Uczniowie i Piotr

 

 „Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. […] Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca, siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich:” Nie bójcie się. Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział”.    (Mk, 16, 1-7)

 

Dlaczego to „i Piotrowi”, przecież Piotr był też uczniem, wystarczyłoby powiedzieć :” powiedzcie uczniom”. Biskup Ryś tłumaczy to następująco: Piotr mimo szumnych deklaracji o oddaniu życia za Nauczyciela w decydującym momencie zaparł się Go. Odwagi starczyło mu na tyle, aby w obecności Jezusa zgrabnie amputować ucho słudze arcykapłana. Zrozumiał swój grzech, gorzko zapłakał, ale stało się. Zapewne mniemał, że tym samym wykluczył się z grona uczniów Mesjasza. Gdyby Jezus nie wymienił jego imienia, pewnie by nie przyszedł na spotkanie z Nim.

Jezus bardzo często zwraca się do swoich uczniów i słuchaczy w liczbie mnogiej: powiadam wam, nawracajcie się, bądźcie czujni, ale gdy człowiek popełnia grzech wówczas Jezus woła go po imieniu. Woła – Ryszardzie , Tadeuszu, Zofio -przyjdźcie do Mnie! Każdy z nas niczym syn marnotrawny „odjeżdża w dalekie strony”, każdy popełnia grzech, który przecież jest niczym innym jak zaparciem się Jezusa. Dokładnie tak jak Piotr udajemy, że nie znamy Go, że nie słyszeliśmy jego głosu w Ewangelii i nie wiemy gdzie jest prawda. Ktoś inny „machnąłby na nas ręką”, jeszcze inny się obraził, odwrócił  plecami i „zapomniał” naszego imienia, a On woła i prosi – przyjdź!

W relacjach ludzkich zaparcie się znajomości, nie mówiąc o zdradzie, tę relację na ogół kończy, więź zostaje przerwana i „siedzimy obok siebie obojętni”. Mówimy o przekroczeniu jakieś linii, o tym że nie ma do czego wracać, że coś się skończyło. A Jezus mówi do mnie, mówi do ciebie: nic się nie skończyło, nie pamiętam twoich grzechów, czekam na ciebie, codziennie wychodzę i widzę gdy jesteś jeszcze daleko, nie oczekuję, że to ty wybiegniesz na spotkanie ze Mną, to ja biegnę, to ja rzucam ci się na szyję.

Każdy z nas ma jakiś słaby punkt swojej wiary, jednym z nich dla wielu z nas, jest fakt naszej indywidualności przed Bogiem. On nie mówi do kosmosu, On mówi, czeka , woła do każdego z nas oddzielnie, bo każdego z nas osobno „utkał w łonie naszej matki” i „wyrysował na swojej dłoni”. Jak napisał O. Wiesław Dawidowski, Bóg do końca walczy o każdego uwikłanego w grzech człowieka.

Jestem spokojny

 

Ten tytuł to pewna nowość w mojej blogowej historii, dlatego jeszcze raz powtórzę – jestem spokojny o los mojego Kościoła katolickiego w Polsce. Obserwując ostatnie wydarzenia w tym Kościele, także czytając  na „Deonie” list do KEP, sygnowany przez Prof. A. Strzembosza i odpowiedź jaką otrzymał z sekretariatu KEP, zdaję sobie sprawę, że ten Kościół w swoim widzialnym kształcie, odchodzi w przeszłość.

Odchodzi w przeszłość większość jego pasterzy i niemała część podległego im duchowieństwa. Odchodzą, bo nie potrafili, czy nie chcieli odczytać znaków czasu, także tego znaku, który ma na imię Franciszek. Ich pasterstwo staje się coraz bardziej jałowe, coraz bardziej zwrócone w stronę samych siebie, a nie tych, których mają prowadzić do Boga. Idą w kierunku samowystarczalności i samozadowolenia. Trudno, choć boli. Gdyby Kościół Chrystusowy był oparty wyłącznie na doskonałości, czy raczej niedoskonałości ludzkiej, byłby wyłącznie domeną zainteresowań archeologów. My chrześcijanie mamy jednak to szczęście, że wiemy kto jest kamieniem węgielnym tegoż Kościoła i stąd mój spokój.

W każdym zamęcie, w każdym popiele jest „gwiaździsty dyjament”, będzie kogo naśladować, będzie od kogo uczyć się wiary i poznawać Niewidzialnego. Będziemy patrzyli na opustoszałe plebanie i kościoły, z czasem też pewnie zamknięte. Skończy się wychodzenie na niedzielną Mszę św. dziesięć minut przed jej rozpoczęciem. Może trzeba będzie poświęcić  parę godzin, by dotrzeć do otwartego kościoła, ale kiedy już w nim się znajdziemy, zobaczymy naszych bliźnich, którzy faktycznie chcą w nim być. Ucieszymy się sobą, ucieszymy się radośnie, gdy kapłan z ludu i dla ludu dokona na ołtarzu cudu przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pańską. Będziemy z uwagą słuchali, gdy od tego ołtarza będzie nam głosił Dobrą Nowinę o Panu, który nigdy nie zmęczy się przebaczaniem naszych grzechów, który nigdy nie zmęczy się miłosierdziem wobec każdego człowieka. Poprzez dar swojego kapłaństwa będzie nam przybliżał najważniejsze przykazanie miłości Boga i człowieka.

Będziemy z radością patrzeć na dziecko przyniesione do Chrztu św., bo ono powiększy naszą wspólnotę. Staniemy obok grupki chłopców i dziewcząt, którzy w zwyczajnych ubraniach będą po raz pierwszy przyjmowali Eucharystię, a potem, tak jak zachęcał prorok Nehemiasz, pójdziemy do naszych domów jeść świąteczne potrawy i pić słodkie napoje, wcześniej posyłając je tym, którzy ich nie mają. Będziemy celebrowali podniosłą radość gdy” on i ona” staną przed ołtarzem, by ślubować sobie miłość i wierność. A kiedy na kogoś z nas przyjdzie kres ziemskiej wędrówki, kapłan razem z nami odprowadzi go na drogę do wieczności i będziemy razem się smucić, bo „nikt nie jest samotną wyspą”.

Może ktoś przedstawi to mądrzej, racjonalniej, zresztą zrobił to już na wiele lat przed tym jak został papieżem, ks. J. Ratzinger. W formie literackiej pięknie to ukazał ks. M. Maliński w swoim opowiadaniu „Ostatni zakonnik”, ale jak zwał, tak zwał.

Pewnie, nadzieja jest cnotą, nie zamierzam z niej rezygnować, ani tym bardziej odbierać jej innym. Będę więc pisał dalej. Będę apelował, zwracał uwagę, może nawet będę złośliwy i zrzędliwy (wiek!), czyli będę żył aż do czasu jak nadejdzie kres, czego wszystkim też życzę (nie kresu, ale życia)

Już po napisaniu tego tekstu znalazłem świetne jego zakończenie:” Byłbym niespełna umysłu, gdybym narzekał na to, że w chrystusowym Kościele nie głosi mi się Ewangelii, że Duch Święty nie działa w nim przez swoich ludzi, że ogień gaśnie. Nie gaśnie. Po prostu pali się też w innym miejscu niż to, na które przywykliśmy się gapić” (Szymon Hołownia T.P 2019/15)

Cena za własne poglądy

 

 Przeczytałem niedawno wywiad z pewnym ks. arcybiskupem. Redaktor prowadzący wywiad zapytał biskupa o jego opinię dotyczącą „niepokornego” księdza, który posługuje w jego diecezji. Opinia w zasadzie była pozytywna, choć biskup dostrzegł problem w aktywności tegoż księdza w mediach społecznościowych. Stwierdził, że jego oceny polityczne w tychże mediach mogą zrazić  część wiernych i mogą oni nie przyjść do niego do spowiedzi.

Po lekturze tego wywiadu po raz kolejny staje się ważne pytanie o relacje, tym razem szeregowego księdza, na linii kapłaństwo i rzeczywistość, także rzeczywistość polityczna. Nie pierwszy raz twierdzę, że tej relacji nie da się uniknąć, trzeba więc ją „oswoić”, trzeba wypracować takie standardy, aby nie ranić nikogo kto przekracza drzwi kościoła. Czy da się zrobić to bezboleśnie? Niestety obawiam się, że nie jest to możliwe, ale nigdy dość wysiłków.

Dość powszechne jest narzekanie na jakość, na poziom naszej polityki i polityków. Jednocześnie przyjęło się, choć nie bardzo wiadomo dlaczego, że ta arcyważna dziedzina ludzkiej aktywności, nie podlega ocenie moralnej. Świecki obywatel ma prawo oceniać tę politykę zarówno od strony moralnej jak i politycznej, to drugie duchownemu nie przystoi, ale w przestrzeni kościelnej. Przecież nie byłoby takiego sprzeciwu wobec polityczno – partyjnego zaangażowania naszego duchowieństwa, gdyby ono miało charakter prywatny. Oburzenie i zgorszenie budził fakt, że odbywało się ono, nie waham się użyć tego słowa, w sposób wręcz  bezczelny w przestrzeni sakralnej, zawłaszczonej bezprawnie do głoszenia swoich prywatnych poglądów. Czy tak popularne media społecznościowe, tylko przez fakt, że używa ich osoba duchowna stają się przestrzenią sakralną? Oczywiście, że nie, choć umiar i rozsądek jest jak najbardziej mile widziany.

Kościół w swoim nauczaniu, nie może uciec od oceny moralnej postaw społecznych i politycznych. Kościół nie mogąc uczestniczyć w polityce powinien  zajmować się metapolityką, czyli oceną czy dane działania polityczne są zgodne z powszechnie przyjętymi wartościami przynależnymi człowiekowi, który żyje w rzeczywistości politycznej. Przecież taka jest też wymowa encykliki Św. Jana Pawła II „Centesimus annus”.

Czy taka postawa może rodzić pewne negatywne konsekwencje, choćby takie na jakie wskazał ks. biskup? Oczywiście, że tak, choć piszę o tym z pewnym żalem.

I tu pewna dygresja. Działo to się jeszcze za moich czasów studenckich. Nasz duszpasterz akademicki w dniu święta Wszystkich świętych w kazaniu sugerował, czy może raczej, miał nadzieję, że także ci zmarli, którzy  byli osobami niewierzącymi, ale szli przez swoje życie „dobrze czyniąc” znajdą się w niebie. Tu wymienił kilka znanych nazwisk takich osób. W tym momencie starsza pani energicznie przyklęknęła i demonstracyjnie, z malującym się na twarzy oburzeniem, opuściła kościół. Obawiam się, że więcej już na Mszę św. akademicką odprawianą przez tego księdza, nie przyszła. Do spowiedzi do niego zapewne też nie. Szkoda? Pewnie, że szkoda, ale co można więcej zrobić, niż pomodlić się za ową oburzoną panią?

Ksiądz, który z życzliwością i miłością podejdzie do tak ostatnio wyklinanych osób LGBT, musi liczyć się z tym, że dla niektórych wiernych zostanie wielbicielem „pedałów”. Ksiądz, który będzie apelował o miłosierne podejście do uchodźców, od głosicieli „Polski wielkiej i katolickiej” będzie uznany za zdrajcę „białej rasy” popierającego terroryzm. Do jego konfesjonału też się nie zbliżą, bo może trzyma w nim bombę.

Zdaję sobie sprawę, że jest to smutne, że nie powinno mieć miejsca, ale to jest cena za to, że jest się „gorącym”.

Kiedy Jezus oznajmił swoim uczniom prawdę o Eucharystii swojego Ciała i Krwi, część stwierdziła, „że trudna to mowa” i jak notuje ewangelista, od tej pory już nie chodzili z Nim. Nie porównuję oczywiście dosłownie tego o czym piszę, do tamtego wydarzenia ewangelicznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że czym innym jest wykluczenie, a czym innym brak możliwości zadowolenia wszystkich. To ostatnie można osiągnąć tylko przez bycie „letnim”, ale jest to cecha o której Jezus wypowiada się jednoznacznie negatywnie.

 

Jak mówić o niczym?

 

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele,? – jakoś to będzie”     („Pan Tadeusz”)

 

To było na początku lat dziewięćdziesiątych, dostałem jako oficer rezerwy wezwanie na jednodniowe ćwiczenia wojskowe. Przed południem postrzelałem wraz z kolegami z „kałacha” i P-64, a potem oficer prowadzący zaprosił nas na wykład pana majora na temat bieżącej sytuacji międzynarodowej. Ponieważ miałem przypuszczenie graniczące z pewnością, że niczego ciekawego się nie dowiem, zająłem, mówiąc językiem wojskowym, dogodną pozycję wyjściową na tylnych rubieżach sali i oddałem się pożytecznym rozmyślaniom jak miło spędzić pozostałą część weekendu. Niestety sala miała dobre nagłośnienie i słowa pana majora nieznośnie łaskotały moje uszy. Wbrew moim uprzedzeniom po chwili zacząłem z uwagą go słuchać. To było fascynujące. Pan major, nie wiem jak to najlepiej określić, ale on mówił o… niczym. Proste? No to spróbujcie to sami. Mnie przy pewnej wprawie udaje się to przez kilka minut, a on mówił przez godzinę. Stara historia, ale ostatnio dość często mi się przypomina.

Oglądam wystąpienia ks. rzecznika Komisji Episkopatu Polskiego. Jak on ślicznie mówi, jak on pięknie modeluje głos. Po twarzy błąka mu się ledwo widoczny, ale sprawiający wrażenie otwartości, uśmiech. Żadne nawet najtrudniejsze pytanie nie jest zostawione bez odpowiedzi, każdy problem jest już rozwiązany, więcej, nawet jeżeli go jeszcze nie ma, to ksiądz rzecznik natychmiast go rozwiązuje. Nasi bracia Rosjanie w takiej sytuacji mówią:” Ot i technika”. Wola przetrwania, wróć, wola walki z patologiami niezmierna. Mówienie o takim rzeczniku, że jest złotousty, zakrawa niemal na mobbing, on jest cały ze złota. On nie jest sam, jego koledzy rzecznicy diecezjalni potwierdzają brak jakichkolwiek problemów. Ja już od dawna wiedziałem, że te wszystkie złe wiadomości o Kościele, to propaganda płynąca z bezbożnych polskojęzycznych mediów finansowanych z kontrybucji jakie płacimy Unii Europejskiej, wiem to od pewnej ważnej ekscelencji.

Ale jedźmy dalej, wprawdzie nikt nie woła i nie czeka, ale co napiszę to moje.

Tyle mówi się o niesłusznych czy niewłaściwych kazaniach. Ale ja osobiście nie słyszałem. Większość z tych, które słyszałem była oparta na Ewangelii. Najpierw celebrans czyta Ewangelię, a potem ją streszcza, jak to się mówi, swoimi słowami. To jest ważne, człowiek przychodzi po całym tygodniu pracy, w głowie kłębią mu się różne trudne sprawy, ale mądry człowiek najpierw przeczyta, potem jeszcze opowie co przeczytał i to parę razy i już wszystko jest jasne. Zawsze też już od siebie doda, że trzeba być pobożnym, trzeba odmawiać pacierz, dzieci posyłać na religię, chodzić do kościoła i dawać obowiązkowo odpór tym wszystkim wrażym siłom i cywilizacjom, których jedynym celem jest walka z Bogiem i Kościołem, a Kościołem w Polsce przede wszystkim. Z pierwszym czytaniem jest trochę kłopot, czasy odległe, jakieś krwawe wojny, ofiary ze zwierząt, no i ten naród wybrany, o którym nawet w streszczeniu lepiej nie mówić. Drugie czytanie na ogół dość trudne, przeczytać trzeba, ale Lud Boży nie za bardzo wykształcony, to zostawiamy.

Są też rekolekcje, na te mniej ważne zaprasza się często proboszcza z sąsiedniej parafii. To ma dobre strony, bo on też kiedyś zaprosi i wszystko zostanie w rodzinie. Parę razy nawet uczestniczyłem w takich rekolekcjach, znaczy się w pierwszym dniu. Były tak dobre, że od razu się nawróciłem i potem miałem już wolne. Raz rekolekcjonista opowiadał dowcipy o Isaurze, o bacy i o tym jak niegrzecznie zachowała się pewna znana celebrytka. Mówił też o pijaństwie, zdradzie żony i usuwaniu ciąży. Piknie godoł, mówię wom ,że aż cud. Miło było słuchać, bo pić już nie mogę, żony nie zdradzam, bo by mi dała po pysku i wywaliła pod most, i ciąży też nigdy nie przerwałem. Ale najpiękniejsze to były te przerywniki muzyczne. Ksiądz podnosił do góry swoją komórkę, pstryk i już z głośników leciało:” Jezu kocham Cię – tralala, Mario kocham Cię – tralala, jestem z Wami – tralala. Po drugim razie zacząłem śpiewać, po trzecim nawróciłem się, uniosłem ręce do góry i zakołysałem się całym sobą.

Fajne są też kolędy zwane czasami wizytami duszpasterskimi. Bywa, że zaprasza się do pomocy księdza z innej parafii. On w swojej już się wyrobił, a samochód dalej czeka u mechanika. To przyzwoity człowiek, o nic nie pyta, bo nie wie o co pytać, jego też nie ma co pytać, bo nie wie co odpowiedzieć.

Bardzo też ciekawe są różne specjalistyczne duszpasterstwa parafialne, które gromadzą ludzi pewnych i sprawdzonych w wierze, tak samo jak księgi trzeźwości do których wpisują się głównie staruszki i staruszkowie. I bardzo dobrze, przynajmniej jesień życia spędzą w trzeźwości.

Są oczywiście księża kontrowersyjni o których mówi się, że są postaciami kontrowersyjnymi. Nie dobrze! Kontrowersyjny to ja mogę opowiedzieć dowcip po dwóch piwach, ksiądz ma być posłuszny i łapać myśl przełożonego, ewentualnie katolickich mediów w swoim domu.

Spoko, jakoś to będzie. Mieczy, szabel i… obrony terytorialnej z pewnością nam nie braknie.

Diabolos znaczy rozdzielać

 

 O tym, że diabeł rozdziela, wiedziałem już w szkole podstawowej, ale ani wtedy, ani potem, jakoś tego specjalnie nie przeżywałem. Wchodziłem w swoją dorosłość w czasie pełnego rozkwitu PRL- u. Był wtedy oczywisty podział na „my” i „oni”. „Oni” to była partyjna, komunistyczna „wierchuszka” z dodatkiem ludowej milicji. Ten podział był tak oczywisty, że nikt się specjalnie nad nim nie zastanawiał, wydawał się naturalny i nieśmiertelny. Na szeregowych członków partii, którzy byli w naszych rodzinach i wśród naszych znajomych – machało się ręką, wiadomo że byli w partii:” Dla chleba, panie, dla chleba”. Oni się tym specjalnie nie chwalili, a po pijaku mówili, tak jak inni na trzeźwo, gdzie mają komunizm i partię. Po cichu chrzcili dzieci i posyłali je do I Komunii św. W niedzielę, bywało, że jechali do kościoła na peryferiach miasta na tzw. Mszę św. partyjną. Po 1989 roku zaczęliśmy dzielić się na solidaruchów i byłych komuchów, ale ten podział powoli rozwiązywała nieubłagana biologia. Pewnie, były naturalne podziały oczywiste w warunkach demokracji, ale nikt z tego powodu nie załamywał rąk.

I tak dotrwaliśmy we względnym spokoju do roku katastrofy smoleńskiej. I nagle bez racjonalnej przyczyny Polska pękła na pół, diabeł – oddział nadwiślański, zaczął działać, zaczął nadrabiać stracony czas. Bardzo to smutne, że mój Kościół, nasz Kościół wszedł w tę logikę podziału, jak „w masło”. Jego medialni harcownicy, przy milczącej zgodzie reszty, obrócili w pył zdawało się niewzruszoną jedność Kościoła. Część katolickich mediów zapominając co znaczy słowo „katolicki”, dostało wiatr w żagle. Zamiast mówić o Bogu, który kocha wszystkich, a szczególnie tych pogubionych, zamiast otwierać się na wszystkich ludzi dobrej woli, zaczęło sączyć niechęć do tych, którzy w tę narracje podziału nie chcieli wchodzić.

Szybko znaleźli się dziennikarze i politycy, którym puściły wszelkie moralne hamulce. Publiczne wyzwiska, oszczerstwa, najbardziej podłe pomówienia, stały się codziennością. Udomowiliśmy, jak powiedział O. L. Wiśniewski, nienawiść w naszych sercach. Jest w tym wszystkim coś przeraźliwie nieracjonalnego, coś sprzecznego z naturą człowieka. Bodaj najbardziej wymownym symbolem tej bezinteresownej nienawiści stała się osoba i fundacja J. Owsiaka. Proszę pokazać mi choć jeden cywilizowany kraj, gdzie człowiek zbierający pieniądze na ratowanie chorych dzieci, jest tak opluwany i znienawidzony przez ludzi, którym nie uczynił nic złego? Niestety i tym razem pospołu i duchowni i świeccy, radośnie składają się na tę cegiełkę nienawiści. Można mnie wyzwać, jak to czynią niektórzy komentatorzy, od najgorszych, mogę być dożywotnim głupcem, idiotą i czymkolwiek, ale nigdy tego nie zrozumiem. Ze słów, z arcyważnych słów Boga padających na Sądzie Ostatecznym dotyczących także tych, którym odmówiliśmy schronienia, zrobiliśmy kpinę, fałsz i obrzydliwość pomówień. Na kolejną kpinę zakrawa huczne świętowanie rocznicy Chrztu św., gdy jednocześnie policzkujemy Jezusa, który przychodzi do nas w człowieku straszliwie skrzywdzonym, w zakrwawionym dziecku i jedyne co chrześcijanin (w większości) ma mu do powiedzenia to „wynoś się”. To jest religia podziału, a nie miłosierdzia, ale już niedługo w nabożeństwach drogi krzyżowej będziemy współczuli Jezusowi, będziemy rzewnie śpiewali:” Ludu, mój ludu cóżem ci uczynił?” No właśnie:” cóżem ci uczynił?”

Wcześniej przed wigilią Bożego Narodzenia, wigilią pojednania, mieliśmy wysyp poradników, jak w czasie tej wigilii rozmawiać o niczym, by nie wybuchła agresja i nienawiść wśród najbliższych. Te poradniki na zawsze zostaną świadectwem tego, co osiągnął diabeł. Jakże aktualne są słowa Jezusa, aby nie płakać nad Nim, ale nad samym sobą.

Ratowałem kiedyś z opresji owcę, uwiązana  na pastwisku łańcuchem do kołka, tak się zapętliła, że była bliska uduszenia, a mimo to dalej szarpała się za każdym razem powiększając uścisk łańcucha na swojej szyi. Trudno mi nie odnieść wrażenia, że jesteśmy właśnie na takim etapie. Co będzie dalej? A któż to po za Bogiem wie, ale człowiek po to otrzymał od Stwórcy rozum, by go używał. Wpierw jednak każdy powinien zrobić rachunek sumienia, przyznać się do win i zaniedbań. Ludzka sprawiedliwość domaga się by je policzyć i ocenić. Reszta powinna być przebaczeniem i mocnym postanowieniem poprawy.

 

 

Smutno w moim Kościele!

 

 To bodaj najbardziej gorzki tekst, jaki napisałem o moim Kościele. Ale uczucia wyrażamy wtedy kiedy na czymś, czy na kimś, nam zależy. W przeciwnym wypadku jest obojętność. Mógłbym ten tekst zatytułować „List otwarty do starszych w moim Kościele”, ale nie o patos tu chodzi. Chcę Wam powiedzieć – straciłem do Was zaufanie, w pierwotnej wersji miało być:” tracę do Was zaufanie”, ale po ostatniej Waszej konferencji jest tak, jak jest. Wychodzę wszakże z założenia, że dopóki człowiek wie jak się nazywa i gdzie mieszka, zawsze jest nadzieja na to, że jego myślenie może się przemienić. Tej nadziei nie chcę i nie mam prawa Wam odbierać.

Daleki także jestem od potępiania Was czy nazywania grzesznikami. Nie napiszę także, że nie jesteście godni być Jego uczniami. Grzesznikami jesteśmy wszyscy i nikt z nas nie jest godny by być Jego uczniem. Nie mam prawa wątpić w Wasze powołanie, ale mam wiele przesłanek by uważać, że zapomnieliście o tym powołaniu, a nierzadko głęboko je zakopaliście w ziemi, nie bacząc co o tym mówił nasz Nauczyciel. Straciliście kontakt z rzeczywistością w której przyszło Wam żyć, straciliście kontakt z tymi dla których mieliście żyć, dla których przekroczyliście kiedyś progi seminarium. Ale może nie do końca to prawda. Tam gdzie ta rzeczywistość ofiarowuje Wam zaszczyty, władzę i inne profity, tam ją hołubicie budząc na przemian zgorszenie i drwiny. Bardzo Wam się podobają zaszczytne tytuły, kolorowe, cyrkowe fatałaszki i te „pierwsze miejsca za stołem”, cieszycie się gdy Wam usługują, zapominając co tym mówił Jezus. Jego przesłanie gdy rozsyłał uczniów było proste i zrozumiałe, tak samo wtedy jak i dziś. Co z tym przesłaniem zrobiliście?

Jezus nie stawiał wymagań niemożliwych do zrealizowania, nie namawiał do ascezy, przeciwnie stwierdzał, że „godzien robotnik zapłaty swojej”, tyle, że przez wieki coraz mniej było „roboty”, a coraz więcej zapłaty.

Kiedy dziesiątki ludzi w ucieczce przed wojną i nędzą tonęło w morzu, nie potrafiliście jasno i stanowczo powiedzieć rządowi do którego wcześniej się przymilaliście:” non possumus”. Mogliście twardo potrząsnąć rządzącymi, by zmienili zdanie, ale brakło Wam odwagi, bo może nie zaprosili by Was na poświęcenie jakiegoś z pompą otwieranego grajdołka, może śmiechu warta uczelnia nie dostałaby dotacji i wsparcia na „szemrane” interesy. Kiedy  w imię obłąkanej ideologii ludzi owładniętych nienawiścią, bezczeszczono narodową świętość jaką są groby ofiar katastrofy smoleńskiej, taktownie milczeliście. Nie stać Was było nawet na wyrażenie „niepokoju”.

Przypomnijcie sobie ile razy ględziliście o jakimś potworze gender, a ile razy apelowaliście do naszych serc, aby choć złotówką w każdą niedzielę podzielić się z tymi, którzy umierają z głodu.

Macie obsesję na punkcie seksu, oczywiście  na temat naszego seksu,  „nic nie jest tak ważne jak seks i to jak go uprawiamy”. Ale kiedy w straszliwy sposób łamano szóste przykazanie Dekalogu wśród podległego Wam duchowieństwa, podstawową Waszą reakcją było milczenie i obojętność. Wasza ostatnia konferencja dobitnie pokazała, że dalej nie wiecie, czy może raczej, nie chcecie wiedzieć, o co w tym bolesnym i tragicznym temacie, chodzi. Dziś ronicie łzy (bez przesady oczywiście), ale trzeba było dopiero słusznego, błogosławionego gniewu kochanego Franciszka, aby coś drgnęło. A przecież jest publiczną tajemnicą jak wielu duchownych ma nadzieje na „przeczekanie” Franciszka, jeden z nich nawet zainicjował modlitwę o Jego Franciszka rychłe odejście do domu Ojca. Tak to prawda, przeprowadzono z nim „ojcowską rozmowę”. Ciekawe jaką by przeprowadzono gdyby ta propozycja dotyczyła dziś św. Jana Pawła II? No ale ten był nasz, a Franciszek? Bardzo lubicie zabierać głos, ale jakoś nie słyszałem, żebyście nazwali podłością to, co o Franciszku mówią także nasi najpobożniejsi z pobożnych.

Wielu katolickich publicystów w dobrej wierze zachwala churching, ale tak naprawdę to jest Wasza klęska jako pasterzy, że trzeba jechać „przez pół miasta”, żeby znaleźć kościół w którym duszpasterzy „pożera” troska o wiernych.  Gdzie jest Wasza troska o to, co dzieje się w każdej parafii, także w tych gdzie proboszcz robi co chce i jak chce, gdzie bywa, że jest ważniejszy od samego Papieża?

Nie lubicie „kontrowersyjnych” księży, bo psują Wam swoim zaangażowaniem spokój Waszych sumień. Bardzo lubicie pouczać innych. Jesteście bezgrzeszni, czy może dumni ze swojej pokory?

Czy tak wygląda mój Kościół? Chciałbym w rozgoryczeniu powiedzieć „tak”, ale to byłoby niesprawiedliwe, więcej, krzywdzące. Wiem że są wśród Was ludzie wiary, choć nie rozumiem dlaczego milczą, gdy trzeba wołać na dachach. Wiem, że w tym moim i Waszym Kościele są duchowni dla których sensem życia jest służba Bogu i bliźnim, wierzę, że głęboko w sercu to poczucie służby w Was jest, dlatego proszę i namawiam – ocknijcie się, przemieńcie Wasze myślenie, czas na to wielki.

Jak rozumieć słowo „Kościół”

 

 Przeczytałem,  i zachęcam innych do tego samego, czyli do przeczytania wywiadu M. Lewandowskiego z ks. G. Strzelczykiem na „Deonie”. Ks. Grzegorz,  mówiąc najprościej, to  jest „ktoś” w Kościele w Polsce, dziś trudno sobie wyobrazić dialog religijny bez jego głosu. Tyle laurka, ale szczera. Ale teraz trochę refleksji.

Wraca w wypowiedziach ks. Grzegorza stary problem: mówimy Kościół, a myślimy hierarchia (by nieco sparafrazować słynny wiersz Majakowskiego). Słusznie można się na to oburzać, nawet zdolny nastolatek wie, że Kościół to my wszyscy ochrzczeni w Kościele Katolickim i ci w sutannach, i ci w garniturach i sukienkach. Oczywista oczywistość, tym bardziej, że jak zauważa ks. Grzegorz, ci drudzy stanowią miażdżącą większość w tym Kościele. Bardzo to piękne i teologicznie właściwe, tylko czy oczywiste? I tu chyba trochę się różnimy.

Jest w językoznawstwie zasada, zapewne nie ortodoksyjna, że jeśli zdecydowana większość społeczeństwa na danym obszarze językowym posługuje się przez długi czas formą z punktu widzenia gramatyki niewłaściwą, to w końcu uznaje się ją wbrew prawidłom językowym, za właściwą, najpóźniej dokonuje się to w ortografii. Rozumienie przez Lud Boży Kościoła jako hierarchii wraz z pozostałymi duchownymi, jest powszechne i samo tłumaczenie, że teologicznie jest to nieprawdziwe, niczego tu nie zmieni. A nie zmieni, bo przez całe wieki duchowni włożyli niesłychanie dużo wysiłku, a wielu nadal w praktyce to czyni,  aby Lud Boży utwierdzić w przekonaniu, że Kościół to my duchowni, w najlepszym wypadku, przede wszystkim my duchowni. Owszem dawano nam świeckim do zrozumienia, że my tak trochę od święta tym Kościołem też jesteśmy i choć mniej ważni, to na coś możemy się przydać. Trzeba uczciwie przyznać, że nawet w czasach przed soborowych formuła kierowana do świeckich:” przynieś, wynieś, pozamiataj”, cieszyła się uznaniem nawet najbardziej konserwatywnie nastawionych duchownych. Ubolewanie nad takim rozeznaniem Ludu Bożego i jego konsekwencjami to, przepraszam za niemiłe powiedzenie, „krokodyle łzy”, nie muszę dodawać, że tych słów w najmniejszym stopniu nie adresuje do ks. Grzegorza i niewielu jemu podobnym.

Nie wiem czy do końca jest słuszne twierdzenie, że ten co zepsuł, powinien też naprawić, ale na pewno powinien dać czytelny sygnał, że chce naprawić. Teologiczne wywody na temat tego czym jest i czym powinien być Kościół, przeczytają nieliczni, reszta będzie uważnie obserwowała swój Kościół parafialny i Kościół w Polsce. Są już na szczęście przykłady, że tam gdzie Lud Boży w praktyce odczuł, że Kościół to my wszyscy, że wszyscy, od kościelnego począwszy na biskupie skończywszy, tworzymy wspólnotę, tam dzieją się cuda.

O niezrozumiałym, czasem wręcz wykluczającym języku Kościoła, mówiło wielu, ja również. Jednak to nie tylko język dokumentów kościelnych, ale także pozbawiony nieraz elementarnej empatii, język kazań i język stosowany w kancelarii parafialnej. Słowa ks. Tischnera na temat tej ostatniej są powszechnie znane i nie ma co ich przytaczać. Jeszcze gorzej gdy Lud Boży nie rozumie po co Kościół wypowiada się w sprawach, które do niego nie należą, ale to temat na oddzielne rozważania.

M. Lewandowski jako jeden z przykładów wzajemnego niezrozumienia się przytacza sprawę antykoncepcji i Encykliki jej poświęconej. To dobry przykład i niekoniecznie dobra według mnie odpowiedź ks. Grzegorza. Można oczywiście tak jak ks. Grzegorz załatwić sprawę jednym zdaniem, czyli uzasadnić słuszność Encykliki powołując się na sukcesję apostolską, czyli „Rzym powiedział, sprawa zakończona”. Rzecz w tym, że nie zakończona, a każdym bądź razie nie tak jak by sobie autorzy owej Encykliki życzyli. I tu dochodzimy do zagadnienia, które ledwie sygnalizuję, także ze względu na to, że wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu.

Mam osobiste głębokie przekonanie, przypuszczam, że nie tylko jest ono moje, iż Kościół czyli my wszyscy, ale ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła hierarchicznego, powinien dbać o fundamenty naszej wiary. Oczywiście rolą starszych w Kościele jest ustalenie  co do tych fundamentów wiary należy. Dziś, zresztą kiedyś też, te fundamenty niesłychanie się rozszerza, także o rzeczy wymyślone przez człowieka. Nie twierdzę, że przy ich ustanawianiu nie było asystencji Ducha Św., ale może ona dotyczyła konkretnego miejsca i czasu. Być może dziś należałoby tę asystencję  zobaczyć inaczej? Mówimy, że wiara jest drogą, że różne drogi prowadzą do Niego, może należałoby się uważnie przyjrzeć tym innym drogom? Czyż nie takie jest też przesłanie duszpasterskie kochanego Franciszka. O tym jak radykalnie idzie ono przeciwko naszym uświęconym przyzwyczajeniom i poglądom, świadczy gwałtowny acz najczęściej głupkowaty sprzeciw wobec tego co mówi i czyni.

Od czasu tejże Encykliki „Humanae Vitae” upłynęło wiele czasu, odkryto nie znane wcześniej aspekty psychologii człowieka, także psychologii dążeń ludzkich i oczywiście psychologii małżeństwa i rodziny. To nie są błahe sprawy. Dowiedzieliśmy się o sprawach wcześniej nie znanych, albo zapoznanych, odkryliśmy wartości, które zawsze były, ale nie były dostrzegane. Przecież Franciszek nie wymyślił ewangelicznego miłosierdzia, ono zawsze było w Dobrej Nowinie! On je wydobył na światło dzienne, ukazał jego religijną i egzystencjalną wartość. Uczynił je wspaniałym,  dziełem duszpasterskim i apostolskim.

Niczego nie rozstrzygam, bo byłoby to śmiesznością. Może jednak warto pogłębić refleksję nad słowami Jezusa o nie wlewaniu młodego wina do starych bukłaków? Może trzeba ponownie zastanowić się nad Jego zarzutami kierowanymi do faryzeuszy, pobożnych przecież ludzi, o nakładaniu na innych niepotrzebnych ciężarów? Może trzeba zobaczyć lepiej niż dotychczas, że słowa Jezusa to słowa żywe?

Wiele tych „może”, a mogłoby być ich jeszcze więcej, może od tego „może” też wiele zależy?

#tomniezmienilo Przypadek, przypadek. Przypadek?

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy się do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się w głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy  do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni, do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły, a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się po głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Nie rozumiem!

 

 

Najpierw trzy ostatnio zauważone teksty, pozwolę sobie je ponumerować.

Tekst pierwszy za T.P. pochodzi z instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Dominum vitae” i dotyczy zapłodnienia pozaustrojowego, czyli in vitro. Data ogłoszenia dokumentu rok 1987. Czytamy w nim min. następujące słowa:” zapłodnienie pozaustrojowe homologiczne [dotyczące małżeństwa] dokonuje się po za ciałem małżonków za pośrednictwem  działania osób trzecich (…) Powierza więc życie i tożsamość embrionów w ręce władzy lekarzy i biologów oraz ustala panowanie nad pochodzeniem i przeznaczeniem osoby ludzkiej. Tego rodzaju relacja panowania sama w sobie sprzeciwia się godności i równości (…)  Poczęcie w probówce jest wynikiem czynności technicznej, która kieruje zapłodnieniem; nie jest ono ani faktycznie uzyskane, ani pozytywnie chciane !!! (podkreśl. i wykrzyknik moje) jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego (…) Zrodzenie osoby ludzkiej jest obiektywnie pozbawione swojej właściwej doskonałości, a mianowicie bycia zwieńczeniem i owocem aktu małżeńskiego, przez który małżonkowie mogą stać się współpracownikami Boga w przekazywaniu daru życia nowej osobie” (DV 5)

Tekst drugi, za G.W. z dnia 11/02/2019. Adwokat kurii Opolskiej w sprawie o zadośćuczynienie dla pokrzywdzonego nieletniego, który był wielokrotnie molestowany przez księdza tej diecezji, co spowodowało u pokrzywdzonego bardzo poważne konsekwencje zdrowotne:” Prawo polskie nie zna konstrukcji tzw. odpowiedzialności zbiorowej. Niemożliwe jest zatem, aby osoba prawna, Diecezja Opolska, ponosiła odpowiedzialność za – bez wątpienia haniebny i zasługujący na najsurowsze potępienie – czyn, jakiego dopuściła się osoba fizyczna (…)

Tekst trzeci to cytat ze skądinąd świetnego wywiadu jaki Katarzyna Kolska przeprowadziła z Adrianem Galbasem SAC, prowincjałem zakonu palotynów („W drodze” 2/2019) K. Kolska:” Kiedy ksiądz Boniecki usiadł obok Nergala i chciał z nim rozmawiać, zamknięto mu usta”. Odpowiedź O. A. Galbasa:” – Nie chcę, broń Boże, oceniać przełożonych księdza Adama. Mieli swoje racje, ale mnie było wtedy szkoda, że tak się stało…”

Co łączy te trzy dotyczące różnych spraw teksty? Odpowiedź może nie wszystkim się podobać. Uważam siebie za człowieka inteligentnego i z jakimś, jak sądzę, sensownym doświadczeniem, dla porządku absolwent uniwersytetu, a mimo tego nijak nie jestem w stanie tych tekstów zrozumieć. Jasne, można to skomentować, że jestem niedouczony i inteligent w cudzysłowie. Nie obrażę się, ale to dalej nie rozwiązuje problemu, bo jestem głęboko przekonany i taką też mam wiedzę, że wielu innych też nie rozumie. Wszyscy są idioci? Wszyscy to wrogowie Kościoła? Wszyscy, którzy nie rzadko publicznie oświadczają, że nie rozumieją toku myślenia przedstawionego w tych wybranych fragmentach, to jakiś drugi sort chrześcijan? Ale po kolei.

W sprawie in vitro są, jak się wydaje dwa zagadnienia. Pierwsze to zarodki nadliczbowe (okropne określenie) i to jest problem moralny nie do „przeskoczenia”, choć zapewne w przyszłości możliwy do usunięcia, kiedy wystarczy jeden zarodek, który będzie implantowany do macicy kobiety. Ale jest też to, czego dotyczy zacytowany fragment instrukcji Kongregacji i to jest język, opis, którego autorzy mają, delikatnie mówiąc, elementarne kłopoty z empatią względem tych, których ta instrukcja dotyczy. Jak to „ nie jest pozytywnie chciane, jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego”? Czy autorzy uważają, że małżonkowie wybierają metodę in vitro, bo nudzi się im w łóżku? Nie twierdzę, że słuszność doktryny zależy od pozytywnego jej przyjęcia, ale proszę to właśnie tak powiedzieć małżonkom, którzy w trudzie i cierpieniu pragną  przekazać życie, pragną mieć dziecko, które będzie zwornikiem ich miłości. Sprawa in vitro dotyka jądra ludzkiej egzystencji i nie da się jej załatwić językiem i wywodami pozbawionymi miłości do bliźniego. Na ważny aspekt tej sprawy zwracał uwagę zmarły ś.p. arcybiskup T. Życiński. Na często powtarzający się argument przeciwko in vitro, że człowiek próbuje wkraczać w kompetencje Boga, arcybiskup odpowiada:” To jest teologicznie bezpodstawne. Gdybyśmy tak przyjęli, to Kościół musiałby odrzucić rozwój nauki. Nie moglibyśmy pracować naukowo, nie byłyby możliwe odkrycia ani wynalazki czy rozwój medycyny”.

 

Argumentacja, że w polskim prawie nie ma przepisu, więc nie ma też odpowiedzialności za oczywistą krzywdę drugiego człowieka, jest szokujący, w ustach biskupa szokujący podwójnie. Odwróćmy tę argumentację, skoro tak bardzo jesteśmy za szacunkiem dla prawa, to może aborcja też jest moralna? Przecież nasze prawo w pewnych wypadkach ją dopuszcza. Skoro brak prawa pozwala usprawiedliwić krzywdę w jednym przypadku, to istniejące prawo może usprawiedliwić w drugim. Ksiądz jest dla kurii „osobą fizyczną”, rozumiem wobec tego, że ta „osoba fizyczna” jest w parafii na samozatrudnieniu i świadczy usługę „osobie prawnej”. Jeżeli biskupowi, przepraszam „osobie prawnej”, usługa się nie podoba, to dziękuje „osobie fizycznej”, a ta zatrudnia się w dowolnej parafii i dalej świadczy usługę. Znając feudalne relacje między „osobą prawną”, a „osobą fizyczną”, to takie tłumaczenie jest wyjątkową bezczelnością, przy czym to określenie stosuję wyłącznie na użytek „Deonu”, prywatnie określiłbym to inaczej.

Podsumowując.  Kościół wyraźnie przyznaje, że ksiądz zatrudniony, albo pełniący służbę na wyraźne polecenie biskupa w danej parafii i bezwzględnie mu podlegający, kiedy popełni przestępstwo, staje się „wolnym strzelcem”, sorry „osobą fizyczną”. Jeżeli to nie jest faryzejstwo w najgorszym wydaniu, to czym do jasnej cholery jest?

 

„Nie chcę, broń Boże oceniać przełożonych księdza Adama”. Autor tego stwierdzenia musi przywoływać samego Pana Boga, aby nie urazić przełożonych księdza Adama swoją opinią. Pogratulować delikatności czy może raczej obojętności i konformizmu. Na tym niestety też polega klerykalizm, tak surowo potępiany przez kochanego Franciszka. Dzieje się coś złego, no nie, nie będziemy o tym mówić, bo urazimy księdza czy biskupa. To są jego kompetencje, jego dwór, jego księstwo, jest nam żal skrzywdzonego człowieka, ale „broń Boże” my nie będziemy się wtrącać. Co to w ogóle jest? Nie rozumiem! To jest Kościół powszechny, gdzie grzech choćby jednej osoby, rani całą społeczność, czy prywatne poletko księdza, przełożonego, proboszcza czy biskupa? Albo jesteśmy braćmi, jedną rodziną i reagujemy gdy dzieje się zło, albo „każdy sobie rzepkę skrobie”. I proszę mi nie cytować „nie sądźcie, abyście…”. To nie ta bajka, raczej „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie…”. Jest ważka decyzja, która krzywdzi człowieka, krzywdzi człowieka, który jest świadkiem Ewangelii dla bardzo wielu. Nie ma refleksji, nie ma dochodzenia sprawiedliwości, jest „widzimisię” faceta, który uważa, że tylko dlatego, że jest przełożonym, to z automatu ma rację. Wstyd, wielki wstyd i to nawet nie dla tego przełożonego, który żałośnie nie dorósł do pełnienia swojej funkcji, ale przede wszystkim dla tych, którzy milczą. Wstyd dla tych, którzy jak mniemam wiedzą nawet gdzie jest dobro, a gdzie zło, ale boją się zabrać głos, by „broń Boże” nie ocenić. Dla mnie to jest parodia:” Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni”.

Pokłosiem takiego myślenia, takich słów jak te które zacytowałem na początku, jest obcość do Kościoła, który ma być matką, a bywa, że jest zasępionym i zapatrzonym w własną i tylko własną doskonałość, jest oschłym i nieprzystępnym sędzią.