Duszpasterska „polityka”

 

 Rzecz miała miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jest połowa czerwca, słońce mocno grzeje a na polu … śnieg. Przy bliższym podejściu okazuje się, że to nie śnieg, ale gruba warstwa nawozu rolniczego używanego w takiej ilości do tzw. pędzenia młodych warzyw. Solidna dawka chemii (wbrew wszelkim zasadom), spowoduje, że warzywa wcześniej urosną i rolnik dostanie za nie więcej pieniędzy. Oczywiście konsumenci tych dorodnych warzyw odniosą, choć zapewne nie od razu, wymierne szkody na swoim zdrowiu, ale kogo to obchodzi. Musiało, takich jak wspomniany, przypadków być na tyle dużo, że dowiedział się o nich miejscowy proboszcz. W homilii wygłoszonej w czasie niedzielnej Mszy św. w ostrych słowach potępił takie metody uprawy i stwierdził, że jest to grzech przeciwko piątemu przykazaniu Dekalogu. Reakcja zainteresowanych – niech się proboszcz nie wpie… w nie swoje sprawy.

No to zapraszam do krótkiej analizy tej historii. Gdyby ów proboszcz wytknął tym rolnikom, że zamiast siać żyto i sadzić kartofle, oni sieją proso i jęczmień to ci, pomijając słownictwo, mieliby oczywistą rację. Ksiądz nie jest od planowania rolnikom płodozmianu. Tu urocza anegdota – zmarły niedawno śp. K. Penderecki, jeszcze w PRL-u, dokonał był zakupu ziemi, urzędniczka pyta go o zawód – kompozytor – odpowiada laureat najbardziej prestiżowych nagród międzynarodowych. – Panie – stwierdza urzędniczka – a na płodozmianie pan się znasz? No więc ksiądz na płodozmianie, takim czy innym, się nie zna, jeżeli nawet biskup by uznał, że na takowym się zna i zacząłby doradzać ministrowi rolnictwa, to mielibyśmy do czynienia z ewidentnym wtrącaniem się do polityki, w tym wypadku polityki rolnej.

Ale wróćmy do naszej historii. Ów wspomniany kapłan miał nie tylko prawo, ale i obowiązek zareagować. Działo się zło, gorszące zło, które stało w jaskrawej sprzeczności nie tylko z wyznawaną formalnie wiarą tych, którzy je czynili, ale z przyrodzonym każdemu człowiekowi prawem, aby nie być oszukiwanym i krzywdzonym. Bardzo możliwe, że proboszcz poniósł konsekwencje swojego sprzeciwu wobec publicznie dziejącego się zła, może wspomniani rolnicy obrazili się na niego, może przestali dawać ofiary i przyjmować go po Kolendzie. Ktoś zauważy, że można to było uczynić bardziej dyplomatycznie? Nie sądzę. Zjawisko fałszowania żywności ma takie rozmiary, że tylko otwarty i bezwzględny sprzeciw może przynieść jakieś pozytywne skutki.

Ale jest jeszcze inna metoda duszpasterskiej reakcji, promowana przez niektórych biskupów. Oni zdają się mówić – trudno, niech ten rolnik „pędzi” te warzywa, my się nie będziemy wtrącali, nie będziemy mówili, że czyni zło, my będziemy go ewangelizować i nawracać, to jest nasze działanie, do tego jesteśmy powołani, nikt nam nie zarzuci, że wtrącamy się do rolnictwa i pracy rolników. A kiedy po latach naszego wytrwałego trudu, ów rolnik  ewentualnie się nawróci i zacznie żyć Ewangelią, to sam zrozumie, że jego postępowanie jest złe i odwróci się od niego. W tym czasie kiedy on będzie się nawracał, wiele osób straci zdrowie i pieniądze, ale cóż „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

Byłbym idiotą gdybym protestował przeciwko ewangelizacji i nie doceniał jej wartości, ale z tak przedstawionym rozumowaniem jak wyżej, głęboko się nie zgadzam. Mamy w naszym kraju od kilku lat jakąś groteskowo – tragiczną sytuację w której bardzo wielu ludziom czyni się zło, zło oczywiste, cyniczne i bezczelne. Zło ukryte pod płaszczem, czy raczej łachmanem udawanej pobożności, także pod „katolickim głosem w twoim domu”. Reakcja hierarchii – po pierwsze milczenie, po drugie milczenie, po trzecie milczenie, czasem jakieś nieśmiałe oświadczenie pisane ezopowym językiem, które było tak samo aktualne dziesięć lat temu, jest aktualne teraz i bez zmiany choćby przecinka będzie aktualne za kolejne dziesięć lat. A wszystko niby po to aby nie dzielić, nie wzmacniać podziałów. Tak to jest ważne, ale jeżeli ceną za to jest obojętność na kłamstwo, na obrażanie uczciwych ludzi, jest ceną za krzywdzenie innych, to nie jest to wspólnota pasterzy i ludu Bożego, tylko towarzystwo wzajemnej adoracji.

Pasterz jak pisze św. Paweł ma głosić prawdę „w porę, i nie w porę”. Tłumaczenie, że jest to mieszanie się w politykę i nie powinno mieć miejsca, bardziej przypomina postawę Piłata z jego słynnym „Cóż jest prawda”, niż postawę pasterza.

Przypominają mi się na koniec bardzo znane słowa Churchilla, który po zawarciu przez premiera Chamberlaina bardzo obrzydliwego układu stwierdził: ”Nasz rząd miał do wyboru hańbę i wojnę. Wybrał hańbę, a wojnę będzie miał i tak”

Nauczanie Kościoła – jak daleko?

 

 

Kaznodzieje bardzo lubią mówić o naszym ziemskim życiu jako o drodze. Na końcu tej drogi jest nadzieja na zbawienie. Cały lud Boży od początku swojego istnienia tę drogę przemierza. Na jakim indywidualnym i zespołowym miejscu jesteśmy, wie tylko Bóg. Kroczenie drogą oznacza postęp, ale jednocześnie jeszcze niedoskonałość. Żadne z miejsc tej drogi nie oznacza pełni. Trzeba więc w pokorze pogodzić się, że do prawdy o sobie, o Kościele i o Bogu będziemy dochodzili stopniowo. Ktoś kto twierdzi, że tę prawdę już poznał i zna zamysły Boga grzeszy pychą. G. Lohfink, katolicki teolog, autor wielu fundamentalnych dzieł dotyczących egzegezy Nowego Testamentu tak to ujmuje:” Metodą prób i błędów” lud Boży przez najbardziej gorzkie doświadczenia stopniowo zdobywa wiedzę na temat swej prawidłowej formy. […] Od czasów Abrahama lud Boży stanowi potężne pole do eksperymentowania”. I jeszcze słowa papieża Franciszka z „Amoris laetitia”:” […] pragnę podkreślić, iż nie wszystkie dyskusje doktrynalne, moralne czy duszpasterskie powinny być rozstrzygnięte interwencjami Magisterium. Oczywiście w Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania, ale to nie przeszkadza, by istniały różne sposoby interpretowania pewnych aspektów nauczania lub niektórych wynikających z niego konsekwencji. Będzie się tak działo, aż Duch nie doprowadzi nas do całej prawdy (por. J 16,13), to znaczy kiedy wprowadzi nas w pełni w tajemnicę Chrystusa i będziemy mogli widzieć wszystko Jego spojrzeniem”.

W aspekcie tych dwóch przytoczonych wypowiedzi chciałbym poddać refleksji trzy różne sprawy, które łączy to, że są w centrum zainteresowania ludu Bożego.

Zacznę od najbardziej powszedniej czyli od wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych w każdy piątek. To jest wymowny przykład jak bardzo zastygła forma czczenia tego dnia, bo to że powinien on odróżniać się od każdego innego dnia, dla chrześcijanina jest oczywiste. Post polegający na wstrzymaniu się od jedzenia mięsa w piątek, w dawniejszych czasach gdy było ono luksusem, a jego brak przykrością, miał dla każdego zrozumiały sens. Dziś ten brak nie jest żadnym brakiem, a  zastępowany jest równie dobrym czy nawet lepszym zamiennikiem. Ten zamiennik, choć nie narusza wprost kościelnego przykazania, jest jakimś lekceważeniem tego postu. Zabawna zresztą jest tu sytuacja ludzi nie jedzących mięsa w ogóle, znaczy jak oni mają pościć, bo z pewnością powinni? Przypuszczam, że w czasie spowiedzi niejeden ksiądz rozsądnie by im powiedział, żeby znaleźli sobie jakąś inną formułę tego postu. Ano właśnie, czyli w takim wypadku, można to zostawić sumieniu chrześcijanina, a w innym nie? Zabawne są też dyspensy od tego postu gdy wypada on w czasie tzw. długiego weekendu. Na prawobrzeżnej Warszawie można wcinać przysmaki z grilla, a na lewobrzeżnej nie. A jak ktoś płynie Wisłą, to ma szukać osi rzeki?

Jest ewidentna potrzeba nowego spojrzenia na tę formułę postu, bo w przeciwnym wypadku nader często staje się ona jego karykaturą, a nie rzeczywistym jego przeżyciem. Ale przykazanie, które przecież Kościół jest władny zmienić, pozostaje w swojej archaicznej formie zupełnie nieprzystającej do czasów współczesnych.

Kolejna sprawa dotyczy ludzkiej seksualności. Jej rozumienie uległo radykalnej zmianie, także za sprawą nauki. Dziś rozumiemy, że jest ona wspaniałym darem Boga dla małżonków, a nie diabelskim dodatkiem, z którego przejawów trzeba się spowiadać. To znajduje już często odbicie w oficjalnym nauczaniu Kościoła, ale na co dzień w duszpasterskiej rzeczywistości, sprawa tejże seksualności jest dalej mocno podejrzana. Faktem jest, że część tego nauczania choćby dotycząca kwestii planowania rodziny, kompletnie „rozjechała” się z praktyką ludu Bożego.

Nie potrzeba być teologiem, aby zdefiniować na czym polega istota sakramentalnego małżeństwa, ona zawiera się w przysiędze, którą małżonkowie składają sobie w czasie sakramentalnego ślubu i błogosławieństwie Bożym im udzielanym. Wypowiadają oni słowa będące niejako pięknym „streszczeniem” tego sakramentu. Ślubują sobie miłość, wierność, uczciwość i wolę pozostania ze sobą aż do śmierci. Zobowiązują się także do przyjęcia potomstwa, którym Bóg ich obdarzy. Chciałoby się powiedzieć – zostawmy resztę ich sumieniu, a nie uważajmy, że Kościół musi wszystko uporządkować i zamienić na przepisy. Te które mamy w Dekalogu wystarczą jeśli dodamy do nich miłość Jezusa przekazaną nam w Dobrej Nowinie. Nieraz słyszę wątpliwości czy to nasze sumienie jest dobrze ukształtowane, no to proszę podnieść łapkę do góry, kto i czy kiedykolwiek miał je ukształtowane w sposób doskonały. Tymczasem w praktyce duszpasterskiej to sumienie często bywa sprowadzone do notatnika w którym zapisujemy gdzie, kiedy, ile razy i w jakich okolicznościach naruszyliśmy przepisy. Chyba nie o to chodziło w nauczaniu św. Tomasza z Akwinu, gdy głęboko pochylał się nad rolą i ważnością ludzkiego, niedoskonałego przecież, sumienia.

W moim przekonaniu, to prawidłowo ukształtowane sumienie, to jest sumienie uważne i czułe. To jest sumienie, które bada czy konkretny jego wybór przyniesie dobre czy złe owoce. To tu także realizuje się nasz dar wolności, ten dar zakłada także możliwość błędu w konkretnej sprawie. To też jest integralną częścią naszej wolności. Wolność sumienia jest także zadaniem wyrażającym się w poszukiwaniu coraz lepszego rozumienia Słowa i wcielania go w swoje życie. To z pewnością nie jest możliwość czynienia co chcę i jak chcę w poczuciu, że wszystko mi wolno i sam jestem sobie sterem i żeglarzem.

Tak długo piszę o sumieniu, bo także w tej trzeciej sprawie ma ono w moim przekonaniu bardzo ważne zadanie. To dotyczy zabiegu „In vitro” .

Jako nienaruszalną zasadę przyjmuję tu godność każdego poczętego życia ludzkiego, wyrażającą się w tym, że jest ono święte i nie można go zniszczyć na żadnym etapie jego istnienia. Ale to jest problem, który być może uda się rozwiązać w przyszłości, jeżeli będzie powołany do życia jeden ludzki zarodek. Dziś sytuacja tych nadliczbowych zarodków (okropne określenie) jest niejasna. Nie są niszczone, są poddane zamrożeniu. Nie chcę wchodzić w kolizję z oficjalnym nauczaniem Kościoła, ale też wiem, że naiwnością byłoby sądzić, że już dziś wszystko będzie rozstrzygnięte, a niepokoje moralne raz na zawsze załatwione. To nie tutaj! Póki co, zamiast debilnych rozważań o bruzdach czołowych dzieci powołanych do życia w wyniku procedury „in vitro”, może lepiej pochylić się nad nimi i ich rodzicami z miłością. To nie jest relatywizacja problemu, raczej przyznanie się do bezsilności wobec spraw, które nas przerastają i zostawienie ich miłosierdziu Bożemu. Drugi argument przeciwko stosowaniu „in vitro” dotyczący tego, że człowiek powinien być powołany do życia w wyniku miłosnego zjednoczenia małżonków, a tego procedura „in vitro” nie zapewnia, jest moim zdaniem mocno naciągany. A niby z czego jest to powołanie w laboratorium jak nie z miłości? Przecież „in vitro” nie jest dla znudzonych małżonków, którym nie chce się współżyć. To jest trud i cierpienie, szczególnie dla kobiety, to jest poddawanie się wielu zabiegom, o których darmo by mówić, gdyby nie stała za nimi miłość. Czy mogą być nadużycia w tej dziedzinie? Jasne, że mogą, a w normalnym współżyciu małżonków w wyniku, którego dochodzi do poczęcia, to nadużyć nie ma?

Trudno pozbyć mi się wrażenia, że ci którzy ustanawiają różne prawa i zasady, patrzą na nie oczami ludzi, których one nie będą dotyczyły. To nie oni będą cierpieć, to nie oni będą mieli rozterki i wątpliwości. Niewłaściwe podejście do tworzenia prawa i zasad w naszej religii, daje skutek odwrotny od zamierzonego i to też powinno być ważną refleksją duszpasterską. Wiem, że piękne i mądre stwierdzenie św. Augustyna „Kochaj i rób co chcesz”, można rozmienić „na drobne”, ale nie zmienia to faktu, że jest genialnym streszczeniem naszej wiary i daru wolności otrzymanej od Boga.

 

Koronawirus – po

 

 Nie ma osoby czy instytucji, która w jakimś stopniu nie była dotknięta w ostatnich tygodniach przez epidemię. Tego doświadczenia nikt z nas nigdy nie miał. Zamarł, choć przecież nie w sensie duchowym, także nasz Kościół w Polsce. I chociaż wiara nam mówi, że Jezus tego Kościoła „nie zamknął”, to przecież każdego z nas bolą zamknięte w praktyce drzwi naszych parafialnych kościołów, boli że tak oczekiwana Wielkanoc była przez tak wielu z nas przeżywana ze ściśniętym gardłem. Do historii wielkości człowieka przejdzie samotna modlitwa na placu św. Piotra przez papieża Franciszka.

Gdzieś obok, ale nie można tego pominąć, pogorszy się radykalnie sytuacja materialna nie jednej parafii. I tu kilka uwag. Znam dość dobrze 5- 7 parafii i jest pewna dziwna, a może i nie dziwna zależność. W tych gdzie widać, że proboszczowi i wikarym naprawdę zależy aby być blisko ze swoimi wiernymi, aby być dla nich, a nie dla siebie, sytuacja materialna jest nad podziw dobra. Znam taką parafię, gdzie podstawową ofiarą na tacę była złotówka, a wierni nie kryli się z opinią, że tak naprawdę głosują swoimi portfelami przeciwko obyczajom proboszcza. Ofiarność parafian jest tak naprawdę pochodną ofiarności w kapłańskiej posłudze. Świeccy uczestnicy Kościoła potrafią patrzeć i słuchać, wiedzą do kogo warto iść do spowiedzi, aby uzyskać wzmocnienie w wierze i który konfesjonał omijać szerokim łukiem. Wiedzą na którą Mszę św. iść, by przeżyć podniosłą liturgię i wysłuchać słowa Bożego z ust księdza i na taką gdzie w czasie kazania można się odrobinę odprężyć, albo stosując metodę śp. Arcybiskupa Życińskiego powtarzać sobie słówka obcego języka. Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od przedstawienia uroczej anegdoty. Otóż pewien wierny na początku kazania swojego proboszcza postanowił, że złoży na tacę jako ofiarę 20 zł. Po dziesięciu minutach słuchania doszedł do wniosku, że 10 zł. to będzie w sam raz. Po 20 minutach postanowił, że da 5 zł, a po pół godzinie gdy ksiądz zbierał na tacę zabrał z niej 2 zł. Pandemia choć z pewnością, mimo głosu fałszywych proroków, nie jest karą Bożą, to powinna stać się znakiem dla nas wszystkich. Pandemia przez ogrom cierpienia, które wywołała, ma dokonać radykalnej odmiany naszego myślenia o wierze w Boga, o relacjach między dziećmi Bożymi w naszym wspólnym Kościele Chrystusowym.

O tych zmianach pewnie padnie wiele głosów ludzi mądrych i doświadczonych w wierze i oddaniu Bogu, więc pozwolę tylko sobie zasygnalizować niektóre z nich.

Pierwsza zmiana od której będą być może zależały następne, to zmiana relacji między katolikami świeckimi a naszymi duchownymi. Dziś te relacje są mizerne, podszyte wzajemnymi urazami i nieufnością, a bywa, że ich w ogóle nie ma. Żeby nie wyważać otwartych drzwi, wystarczy pogłębiona refleksja nad słowami iż kapłan jest z ludu i dla ludu, a dla wszystkich „jeden drugiego brzemiona noście”. Albo przywrócimy sens i głębię słowa „wspólnota” i będziemy faktycznie jednym ludem w jednym Kościele, którego założycielem jest Jezus, albo nieoficjalnie choć faktycznie, będziemy w różnych „kościołach”. W jakimś zakresie będziemy „współpracować” i świadczyć sobie usługi, będziemy wygłaszać rytualne przemowy, a jednocześnie siebie nie słyszeć. Zagości między nami obojętność i lekceważenie. Już dziś wyraźnie to zmierza w tym kierunku. Można udawać, że nic się nie dzieje, ale to jest wielka nieroztropność.

Ten rozbrat Kościoła hierarchicznego z wiernymi, usiłuje z wielkim poświęceniem zasypywać niemała liczba kapłanów i ludzi oddanych Kościołowi. Niestety działalność tych pierwszych nie tylko spotyka się z obojętnością ich przełożonych ale, ku zgorszeniu wiernych, są za to ganieni w myśl zasady, że wystający gwóźdź należy dobić do deski (koreańskie powiedzenie). Grozi to w najlepszym wypadku przeciętnością, albo tak potępianą przez Jezusa letniością, a ta grozi nam wszystkim. Niestety starsi naszego Kościoła zajęci wydumanymi i interesującymi tylko ich problemami, zapominają, że ich podstawowym zajęciem jest bycie troskliwym pasterzem, pasterzem, który zna swoje owce, a one znają jego. Jeżeli nie zaczną żyć życiem powierzonej im wspólnoty to będą jako „miedź brzęcząca i cymbał brzmiący”. Nigdy dosyć przypominania słów kochanego Franciszka, że pasterz powinien pachnieć swoim stadem, co jest określeniem, jak sądzę, nader delikatnym. Trzeba iść między lud swój, rozmawiać z nim, pytać, cierpieć z nim i radować się z nim. Trzeba wypuścić powietrze z tego balonu pychy i dostojeństwa nagromadzonego przez wieki. Trzeba na nowo odczytać słowa Jezusa kim ma być apostoł. To nie jest wiedza tajemna, to są karty Pisma św., które komu jak komu, ale pasterzowi powinny nie tylko być znane, ale powinien je mieć nieustannie w swoim sercu.

Mamy słowa Jezusa:” Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swoją władzę. Nie będzie tak między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy, nie przyszedł aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”. I te zdania Jezusa stały się w praktyce duszpasterskiej czymś niestety rzadkim.

Już po napisaniu zdania, że powinniśmy w pierwszej kolejności przywrócić znaczenie słowu „wspólnota”, natknąłem się na tekst dominikanina O. Pawła Koniarka. Ojciec Paweł pisząc o osobie i dziele Ks. F. Blachnickiego cytuje jego głos w sprawie Kościoła:” Mimo tłumów w Kościołach (których dawno już nie ma – przyp. aut. ) nie ma mowy o realnej wspólnocie, zaś przepaść między duchownymi a świeckimi pogłębia się coraz bardziej, tak jakby w rzeczywistości pochodzili z odrębnych planet i reprezentowali jakościowo inne gatunki chrześcijan.” W dodatku – jak twierdził ks. F. Blachnicki – przez brak odkrycia fundamentu życia Kościoła, jakim jest wspólnota, to kapłan, a nie Chrystus, staje się podstawowym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi.

I pomyśleć, że te słowa padły z ust kapłana, dziś czcigodnego sługi Bożego, w roku 1969. I jeszcze jedno zdanie z tego artykułu tym razem autorstwa abp Rino Fisichella:” Ty i ja jesteśmy świadkami obecności Boga w świecie. Jesteśmy Jego świątynią zawsze. Nawet wtedy kiedy nie modlimy się w kościele”

Gdzie byłeś?

 

   Jest taka stara anegdota jak to pobożny Żyd modli się do Boga o wygraną na loterii, raz, drugi, trzeci i nic, wreszcie słyszy głos z nieba:” Mosiek, ty mi daj szansę, ty wypełnij kupon”. Ta zabawna opowieść niesie jednak bardzo ważną myśl, myśl dotyczącą naszego współudziału w dobru, które jest dziełem Boga i złu, które jest dziełem diabła.

Gdzie byłeś, gdy zakładałem Ziemię?”  (Hi 38,4). Wyrywam to zdanie skierowane przez Boga do Hioba, z obszernego kontekstu, zostawiam jedynie owo „gdzie byłeś”. To jest pytanie nie tylko do Hioba, to może być pytanie do każdego z nas, do społeczności w której żyjemy, do Kościoła w którym uczestniczymy. Śląc prośby do Boga, jakże często zapominamy o naszym osobistym wkładzie w tę prośbę. Nie jeden raz uważamy, że Bóg nie spełnia naszych próśb, być może On nieraz czeka na nasz współudział, chce współpracy, chce relacji. Może tak być jak w popularnym przykładzie – student pilnie przygotowuje się do egzaminu, a przed nim prosi Pana o pomoc w szczęśliwym jego zdaniu. Wersja druga student przez cały semestr nic nie robi, ale przed egzaminem zanosi gorące prośby do Boga i z reguły do wszystkich świętych też, aby ten egzamin zdał. Bóg ma oczywiście swoje priorytety, ale po ludzku rzecz biorąc, aż się prosi, aby nie zdał.

Pewnie bywają sprawy, które spadają na nas  znienacka i wtedy nadzieja w nieskończonym miłosierdziu Boga, którym to miłosierdziem, a wiemy to ze źródeł dobrze poinformowanych, Bóg nigdy się nie męczy. W swojej wszakże codzienności należy zachowywać się jak istota rozumna, nie jak stado baranów idące na rzeź. Można przytoczyć setki przykładów, choćby z dziedziny naszego zdrowia, gdzie najpierw ochoczo prezentujemy nasz ptasi móżdżek, a potem z żalem wołamy – Panie gdzie byłeś?

Gdzie byłeś mój bliźni, gdzie byłem ja, gdy obok nas działo się zło, albo nieraz gorsza od niego – obojętność? Staję nieraz w przedsionku kościoła, gdy do puszek zbierane są datki na pomoc ofiarom głodu, wojny czy klęski żywiołowej. Co najmniej połowa wychodzących mija te puszki obojętnie. Dlaczego? Czy doprawdy uważają, że choćby ta symboliczna złotówka jest ponad ich siły? Przed chwilą jeszcze zanosili prośby do Boga, może przyjmowali Jego Ciało, za chwilę zasiądą do niedzielnego obiadu z deserem. Gdzieś, a właściwie nie gdzieś tylko w konkretnym miejscu nasi bliźni, nasi bracia umierają z głodu i wycieńczenia. Gdzie byłeś, gdzie my byliśmy? Gdzie byłeś, gdy naszych bliźnich wyzywano od zarazy, gdy ich nazywano „ciapatymi”, „pedałami” i drugim sortem, ciężko obrażając ich człowieczeństwo?

Gdzie byłeś gdy na głowy dzieci, ich matek i ojców leciały bomby, a my, „my naród”, nie chcieliśmy nawet garstki z pośród nich przyjąć do naszej chrześcijańskiej Ojczyzny? Mieli jakoby zniszczyć naszą wiarę i pozamykać kościoły. Wielki Boże, jak to dzisiaj brzmi? Czy my to jeszcze pamiętamy, czy my zdajemy sobie sprawę gdzie byliśmy podle rechocząc z tego, co oznajmiał nam Pan w ewangelicznej scenie Sądu Ostatecznego?

Gdzie byłeś gdy publicznie opluwano ludzi, gdy szczuto jednych na drugich, gdy dzień i noc kłamano, gdy podzielono nasz naród na dwa wrogie obozy, gdy wyrósł mur gniewu między rodzinami, przyjaciółmi, nawet sąsiadami? Bo takie masz poglądy! Gorzki śmiech i równie gorzkie łzy.

Mamy zamknięte kościoły, kryjemy się pełni obaw i zwierzęcego lęku nie przed uchodźcami, nie przed biednymi czyhającymi na nasze bogactwa, ale przed świństwem, o którym nikt wcześniej nie wiedział.

Wszyscy gdzieś byliśmy, ale nie tam gdzie powinniśmy być!

Gdzie byłeś mój Kościele, gdzie byliście moi pasterze zajęci robieniem dealu z władzą, gdy to wszystko się działo? Upojne brednie o lewactwie, bezbożnej Unii, o gender i tęczowej zarazie. Wszechobecne tropienie urojonych wrogów, także wśród tych kapłanów, którzy widzieli panoszące się zło w naszym Kościele. Gdzie byłeś mój Kościele, gdy krzywdzono dzieci, gdzie byłeś gdy w tragicznym smutku, gdy w proteście przeciw podłej rzeczywistości, nieszczęsny człowiek targnął się na swoje życie? Gdzie byliście, gdy sączona publicznie nienawiść zabiła w Gdańsku naszego brata, który szeroko otwierał swoje ramiona dla innych.

Gdzie byliście?

To nie jest jałowe wypominanie, to jest wołanie jednego z wielu, to jest wołanie o refleksję w czasie, gdy w tak w przeraźliwie smutnej atmosferze oczekujemy na znak nadziei, na znak Zmartwychwstania naszego Pana

Grób Łazarza – dzisiaj

 

 Nie wiemy na co zachorował Łazarz, ale nie ma to wielkiego znaczenia, choroba jak choroba, każdego może dotknąć. Z pewnością próbowano go leczyć domowymi sposobami, ale nie powiodło się. Ano tak bywa, Łazarz umarł. Wcześniej, kiedy chory jeszcze żył, powiadomiono Jezusa. Był przyjacielem domu, był przyjacielem Łazarza. Normalną reakcją każdego, kto dowiaduje się o ciężkiej chorobie kogoś bliskiego, jest chęć jak najszybszego zobaczenia się z nim, na to liczyły siostry Łazarza. Reakcja Jezusa nie jest wszakże normalna, nic więc dziwnego, że siostry Łazarza z trudem ukrywają żal – „Panie gdybyś tu był…”. Tajemnica „powolności” Jezusa szczęśliwie się wyjaśnia, ale wcześniej niektórzy z zebranych słusznie wyrażają swoje zdziwienie:” Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?”

Wieki minęły, a my niemal w niezmienionej formie zadajemy to samo pytanie: czy Ten, który…. nie mógłby? No pewnie, że mógłby! My składamy prośbę, to na początku, potem pewnie żądanie. Mała dygresja – szopka bożonarodzeniowa, a w niej aniołek – skarbonka. Wrzucisz monetę, to aniołek kiwa ruchomą główką w podziękowaniu. Jakiś malec co chwila biega do rodziców po pieniążki, wrzuca je, aniołek kiwa główką, jest radość dzieciaka. W końcu rodzicom drobniaki się wyczerpały i aniołek nie kiwa. Chłopczyk przez chwilę patrzy na aniołka jakby czekając na jego podziękowanie, a nie doczekawszy się, wyraźnie rozzłoszczony, rączką łapie aniołka za główkę i energicznie nią kiwa. No więc prosimy, Bóg spełnia prośbę, jest fajnie. No nie jest fajnie! Nie tylko z powodu kakofonii tych próśb, ale pominąwszy to warunkiem ich spełnienia musiałaby być utrata naszej wolności, naszego samostanowienia. Bóg nie chce nas uzależnić od siebie, uzależnić można niewolnika. Pełna micha, obroża na karku i Bóg zredukowany do roli chłopca na posyłki. Za tym tęsknimy?

Kreatywność, uczucia, dar bliskości i miłości, możliwość powiedzenia „tak” lub „nie”, to nie jest rzeczywistość niewolnika. Tak, mógłby spełniać nasze prośby i żądania, mógłby ingerować we wszystko, co nas dotyczy, tylko to „wszystko”, byłoby odebraniem nam godności dziecka Bożego. On nie odbiera nam możliwości prośby, co więcej obiecuje ich spełnienie, ale w sposób „niekomercyjny”, nie w sposób jaki nam wydaje się właściwy.

Nie wiemy jak wyglądało życie Łazarza po wskrzeszeniu go z martwych, ale z pewnością było to nowe życie. Może to jego nowe życie darowane mu przez Przyjaciela, który przecież jest też naszym Przyjacielem, jest wezwaniem do nas byśmy powstali z martwoty grzechu. Jezus zwraca się do Łazarza donośnym głosem. Kiedy używamy donośnego głosu? Ano wtedy gdy chcemy mieć pewność, że zostaniemy usłyszani. Łazarz jest w grobie, w jakiejś pieczarze, jest martwy, nic dziwnego, że Jezus mówi donośnym głosem. Łazarz Go słyszy, wstaje i wychodzi na zewnątrz. Trudno nie mieć skojarzenia, że Jezus wzywając nas do powstania z grzechu, też mówi do nas donośnym głosem.

I tu moja bardzo osobista refleksja. Jezus choć „korzysta” ze śmierci Łazarza, w najmniejszym stopniu nie przyczynia się do niej. Bóg na co dzień, jak mówi Pismo św. przemawia do nas w łagodnym powiewie wiatru. Może jednak gdy indywidualnie i zespołowo zmierzamy w kierunku przepaści, mówi do nas donośnym głosem. On tak jak nie przyłożył swojej ręki do śmierci Łazarza, który był jak i my wszyscy grzesznikiem, tak nie przykłada ręki do przeżywanej przez nas tragedii pandemii. Ona nie jest, jak niektórzy usiłują przedstawić – biczem w ręku zagniewanego Boga. Jedyny Jego „udział” w tej katastrofie jest taki, że donośnym głosem woła nas do wielorakiego nawrócenia.

Wielu ludzi już dzisiaj w środku epidemii, wskazuje, że świat po niej, czyli po prostu my, musi się odmienić. Czyżby to było echo tego wołania Pana? Oby tak było, jeżeli jednak zasłonimy nasze uszy i serca przed tym wołaniem miłosiernego Boga, to nasza przyszłość może stać się tak tragiczna, że zatęsknimy za czasami pandemii. Wtedy będziemy zadawać Mu pytania:” Czy Ten, który…, nie mógł sprawić…?” Jest tajemnicą Boga Wszechmocnego jak odpowie na te nasze pytania, ale dany nam rozum i Jego słowo, powinno nas skłaniać do tego byśmy naszymi niegodnymi postępkami, tej tajemnicy nie testowali.

Łajdactwo i głupota!

 

 Tym razem bardziej na bieżąco. Media doniosły, że Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że klauzula sumienia, nie może pozwolić pielęgniarkom na odmowę uczestniczenia w przeprowadzanej aborcji. ETPC uznał aborcję za „usługę medyczną”. Można powiedzieć, że świat nie po raz pierwszy wariuje, ale co na to internauci zamieszczający komentarze pod tym tekstem? To jest stek wyzwisk pod adresem tych, którzy są przeciwni takiej „pomocy medycznej”. Jedna z nielicznych wypowiedzi pozbawiona nienawiści:” Czy nam się to podoba czy nie, to jest kwestia (aborcji) dzieląca ludzi i warto się zastanowić czy naprawdę trzeba naginać czyjeś sumienie”. Wielu odmóżdżonych komentatorów nie zdaje sobie sprawy, że owszem można złamać ludzkie sumienie, tylko ono raz złamane w sprawie, którą oni uważają za słuszną, może okazać się bardzo kruche także w innych. Żadne to odkrycie, że najtrudniej jest pierwszy raz odstąpić od swoich zasad, wartości i przekonań, każdy następny raz będzie łatwiejszy. Najtrudniej pierwszy raz zabić, okraść, wyrządzić bliźniemu podłość, potem już z górki. To prawda, że nie jest to nieunikniona konieczność, ale obserwowana rzeczywistość, aż nadto daje wiele przykładów, że ten pierwszy raz jest wkroczeniem na bardzo złą drogę.

Druga wiadomość to uchwała Nowozelandzkiego parlamentu pozwalająca na przerywanie ciąży do dwudziestego tygodnia życia poczętego dziecka. To nie jest już „zlepek komórek”, to jest żywy człowiek, w przypadku młodszego dziecka taką decyzję, choć niczym nie usprawiedliwioną i tak samo straszną, można było tłumaczyć twardością serc ludzkich, tu nawet to twarde serce, to serce z kamienia, powinno zapłakać. Nie dość przypominania, że noblistka, święta Matka Teresa z Kalkuty, wymieniała aborcję, jako źródło wojen i okrucieństwa. Człowiek, który porywa się na życie własnego dziecka, jest potencjalnie zdolny do rzeczy strasznych. To nie jest potępienie tych ludzi, to jest konsekwencja, która może się okazać realna.

Mamy epidemię koronawirusa. Od tego jak  ją przeżyjemy zależy nie tylko nasze zdrowie fizyczne, ale także duchowe. Pewien pan, któremu też nie starcza do pierwszego, apeluje o pomoc dla swoich mediów. Co tam pomaganie najbardziej potrzebującym w tych trudnych czasach, co tam apelowanie o ludzką solidarność, co tam dzielenie się z innymi. Ważna jest kasa, ważny jest „katolicki” głos w naszych domach. Obrzydliwość!

Kolejnym przykładem „katolickiego” podejścia niektórych duchownych i tzw. katolickich publicystów jest publiczne wyrażanie poglądu, że epidemia jest karą, a może zemstą Boga za grzechy, wiadomo jakie. Ile trzeba mieć w sobie łajdactwa i głupoty, aby przypisywać miłosiernemu Bogu swoje niskie instynkty. Medycznego Nobla powinien otrzymać biskup, który odkrył, że Pan Bóg nie przenosi zarazków i w związku z tym wirusy nie rozprzestrzeniają się przez wodę święconą, ani tym bardziej przez Hostię podawaną do ust. Normalnie można by powiedzieć, że nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać, ale nikomu akurat do śmiechu nie jest. Osoba, która dwa lata temu radziła młodym lekarzom, aby sobie wyjeżdżali z kraju, dziś powinna stać przed sejmem w maseczce ochronnej, aby nikt nie zaraził się od niej głupotą i podłością.

Epidemia jeszcze trwa, ale wielu ludzi wyraża nadzieję, że świat po niej będzie lepszy i mądrzejszy. Szczerze mówiąc bardzo w to wątpię, choć chętnie przyznam się do błędu jeśli będzie inaczej. Ten mój pesymizm wynika nie tylko z byłych wydarzeń, które miały nas zmienić jako społeczeństwo, a z których nic nie wynikło. Człowiek nie zmienia się dlatego, że grom z jasnego nieba uderzy w ziemię. To prawda, że historia, i ta wielka, i ta nasza osobista, zna przypadki nadzwyczajnej interwencji Boga, wszakże zwyczajną drogą dla każdego z nas jest osobiste nawrócenie. Ono nie dokonuje się w blasku błyskawic i huku grzmotów. Jeśli tak by było, to wszyscy byśmy chodzili z liliami w ręku i śpiewali „Hosanna na wysokościach”, nie mylić z „Alleluja i do przodu”.

Nawrócenie jest żmudną pracą, trudnym wysiłkiem i nie jest sugestią tylko dla ludzi religijnych. Nawrócenie, tak jak to widzą chrześcijanie, wymaga przewodnika, który roztropnie i z miłością poprowadzi nas do Boga i to przede wszystkim nie sprawiedliwych, ale tych którzy są pogubieni. Jezus, jak długo trzeba to przypominać nam wszystkim, a duchownym w szczególności, nie przyszedł w pierwszej kolejności do zdrowych, ale do tych, którzy mają się źle. Ile jeszcze czasu musi upłynąć (a czasu jest niewiele jak pięknie śpiewał M. Grechuta), aby to dotarło do naszych serc i głowy też?

Można, co z lubością czynią niektórzy świeccy i rzesza duchownych, okładać ludzi kamiennymi tablicami przykazań, czaszka wprawdzie się rozleci, ale serce dalej będzie z kamienia. Dekalog i Ewangelia, to nie kodeks Hammurabiego i Jezus wyraźnie o tym mówi.

Bogaty młodzieniec wzorowo przestrzegał prawa, zyskał pochwałę Jezusa, ale niewiele po za tym zrozumiał, i odszedł smutny.Jeżeli tego naszego osobistego nawrócenia, także nawrócenia wewnątrz naszego Kościoła nie będzie, to przestańmy opowiadać sobie budujące bajki, jak to się zmienimy na lepsze po odejściu epidemii z naszej Ojczyzny.

Smutne konsekwencje

                                          

 

Media doniosły, że policja musiała ochraniać kościół w którym „słowo Boże” głosił hierarcha znany ze swoich oryginalnych (to określenie nie jest komplementem) poglądów na zagrożenia jakie mają czyhać na wiarę i Kościół w Polsce i na świecie. Ludzie zgromadzili się przed kościołem aby protestować i wyrazić swoje oburzenie postawą hierarchy, którego słowa według bardzo wielu katolików uznawane są za niezgodne z duchem Ewangelii. Czy zdecydowałbym się na taką formę protestu? Chyba jednak nie, chociaż czuję to samo co oni. Może także dlatego, że doskonale pamiętam, jak to ludzie stawali naprzeciw milicji tzw. obywatelskiej, by bronić przed nią kościoła. Może ja „jestem za, a nawet przeciw”, ale ja tych ludzi rozumiem i popieram z jednego ważnego powodu. Gdy nie ma możliwości dialogu z taką czy inną władzą, która to możliwość jest świętym prawem każdego człowieka, każdego obywatela, zostaje „dialog” ulicy. Moim zdaniem lepszy taki dialog niż obojętność.

Państwo demokratyczne organizuje, lepiej czy gorzej, przestrzeń debaty i to z różnymi środowiskami, uważając to za wartość, którą trudno przecenić. Kościół w Polsce uważa, „od góry do dołu”, że taki dialog jest niepotrzebny. Dlaczego? Niestety wyczerpującej odpowiedzi nie znamy, bo to jest najpilniej strzeżona tajemnica naszego Kościoła. Wielu wybitnych ludzi wiary, także tych, którzy są duchownymi, od lat o ten dialog apeluje i prosi. Prosi bezskutecznie, bo nasi duchowni usytuowani na szczycie wieży z kości słoniowej, święcie przekonani o swej wszechstronnej mądrości, a jeszcze bardziej świętości, udzielają zainteresowanym jednej „odpowiedzi”. To odpowiedź bardzo treściwa, rzec można bardzo skondensowana, składająca się z trzech zaledwie wyrazów i jednego przecinka – nie, bo nie, a co ponadto jest złe. Moc tej odpowiedzi jest zaiste porażająca. Kryje się za nią przekonanie, że wroga można, a nawet trzeba, zwalczać, wyzywać i gromić, ale dialogowanie jest niepotrzebne, bo „sąd, sądem, ale racja musi być po naszej stronie”. Słowo wróg należy wziąć w cudzysłów, co nie zmienia faktu, że wrogów to ci u nas zawsze był dostatek. Dla niepoznaki wrogowie ci mówią, że są chrześcijanami i uczestnikami Kościoła katolickiego, ale to taki sprytny kamuflaż, tak naprawdę ich celem jest rozwalenie tegoż Kościoła. Z pewną taką przykrością, przyznaję, że dotyczy to także mnie. Przy takim założeniu milczenie biskupów, a szczególnie ich, wydaje się ze wszech miar uzasadnione. Nawet jeśli ten brak dialogu z wiernymi uznać za winę, to niewątpliwie jest to „wina błogosławiona”. Mała dygresja na temat przykrości. Kuria gdańska stwierdziła, że kobietę, którą straszliwie skrzywdził ksiądz tej diecezji, spotkała „przykrość”. To jest kurialna wrażliwość! Ja bym wprawdzie nazwał to nieco inaczej, ale nie lubię tych kropek po pierwszej literze powszechnie znanego wyrazu.

Nie jestem specjalistą od nauk ścisłych i jest to nad wyraz łagodne określenie, ale gdzieś zadomowiła się w mojej powoli siwiejącej głowie zasada dynamiki Newtona mówiąca o akcji i reakcji. Tę reakcję widać jak na dłoni – pustoszeją kościoły, duża, coraz większa liczba młodych ludzi, bierze „rozwód” z Kościołem, nawet ci, którzy deklaratywnie przyznają się do wiary, kompletnie nie przejmują się naukami i wskazaniami tegoż Kościoła. Listy, zwane przez ich autorów, pasterskimi, jeżeli już mają je okazję usłyszeć, to traktują jak przesłanie z odległej w czasie innej planety. Na tyle palących problemów tego świata i Polski w szczególności, problemów także etycznych, słyszymy od kilku lat jeden przekaz: gender, LGBT, liberalizm, bezbożny zachód, a ostatnio także ekologizm. Biskupi, litości! Wy chcecie tym dotrzeć do ludzi, do ludzi młodych w szczególności? Przecież oni słuchając tego dostają wytrzeszczu oczu, a właściwie uszu, chociaż nie wiem jak taki wytrzeszcz uszu wygląda.

Wiara wszakże w naszym narodzie w zgodnym przekonaniu wielu duchownych ma się dobrze, najlepiej mówić – wiara naszych ojców, dziadów i pradziadów, to tak dostojnie brzmi. Wiem, że ten dowcip, który opowiem, ma dłuższą brodę niż moja, ale nie mogę się powstrzymać, by go nie opowiedzieć, może jak raz ktoś go nie zna. Oto i on: W samochodzie, którym jadą siostry zakonne, skończyła się benzyna, stacja niedaleko, ale siostry nie miały kanistra, wzięły więc nocnik i nalały benzyny. Po przyjściu, otworzyły wlew baku i leją benzynę. Dokładnie w tym samym czasie ich samochód mija pojazd z zachodnimi hierarchami. Patrzą na to, co robią zakonnice i jeden z nich z stwierdza:” Zaprawdę wielka jest wiara w tym narodzie”. Dowcip, jak dowcip, może nie bardzo elegancki, ale warto nad tą „wielką wiarą” naszego narodu się zadumać. „ – Jedźmy, nikt nie woła”

Cytowałem już na tych łamach moją ulubioną kwestię z „Pana Tadeusza”:” Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń siędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!” Usilnie przekonywałem, że jakoś nie będzie, ale zmieniłem zdanie i dziś uważam, że jednak jakoś będzie. Zabraknie kapłanów? No to sprowadzimy ”murzynków”, wprawdzie pewien zakonnik (?) słynący ze złotych „myśli”, wyrażał obawy czy aby oni się myją, skoro mają taką czarną skórę, ale to żaden problem. Wyszoruje się mydłem takiego księdza i dobrze będzie. Zabraknie uczniów na szkolnej katechezie? Jaki problem, pogada się z prezesem zjednoczonej prawicy, znaczy się z ministrem edukacji i religia będzie obowiązkowa, a ponadto obowiązkowe uczestnictwo we Mszy św., a bez chrztu nie przyjmą do żłobka i przedszkola. Aż dziw, że na to ostatnie jeszcze nikt nie wpadł. Świnią nie jestem więc nie zgłoszę tego pomysłu do urzędu patentowego, ale jakby jakaś „wziątka” się przytrafiła, to protestował nie będę. A może jakąś rechrystianizację urządzić? Unia na nas się „wypięła”, odnośnie nawracania, ale wiadomo, kto w niej rządzi. Tematu rozwijał nie będę, bo dotacje unijne, znaczy się pieniądze, nie śmierdzą, a brać od tych pogan, to nie grzech.

A gdyby tak uznać, że tereny misyjne są u nas? Wszak zaraza (nie mylić z koronawirusem) rozlewa się po całym kraju. Na szczęście są regiony, gdzie pobożni i prawdziwi chrześcijanie z certyfikatem wydanym (nie za darmo rzecz jasna) przez pewne imperium medialne, ogłaszają strefy wolne od tej, bądźmy odważni, tęczowej zarazy. Tak trzymać! Mam jeszcze inne pomysły, ale jak to mówią – nie chcę się ze wszystkich „wyprztykać” od razu.

No i znowu złośliwie, ale czy po mnie można się czegoś dobrego spodziewać? Wprawdzie za dobro nie wsadzają do więzienia, jak przytomnie zauważył pewien ministerialny sędzia, ale wolę nie ryzykować. Mam tylko jedną wcale nie złośliwą uwagę – a co będzie, jak za jakiś czas okaże się, że Polska będzie strefą wolną od Kościoła?

 

 

Moja polemika z Panem Piotrem

 

 

Najpierw dwa cytaty:” Równocześnie apeluję do wszystkich biskupów, księży i świeckich liderów. Nie mieszajmy się w politykę. To nie jest nasze zadanie. My mamy iść na cały świat z Ewangelią i otwierać ludzi na Jezusa”

„Jedną z największych chorób Kościoła w Polsce jest bratanie się z politykami”.

Tyle P. Piotr Żyłka. Bardzo lubię polemiki. Im bardziej nie zgadzam się z przedstawionymi przez kogoś poglądami, tym bardziej się cieszę. Nie wynika to z mojego pieniactwa, ale z bardzo ważnej przyczyny. Jest nią w przypadku podjęcia polemiki możność, a nawet konieczność gruntownego przemyślenia swoich argumentów. W ostatnim czasie na „Deonie” ukazały się dwa ważne artykuły, jeden autorstwa P. P. Żyłki zatytułowany:” Czy zagłosuję na Szymona Hołownię?” i drugi O. D. Piórkowskiego:” Dlaczego duchowni nie powinni publicznie mówić o swoich poglądach politycznych

Materia tych artykułów jest z jednej strony pasjonująca i delikatna, ale z drugiej obrosła różnymi, w moim mniemaniu, mitami.

Nie mieszajmy się w politykę” – pisze P. Piotr i ja to rozumiem i szanuję, to jest jego osobista decyzja, podobnie jak wstrzymanie się od wskazania swojego kandydata na urząd prezydenta. To jest jego święte prawo, wszak głosowanie jest tajne. Nie bardzo rozumiem za to liczbę mnogą, ale o tym jeszcze później.

Politykę jak sadzę P. Piotr traktuje jako rzecz brudną, a w najlepszym wypadku jako sprawę, którą należy omijać szerokim łukiem i przeciwstawia ją głoszeniu Ewangelii. Może nie jest to wprost napisane, ale ja tę niechęć wyczuwam. To prawda, że polityka jaką znamy na co dzień, nie zachwyca i to delikatnie mówiąc. W związku z tym wielu bardzo przyzwoitych i mądrych ludzi się z niej wypisuje. Bardzo pięknie, tylko jak wobec tego chrześcijanin ma przemieniać tę rzeczywistość na lepszą? Ewangelizacją, modlitwą i dawaniem świadectwa? Oczywiście, że tak i jeszcze raz podkreślam – szanuję taki wybór, ale czy to ma oznaczać, że ktoś, kto chce tę rzeczywistość zmieniać na lepsze poprzez promowanie dobrych ustaw, czy dobrego rządu, jest kimś gorszym? Czynić ziemię poddaną można na różne sposoby. Działalność społeczno – polityczna jest jednym z nich. To, że polityka jest czyniona przez ludzi niemądrych czy egoistów, nie oznacza, że sama w sobie jest zła. Wręcz przeciwnie, to powinno skłaniać ludzi dobrych i mądrych (fakt, że jest ich niewielu), by nadać słowu „polityka” wartość, by była ona służbą bliźniemu. To oczywiste, że udział uczestnika Kościoła katolickiego w polityce powinien być roztropny. Szlachectwo zobowiązuje, chrześcijaństwo – nieporównywalnie więcej.

Zgadzam się z P. Piotrem, że „zaprzyjaźnienie” znaczącej części Kościoła w Polsce z rządzącą partią jest poważnym i gorszącym faktem i fatalnie wpływa na wiarygodność i zaufanie do tego Kościoła. Kiedyś Kościół, czyli faktycznie my wszyscy, zapłacimy za tę „przyjaźń” wysoką cenę, ale „miłe złego początki”.

Rozróżnijmy jednak dwie sprawy. Czym innym jest faktyczne popieranie takiej czy innej partii, a czym innym jest moralna ocena jej działalności. Podkreślam słowo „moralna”. To trochę tak, jak mamy obowiązek potępić grzech, ale nie grzesznika. Kościół hierarchiczny stawia bardzo wysokie wymagania moralne każdemu ochrzczonemu w tym Kościele. Nie jeden raz słyszymy, i słusznie, że nasz grzech nie jest li tylko naszą prywatną sprawą, jednocześnie ten sam Kościół milczy czy wręcz popiera oczywiste łamanie praw boskich i ludzkich przez rządzących, nie widząc, czy nie chcąc widzieć dramatycznych skutków takiej postawy. Wiem, że w praktyce trudno jest oddzielić potępienie grzechu od grzesznika, ale tu właśnie powinna mieć zastosowanie mądrość Kościoła o której tak wiele słyszymy. Wiem i zdaję sobie sprawę, że w przypadku moralnej oceny „dostanie” się przede wszystkim aktualnie rządzącym. Trudno, żyjemy w takiej konkretnej rzeczywistości, a Kościół, także nasz, potrafił, nawet w niedalekiej przeszłości, w sposób godny powiedzieć prawdę, gdy łamano oczywiste zasady, gdy niszczono ludzi. Wtedy groziło to poważnymi, a nieraz tragicznymi konsekwencjami, a dziś…? Choć marzeniem wielu polityków jest aby ich działalność nie podlegała ocenie moralnej, to sprzeciw wobec tego marzenia jest obowiązkiem Kościoła. Czy to jest mieszanie się do polityki – wolne żarty, to samo mówili komuniści, gdy Kościół ich upominał i domagał się poszanowania praw ludzi. Kościół przedstawia moralną ocenę nie stosowania się do przykazań Dekalogu i powinien to robić, ale to wierni podejmują decyzję. Zarzut, że Kościół jakoby ogranicza ich wolność, albo wtrąca się w ich życie prywatne jest niepoważny. Takie jest jego zadanie.

Częstym argumentem przeciwko moralnej ocenie polityki jest stwierdzenie, że konsekwencją takiego postępowania, jest podział. Ależ on jest i będzie. Zawsze jest gdy pojawia się potrzeba opowiedzenia się po stronie prawdy czy kłamstwa. Trochę nawiązuje do tego wypowiedź O. Puciłowskiego, który przypomina, że Jezus nie mówił, aby nie mieć nieprzyjaciół, ale by ich kochać. Ten podział jest smutną konsekwencją naszego grzechu. Na Sądzie Ostatecznym jedni stoją po prawej stronie, inni po lewej. Oczywiście „ustawia” ich Bóg, ale podział jest. Abraham mówi do bogacza, że między miejscem w którym on przebywa i mieszkaniem Łazarza jest przepaść. Zasypywanie podziałów jest zadaniem każdego z nas i rachunek sumienia w tym względzie każdemu z nas zapewne się przyda. Podział między braćmi jest rzeczą głęboko bolesną i nie jestem od tego wolny, ale niwelowanie go za pomocą głupkowatego „kochajmy się”, jest działaniem pozornym. Ta jedność, która powinna być celem każdego chrześcijanina, powinna być ufundowana na prawdzie i poszanowaniu godności każdego człowieka. Tych rowów nie zasypie się kłamstwem ani milczeniem, nie zasypie się moją prawdą, ani prawdą tego z kim się nie zgadzam, można je przynajmniej zmniejszać prawdą. Tylko dziś wielu skądinąd przyzwoitych ludzi zdaje się mówić i być przekonanym, że istnieje wiele prawd i w związku z tym nie można się opowiedzieć po żadnej z nich, bo kogoś się obrazi. Nie, prawda jest jedna, owszem ona może i jest obarczona naszą niedoskonałością, dlatego trzeba ją weryfikować wiedzą ogólną,  wiedzą uznaną przez wielu wybitnych ludzi. Trzeba ją weryfikować doświadczeniem historycznym i wiedzą naukową. Trzeba ją weryfikować doświadczeniami innych społeczności i narodów. Powiedzenie, że ja mam rację, owszem może być wstępem, ale potem trzeba przedstawić dowody możliwe do sprawdzenia nie tylko przez samego zainteresowanego. Jeżeli prawda będzie się opierała na doraźnych korzyściach, interesach czy upodobaniach, to jest to nie prawda, ale kpina z prawdy.

I tu tylko jeden przykład. Można udowodnić bez żadnego problemu posługując się powszechnie uznanymi kryteriami, że dzisiejsza telewizja tzw. publiczna sieje nienawiść i kłamstwo, które dociera do milionów ludzi wyrządzając niepowetowane szkody. Obrzuca błotem, niemal dosłownie, wszystkich ludzi, których jedyną faktycznie udowodnioną” winą” jest to, że mają inne zdanie niż rządząca partia. Nie jestem tak naiwny, by sądzić, że telewizja zawsze była krynicą prawdy, bo nie była, ale dziś wszelkie możliwe granice zostały przekroczone. Czy mam wobec tego być obojętny i mówić, że sprzeciw wobec kłamstwa to jest polityka i jako bardzo mizerny i lokalny lider katolicki, nie zabierać w tej sprawie głosu? Czy mam milczeć i milczenie to tłumaczyć moją służbą Ewangelii? Czy mam milczeć, gdy zewsząd słyszę ordynarne kłamstwa typu „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, czy mam milczeć gdy znany biskup kłamliwie stwierdza, że płacimy Brukseli „kontrybucję”, a inny nie widząc belki w swoim własnym oku, oskarża wszystkich innych o niemal diabelskie inspiracje? Można długo wymieniać i można lekceważyć głos wielu ludzi, nie rozstrzygam za innych, nie oceniam, ale dla mnie osobiście to nie jest droga ewangeliczna.

Jakimś nie zrozumiałym prawem jesteśmy skłonni uważać, że w polityce wszyscy mają rację i oczywiście wszyscy kradną, wszyscy kłamią i wszyscy są „po jednych pieniądzach”. Nieprawda! I nieprawdą jest też to, że milczenie jest zawsze złotem. Znam wiele spraw, także z naszego życia religijnego i społecznego, gdy to milczenie było zwyczajną obojętnością, tchórzostwem i podłością.

Wspomniałem o artykule O. Piórkowskiego i trudno nie zgodzić się z nim, że udział duchownych w szeroko rozumianej polityce powinien być powściągliwy. Zgadzam się, że w przestrzeni sakralnej konkretne sympatie polityczne nie powinny się ujawniać, choć nie ma tygodnia, aby media nie donosiły, że takowe są ujawniane, dziwnym trafem wyłącznie niemal są to sympatie do jednej konkretnej partii. Rozumiem przeprosiny O. Szustaka, ale… No właśnie, gdyby to mnie przyszło głosić homilię (a zdarzało mi się to), z pewnością nie oznajmiłbym na kogo będę głosował, ale wytłumaczył bym też, że słowa z czytania, iż Bóg umiłował prawo i sprawiedliwość, nie mają żadnego związku z nazwą rządzącej partii. Zdaje się, że padną one właśnie w dzień wyborów prezydenckich i bardzo jestem ciekaw ilu księży „puści oko” do wiernych, ilu uda, że nie wie o co chodzi, a ilu spokojnie wytłumaczy, że Bóg nie miał na myśli konkretnej partii.

Gdybym ja mówił homilię czy wyraziłbym sprzeciw wobec kłamstwa i poniżania ludzi – tak wyraziłbym to, czy wyraziłbym sprzeciw gdy państwowa telewizja szczuła na śp. prezydenta Adamowicza, tak zrobiłbym to, tak jak uczynił to O. Wiśniewski. Swoją drogą zastanawiam się „co autor miał na myśli” ilustrując swój artykuł zdjęciem O. Ludwika. Czy sprzeciwiłbym się w kościele, gdy publicznie padają słowa dzielące naród na sorty, a uchodźcom przypisuje się zarażenie bakteriami i pierwotniakami, by obrzydzić pomoc dla nich? Tak sprzeciwiłbym się, powiem więcej, może walnąłbym pięścią w pulpit i powiedział, że to jest zwykłe łajdactwo.

W Ewangelii Jezus pochyla się nad każdym skrzywdzonym człowiekiem niezależnie kim on jest, uzdrawia i przebacza, ale w pewnej chwili bierze powróz do ręki. Nikogo nie uderzył, ale towarzystwo rozpędził, tylko proszę mi nie sugerować, że to aluzja. Kiedy sługa arcykapłana spoliczkował Jezusa, Ten nie pogłaskał go po główce, nie milczał, tylko zapytał „dlaczego”. I tego „dlaczego” bardzo mi brakuje w naszym, w moim Kościele w Polsce.

Powściągliwość, o której słusznie mówi O. Piórkowski może być cnotą, ale może być też świadectwem braku odwagi, gdy krzywdzi się drugiego człowieka. Wiem, że dla wielu moich czytelników i nie tylko, jestem zbyt radykalny, może mój ogląd naszej rzeczywistości, także kościelnej jest zbyt subiektywny, ale to jest mój ogląd.

Już po napisaniu tego tekstu w niedzielę wieczorem przeczytałem artykuł ks. J. Siepsiaka. Pozwalam sobie przytoczyć jeden fragment:”

Powstają jednak pewne dylematy: 1) Księża powinni brać w obronę ludzi oczernianych publicznie… Czy wolno im bronić polityków? 2) Nic dziwnego, że duchowni krytykują media za kłamstwa, za niszczenie ludzi, za nagonki. Ale są i media jednoznacznie partyjne. Czy kapłanom nie wolno krytykować skandalicznych praktyk takich mediów? Czy mają one być wyłączone spod krytycznego spojrzenia Kościoła tylko dlatego, że tak mocno są upartyjnione, iż krytykowanie ich oznacza krytykę partii?

Kościół zamieniany w „wiecownię” gorszy. Lecz milczenie wobec oczerniania też gorszy.”

 

Jaki prezydent?

 

 

Zgłoszenie w państwie demokratycznym swojej kandydatury w wyborach prezydenckich, nie jest niczym nadzwyczajnym. Każdy obywatel Rzeczpospolitej po spełnieniu wymogów formalnych, ma prawo to zrobić. Skorzystał z tego prawa znany publicysta katolicki, ale także założyciel bardzo cennych fundacji, Szymon Hołownia. Czy i jaki wynik osiągnie to już spekulacje natury politycznej i nie miejsce tu, by to rozważać. Natomiast ciekawa i wiele mówiąca jest reakcja różnych ważnych osób czy to ze środowisk medialnych, czy politycznych.

Ku mojemu niemałemu zdziwieniu ten tak podzielony naród, w osobach swoich przedstawicieli, stworzył podziwu godną wspólnotę. Ta jednomyślność wyraziła się w ogólnym przekonaniu, że kandydatura Hołowni jest a/ niepoważna b/ lekkomyślna c / bez sensu d/ jest wyrazem pogardy dla kraju . Towarzyszą temu kpiny i zwyczajne kłamstwa. Dlaczego? Ano spróbujmy odpowiedzieć.

Od dawna trwa totalne narzekanie na politykę i polityków, jako ludzi unurzanych w błocie i tym błotem się obrzucających i oto pojawia się człowiek, który zapowiada, że chce zrobić wszystko co w jego mocy, aby z tym zaprzestać. Zapowiada, że chce aby polityka zyskała ludzkie oblicze. Tak wiem, w kampanii wyborczej wszyscy tak mówią i pokazują swoje anielskie i przemienione twarze. Różnica jest taka, że Hołownia robi to od wielu lat. Jego dotychczasowa działalność społeczna, religijna i osobista jest wysokiej próby. On nie musi zapewniać, że jest uczciwy, bo jest uczciwy, nie musi zapewniać, że nie będzie kradł, bo on rozdaje. Taki kandydat powinien dawać nadzieję na faktycznie dobrą zmianę, a nie na „dobrą zmianę”. Tymczasem jest traktowany od lewa do prawa jako może i sympatyczny, ale naiwny przygłup. No to jeszcze raz – dlaczego? Oto kilka moich propozycji – odpowiedzi.

Pierwszą przed laty dał towarzysz W. Majakowski:” Partia – to ręka milionopalca w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta […] Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”   (poemat „Włodzimierz Iljcz Lenin”)  Hołownia nie jest z żadnej partii, co samo w sobie jest już niedopuszczalne, w konsekwencji można po nim „jeździć jak po łysej kobyle”. Swoja drogą jak te komunistyczne gnioty Majakowskiego są ciągle aktualne.

Druga przyczyna równie oczywista. Przyjęło się, szczególnie w ostatnich latach, że przeciwnika politycznego trzeba walić po mordzie, najlepiej zdradzieckiej, jak to zostało subtelnie powiedziane z trybuny sejmowej. Nie krytykować go, nie zgadzać się z nim, nie mieć inne zdanie, ale walić po mordzie. To taki, nowy trend w katechizmowych uczynkach miłosierdzia co do ciała: nie wspierać, nie pomagać, ale walić zaciśniętą pięścią – polski wkład w światową teologię. Kandydat Hołownia tego nie akceptuje i ogłasza, że nie będzie tak czynił. Oj niedobrze, znaczy wyłamuje się ze wspólnoty.

No i zarzut najważniejszy – on jest wierzącym katolikiem, nie epatuje swoją wiarą w świetle kamer, ale konsekwentnie się do niej przyznaje, mówi o niej z miłością i twierdzi, że jest sensem jego życia. Wiele spraw można wybaczyć kandydatowi na urząd prezydenta w chrześcijańskim narodzie, ale nie to, że przyznaje się do wiary w Boga. Ile trzeba mieć w sobie pogardy dla tego chrześcijańskiego narodu, aby mu przypominać, że Ewangelia jest po to, aby nią żyć, a nie trzymać na półce. Mimo tych zarzutów kandydat nie jest bez szans. Wiele środowisk centrowych, a nawet lewicowych, byłoby skłonne go poprzeć, ale pod pewnymi warunkami. Pozwolę je sobie przytoczyć, może kandydat je przeczyta, zastosuje się do nich, wygra wybory, a ja dostanę order. Ograniczę się do trzech tylko.

Po pierwsze musi obiecać, że zaraz po wygranych wyborach, ogłosi wielką kartę aborcji. Będzie można ciąć, wydłubywać, skrobać i wypłukiwać wszystko co zyska status „ciała obcego” w macicy kobiety. Rozważania do którego tygodnia życia poczętego dziecka można to robić, zostawiamy pedantom.

Po drugie korzystając z dobrych układów  (ach te układy)z establishmentem kościelnym, kandydat podejmie wysiłki, aby zmienić przestarzałą interpretację szóstego przykazania Dekalogu. Przyświecać tej nowelizacji powinna myśl, że wszyscy kochamy się ze wszystkimi, bo szczęście jest najważniejsze.

I wreszcie po trzecie korzystając ze światłych wskazówek pewnego profesora etyki, kandydat musi obiecać, że podejmie (oczywiście w sposób dyplomatyczny) starania, aby mafia watykańska została uznana za zorganizowaną grupę przestępczą. Ze względu na osobiste zapatrywania kandydata, można dopuścić budowanie rezerwatów dla „czarnych” i tych, którzy w nich wierzą. Chętni mogą im wrzucać pokarm przez ogrodzenie. Tak sobie myślę, że to powinno zadowolić szeroki krąg potencjalnych wyborców, takie współczesne pacta conventa. Podpisze Hołownia, to pomyślimy życzliwie o nim.

O dialogu pesymistycznie

 

 

Czy dialog między nami jest możliwy? Poprawna teoretycznie odpowiedź brzmi – tak, dialog jest zawsze możliwy. Niektórzy dobrzy ludzie mówią wręcz, że jest on konieczny, że jest obowiązkiem i należy za wszelką cenę tego dialogu z bliźnimi szukać. Pewnie mam małą wiarę, widzę w drugim człowieku mojego bliźniego ze wszystkimi tego konsekwencjami, ale coraz częściej nie widzę jakiejkolwiek możliwości dialogu z nim. Piszę to na podstawie moich doświadczeń, sądzę, że dość rozległych, ale to jest mój subiektywny ogląd, ktoś inny, może te doświadczenia mieć inne, nie podobne do moich.

Pierwsze moje uczestniczenie w dialogu miało miejsce w duszpasterstwie akademickim Ojców Jezuitów. Ciekawostką tamtych dialogów było to, że wszyscy mieliśmy ten sam światopogląd i tegoż świata ogląd, ale to nie znaczyło, że nie było między nami różnic w ocenie konkretnych faktów czy sytuacji. Te dyskusje były dla nas niesłychanie ważne, inspirujące, a różnice były powodem indywidualnych rozważań. To były rozmowy, z których do dziś wiele pamiętam, choć kolor włosów już nie ten co dawniej. Każdy chciał poznać zdanie czy uwagę innego uczestnika dialogu, a to pomijając wszystko inne, pozwalało nam być mądrzejszymi. Pięknie, wręcz błyskotliwie zauważyła to M. Samozwaniec, autorka licznych książek, która stwierdziła, że swoje poglądy to my świetnie znamy, więc powinniśmy skupić się na tym, co chce nam powiedzieć inny człowiek. Tym co tworzyło tamtą niepowtarzalną atmosferę dialogu, było wzajemne zaufanie. Wiedzieliśmy, że różnimy się w ocenie jakiegoś wydarzenia, że mamy takie czy inne wątpliwości czy dane stanowisko jest słuszne, ale nikomu nie przyszło do głowy, by drugiego posądzać o złą wolę czy głupotę. To co było standardem, dziś jest wyjątkiem.

Podstawą dialogu, co wszyscy podkreślają, musi być szacunek dla rozmówcy. I znowu to piękna teoria nader rzadko przekuwana na praktykę. Jeżeli podejdę do człowieka i powiem mu: wiesz jesteś brzydki, głupi i cały w grzechach, ale choć porozmawiajmy, to jest to diabelski rechot, a nie propozycja dialogu. I tu mała prywatka. Rozumiem, że komentarze pod moimi tekstami są nie tylko opiniami, ale też pewnym zaproszeniem do dialogu, niektórzy wręcz sugerują potrzebę takiego dialogu i nieraz ją podejmuję. To bardzo miłe, ale jak mam odpowiedzieć na komentarze, które zieją do mnie paskudną niechęcią. Jak można odpowiedzieć na komentarz z którego dowiaduję się, że jestem gorszy od…Wehrmachtu? Jak mam odpowiedzieć, gdy wprawdzie mała grupa osób, ale nieustannie zarzuca mi pychę i chęć rozwalania Kościoła? Toleruję ich wypowiedzi, jeśli nie ma w nich wulgaryzmów i jawnej nienawiści, zgadzam się na ich zamieszczanie, ale nie zamierzam podejmować dialogu. To oczywiście nie mój tylko problem. Czytając setki nienawistnych komentarzy pod wypowiedziami wielu różnych osób, zawsze zastanawiam się czy ci, którzy je zamieszczają mają z tego faktu jakąś perwersyjną przyjemność, bo przecież żadną wymierną korzyść. Czy to tak trudno zrozumieć, że złym słowem można zabić i to nie tylko w przenośni!

Aby prowadzić dialog w konkretnym miejscu, czasie i rzeczywistości, konieczna jest pewna choćby niewielka wspólnota myśli. Dialog z osobami, które wierzą, że ziemia jest płaska, w tym temacie jest niemożliwy i wcale to nie wynika ze złej woli czy lekceważenia ich. Wiara nie opiera się na racjonalnych argumentach tylko właśnie na …wierze. Jeżeli odmawiam rozmowy z Świadkami Jehowy, to nie dlatego, że nimi pogardzam, tylko dlatego, że ja wierzę, że moja wiara jest prawdziwa. Z tej wiary wynika, pewność, że Bóg jest doskonały, inaczej ona nie miałaby sensu. Ja nie muszę sprawdzać Boga!

Jeżeli ktoś wierzy w człowieka czy nawet całą partię, wierzy w kogoś kto podaje się za proroka, to musi rad nierad przyznać, że nie mogą oni być doskonali. Nie ma ludzi doskonałych. Pierwszym i ostatnim był Jezus – prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Na tym doskonałość się kończy, bo wszyscy ( z wyjątkiem Maryi) jesteśmy „umoczeni” w grzechu pierworodnym. I tak jak Boga nie sprawdzam, tak jeśli wierzę w człowieka, muszę tę wiarę weryfikować. Jeżeli tej weryfikacji nie ma, mamy do czynienia z czymś bardzo groźnym – ze „ślepą wiarą”. Konsekwencją takiej „wiary” jest niemożność dialogu. Owa „ślepa wiara”, tak częsta dzisiaj jest zaprzeczeniem mądrości i świadectwem intelektualnego lenistwa. Jest to wszakże bardzo wygodna wiara. Zamiast poszukiwania, odkrywania – błogi i bezmyślny spokój. Nic nie trzeba zmieniać, nikogo przepraszać, pycha podpowiada, że ja i moje myślenie jest doskonałe. Gdy inni  w zamyśleniu stają na rozdrożach, lub idą wąską i wyboistą ścieżką, „wierzący” mkną wygodną autostradą. W matematyce czy fizyce istnieją twierdzenia, których nie ma potrzeby udowadniać i nazywamy je pewnikami. Jeżeli te pewniki się zaneguje, znowu rozmowa jest niemożliwa. To samo dotyczy choćby takich pojęć jak sądy, media publiczne czy definicja katolickości. Można oczywiście zakwestionować dotychczasowy dorobek myśli ludzkiej w tej dziedzinie, ale to wyklucza dialog. Jeżeli mamy różne, skrajnie różne i kompletnie nieprzystające do siebie podstawy aksjologiczne, to…”nie będzie miedzy nami tanga”. Smutne, ale „tak ten świat zbudowany jest”.

Czy jest sens dialogować z kimś, kto uważa nas za wroga, zdrajcę, wcielenie szatana czy zarazę? W moim przekonaniu, nie ma żadnego sensu. Naszych nieprzyjaciół wedle słów Jezusa mamy kochać, modlić się za nich, wybaczać im i służyć pomocą, gdyby zagrożone były ich ludzkie wartości. Dialog, według tych skrótowo przytoczonych zasad, wymaga dobrej woli i otwartości na słowa drugiego człowieka, gdy jedna ze stron potencjalnego dialogu, tego nie chce, to szkoda czasu i złudzeń.