Przyjemność myślenia

                                                                    

Dominikanin O. L.M. Bocheński stwierdził kiedyś, że jedną z największych radości jego życia stanowiło filozofowanie. Nie każdemu jednak bez profesjonalnego przygotowania, taka radość jest dana. Każdy wszakże dostąpić może radości i pożytku  wynikającego z myślenia. Myśleć można zawsze i wszędzie, myśleć trzeba zawsze i wszędzie! Do myślenia nie trzeba specjalnych warunków. Ktoś, kto od nich będzie uzależniał myślenie, rzadko dostąpi tej radości.  Myślenia nie należy odkładać do jutra, do niedzieli, do urlopu. Wyrażenie „pomyślę później” jest wysoce niepokojące. I choć z myślenia nie wynika niestety w sposób automatyczny dobre postępowanie, to niewątpliwie niejednego zła dałoby się uniknąć, gdyby człowiek w liczbie pojedynczej i mnogiej zechciał poprzedzać swoje działanie uprzednim myśleniem.

Ale można myślenie, nawet bardzo błyskotliwe, całkiem oddać w służbę zła. Historia zna niejeden taki przykład. Szczególnie źle zasłużyli się ci, którzy niejako zawodowo myśleli i wymyślali czasem teorie, idee i koncepcje bardzo podłego gatunku.

Myślenie ma wartość, można więc je sprzedać. Niektórzy  bardzo chętni pieniędzy i zaszczytów sprzedają przy tym i siebie samych.  Mówi się także, że myślenie nie zna granic. Szkoda! Myślenie bowiem niektórych ludzi przybiera nieraz upiorne kształty. Jak chociażby owo nie znające granic i barier moralnych myślenie części genetyków, którzy chcą eksperymentować na człowieku.

To wszystko jednak nie może zniechęcać do myślenia. Lekceważące stwierdzenie, że „koń ma dużą głowę, to niech myśli” świadczy tylko o wyjątkowo małej głowie wypowiadającego te słowa.

Przeciwieństwem myślenia jest bezmyślność. Bezmyślność prawie zawsze jest przyczyną mniejszego lub większego zła i dlatego sama w sobie jest już przewinieniem. Co gorsze prowadzi prostą drogą do głupoty, ta zaś jest wymieniona przez Chrystusa obok tak ciężkich grzechów jak rozpusta czy bałwochwalstwo. Tak częste stwierdzenie: „nie pomyślałem o tym” nie jest żadnym usprawiedliwieniem,  raczej stwierdzeniem myślowego lenistwa. To zaś często jest groźniejsze od fizycznego.

Bezmyślność bywa czasem traktowana jako sposób na życie. Takie indywiduum ludzkie nie myśli o niczym, nie myśli o swojej rodzinie, otaczających go bliźnich, o wierze nawet i ojczyźnie swojej. Pozwala by inni myśleli za niego. Produkty ich myślenia bierze za swoje. W związku z tym istnieje cała klasa ludzi, którzy specjalizują się w myśleniu za innych. Są to niezwykle groźni myśliciele. Jeśli im się człowiek podda np. w reklamie, propagandzie, to zrobią z niego pajaca.

Wielu jednak mówi, iż nie wie o czym myśleć. Otóż to. Trzeba więc zacząć od myślenia o sobie samym. Nie bójmy się tego! Pomyśleć  trzeba, co ja konkretnie robię, aby być dobrym człowiekiem. Dalej, możemy pomyśleć o naszych bliźnich, zaczynając od tych najbliższych. Co mogę dla nich uczynić, jakimi dobrami się z nimi podzielić, jak sprawić by radość pojawiła się w ich sercach, jak spędzić z nimi wolny czas ? Ho, ho, jest o czym myśleć. A dalsi bliźni? Mój Boże, tyle nędzy, tyle biedy obok nas i na dalekim świecie. Czy my w ogóle myślimy, jak jej choć trochę zaradzić ? A przecież możemy usłyszeć najpiękniejsze słowa: „Dziękuję ci, żeś pomyślał o mnie, o nas.

Zakończmy te rozważania jeszcze tylko przestrogą przed zbędnym myśleniem. Leży sobie człowiek na kanapie i myśli:” co będzie jutro, pojutrze, czy będzie bogaty czy biedny, ile wyda we wtorek, a ile zarobi w piątek, jak długo będzie żył i jaki nagrobek będzie miał ?” Oj, może zaboleć głowa od takiego myślenia. Lepiej więc posłuchać Mistrza i Nauczyciela, który mając na uwadze takie myślenie pyta:” I kto z was rozmyślaniem może dodać do wzrostu swego łokieć jeden ?”

 

 

 

 

 

Prośmy o wszystko

                                                      

 „A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię.”  (J 14, 13-14)

 O cokolwiek – czyli właściwie o wszystko. Możemy prosić o sprawy dla nas bardzo ważne, życiowe wręcz, ale i o te, które mogą wydawać się banalne. Niektórzy w takim wypadku ostrzegają, by „nie zawracać Bogu głowy”. Nic bardziej błędnego.

Jedni proszą o zdrowie i mądrość, inni by powiodło się dziecku, chłopak prosi o dziewczynę dla siebie, a dziewczyna, by pięknie wyglądała w nowej sukience. Dziecko prosi o zabawkę, a babcia modli się, by wnuczek zdał egzamin na wymarzone studia. Bóg wie, że to i wiele innych rzeczy potrzebne nam jest do naszego szczęścia i On tego naszego szczęścia pragnie. Możemy więc prosić o cokolwiek.

 

 

Prośba trędowatego

 

                                                                                                            

 

 

„Gdy zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go : Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” [Jezus] wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł :” Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast został oczyszczony z trądu.”   ( Mt. 8, 1-3)

 

Trędowaty musiał zaryzykować, prawo zabraniało mu przybliżać się do zdrowych ludzi. Wiedział, że Jezus może go uzdrowić, ale nie wiedział czy zechce to uczynić.

            Jesteśmy poniekąd w lepszej sytuacji. Nie tylko wiemy, że On może, ale wiemy też, że zechce.

Dziś o trądzie częściej słyszymy słuchając Ewangelii, niż z doniesień medycznych. Może to zbyt barwne porównanie, ale dziś trąd bardziej niż nasze ciała zaraża nasze dusze. Sprawia, że ulega degradacji nasze wnętrze. W naszym sercu zaś lęgnie się, by odwołać się do tytułu głośnej powieści F. Mauriaca –  kłębowisko żmij. Jest rada ? – Jest, taka jak przed wiekami. Przyjść do Niego, upaść na kolana i poprosić

 

 

 

 

 

 

Prawda Sądu ostatecznego

                                                                                     

Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”.  (Mt 25. 31-46)

To nie jest zwyczajna przypowieść. To jest arcyważna zapowiedź – wizja Sądu ostatecznego. To jest rozliczenie człowieka z tego, co zrobił tu na ziemi. To ma być „przepustka”  do nieba albo do piekła. I tu dopiero możemy się zdziwić, bo kryteria tej „przepustki” nie są wcale „wyśrubowane”.

 Król nie mówi o żadnym heroizmie wiary w Niego, nie rozlicza z ofiar i wyrzeczeń zrealizowanych lub nie. Nie pyta o grzechy i „brzydkie” myśli. Król pyta o elementarną ludzką życzliwość do naszego bliźniego, o to czy udzieliliśmy mu pomocy gdy był w potrzebie. Tylko tyle, czy aż tyle ?

O tym jaką jednak nadaje rangę tej pomocy świadczy zaskakujące stwierdzenie:” Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Nie było i nie ma innego Króla, który tak traktowałby swoich poddanych. To jest szansa i ostrzeżenie. Szansa dla tych, którym „ nie po drodze” z oficjalną wykładnią wiary i przestroga dla tych, których usta są pełne : Panie, Panie…, ale bliźniego swego omijają z daleka.

 

                                                                                      

 

Pójdź za Mną

                                             

“ Do innego rzekł:” Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział :” Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu:” Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”. Jeszcze inny rzekł:” Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać z moimi w domu” Jezus mu odpowiedział :” Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”.   (Łk 9, 61-62)

 

Czy mamy nie grzebać zmarłych, nie powiedzieć bliskim „do widzenia” ? Czy oracz nie może rozprostować pleców i obejrzeć się dookoła ? To chyba nie tak.

Jezus chce nam przekazać ważną sugestię – radę. Jeśli do czegoś się zobowiązałeś, jeśli podjąłeś decyzję, wybrałeś cel, to bądź konsekwentny. Idź do przodu, wypłyń na głębię! Nie rozpraszaj się i nie oglądaj się za siebie. Zostaw miłosiernemu Bogu to, co było i zacznij swoją wędrówkę na nowo. Wtedy masz szansę dotrzeć do celu, wtedy możesz rzeczywiście iść za Mistrzem.

Bywa jednak często, że zaczynamy kombinować niczym ów koń gdy ma pod górkę. Wybraliśmy Boga w naszym życiu ? Tak wybraliśmy. Mamy w sobie wewnętrzny głos, który niczym igła kompasu wskazuje nam właściwy kierunek ? Mamy. Ale wskazówka kompasu pokazuje czasem niekoniecznie najwygodniejszą drogę. No to co robimy ? Ano właśnie kombinujemy. Tu trzeba powiedzieć  „do widzenia”, tam iść na pogrzeb, wesele, przyjęcie, do dodatkowej pracy, wypełnić obowiązki domowe, towarzyskie, zdrowotne (właściwe podkreślić). Sorry Panie Jezu przecież się „nie rozerwę”. Nie mówię „nie” tylko „poczekaj”. Jak się obrobię, to będzie czas i dla Ciebie.

I nawet nie zauważymy, że słowa Jezusa „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych” odnoszą się do nas.

 

 

Powołanie do wolności

 

 „Wy zatem,  bracia powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie.” ( List do Galatów 5, 13)

            „Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność” ( 2 List do Koryntian)

 Wolność jest dla ludzi dojrzałych duchem. Znaczy to tyle, że ktoś nie mający tej dojrzałości, choćby żył w najbardziej wolnym otoczeniu, faktycznie może być zniewolony. Znane  powiedzenie zaś mówi, że można być wolnym człowiekiem nawet za kratami więzienia.

Wolność  jest wartością. Jak każdą  wartość można ją sprzedać i można ją kupić. Na ludzkim targowisku zawsze byli tacy, którzy ją sprzedawali i tacy, którzy ją kupowali. Im większa świadomość swojej wolności u sprzedającego, tym większą cenę za nią może uzyskać.

Wolność raz utraconą niezmiernie trudno odzyskać,  nawet w sprzyjających warunkach. Na przeszkodzie bowiem stoi coś, co można  by nazwać „mentalnością  niewolnika”. Niewolnik, paradoksalnie  po pewnym czasie nie bardzo potrafi żyć bez swojego pana. Ten wprawdzie zabiera mu wolność, ale zapewnia mu na ogół minimum bytu, ba wykazuje pewną troskę o niego, choć bardziej przypomina to dbałość o rzecz lub zwierzę pociągowe niż o człowieka.  Przede wszystkim zdejmuje z niego odpowiedzialność za jego  niewolnika życie. Bywa więc, że kiedy niewolnik odzyska wolność, wkrótce zaczyna tęsknić za swoim panem i niekiedy już dobrowolnie wraca do niego. Wolność jest za trudna. Nie chce, czasem nie umie podjąć wysiłku jej udźwignięcia. Zjawisko to nie nowe, skoro prawie nazajutrz po wyjściu z niewoli egipskiej Izraelici zatęsknili za swoimi panami, którzy jacy byli tacy byli, ale garnków pełnych duszonego mięsiwa nie żałowali a i pory, i cebule dawali na smakowite sałatki.

Człowiek jest wolny lub nie w każdym niemal przejawie swego życia. I tu funkcjonuje rozpowszechnione mniemanie, utożsamiające wolność z możliwością robienia tego, na co w danej chwili mam ochotę. Piewców tak rozumianej wolności nigdy nie brakuje. Nie dociera do nich to, że tak pojmowana wolność jest w najlepszym wypadku tylko wolnością dla nich.

Ci, którzy w obłędny sposób pojmując tę  wolność, zabijają poczęte dziecko, też wyznają pogląd, że wolność jest tylko dla nich. Inni zaś uważają, że wolne jest tylko to, co przyjemne. Przyjemny jest seks, niektórzy mówią „wolny seks” lub „wolna miłość”! Ujęcie więc tej formy aktywności ludzkiej w normy etyczne jest równoznaczne dla nich z niewolą.

Niewola grzechu mieni się nieraz bardzo długo wszystkimi barwami tęczy, potrafi upajać i rozweselać. Tylko koniec jest zawsze ten sam – pustka i smutek.

  Jest wreszcie wolność od Boga, najbardziej przerażająca z ludzkich wolności. Wolność stworzonego od swojego Stwórcy. Wolność dopuszczona jednakże przez Boga. Wolność, którą można przenieść w wieczność, doskonale i w pełni oddzielając się od Wszechmogącego, bo jak mówi praojciec Abraham do bogacza, który po śmierci znalazł się w otchłani piekła…”między nami a wam zionie ogromna przepaść, tak, że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”    

Powinność czynienia dobra

                                                 

 

„Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego, ze Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła. ( Dz 10, 38-39)

 

„Przeszedł On dobrze czyniąc”.  W tych czterech słowach zawarł Apostoł Piotr całą prawdę o ziemskiej drodze Jezusa. Chrystus nie pognębił Rzymian i nie wyzwolił Narodu Izraelskiego spod ich okupacji, nie obsypał rodaków bogactwami, nie chciał dla siebie zaszczytów i władzy.

„Przeszedł On dobrze czyniąc”

Może za małą mamy wiarę, by przywrócić zdrowie choremu, otworzyć oczy niewidomemu. Nie potrafimy chodzić po morzu i uciszać burzy. Ale możemy przejść przez ziemię, choćby tę najbliższą wokół nas, dobrze czyniąc. Wygładzić miłością twarz ściągniętą grymasem bólu, pomóc dziecku ulicy, darować krzywdę, uśmiechnąć się do tych, do których nikt się nie uśmiecha, położyć lampkę i modlitwę na zapomnianym grobie. Ilu było takich przed nami: Albert Schweitzer, brat Albert Chmielowski, Janusz Korczak , Matka Teresa z Kalkuty i wielu innych, których imiona zna tylko Bóg.

Czy dołączę do nich, czy też przejdę przez ziemię tupiąc głośno butami i rozrzucając bliźnich na boki, syty sławy i złota, by na końcu stanąć przed Bogiem z pustymi rękoma.

 

 

 

 

 

 

Potrzeba zastanowienia

                                               

„Powiedzcie : co się wam wydaje ? -Pewien człowiek miał dwu synów. Zwracając się do jednego z nich, powiedział: Synu mój, idź dziś popracować w winnicy. A on odpowiedział : Dobrze, panie – ale nie poszedł. Potem zwracając się do drugiego powiedział to samo. A ten odpowiedział : Nie chcę ! Ale potem odczuwając niepokój, poszedł. Który z tych dwóch wypełnił wolę ojca ?”

(Mt  21 28-31)

 

Dobry Boże – chciałoby się powiedzieć, „ile łez, ile bólu i skarg” można by uniknąć, gdyby człowiek zechciał, zanim coś źle uczyni, rozważyć w sercu i umyśle swój zamiar. To jeszcze wprawdzie niczego nie przesądza, ale wzbudza niepokój i to może być dobry niepokój.  Może to i zbytni optymizm, jeśli nie naiwność, ale gdyby każdy z nas przynajmniej czasami ten niepokój odczuwał, to ilość zła i cierpienia wokół nas radykalnie by się zmniejszyła.

Syn powiedział ojcu „nie”. Gdyby zabrakło mu owego niepokoju, a inni tłumacze mówią także o żalu i opamiętaniu, o wyrzutach sumienia,  zostałby z tym swoim „nie” ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Jest w nas jednakże coś i z tego pierwszego syna. Ileż to razy mówimy „tak” Bogu, bliźnim naszym, samym sobie, a potem lekce sobie ważymy nasze słowo.

 

 

 

 

Poetyka walki

                                                      

 

Trudno zaprzeczyć temu, że są sytuacje gdy walka staje się smutną, czy wręcz tragiczną koniecznością. Są to sytuacje zagrożenia życia, zagrożenia istnienia mojej ojczyzny, potrzeba zapewnienia elementarnych warunków, by móc żyć. Walka o te wartości, niezależnie jak bywa okrutna, uwzniośla jej uczestników często oddających swoje życie by ratować innych. Taka walka tworzy bohaterów i bohaterskie mity. Bardzo poważną konsekwencją tego staje się to, że walka nawet wtedy gdy już nie jest absolutnie konieczna, staje się sposobem na życie, rozwiązywanie konfliktów z bliźnimi i kształtowanie oblicza otaczającej nas rzeczywistości. Przyjrzyjmy się więc walce w jej niemal wojennej retoryce.

Walka zakłada istnienie wroga. Mój bliźni, brat naszego Boga staje się naszym wrogiem! Jedynym sensem walki jest zniszczenie tego wroga, ale wygrana nie jest jednoznaczna z pokojem. O ile w klasycznych konfliktach militarnych na ogół któraś ze stron jest faktycznym zwycięzcą, o tyle w walkach, które toczymy z naszymi bliźnimi wyznającymi inny niż nasz światopogląd, już niekoniecznie. Walka prowadzona na wyniszczenie powoduje, że obie strony ponoszą straty. Cel zaczyna uświęcać środki. Nawet jeśli na jakimś etapie jedna ze stron odniesie zwycięstwo, to przecież nie spowoduje to zmiany sposobu myślenia u drugiej. Owszem poczuje się ona skrzywdzona, upokorzona i teraz jedynym jej celem będzie gromadzenie sił i środków, by odzyskać dumę i poczucie swojej wartości, ale także odpłacić przeciwnikowi za swoje upokorzenie. Idealnym dopalaczem jest nienawiść, im większa, tym motywacja do zniszczenia przeciwnika bardziej skuteczna. Ponieważ ilość kamieni jest nieograniczona, a zapał nieśmiertelny to zmieniają się czasy, ludzie i rzeczywistość, a walka trwa w najlepsze.

Pomijając wszystkie dylematy etyczne, to ten sposób „nawracania” moich bliźnich na słuszny świata ogląd jest skrajnie nieskuteczny. Sama walka jest oczywiście widowiskowa, zapewnia wśród swoich sławę i uznanie, mile łechce dumę z powodu celnego przywalenia przeciwnikowi.

Logika Ewangelii jest radykalnie inna i aby ją zrozumieć, trzeba faktycznie narodzić się na nowo. Po ludzku rzecz sądząc tej logiki w ogóle nie ma. Bo jaka jest logika aby temu, który mnie spoliczkował nie tylko nie oddać, ale nadstawić drugi policzek? Czynienie dobra tym, którzy też je nam czynią jest zrozumiałe i akceptowalne, ale czynić dobro tym, którzy nas częstują złem, jest nonsensem. Ale na tym właśnie nonsensie i na tym braku logiki  jest zbudowane Królestwo Boże. To królestwo o którym nauczał Jezus może być głupstwem dla wielu, ale dla nas chrześcijan jest drogą do wieczności, do zbawienia. Może też stać się drogą dla innych ode mnie. Jak?

Jeżeli w życiu codziennym będę starał się żyć Jego nauką to jest szansa, że prędzej czy później inni to zauważą. Zauważą radość, dobro i pokój mimo cierpienia i łez, które dotykają każdego z nas. Te wymienione wartości są pożądane przez wszystkich, kto z nas nie chciałby być radosnym i szczęśliwym? Z czystej ciekawości, a może nawet śmiechu warto, zazdrości zechcą zobaczyć inny świat i zastanowić się nad nim. Może pojawi się u nich zaduma, niepokój, może choć na chwilę rozprostują zaciśniętą pięść. Może, kto to wie, On pisze prosto na krzywych liniach.

 

                                                        Pielgrzym

„Jahwe rzekł do Abrama:” Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”   (Rdz, 12, 1-3)

 

 

          Nad stanami jest i stanów – stan,

                                                    Jako wieża nad płaskie domy

                                                    Stercząca, w chmury…

                                                                          2

                                                     Wy myślicie, że ja nie Pan

                                                     Dlatego że dom mój ruchomy

                                                     Z wielbłądziej skóry

                                                                            3

                                                      Przecież ja – aż w nieba łonie trwam,

                                                      Gdy ono duszę mą porywa,

                                                      Jak piramidę!

                                                                              4   

                                                      Przecież i ja – ziemi tyle mam,

                                                      Ile jej stopa ma pokrywa,

                                                      Dopokąd idę!…                    

 

(C.K Norwid – Pielgrzym)

 

Łatwo powiedzieć :” Wyjdź z twojej ziemi…”. Bóg wprawdzie nie szczędzi Abramowi obietnic, wszakże w tym momencie brzmią one nieco fantastycznie. W końcu są to tylko słowa, oczywiście słowa Boga, ale Abram Go dopiero poznaje. Miał Abram siedemdziesiąt pięć lat. Jego życie było poukładane. Miał piękną żonę, stada owiec, może przyjaciół i znajomych. Znał każdą piędź ziemi na której spędził kawał swojego życia. A teraz tak po prostu: Wyjdź! Św. Paweł powie:” Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie”. Nie na darmo nazywamy go ojcem naszej wiary.

Wiele tysięcy lat minęło a Bóg dokładnie tak samo mówi do nas : Wyjdź, wyjdź ze swojego dotychczasowego życia, ze swoich przyzwyczajeń, z tego co doskonale znasz, w czym czujesz się wygodnie i bezpiecznie. Masz moją obietnicę, ale jeśli nie odważysz stać się nowym człowiekiem, jeśli nie ruszysz w drogę, jeśli zapomnisz, że jesteś tu pielgrzymem, a twój dom „ Jako wieża nad płaskie domy” nigdy nie zobaczysz swojej ziemi obiecanej.