów w Kościołach (których dawno już nie ma – przyp. aut. ) nie ma mowy o realnej wspólnocie, zaś przepaść między duchownymi a świeckimi pogłębia się coraz bardziej, tak jakby w rzeczywistości pochodzili z odrębnych planet i reprezentowali jakościowo inne gatunki chrześcijan.” W dodatku – jak twierdził ks. F. Blachnicki – przez brak odkrycia fundamentu życia Kościoła, jakim jest wspólnota, to kapłan, a nie Chrystus, staje się podstawowym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi.

I pomyśleć, że te słowa padły z ust kapłana, dziś czcigodnego sługi Bożego, w roku 1969. I jeszcze jedno zdanie z tego artykułu tym razem autorstwa abp Rino Fisichella:” Ty i ja jesteśmy świadkami obecności Boga w świecie. Jesteśmy Jego świątynią zawsze. Nawet wtedy kiedy nie modlimy się w kościele”