Kryzys i naśladowanie

 

 Słowo kryzys w odniesieniu do sytuacji Kościoła w Polsce jest odmieniane przez wszystkie przypadki i mam w tej czynności pewien niewielki udział. Kryzys pokonany może stać się przełomem, w tym wypadku chodzi o przełom w naszym wspólnym myśleniu o Kościele i o religijności, która jest przejawem naszej wiary. Siłą rzeczy za kryzys obwinia się przede wszystkim tych, którzy z racji pełnionego stanowiska i władzy ponoszą za ten kryzys odpowiedzialność. Jak wiadomo ryba psuje się od głowy, ale tym razem nie tylko o „głowie”, ale o całej „rybie”. Impulsem do tych krótkich rozważań stało się przeczytane zdanie wypowiedziane przez świeckiego człowieka zaangażowanego w życie swojej parafii:” Czy my jeszcze naśladujemy Jezusa?”

To jest pierwotne pytanie jakie trzeba zadać sobie i innym uczestnikom wspólnoty Kościoła w Polsce. Bez szczerej odpowiedzi na to pytanie, wszelkie reformy, zmiany postulowane przez ludzi dobrych i mądrych, czy to z pośród duchowieństwa czy osób świeckich, odniosą jedynie połowiczny skutek. W każdej zwykłej firmie takie rzetelne, ozdrowieńcze działania skutecznie postawiłyby tę firmę „na nogi”. W Kościele takie działania naprawcze w postaci reform są w stanie poprawić sytuację jedynie w tym co widzialne, co uchwytne i co da się zracjonalizować. Jeszcze raz trzeba to powtórzyć z całą mocą – one są konieczne, ale one same nie przyczynią się do pomnożenia naszej wiary. Wiara rodzi się z faktu, że ja uznaję Jezusa za Boga i mojego przewodnika, który wytycza mi moją osobistą ścieżkę do spotkania z Ojcem w niebie. Banałem często powtarzanym, ale jakże koniecznym, jest fakt że choć idziemy w jednym kierunku, każda droga jest inna, skrojona na miarę każdego człowieka.

Naśladowanie Boga nie jest jakimś wymysłem ludzkim, Jezus wręcz nas do tego namawia – kto chce mnie naśladować – mówi Jezus, niech weźmie swój krzyż i idzie za Mną. I tu zaczyna się problem, jak to czynić?

Kiedyś wychodzę z kościoła razem z kolegą, ponieważ mieszkaliśmy w tej samej okolicy, proponuję spacer konkretną trasą. Na to on z błyskiem w oku – wiesz ja pójdę tą, którą przed godziną wracała moja żona, chyba nawet dodał, że pójdzie jej śladem. To było kilkadziesiąt lat temu, a ja wciąż pamiętam z jaką czułością i miłością to mówił. To jest właśnie naśladowanie, to jest kroczenie śladami tej osoby, którą kocham. Czy my tak właśnie naśladujemy Jezusa? Myślę, że o takim naśladowaniu Jezusa pisze św. Paweł w swoim hymnie o miłości. Możemy budować wspaniałe kościoły i setki innych jak najbardziej potrzebnych instytucji wewnątrz kościelnych, możemy mieć wspaniałych księży i biskupów, możemy uważać się za najbardziej chrześcijański naród w świecie i tylko przed Jezusem ukrytym w tabernakulum, będzie pustka. Tak będzie nie dlatego, że lewactwo i wszelkiego rodzaju zarazy, tylko dlatego, że przestaliśmy naśladować Jezusa.

Wśród wielu ludzi współczesnych Jezusowi, którzy szli za nim, jest człowiek, który Go naśladował, choć nie był Jego uczniem, a niewykluczone, że nawet Go nie znał. Miłosierny Samarytanin, bo nim mowa, był dla Żydów poganinem, bardzo obmierzłym poganinem. Rozmawiając z Jezusem faryzeusze nawet nie chcą wymienić jego narodowości i mówią o nim „ten”. A przecież obok poranionego i potrzebującego pomocy człowieka obojętnie przeszli kapłan i lewita – elita ówczesnej religijnej wierchuszki. Ano właśnie – przeszli.

Nie byłbym sobą gdybym nie zadumał się nad naszą teraźniejszością. Ile trzeba mieć w sobie smutku, nienawiści i zwyczajnej głupoty, by nie uznać dobra, które czynią ludzie, którym nie dana została łaska wiary, albo przeżywają tę swoją wiarę w inny sposób, a może inaczej ją rozumieją niż ów kapłan i lewita?

Słucham ze sceny gdańskiego WOŚP-u słów ludzi straszliwie, ponad ludzką miarę zranionych, po stokroć mieliby prawo nienawidzić tych, którzy doprowadzili do śmierci ich najbliższego, a oni proszą o dobro, pokój, prawdę, o wybaczenie. Proszą o zaprzestanie nienawiści. Czy te słowa dotrą do tych, dla których kwintesencją Ewangelii jest właśnie nienawiść i podłość, do tych, którzy z oddaniem służą ojcu kłamstwa, tak wczoraj jak i dziś? Czy te słowa pokoju dotrą do fałszywych proroków, którzy żmijowym jadem plują na innych?

Nie zaglądam w życiorys, nie oczekuję wyznania wiary od tych, których w ten zimowy dzień zgromadziła i zjednoczyła chęć pomocy najsłabszym. Głęboko wierzę, że to ziarno miłości i dobroci posiane przez Pana, który zna pragnienia naszych serc, przyniesie dobry i obfity plon.

Sprawiedliwość, kara, przebaczenie, zemsta

 

 

Pragnienie sprawiedliwości jest wpisane w nasze człowieczeństwo. Każdy z nas chce, aby traktowano go sprawiedliwie. Odmowa tej sprawiedliwości jest traktowana jako zamach na godność człowieka. Jest faktem jak wielu ludzi cierpi z powodu braku tej sprawiedliwości. To ich dotyczą słowa Jezusa:” Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni”. Bóg Ojciec gdyby zechciał w pełni skorzystać ze swoich prerogatyw sędziego sprawiedliwego, musiałby zetrzeć nas na proch. Pięknie i jakże prawdziwie mówi o tym psalmista:” Jeśli zachowasz pamięć o grzechach Panie, Panie, któż się ostoi?” Bóg może tę sprawiedliwość, która jest Jego atrybutem, zamienić na miłosierdzie. Dlaczego i jak to czyni jest Jego tajemnicą i nic nam do tego.

Konsekwencją ludzkiej sprawiedliwości jest kara za zły czyn, aczkolwiek ta konsekwencja jest negowana przez tych, którzy na tę karę zasłużyli. Jak wiadomo w więzieniach niemal zawsze siedzą ludzie niewinni. Gdyby nie ponury kontekst, zabawne byłoby to, że za karą śmierci są osoby… na tę karę skazane. Ściślej rzecz biorąc są za karą śmierci dla tych, którzy na nią zasłużyli, oni nie zasłużyli, więc w stosunku do nich jest ona niesprawiedliwa. Bardzo dawno temu był człowiek, który uważał, że na tę karę zasłużył. To pierwszy święty Kościoła szerzej znany pod ksywą „dobry łotr”.

Kara ma, czy powinna mieć oprócz sprawiedliwej odpłaty za uczynione zło, zadanie przywrócenia jakiegoś wewnętrznego ładu w osobie ukaranej. Ma skłonić sprawcę zła do nawrócenia, które spowoduje odwrót od czynienia zła. Tak rozumiana kara jest szansą dla ukaranego i nieludzkie jest mu jej odbieranie. To jest też główny sprzeciw wobec kary śmierci, bo uniemożliwia, ona owe nawrócenie, a także, choćby w minimalnym stopniu, naprawienia wyrządzonego zła. Dla chrześcijanina to powinien być argument rozstrzygający, przeciwko stosowaniu tej kary.

W cywilizowanych systemach karnych nagrodą za dobre wykorzystanie szansy danej skazanemu przez społeczeństwo, jest zatarcie tej kary. Obwiniony może w pełni wrócić do społeczeństwa. Smutno patrzeć na osoby uważające się za chrześcijan, którzy nie mogąc inaczej, słowem chcą zatłuc ludzi, którzy odpokutowali za swój czyn i naprawili zło. W ich mniemaniu niektóre winy, niekoniecznie najcięższe, powinny być nieśmiertelne i nieustannie karane. Dzieje się tak szczególnie gdy dotyczy to osób znanych. Myślę, że stoi za tym dość prymitywny interes. Ludzie popełniają wiele obrzydliwych i podłych czynów, które nie podlegają pod kodeks karny i dla równie wielu jest to wystarczający powód, by je usprawiedliwiać.

Tak jak ze sprawiedliwością łączy się kara, tak z karą związane jest przebaczenie. Przebaczenie winy jest nieraz błędnie rozumiane jako rezygnacja z wymierzenia kary. To jednak nie jest takie proste i oczywiste. Kara jak wcześniej pisałem ma swoją ważną rolę w odzyskaniu przez ukaranego wewnętrznego ładu. Może to głupio zabrzmi, ale kara jest także wyrazem łaski i nadziei, że ten porządek moralny zostanie w sercu i umyśle skazanego, przywrócony. Jest faktem i to powszechnym, że bardzo wielu, a kto wie czy nie wszyscy obwinieni, gotowi byliby z tej w ich mniemaniu „łaski” zrezygnować byle tylko uniknąć kary. Zdarzają się jednak przypadki, że przestępca nie mogąc poradzić sobie z brzemieniem winy, sam zgłasza się po karę. Jakie miejsce w tym wszystkim ma przebaczenie? Jest w moim przekonaniu jakąś trudną do przecenienia, wielkodusznością pokrzywdzonego dla sprawcy. Przebaczenie zdejmuje z sumienia sprawcy ciężar, którego żadna nawet największa kara, nie jest w stanie uczynić. Sprawca wolny od tego ciężaru, może zacząć nowe, już ukierunkowane na dobro, życie.

Wielkość daru przebaczenia, może też otworzyć na nowe życie, życie pozbawione ciężaru nienawiści, osobę pokrzywdzoną. Dla każdego chrześcijanina przebaczenie, choć nieraz niewyobrażalnie trudne, jest heroicznym naśladowaniem Tego, który na krzyżu modlił się do Ojca, by odpuścił Jego katom. Przebaczenie jest łaską udzieloną sprawcy z głębi serca człowieka skrzywdzonego, nie może więc  być wymuszone. Nie oceniam, ale zastanawiam, co dzieje się w duszy tych ludzi, którzy przychodzą oglądać egzekucję mordercy ich dziecka, żony, męża, czy innego bliskiego. Czy w tym momencie czują ulgę, czy ich żal ulega zmniejszeniu, czy nasyciwszy wzrok obrazem umierającego człowieka, nareszcie oddychają spokojniej? Nie wiem, nie oceniam, ale nie wydaje mi się. Może w pierwszej chwili odczuwają satysfakcję, ale jak długo można się tym cieszyć?

Mimo woli płynnie przechodzę do tematu zemsty. Zemsta nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością i karą, jest zaprzeczeniem przebaczenia. Jest odpowiedzią zła na zło. W jakiejś mierze zrównuje kata i ofiarę. Jest rezygnacją z błogosławieństwa dla tych, którzy pragną sprawiedliwości. Zemsta wbrew głupiemu powiedzeniu, nigdy nie jest słodka. Pragnienie zemsty jest tak naprawdę pragnieniem, aby razem z krzywdzicielem spotkać się w… piekle. Czyż nie lepiej za cenę przebaczenia spotkać się z nim w lepszym towarzystwie i to na całą wieczność? Czyż nie lepiej spotkać się przed obliczem Boga, o którym kochany Franciszek mówi, że On nigdy nie męczy się przebaczaniem?

 

 

 

 

Dlaczego?

 

 

W południowej Ameryce żyje sobie pewien sprytny motylek płci żeńskiej, składa on jajeczka, z których potem wyklują się larwy, na blaszce liścia, po czym ten liść delikatnie podgryza. Liść usychając zwija się w rulonik, który stanowi bezpieczne miejsce dla złożonych jajeczek. Nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego, gdyby nie to, że samiczka podgryza w ten sam sposób jeszcze sześć innych listków w najbliższym sąsiedztwie, nie składając w nich jaj. Mamy do czynienia z genialną inteligencją owego motylka. Co dzieje się dalej? Otóż ichni wróbelek widząc kilka zwiniętych ruloników podejrzewa, że ukrywają one coś „na ząb”. Rozdziobuje pierwszy i teraz mamy dwie możliwości. Prawdopodobieństwo, że trafi na właściwy jest niewielkie, ale jest. Oblizawszy dziób, otwiera pozostałe i tu rozczarowanie. Co ów wróbelek „myśli”? Ano, że jego odkrycie było zupełnym przypadkiem i na przyszłość nie należy zawracać sobie dzioba takimi znaleziskami. W wersji drugiej po rozłupaniu drugiego czy trzeciego pustego rulonika dochodzi do takiego samego wniosku. Jak zwał, tak zwał, choć pierwsze jajeczka zostały zjedzone, przyszłość następnych rysuje się nieźle. Skąd ten motylkowo – ornitologiczny wstęp? Zaraz wyjaśniam.

Zadawanie pytań jest niezbywalną cechą i potrzebą człowieka. Zadaje on te pytania, gdy tylko potrafi łączyć pojedyncze słowa w zdania. Wszyscy rodzice, nie wyłączając piszącego, znają aż za dobrze tę umiejętność 2 – 3 latka, która ulega pogłębieniu z każdym kolejnym rokiem. Niejeden raz doprowadzały nas te pytania do intelektualnej rozpaczy i wznoszenia rąk ku niebu z niemą prośbą o pomoc. Niestety ta pozytywna skłonność rodziców do słuchania pytań i odpowiadania na nie, z czasem u niektórych zanika. Co wówczas się dzieje? Ano gdy młody nie dostanie raz, drugi i trzeci odpowiedzi na swoje pytanie, gdy co gorsze widzi, że one denerwują dorosłych, przestaje pytać. Dochodzi do wniosku, że nie warto pytać i szukać odpowiedzi. I tutaj mamy owego wróbelka z początku naszych rozważań.

I młodszy i starszy człowiek, który nie otrzymuje odpowiedzi na swoje pytania czuje się zlekceważony, a nawet wzgardzony i często odpłaca podobnie  tym, którzy tak go potraktowali. To oznacza koniec relacji i dialogu z tymi osobami. Odpowiedzi poszuka gdzie indziej  i u kogoś innego. Ryzyko, że te źródła będą marnej jakości jest poważne. Ale jest też „pozytywna” strona tej sytuacji. Pytani mogą odetchnąć z ulgą. Ci smarkacze młodsi i starsi, którzy powinni siedzieć cicho i nie zawracać głowy dostojnym ekscelencją (bo to o nich mowa), nareszcie się od nich odczepią. Nie trzeba będzie szukać odpowiedzi na ich głupie i bezczelne pytania i nareszcie święty spokój. A że będą nas obojętnie mijali? Łaski nie robią! Pewien chłop przemycał przez granicę herbatę w worku na żarcie dla konia, który był zaprzężony do furmanki. Na pytanie żołnierza co jest w worku, zawsze odpowiadał:-  Żarcie dla konia, panie żołnierz, ale któregoś dnia „pan żołnierz” sprawdził zawartość i zdenerwowany krzyczy: – Chłopie to jest żarcie dla konia, to żre koń? Na to chłopina spokojnie – Panie żołnierz, nie chce, niech nie żre, jego sprawa. Otóż to!

Kościół w Polsce od kilku lat toczy ciężki kryzys, jest ten Kościół zasypywany setkami pytań. Zadają je ludzie głęboko wierzący, troszczący się o ten Kościół, zadają je z głębi swojego nieobojętnego serca. Kierują je do swoich kapłanów, biskupów i starszych w Kościele. Nie oczekują pochwał i uznania, chcą jedynie by na te swoje pytania otrzymali odpowiedzi. To może być początkiem dialogu i nawiązania ozdrowieńczych relacji. Co otrzymują w zamian? Przede wszystkim wyniosłe i podszyte lekceważeniem milczenie. Pytani zdają się mówić: – to my jesteśmy Kościołem i my decydujemy o nim. To my mamy powłóczyste szaty i głęboką mądrość malującą się na naszych twarzach. To my jesteśmy ekscelencje, eminencje, dyrektorzy i prałaci. To my mamy prawo was pouczać, a nie odwrotnie, będziemy mówili to co chcemy i co my uważamy za słuszne, a wy tam na kościele macie nas słuchać, co jest prawem i co jest sprawiedliwością. A jak wam się nie podoba to jesteście zarazą, drugim sortem i cali jesteście w grzechach.

Skoro tak, to wielu odpowiada – w porządku. Będziemy was omijać, będziemy omijać miejsca gdzie przemawiacie i nas pouczacie, abyście nie zarazili się od nas tą zarazą, albo jeszcze czymś gorszym. Będziemy ku waszemu oburzeniu, jeśli już będzie trzeba, zwracać się do was „proszę pana”. O to wam chodzi? Czy wy przestaliście sami sobie zadawać pytania? A może trzeba wam krzyczeć do ucha – halo, tu ziemia, albo jak ów sześciolatek do swojego dziadka – dziadku uruchom myślenie. Czy wy naprawdę nie widzicie, jak rozłazi się wam owczarnia? Czy nie żal wam tych owiec, które zaginą z powodu waszej gnuśności?

Tak to prawda, są nieliczni, którzy próbują na te pytania odpowiadać, ale zawsze według tego samego schematu. Świetnie to ilustruje pewna anegdota:” Jakiegoś profesora zapytano co sądzi o pracy doktorskiej młodego naukowca, odpowiedź była natychmiastowa – jest w tej pracy wiele nowego i ciekawego, po czym z uśmiechem dodał – tylko to co jest nowe, nie jest ciekawe, a to co jest ciekawe, nie jest nowe”. Owi biskupi usiłują sensownie odpowiedzieć na zadane pytania, tylko jeszcze dobrze nie zaczną a już jest „ale”. Ale nie jest tak źle, nie można uogólniać (pewnie, że nie można), nie wszyscy są tacy sami (ważne odkrycie), instrukcja mówi że… (instrukcje są po to, aby ich nie przestrzegać), to decyzja należy do stolicy apostolskiej, tym zajmuje się nuncjusz, proszę go pytać  (ha, ha, ha), mam nadzieję, że biskup (tu nazwisko) nie pogardza ludźmi, tylko krytykuje ideologię (ja nadziei nie mam, znaczy się niedowiarek), cała Polska wiedziała co robił pewien biskup, ale ja nie wiedziałem, to nie należy do mojej jurysdykcji, a w ogóle trzeba się modlić za kapłanów (nowsza wersja starego powiedzenia :” Idźcie dziadku dalej, niech was Bóg (ale nie ja) opatrzy” . Kto to powiedział : słowa, słowa, słowa?

Żeby nie było tak teoretycznie to kilka moich pytań, co nie nowe. Oczywiście, aż tak głupi nie jestem, żeby liczyć na odpowiedź. Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś zechciał odpowiedzieć, dlaczego nie odpowiada.

1/ Domyślam się, że część wiernych świeckich i duchownych modli się, wzorem pewnego księdza, o rychłe odejście do domu Pana, ks. Bonieckiego. Póki co pytam czy ów głupkowaty zakaz będzie uchylony?

2/ Pytam czy ktoś wreszcie zechce stwierdzić, że rozgłośnia i telewizja partyjna nie ma prawa używać stwierdzenia :” Katolicki głos w twoim domu”. Niech sobie będzie, niech robi co chce i popiera kogo chce, tylko bez „katolicki”

3/ Czy znajdzie się biskup/biskupi, którzy zapytają nuncjusza, dlaczego nie odpowiada na zadane mu pytania, może trzeba pofatygować się do jakiejś dykasterii watykańskiej i zapytać po co on nuncjusz jest, skoro jest mu obojętne co dzieje się w Kościele w Polsce. Dwaj poprzedni też uważali, że milczenie jest złotem.

4/ Czy sprzeczność między nauczaniem pewnego biskupa (wpływ zarazy na życie codzienne Polaków, oraz herezja ekologizmu),  a nauczaniem kochanego Franciszka, napawa innych biskupów przynajmniej niepokojem?

5/ Dlaczego nasi biskupi tak czuli na punkcie szóstego przykazania Dekalogu, są głusi wobec ósmego przykazania? Z telewizji tzw. publicznej dzień w dzień leje się kloaka kłamstwa, podłości i nienawiści, biskupi solidarnie milczą. Domyślam się jednak, że gdyby wyświetlono jakieś soft porno, och to by się działo. I proszę nie obrażać mojej inteligencji (chociaż tyle) i nie tłumaczyć mi, że przerwanie tego milczenia to byłoby wtrącanie się do polityki. Może także przy okazji warto wytłumaczyć licznym duchownym czym różni się Dobra Nowina od „dobrej zmiany”. Jeżeli jakaś pomoc potrzebna to mój adres znacie.

Proszę zrozumieć, nawet jeśli powyższy wywód uznacie moi biskupi za bezczelny, nawet jeśli uznacie wszystkich, którzy stawiają pytania za „ciemny lud”, to proszę wziąć pod uwagę, że my też jesteśmy( rozumiem, że dla niektórych z was jest to dużym dyskomfortem) ludem bożym, jesteśmy waszą owczarnią. Nie wiemy jakiego koloru była owca której poszedł szukać pasterz, wiele wskazuje na to, że była ona niegrzeczna i nieposłuszna, a jednak wziął ją na swoje ramiona. No to czekamy!

 

Celibat – tak czy nie?

 

 Jeżeli stawia się pytanie sobie samemu, to wypadałoby na nie odpowiedzieć, cóż kiedy nie potrafię, choć podejrzewam, że jestem w tym braku odpowiedzi w dobrym i licznym towarzystwie. Stąd też te kilka refleksji statystycznego wiernego, który w pełni korzystając  z daru kapłaństwa udzielonego moim bliźnim, nie może być obojętny w tej sprawie.

Wiadomo, że w pierwszych wiekach Kościoła nie był celibat obowiązkowy, co więcej św. Paweł wręcz zalecał, aby nawet biskup miał żonę i całkiem racjonalnie to uzasadniał. Oczywiście czas robi swoje, a otoczenie cywilizacyjne i kulturowe się zmienia więc i zmieniło się rozumienie i potrzeba celibatu. Jego późniejsze wprowadzenie, też nie wynikało jedynie z przyczyn duchowych. Arcybiskup Ryś stwierdza wyraźnie, że celibat nie należy w sposób konieczny do natury kapłaństwa. I to jest najważniejsze. Można i trzeba rozważać korzyści jakie on daje i straty jakie powoduje, ale to nieco inne zagadnienie.

Naturą kapłaństwa, jego istotą jest szczególne służenie Bogu i bliźnim. Zaryzykowałbym opinię, że jeśli czegoś współczesnemu katolikowi najbardziej brakuje, to nie ewentualnego braku celibatu u księży, ale tej szczególnej służby. Powiedziałbym brutalnie – co mi po celibacie tego czy innego księdza, gdy jego życie „zawodowe” niewiele ma wspólnego z tą szczególną służbą? Powstaje wobec tego, ważkie moim zdaniem pytanie, czy ta szczególna służba Bogu i bliźniemu, wymaga celibatu? I odpowiedź jak się wydaje wcale nie jest oczywista. Bez trudu można współcześnie wskazać ludzi, którzy w sposób piękny służą Bogu i swoim bliźnim, mając rodziny czy choćby nie wyrzekając się ich posiadania.

Mamy, nie dotyczy to tylko celibatu, takie naiwne przekonanie, że jak stworzy się ludzką normę, nawet piękną i w zamyśle pożyteczną, to ona niemal na zasadzie automatu, będzie działała. Tymczasem jak to się mówi, rzeczywistość „skrzeczy”. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie programów szkolnych i uniwersyteckich. Programy są tak rozbudowane, że ich całkowite zrealizowanie jest praktycznie niemożliwe, co nie znaczy, że te programy są złe. Na papierze wyglądają wspaniale, można nimi się szczycić, gdyby zgodnie z zamysłem ich autorów dało się je zrealizować, mielibyśmy genialnych absolwentów. Ktoś może powiedzieć, że cel jest piękny i wszyscy powinni do niego dążyć. Jeżeli chodzi o normy Boże, to zgoda, ale w przypadku ludzkich, niekoniecznie tak to działa. Trzymając się tego przykładu, jeżeli ktoś marzy o byciu siłaczką czy doktorem Judymem ( no może z lepszym zakończeniem) to czemu nie. Na co dzień brakuje  uczciwych, pełnych dobrej woli nauczycieli i lekarzy. Czy brak celibatu automatycznie spowoduje, że będziemy mieli więcej dobrych kapłanów? No właśnie to jest pole do dyskusji i rozważań, do szukania najwłaściwszych rozwiązań. Samo „nie, bo nie”, sprawy absolutnie nie rozwiązuje. Dobrze, że dyskusja na ten temat zaczęła się i trwa.

Nie jest żadną tajemnicą, a powszechnie doświadczaną rzeczywistością, że wielu kapłanów, którzy powinni być uświęceni  łaską celibatu, swoje zadania wypełnia gorzej niż przeciętnie. Tak wiem, że to ich wina, że nie rozumieją swojego powołania i nie rozumieją daru jakim jest dla nich celibat, że nie skorzystali z łaski całkowitego oddania się Panu. No to rączka w górę – kto z nas małżonków w pełni rozumie i w pełni wykorzystuje powołanie wynikające z przyjęcia sakramentu małżeństwa? Kto całkowicie powierza się Bogu w misji tworzenia rodziny?

Sam napisałem, że kapłaństwo jest szczególnym darem, ale tak naprawdę sądzę, że my wszyscy mamy od Boga jakiś szczególny dar, dar dopasowany do naszej osoby. Kapłan jak wiadomo jest z ludu i dla ludu. Lud nie produkuje herosów, choć tacy oczywiście się zdarzają, raczej trzeba przyjąć, że kapłani są takimi samymi grzesznikami jak każdy z nas. To na argument, że żonaci księża będą gorszyli nas faktem, że w ich małżeństwie, w ich rodzinie nie wszystko będzie piękne i wspaniałe. A w naszych katolickich małżeństwach i rodzinach jest zawsze pięknie i wspaniale?

Samotność jest jednym z najbardziej dojmujących doświadczeń człowieka, może być źródłem wielkich cierpień. Tak wiem, ksiądz który cierpi z powodu swej samotności, powinien ofiarować to cierpienie Bogu i jeszcze bardziej poświęcić się pracy. Jasne wszyscy powinniśmy swoje cierpienie ofiarować Bogu, a potem już będzie „z górki”. Dostaję szczękościsku, gdy słyszę takie rady, gdy ktoś tak „pociesza” cierpiącego. Czy można ustalić jedną normę ludzką dla wszystkich? W przepięknym filmie o życiu w klasztorze trapistów we francuskich Alpach – „Wielka cisza”, jest taka zabawna, ale dla mnie wzruszająca scena. Zakonnicy idą do swoich cel z miskami z jedzeniem, wszystkie podobne, ale czarnoskóry zakonnik, ma na swoim talerzu  jeszcze pokaźną bułę. Nie znam przyczyny, ale może to bardzo skromne jedzenie w czymś ważnym mu przeszkadzało, no to dostał dokładkę.

Paradoksalnie tak krytykowany klerykalizm, ma w celibacie sprzymierzeńca. Jeszcze raz powtarzam, bo nigdy za dużo, że wszyscy jesteśmy takimi samymi grzesznikami, ale norma celibatu powoduje, że jedni i drudzy uważają, że księża jednak trochę mniej. Inaczej mówiąc, jak w starym dowcipie, księża siusiają mniej, choć tak naprawdę siusiamy dokładnie tak samo. Celibat stawia księdza ponad zwykłych śmiertelników, ponad „dzieciorobów”, jak niektórzy subtelnie to określają, a stąd już tylko jeden krok od przekonania, że księżom wolno więcej, bo się poświęcają.

Jest jeszcze jedna sprawa, choć pisać i rozważać można jeszcze długo, ale to sprawa ważna . Jest nią faktyczne przestrzeganie celibatu przez duchownych. Trudno tu podawać jakieś konkretne liczby czy procenty, ale wygląda to chyba niepokojąco i mówią niektórzy duchowni, że jest to poważny problem i to problem nienowy. Zdaję sobie sprawę, że nie przestrzeganie ludzkiej zasady nie może być wystarczającym powodem do jej zniesienia, ale z pewnością powinno być powodem pogłębionej refleksji. Mamy wcale nierzadko skłonność do zalecania ideału i heroizmu, choć w moim przekonaniu Bóg tego od nas nie wymaga, a przynajmniej nie od wszystkich. Jezus mówi o naśladowaniu Go. Naśladowanie z natury rzeczy niesie w sobie pewną niedoskonałość w stosunku do oryginału, o idealnym naśladowaniu Jezusa możemy póki co jedynie mądrze pomarzyć.

Chleba i igrzysk

 

       Czytając fragmenty książki „Testament”, lektura „Roku 1984″ Orwella, może wydawać się powiastką na dobranoc. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, pierwszy raz czytałem „Rok 1984”, wydawał mi się groźną acz daleką i nieco fantastyczną wizją przyszłości. Zapewne nikt nie przypuszczał, jak szybko stanie się codzienną rzeczywistością. Pewnie,  czas płynie, technika rozwija się w oszałamiającym tempie, to i anturaż się zmienił. Z niepokojem i lekkim przynajmniej dreszczykiem czytaliśmy o orwellowskiej policji myśli, a dziś z własnej woli „nosimy” ją w kieszeni lub torebce. Jakby tego było mało, to ciągle domagamy się aby była ona coraz sprawniejsza i gotowi jesteśmy płacić za to spore pieniądze. Zaiste Orwell przewraca się w grobie. Perwersja? Ależ skąd! To takie przecież wygodne, przyjemne i sympatycznie nas uzależniające niczym, a właściwie tak samo jak narkotyk. A ministerstwo Prawdy, to przy dzisiejszej medialnej machinie, mały pikuś.

Kiedyś główna gazeta komunistycznej propagandy miała „wytłuszczony” podtytuł „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Proletariusze jednak wykazali mały entuzjazm do łączenia i rozłączyli się, a system diabli wzięli. Dziś wiele mediów wyznaje inne hasło:” Populiści wszystkich krajów, łączcie się”. W odróżnieniu od poprzedniego, to zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. Rzesza ludzi „kupuje je”, a w czasie wyborów radośnie głosuje na  populistów. Podstawowy problem z populistami polega na tym, że oni kłamią, ale ich kłamstwo, wbrew temu co mówi ludowa mądrość, że kłamstwo ma krótkie nogi – ma długie nogi.

Populiści wszelkiej maści i narodowości ogłaszają wszem i wobec, że odkryli wbrew prawom fizyki” perpetuum mobile”. Trzeba im tylko uwierzyć, a przynajmniej nie przeszkadzać, a wkrótce zbudują raj na ziemi, czy jak kto woli, nowy wspaniały świat. Że do tej pory nikomu się to nie udało? Nie szkodzi, widocznie za mało kochali swój kraj, który w efekcie zostawili w ruinie. Brakło im odpowiedniej wizji, chęci, a nade wszystko przekonania, że cel uświęca środki.  Ale to wszystko da się naprawić. Nie wierzcie drodzy obywatele, że nie ma pieniędzy, one są, tylko trzeba umieć je wydawać. Lud, jak wiadomo od czasów starożytnych, pragnie chleba i igrzysk. Lud chce wieść życie proste, bez zmartwień, bez pytania o przyszłość. Nie chce się stresować ciągłymi wyborami. Lud, czyli wielu z nas, wybiera według zasady – raz, a dobrze. Stąd do dziś niektórzy wierzą w płaską ziemię, ufoludków, a nie wierzą w globalne ocieplenie. Chemistralsi wierzą, że w smugach kondensacyjnych samolotów są rozpylane środki przeciw płodności, ale nigdy ich, znaczy się tych specjalnych samolotów, nie zauważono nad Izraelem. Antyszczepionkowcy są przekonani, że dzieciom podaje się rtęć z wycofanych termometrów rtęciowych, tak aby koncerny farmaceutyczne mogły te dzieci później leczyć za niemałe pieniądze. Niektórzy wierzą również w…, no dobra nie piszę felietonu politycznego, to nie napiszę w co wierzą, ale jak ktoś czyta moje artykuły, to się domyśli.

Z tym chlebem, który to chleb mają rozdawać populiści, może być kłopot, ale igrzyska – czemu nie. Formuła tych znanych ze starożytności się wyczerpała, na nie trzeba było mieć sporo kasy. Te lwy, tygrysy, gladiatorzy, to wszystko kosztuje. A przecież dziś nawet zwyczajny cyrk powoduje protesty tych wegetarian, cyklistów i całego tego zielonego tałatajstwa. Kochany Franciszek wprawdzie ich gorąco popiera, ale on nie rozumie, zresztą nie tylko tego, że ziemię trzeba czynić sobie poddaną. Nic to, wyślemy do Watykanu delegację myśliwych i drwali, a oni przedstawią Franciszkowi nową wykładnię teologiczną interesującego nas cytatu z Biblii i wręczą mu odznakę honorowego łowczego z zieloną czapeczką i piórkiem ptaszka ustrzelonego w ramach czynienia sobie ziemi poddanej.

Byłoby jednak błędem sądzić, że dziś igrzysk nie da się zorganizować. Główny bohater „Psów” Pasikowskiego mówi do przewodniczącego komisji weryfikacyjnej:” Czasy się zmieniają, ale pan jest zawsze w komisjach”, czasy więc się zmieniają, ale w odróżnieniu od pana przewodniczącego, igrzyska też muszą się zmieniać. Co więcej przy odpowiedniej inwencji i logistyce takie igrzyska są praktycznie bezpłatne. Wystarczy „rzucić” nośne, „zapładniające” hasło i już znaczna część społeczeństwa radośnie bije brawo i na dodatek czuje się wspólnotą. Dla populistów to jest gwiazdka z nieba, dar losu, czy jak niektórzy mówią „dar nieba”, oczywiście taki „dar nieba” przysługuje tylko wybranym. Z wrodzonej skromności przyznaję, że owego daru nie otrzymałem i nie zostałem zaliczony do wspomnianej wspólnoty.

W roku 2015 wierzącemu narodowi rzucono na pożarcie, znaczy się do refleksji, temat do rozmyślania pt. uchodźcy. Emocje sięgnęły zenitu. Pewien bardzo ważny i pobożny polityk, któremu nie starczało „do pierwszego”, postanowił, że komu innemu będzie głosił „Dobrą Nowinę”, a komu innemu „Dobrą zmianę”. Uchodźcom postanowił, wprawdzie w wielkim zatroskaniu nieustannie malującym się na jego twarzy, głosić „Dobrą zmianę”. Po prostu mieli pecha – to się zdarza i nie ma co wylewać łez, jeżeli już to krokodyle.

Barbarzyńcy nadciągają – to był przekaz dnia, od którego mnóstwo chrześcijan rozpoczynało poranną modlitwę. Barbarzyńcy będą zabijać, a już na pewno gwałcić nasze kobiety. Odszczepieńcy od prawdziwej wiary nieśmiało zauważali, że niemal sto procent zabójstw i gwałtów dokonują osobnicy, którzy w paszporcie mają obywatelstwo polskie, a w kościele parafialnym metrykę Chrztu św. Istnieje jednak domniemanie, że Polak – katolik jest od czasu Mieszka I, organicznie niezdolny do takich czynów i to wroga propaganda „ulicy i zagranicy”.  Barbarzyńcy mieli także likwidować nasze kościoły, choć można przypuszczać, że zlikwidują się one same, jak zabraknie wiernych.

Igrzyska, jak to igrzyska, znudzą się lwy i tygrysy, to na arenę trzeba wpuścić inne potwory. Ludzie uwielbiają się bać, nawet tacy dżentelmeni , którzy z nudów liczą kraty w oknach, szczerze boją się o swoje i nie tylko, dzieci, co serio wskazuje, że jest i powinna być dla nich nadzieja. Spece od inżynierii społecznej ruszyli głową (?) i wymyślili potwora Gender (zainteresowanych odsyłam w ramach kryptoreklamy, do mojego wpisu „Baśń o potworze Gender), dodali seksualizację żłobków i przedszkoli, a na deser LGBT. „Ciapaci” gwałcili, zabijali i likwidowali święty Kościół Powszechny, ci mają zamiar robić dzienny desant wszędzie tam, gdzie pojawią się nasze pociechy czyli jedna wielka tęcza nad katolickim państwem narodu polskiego.  Lud się ucieszył, wprawdzie służba zdrowia w stanie zapaści, w edukacji zamęt ( wolałbym użyć innego słowa, ale to jest katolicki portal), a igrzyska w pełni. Ludzie się nie nudzą, znowu jest o czym rozmawiać i o czym się kłócić przy rodzinnym stole. A przede wszystkim jest nowy obiekt nienawiści i nowy produkt uboczny „Divide et impera” .

Populiści wszakże nie są głupi. Wiedzą, że po przekroczeniu masy krytycznej, lud zacznie się rozglądać za wszelkiego rodzaju chlebem i wtedy ich los wkroczy w fazę mniej komfortową. Dlatego tylko udają, że oni jedzą jak lud, odpoczywają jak lud i najważniejsze, że czują tak jak lud, którym tak naprawdę gardzą i radzą mu, żeby za…….., znaczy się pracował za miskę ryżu.

W czasach PRL-u był taki zabawny dowcip: „Pani na lekcji pyta się, czy ktoś zna jakiś patriotyczny wierszyk. Wstaje Jasiu i recytuje: Była sobie kotka patriotka, urodziła kociąt pięć – cztery partyjne, a jedno nie. Zachwycona pani za tydzień w czasie wizytacji, prosi Jasia o powtórzenie wierszyka. Jasiu wstaje i recytuje: Była sobie kotka patriotka, urodziła kociąt pięć, jedno partyjne, a cztery nie. Ależ Jasiu –  protestuje nauczycielka, tydzień temu mówiłeś, że cztery były partyjne. Tak proszę pani, ale one już przejrzały na oczy.”

Nie ulega wątpliwości, że lud prędzej czy później też przejrzy na oczy i wtedy zobaczy faktycznie naszą Ojczyznę w ruinie i rad nierad będzie musiał wziąć się za pracę. Igrzyska wprawdzie rzecz fajna, ale jeść trzeba, tego nawet populiści nie zmienią.

Edukacja czy demoralizacja?

 

 

Kiedyś po spotkaniu z młodzieżą, podeszły do mnie dwie dziewczyny i poprosiły o chwilę rozmowy. Łączyła je wielka przyjaźń i wzajemna fascynacja erotyczna. Zapytałem czy rozmawiały już z kimś o tym. Okazało się, że z księdzem. Pytam co im powiedział i słyszę odpowiedź – że wyrośniemy z tego.

Łacińska sentencja głosi, że jak on i ona są sam na sam ze sobą, to należy przypuszczać, iż nie odmawiają „Ojcze nasz”. Chciałoby się powiedzieć – bingo!

Czytam kolejne instrukcje Episkopatu skierowane do rodziców, w których to biskupi ostrzegają rodziców przed zaplanowaną, wiadomo przez kogo, demoralizacją dzieci i młodzieży, jaka ma się dziać w szkole. Wygląda na to, że jakieś lotne brygady demoralizatorów będą wdzierały się do szkół i przedszkoli, by pod groźbą braku promocji do następnej klasy gwałcić niewinne dziateczki przez uszy. Ja się nawet tym biskupom specjalnie nie dziwię, oni uważają, podobnie jak ów ksiądz, że należy nic nie robić, a dziateczki po prostu z tej fascynacji erotycznej wyrosną. Potem oczywiście zachowując niewinność doczekają sakramentalnego ślubu i zostaną rodzicami. Idąc za światłymi radami wielu duchownych seks małżeński, bo jakiż może być inny, poświęcą na pomnażanie dzieci. Radość i przyjemność z przeżyć seksualnych? No cóż, takie niezaplanowane skutki uboczne. Najlepiej ograniczyć, skutki oczywiście, do minimum. W dni postne i święta nakazane seksu nie uprawiać. W razie potrzeby stosować zimny prysznic i gimnastykę, na pewno pomoże.

Kpię sobie, a co innego mogę zrobić? Biskupi, a za ich przykładem wielu duchownych, uważają, że wbrew przytoczonej sentencji on i ona sam na sam ze sobą, jednak to „Ojcze nasz” odmawiają. Oczywiście, jeśli oni taką potrzebę wspólnej modlitwy mają, to wielki szacunek, ale delikatnie mówiąc nie sądzę, żeby to zjawisko było powszechne. Ja wiem, że ideałem byłoby aby on i ona trzymając się za ręce byli w takiej odległości od siebie, aby „Duch Św. mógł się zmieścić między nimi” (autentyczna rada katechetki).

Szanowni księża biskupi z pewną taką nieśmiałością pragnę zauważyć, że wy nie macie” zielonego pojęcia”, o czym myśli młodzież i starsze dzieci, co ich interesuje i co oglądają i o czym rozmawiają z rówieśnikami. Kiedy i jak często się z nimi spotykacie, rozmawiacie, co wy wiecie o ich przeżyciach, lękach i niewiedzy? Słusznie zauważył O. Oszajca, że ksiądz ma takie pojęcie o małżeństwie, jak wilk o gwiazdach, dokładnie takie same macie pojęcie o młodzieży. Moglibyście wprawdzie przypomnieć sobie jak to z wami w młodości bywało, ale… i tu dygresja. Zdarzyło się, że moja siostra wracała z pracy ze swoim kierownikiem. Z daleka widać nadjeżdżający autobus, więc siostra proponuje, że jak podbiegną, to go „złapią”. Pani Agnieszko, nie mogę – stwierdza kierownik. – Dlaczego – dziwi się siostra? Pani Agnieszko stanowisko nie pozwala – brzmi odpowiedź. Myślę, że stanowisko biskupów nie pozwala im przypomnieć sobie własnych kłopotów i kompletnie je wyparli z pamięci. Ja jestem mniej więcej w wieku naszych biskupów i doskonale pamiętam swoje zagubienie i brak życzliwej pomocy, no ale ja nie mam stanowiska.

Zadziwiająca jest też retoryka tych ostrzeżeń. Biskupi podobnie jak ja, doskonale pamiętają czasy PRL-u. Wtedy według rządzącej partii komunistycznej, zdrowa część klasy robotniczej była deprawowana przez żądnych władzy zachodnich imperialistów. To była owa słynna „ulica i zagranica”, czyli rodzimi wichrzyciele plus mityczny spisek środowisk, których jedynym marzeniem było zawładnąć naszą socjalistyczną Ojczyzną i natychmiast ustawić się w kolejce po chleb i mąkę. Dziś każdy jako tako zorientowany wie, że „tęczowa zaraza”, gender, niewiara w Boga i całe to szatańskie LGBT, to określone środowiska w naszym kraju i wicher zła z Unii Europejskiej. Bez tego w naszym kraju pierwsze pozdrowienia byłyby jak Chrystusa wyznanie, a dziateczki płci obojga z białymi liliami wznosiłyby do nieba wdzięczne hosanna i „alleluja i do przodu”.

Ale tak na poważnie szanowni księża biskupi, to wasze apele i instrukcje to owa musztarda po obiedzie. Dzieci i młodzież jest już tak „uświadomiona”, że to wasze dostojne zgromadzenie zemdlałoby zapewne z wrażenia, gdyby „nausznie” o tym się przekonało. Niemal każdy nastolatek, bez niczyjej pomocy, a w szczególności pomocy deprawatorów seksualnych, ma w swojej kieszeni takie prostokątne „pudełko”, a w nim tyle „uświadomienia”, że brakłoby życia, by się z nim zapoznać w całości. I to wcale nie jest śmieszne. To jest połączenie kłamstwa na temat ludzkiej seksualności z obrzydliwością przekazu. I to jest fakt, a nie wasze urojone lewactwo, które nie ma nic innego do roboty tylko deprawować naszych młodych. Seks to kasa, seks świetnie się sprzedaje i niepotrzebna jest do tego żadna ideologia, seksu nie trzeba reklamować!

My chrześcijańscy rodzice i dziadkowie nie mamy tyle pieniędzy, by na tym polu konkurować, ale powinniśmy mieć odwagę, by ukazywać młodym ludziom, stosownie do ich wieku, piękno ludzkiej płciowości i przekazywać, że jest ona darem Najwyższego. Powinniśmy tak ich wychowywać, aby z tego daru rozumnie  i odpowiedzialnie korzystali. Powinniśmy – gorzki śmiech, ilu rodziców to czyni, a ilu uważa, że jak dorosną to sami się dowiedzą – jasne, że się „dowiedzą” i to raczej wcześniej niż dorosną.

Proszę nie wciskać mi głupot, to ja odpowiadałem na pytania starszych dzieci i młodzieży, na setki pytań, to ja widziałem ich bezradność i zagubienie w tym temacie. To ja, mam taką nadzieję, prostowałem ich myśli a nie wy. Stać was na wszystko, tylko nie na to by wykształcić i odpowiednio zapłacić, ludziom, którzy podjęliby się zadania szczerej rozmowy z młodymi w duchu chrześcijańskich wartości. W tych okolicznościach edukacja w szkole jest sensowną propozycją, choć jak najbardziej zgadzam się, aby rodzice zachowali czujność. Nie da się wykluczyć udziału ludzi nieodpowiedzialnych czy zwyczajnie głupich. Czy wy naprawdę uważacie, że po lekcji o antykoncepcji (zakładam, że uczciwie przeprowadzonej) męska część klasy rzuci się do okolicznych kiosków i wykupi cały zapas „gumek”, by wieczorem wypróbować je z koleżankami z klasy? Czy wy uważacie, że dzisiejsze dziewczyny na dźwięk słowa „seks”, czerwone ze wstydu, ukryją twarz w dłoniach?

To, że dzieci i młodzież jest „wychowywana” przez Internet, wulgarne rozmowy i świat, jest też waszą zasługą. Torpedujecie, jak sięgnę pamięcią, jakiekolwiek próby poważnej rozmowy na ten temat. Mógłbym jeszcze opowiedzieć o parodii jaka  często działa się i dzieje się na tzw. kursach przedmałżeńskich, tylko już wypaliłem się w tym temacie po latach użerania się z waszymi podwładnymi, aby robić to z sensem, a nie „na odwal się”. Możecie nazwać strusia krową, ale mleka z tego nie będzie (holenderskie powiedzenie). Nie cofniecie życia fal (A. Asnyk), daleki jestem od przekonania, że należy się położyć na tych falach w wygodnej łódeczce i płynąć z prądem. Łódź potrzebuje mądrego sternika i odpowiedzialnych wioślarzy. Możecie próbować zawracać Wisłę kijem, ale już był jeden taki, który trudził się wtaczaniem kamienia na wysoką górę. Nie radzę go naśladować!

 

Policjant w kościele

 

 

Wezwanie policji do trzynastolatka, który wyjął Hostię z ust, jest skandalem samym w sobie, ale w tym gorszącym głupotą (wierzę, że nie złą wolą) wydarzeniu, niczym w soczewce, skupiają się niektóre problemy Kościoła w Polsce. Zacznijmy od mniej ważnych (mimo wszystko).

Etymologia słowa „bezmyślność” jest oczywista – oznacza działanie czy postawę pozbawioną myśli, czyli najważniejszej cechy konstytutywnej człowieka. Jak bardzo trzeba być bezmyślnym, aby do dzieciaka, nawet niesfornego wzywać policję. Czy ktoś z tych mędrców pomyślał z jakim „religijnym” bagażem to dziecko wejdzie w swoją dorosłość?

Brak myślenia przekłada się na niemożność zobaczenia konsekwencji swego czynu, choć akurat w tym przypadku było to łatwe. Fala oburzenia i zgorszenia nie wyleje się na głowy tylko tych księży, ale na cały nasz Kościół. Zestawienie dzieciak i policja w kościele, brzmi gorzej niż fatalnie. Nawet jeśli ten chłopak miał niecne zamiary (choć nic na ten temat nie wiadomo), to i tak prawnie za nie, nie odpowiada. Słusznie zauważył ks. A. Wierzbicki, że może należało tego mało dorosłego człowieka poczęstować herbatą czy ciastkiem i zwyczajnie z nim porozmawiać.

W ostatnim czasie co i rusz mamy do czynienia z bezmyślnością niektórych ludzi w sutannach. Jeden z nich wpadł na pomysł palenia, nieprawomyślnych, według niego oczywiście,  książek przy kościele. Cholera, czy on nie uczył się do jakiej to tradycji  nawiązuje? Film Sekielskich wstrząsnął milionami Polaków, ale gdański biskup:” byle czego nie będzie oglądał”. Narodowcy odkrywają nową symbolikę różańca – solidnie wykonany, owinięty wokół zaciśniętej pięści, może służyć jako kastet do walenia po mordzie przeciwnika. Reakcja złotoustego rzecznika KEP, jak zawsze w górnych rejestrach dyplomacji. Tak powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć.

Sprawa druga. Przekonanie ludzi Kościoła, że tam gdzie oni sobie nie radzą w  duszpasterstwie, trzeba sięgnąć po pomoc władzy państwowej, nie jest niczym nowym i zawsze w efekcie budzi zgrozę. W tym konkretnym przypadku, po za wszystkim budzi totalne zdziwienie. Co ma policja do tego, że nastolatek niegodnie postąpił z Hostią? Nie wiem, czy policjanci byli wierzący czy nie, ale z pewnością w akademii policyjnej nie uczono ich teologii Eucharystii. Można wezwać do naprawy szwajcarskiego zegarka, kowala, ale jak to skomentować? Czy następnym wygłupem będzie żądanie okazania zaświadczenia o tym, że było się u spowiedzi, oczywiście z odpowiednią datą ważności? Istniało przypuszczenie, że owa Hostia może być użyta jako rekwizyt w czasie Halloween i tu refleksja – najpierw rozpętuje się idiotyczną histerię z jakiegoś,   niezbyt mądrego obyczaju, a potem mamy to co mamy. Słusznie zauważa ks. A. Draguła, że prawdziwym opętaniem nie są jakieś amulety, czy wydrążona dynia, ale nienawiść. I niech nikt nie wciska mi głupoty, że nie wiem czym dla katolika jest konsekrowana Hostia, ale czy nam się to podoba czy nie (niektórym zdecydowanie się to nie podoba) czasy rozpalania stosów dla heretyków dawno minęły i nie ma co robić rekonstrukcji tamtych wydarzeń.

Profanacja Hostii, czy choćby jej lekceważenie, jest dla katolika czymś co boli, co wzbudza sprzeciw, a nawet gniew. Nie potępiam tych księży, raczej sądzę, tak jak rzecznik kurii, że ta sytuacja ich przerosła. Ale chcę jeszcze pod namysł i refleksję poddać sprawę, która bezpośrednio łączy się z wydarzeniem w Bełchatowie.

Proponuję uważną lekturę tych fragmentów Ewangelii, gdzie jest mowa o tym jak znieważano Jezusa w czasie Jego ziemskiej wędrówki, ze szczególnym uwzględnieniem Jego na to reakcji.

Przecież On był bez przerwy wyśmiewany, obrażany,  a na  końcu pohańbiony i niesprawiedliwie skazany na okrutną śmierć. Od zarzutów, że coś jest nie tak z Jego głową, aż po porównywanie Go do Belzebuba. Miłośnicy mięsa wieprzowego proszą, aby opuścił ich krainę, jakaś wioska nie chce udzielić Mu gościny (gorliwcy chcą ją spalić, ale On zakazuje), faryzeusze zarzucają Mu wszelkie możliwe grzechy. Sługę arcykapłana, który uderzył Go w twarz, mógł tak potraktować, że nakryłby się nogami. A On? Tłumaczył, uzdrawiał, kazał kochać nieprzyjaciół, owszem pouczał i krytykował, ale nie przypominam sobie, aby komuś dał w zęby i wołał na pomoc Rzymian. Można było tym ostatnim dać  jakąś „wziątkę”, jakiś mały cud uczynić np. wodę zamienić w wino, i już by Żydzi odczepili od Niego.

Ja wiem, że niektórym śnią się po nocach te hufce anielskie, które Jezus mógłby wezwać na pomoc, aby zrobiły porządek z tymi, z którymi było Mu nie po drodze, ale to nie ta bajka i nie ta Nowina.

Pewien generał na łożu śmierci na sugestię spowiednika, aby przebaczył swoim wrogom, odpowiada kapłanowi, że ich nie ma. Ależ ekscelencjo – mówi ksiądz – każdy ma jakiś wrogów. – Nie mam wrogów – ostatnim wysiłkiem dyszy generał, wszystkich których miałem kazałem rozstrzelać. Czy my jesteśmy uczniami Jezusa czy kadetami ze szkoły generała?

Na jezuickim obozie duszpasterstwa akademickiego, przy ognisku śpiewaliśmy, że każdy spotkany łazik, to nasz brat. Czy współczesna wersja ma brzmieć, że każdy spotkany łazik, to mój wróg do którego trzeba wzywać władzę państwową?

Ludzie puknijcie się w głowę, jak echo nie poniesie to jest nadzieja, której sobie ( bo nie jestem impregnowany na głupie myśli) i innym szczerze życzę.

Mam do Was żal!

                                                    

„Kto może powiedzieć: „Nikt przeze mnie nie płakał. Nigdy w nikim nie wzbudzałem strachu”  (Egipska Księga Umarłych)

 

Ludzkie łzy są jedyną wydzieliną ludzkiego ciała, która nie budzi u innych dyskomfortu. Może dlatego mówi się, że na ludzkiej krzywdzie, której wyrazem są łzy, nie da się niczego trwałego zbudować. Nie mam do nikogo żalu, że głosował na taką czy inną partię, każdy wolny człowiek ma i powinien mieć prawo wyboru. To dotyczy każdego z nas, niezależnie jaką funkcję pełni, czyli także duchownych, od wikarego począwszy na kardynale skończywszy. Nie jestem naiwny, każda władza popełnia błędy, chciałoby się powiedzieć – niestety. Są one wpisane w ludzką niedoskonałość od której nikt nie jest wolny. Nie znaczy to, że obojętność na te błędy jest usprawiedliwiona, bo „wszyscy są tacy sami”. Nieprawda, nie wszyscy są tacy sami, nie wszyscy muszą być tacy sami!

Kościół rozumiany jako jego hierarchia, jako jego przełożeni i starsi, ma obowiązek upominać się o skrzywdzonych, o ich prawa i dobre imię. To także jest istota ich powołania, ich służby Bogu i bliźniemu i nie da się tego rozdzielić. Pasterz obojętny na krzywdę choćby jednej owcy powierzonej jego pieczy, popełnia niegodziwość! On ma nie tylko zaginioną owcę odszukać, ale wziąć ją na ramiona, doprowadzić do stada i cieszyć się z tego. Dlatego chcę jasno powiedzieć moim pasterzom : mam do was żal. Mam do was żal, że nie reagowaliście, gdy waszym owcom działa się krzywda. Milczeliście gdy działy się rzeczy wołające o pomstę do Boga. Bóg nie jest mściwy i was do tego bynajmniej nie namawia, ale jeśli wy milczycie, to rezygnujecie z bycia sumieniem katolickiego społeczeństwa.

Do współczesnej polszczyzny weszło w użycie nieco żartobliwe stwierdzenie :” nie chcem, ale muszem”. Ja też nie chcę, ale będę wracał do tego co boli, do tego co nie pozwala na zagojenie się rany.

Legitymizujecie władzę, która świadomie podsycając naturalne ludzkie lęki, spowodowała przerażającą obojętność wobec ludzi, którzy poszukując drogi wyjścia z piekła wojny, toną w morzu. Ta władza bez przerwy powołująca się na Kościół, odmówiła pomocy nawet rannym dzieciom i ich matkom. Nie potrafiliście, czy nie chcieliście jasno zawalczyć o realną pomoc dla nich, choć było to możliwe. Gdy tysiące ludzi ginęło, nie stać was było, na apel o to by wierni, którym przewodzicie podzielili się swoim dobrobytem z tymi ludźmi. Zajmowała was w tym czasie urojona zagłada pt. Gender.

W sprawie pedofilii  i wykroczeń duchownych związanych z szóstym przykazaniem Dekalogu, biskupi jako całość zachowują spokojny dystans, choć jak napisał Sz. Hołownia powinni „w popiele i na kolanach”. Pojawiają się ostatnio głosy, które dają jakąś nadzieję, choć spóźnione i wymuszone okolicznościami. Brakuje dramatycznie gestu autentycznego pochylenia się z miłością nad ofiarami zbrodni, które popełnili wasi podwładni, nierzadko przy waszej całkowitej obojętności. Mam do was żal, że zasłoniliście wasze oczy na gest kochanego Franciszka całującego w rękę skrzywdzonego człowieka i nie ma znaczenia jego późniejsze zachowanie. O moralne i prawne zadośćuczynienie ofiary muszą walczyć w sądzie, muszą je wręcz wyrywać. Na obrzydliwe zachowanie księży Chrystusowców (!) zwracało uwagę wielu wybitnych przedstawicieli Kościoła, ale nie było wśród nich żadnego z was. Oczywiście jak zwykle obłudne oświadczenia o granicach wasze jurysdykcji, tak jakbyście nie byli biskupami Kościoła Powszechnego. Czy na Sądzie Ostatecznym będziecie pokazywali mapy z zaznaczonymi granicami diecezji? Ten argument pokazuje waszą małość.

Mam do was żal za pochwałę chamskiego i niechrześcijańskiego wpisu jakiego dokonał pracownik IKEI, ale milczeliście gdy zasłużonego w walce z przestępcami człowieka, ciągnięto przez pół Polski, by przedstawić mu absurdalne zarzuty. Paradoksalnie docenili go  przestępcy, którzy o mało go nie zabili. Milczeliście gdy w sejmie protestowali niepełnosprawni, gdy słowem i czynem poniewierano ich matkami. Jeden z was obiecał się modlić, a drugi, co szczególnie mnie zabolało, stwierdził, ze Kościół nie jest od pisania ustaw, tak jakby protestujący tego od was oczekiwali.

Mam do was żal, że bez przerwy uczulacie nas na grzech kłamstwa, ale ze spokojem, podchodzicie do faktu, że telewizja oszukańczo nazwana publiczną, kłamie w dzień i w nocy. Za nic macie losy ludzi już nie tylko opluwanych w tej telewizji, ale oblewanych szambem.

Mam do was żal o rozpętanie histerii i wrogości wobec środowisk LGBT. Ci ludzie są tak samo grzeszni jak i my wszyscy, ale to na ich osobach ćwiczycie wrogość wobec inności, której owoce już widzimy. Przykład Białegostoku niczego was nie nauczył. Określenie „tęczowa zaraza” zapisze się w historii Kościoła w Polsce haniebnymi zgłoskami. Zapewne ta sama jurysdykcja diecezjalna spowodowała, że nikt z was nie zwrócił uwagi hierarsze na podłość tego określenia, zresztą niejednego.

Mam do was żal, że nie uszanowaliście cierpienia, rozpaczy i śmierci P. Szczęsnego, mamy właśnie kolejną rocznicę tej tragedii. Najbardziej zainteresował was jego grzech, choć ten, w tej szczególnej sytuacji, powinniście zostawić osądowi miłosiernego Boga. Zgodziliście się waszym milczeniem, na ukaranie kapłana, który w przejmujących słowach pochylił się nad tą tragedią. Pozwalacie by tak zasłużonego w oczach wiernych księdza, gnębił jakiś malutki, zawistny o doczesną chwałę, przełożony. Milczeliście, gdy mściwy biskup na oczach całej Polski poniżał księdza, który miał odwagę mówić o was prawdę. Z pięknej, starej maksymy mówiącej o tym, że milczenie jest złotem, zrobiliście żałosną parodię.

Mam do was żal, że nie potraficie powiedzieć, za prorokiem naszych czasów O .L Wiśniewskim, że nie są katolickimi mediami, te które szczują jednych ludzi przeciwko drugim, które wprowadzają podział miedzy wiernymi, które bezwstydnie angażują się w walkę polityczną. Biorą za to judaszowe pieniądze, budząc powszechne zgorszenie.

Mam do was żal, że nie wiecie o co chodzi, gdy wszyscy inni wiedzą o co chodzi. O zaciśniętej pięści z różańcem – nie wiecie, czy nie chcecie wiedzieć? O gorszącym stylu życia znanego biskupa nie wiecie czy nie chcecie wiedzieć, o tym, że jego ofiary nie mogą doprosić się sprawiedliwości, też nie wiecie? Ja na katechezie w szkole podstawowej uczyłem się, że każdy mój grzech uderza nie tylko we mnie, ale w całą wspólnotę Kościoła. Nie ma prywatnych grzechów! Kiedy po 1989 roku w przestrzeni niechętnej Kościołowi funkcjonowało głupie i obraźliwe powiedzenie „księża na księżyc”, do głowy mi nie przyszło, że za kilkanaście lat sami ten „postulat” zrealizujecie. Mieszkacie na innej galaktyce, jesteście jedynymi, którzy nie widzą i nie słyszą, jaka tragedia dzieje się w naszej Ojczyźnie, gdzie brat zabija brata słowem i nienawiścią. Nie trzeba czekać czasów ostatecznych – już dzisiaj brat powstaje przeciwko bratu, syn przeciw ojcu. Gdzie wy jesteście?

Mam do was żal, że godzicie się na podział ludu Bożego na sorty. Gdzie byliście gdy po katastrofie smoleńskiej dzielono nasz naród na dwa wrogie obozy, gdzie byliście gdy wbrew prawu ludzkiemu i Bożemu bezczeszczono groby ofiar tej katastrofy? Gdzie byliście gdy po twarzach bliskich tych ofiar płynęły łzy? A przecież wielu z was aktywnie włączyło się w kopanie tej przepaści między dziećmi tego samego Boga.

Mam do was żal, że znalazł się tylko jeden sprawiedliwy wśród was, gdy padły głęboko niechrześcijańskie słowa o nihilizmie po za Kościołem katolickim.

Mam do was żal, że w tych trudnych czasach, zamiast jak ów „biskup w buciorach”, jak kardynał Krajewski, iść do tych, którzy cierpią samotność, brak chleba, którzy pragną Boga, ale go nie znajdują, wy obradujecie na tych swoich słynnych posiedzeniach i ogłaszacie równie słynne listy.

Mam do was żal, że zamiast zająć się pracą u podstaw, która mogłaby przywrócić młodemu pokoleniu wiarę w prawdziwą miłość, mogłaby mu pomóc w rozumieniu daru seksualności, serwujecie mu intelektualne i religijne gnioty, wystawiając piękno ludzkiej płciowości na śmiech i zażenowanie. Swoje lenistwo duszpasterskie usiłujecie przerzucić na prawo państwowe, zapominając, że to wy macie przemieniać serca z kamienia na serce z ciała.

Pisząc to wszystko zdaję sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze wiem, że się powtarzam, o niektórych sprawach już pisałem wcześniej. Jeżeli do nich wracam to nie dlatego, że jestem gorszy od Wehrmachtu (głos prawdziwego katolika w komentarzu), tylko dlatego, że to jest też mój Kościół i nie wyobrażam sobie abym mógł go opuścić. Mam głębokie przekonanie i wiedzę, że wielu wspaniałych ludzi – duchownych i świeckich należących do tegoż Kościoła, zwraca uwagę na to samo co i ja. Nie poszywam się pod nich dla sławy, ale przyłączam się do nich, do ich głosów, które w niepojęty sposób są lekceważone przez starszych w Kościele. To jest pycha i grzech zaniechania. Mam takie samo prawo jak wy, by mówić gdzie widzę grzech i zło. To prawo otrzymałem, gdy przez Chrzest św. zostałem włączony do wspólnoty chrześcijańskiej Kościoła Katolickiego.

Po drugie, świadomie używam słowa „żal”, a nie „pretensje”. To drugie kojarzy mi się w jakimś stopniu z agresją, złością i nachalnym dopominaniem się o uznanie swojej racji. Słowo „żal”, którego używam jest raczej prośbą o zmianę, o nowe otwarcie, o soborowe aggiornamento, czas na to najwyższy! Za kochanym Franciszkiem, ja nic nie znaczący chrześcijanin proszę byście wstali z waszej wygodnej kanapy, żebyście odpowiedzieli na słowa apostoła Pawła i odmienili się w waszym myśleniu. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to pompatycznie i zarozumiale, że to świadectwo mojej urojonej wielkości. Może tak być, jest mi to obojętne, ale tak mówię, bo nie jest mi obojętny mój Kościół.

Wreszcie po trzecie, również zdaję sobie sprawę, że pisząc w liczbie mnogiej, wielu wspaniałych duchownych może poczuć się skrzywdzonych zarzutami, które w ich osobach są niesprawiedliwe. Dlatego kolejny raz powtarzam myśląc o nich – to wy jesteście solą tego Kościoła.

 

Zły i dobry lekarz

 

 

 

Co robi zły lekarz gdy przychodzi do niego pacjent? Zawsze przypomina mi się przy tym pytaniu dowcip rysunkowy A. Mleczki. Za biurkiem siedzi lekarz, po drugiej stronie jakaś totalnie zabiedzona osoba, skóra i kości, na łysej głowie sterczy kilka włosków. – To co – mówi on – radzi pan doktor, że najlepiej kamień do szyi?

Ale już tak na poważnie. Zły lekarz jest…zły, że przychodzi do niego pacjent. Zły lekarz nie słucha tego, co mówi chory, bo on wie lepiej, co pacjentowi dolega, a po za tym więcej szacunku do lekarza. Coś tam oczywiście przepisze, choć znałem lekarza, który po obejrzeniu zdjęcia rentgenowskiego bolącego stawu kolanowego obwieścił:” święty boże, nie pomoże” i tym optymistycznym stwierdzeniem zakończył terapię. To nie jest satyra na złych lekarzy, choć to wszystko przetestowałem na swojej osobie.

Co robi dobry lekarz? Dobry lekarz przede wszystkim słucha, co mówi pacjent: co go boli, gdzie pojawiają się trudności, z czym ma kłopoty, co w jego organizmie, jak to się kiedyś mówiło, szwankuje. Jeżeli jego wiedza jest zbyt mała, a przypadek skomplikowany, to radzi się innych lekarzy i szuka odpowiedzi na postawione pytania. Znałem lekarzy, którzy mówili mi, że nie mogli usnąć w nocy, dopóki nie znaleźli jakiegoś rozwiązania.

Pisząc to co powyżej, nie zamierzam reformować polskiej służby zdrowia, ale ten schemat przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Kościele w Polsce. Niewątpliwie jest chory, czy jak kto woli, przechodzi kryzys. Oczywiście już widzę oburzonych, którzy uważają, że on wręcz rozkwita. I tu scena z książki K. Borchardta  „Znaczy Kapitan”. Główny bohater tej książki schodząc, czy raczej będąc znoszony z okrętu informuje towarzyszącego mu oficera:” Znaczy się wie pan, mam zapalenie płuc, nerek, wysoką temperaturę, ale po za tym jestem zupełnie zdrowy” (cytat z pamięci).

Koszmarna rana pedofilii w Kościele nie zabliźnia się, czasem pokrywa się tylko błoną podłości (patrz kasacja Chrystusowców skierowana do Sądu Najwyższego). Generalnie pośpiechu w wyjaśnianiu tragedii, których sprawcami byli księża i kryjący ich biskupi, nie ma. Ten jak wiadomo jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. W Warszawie ponad połowa uczniów szkół średnich zrezygnowała z lekcji religii. Spoko, napiszemy do nich parę listów duszpasterskich i dzieweczki, chłopczyki, rano i wieczorem zaczną modlić się do „Bozi”, bo paciorek jest najważniejszy. Jak już jakimś cudem uklękną w konfesjonale, to usłyszą nieśmiertelne – ile razy to zrobiłeś/zrobiłaś i do zobaczenia za lat…

LGBT już równoznaczne z nazizmem i stalinizmem, został jeszcze Pol Pot, Mao i ktoś z rodziny Kimów. Orkiestra gra wszak do końca, wiadomo jakiego końca. W seminariach duchownych – posucha. Program nauczania zdaje się z początku planu sześcioletniego po wojnie. Rozmowy o reformie seminariów trwają. A jak kapłanów będzie za mało? To się sprowadzi „murzynków”.  Wprawdzie pewien Dyrektor przemawiając do pielgrzymów, zobaczywszy czarnego zakonnika,  stwierdził, że on się chyba nie myje, czy jakoś tak podobnie, ale to nic. Wyszoruje się go i dobrze będzie.

Z wielu parafii, dla niepoznaki nazywanych „wspólnotami parafialnymi”, wieje nudą, tak nudą! Owszem obowiązki kapłańskie są wykonywane, trud księżowski prezentuje się okazale, tyle, że wiernych coraz mniej, chociaż nikt im do kościoła nie zabrania przychodzić. Mogą tenże kościół posprzątać, udekorować kwiatami, zadbać o plac przykościelny i w ten sposób włączyć się w życie wspólnoty parafialnej i szerzej w Kościół Powszechny (naprawdę nie kpię sobie z tego). Może jednak ci świeccy przydaliby się i do innych rzeczy?

Mała dygresja dla rozweselenia. Spotykam świeżo „upieczoną” emerytkę. – Co będzie teraz pani robiła – pytam? Panie Rafale: sen, lektury, wycieczki, spacery, kino, teatr, a wie pan, jak już nic nie będę miała do roboty, to zawsze przecież mogę pójść do kościoła. Dobry wybór! A co z tymi, którzy jeszcze nie są w wieku emerytalnym?

Kazania owszem pobożne, „wypominki” często „odklepane”, nowenny i nabożeństwa z uczestnictwem „siedemdziesiąt plus”. Zachęta do czytania prasy katolickiej, której nikt nie czyta, ale za niewykorzystane egzemplarze proboszcz zapłaci z parafialnych pieniędzy, a wydawnictwo będzie dumne z czytelnictwa i zysków. Od czasu do czasu zbiórka do puszek na szlachetny cel, który to szlachetny cel, znaczy się puszkę, większość parafian omija szerokim łukiem. Jasne nie mają pieniędzy, ci którzy umierają z głodu i chorób mają widocznie taki kaprys, albo nie chce im się pracować. Czy słyszałem homilię na temat prawdziwej jałmużny? Nie słyszałem, choć nie wykluczam, że może gdzieś takowe są. Tu oktawa z procesją, tam oktawa, chorągwie na wietrze ładnie się prezentują, sypane kwiatuszki też. Są jeszcze grupy parafialne, dobrze że są, tylko nieco się postarzały. Koncesjonowani parafianie są w radach duszpasterskich, ale ich obrady są tak tajne, że te które znam, przez kilkanaście lat nie ujawniły żadnych swoich prac i wyników.

A wierni? No wierni czyli my, tak specjalnie się nie przejmują. Życie jest ciężkie, ale nie na tyle by kogoś nie nazwać zdrajcą czy kanalią, nie podłożyć świni i nie wykopać dołka pod bliźnim, najlepiej powołując się na  łączność z Kościołem. Właściwie tak bezinteresownie, ot tak z przyzwyczajenia jak śpiewała A. Krzysztoń. Ktoś leży na chodniku, widocznie się zmęczył, to leży, bezdomnych schować, a zupę dla ubogich zlikwidować, bo ci psują wizerunek miasta. Noclegownie też zlikwidować, narkomanom pozwolić aby sami się zlikwidowali, niepełnosprawni do getta, kobiety do garów i do łóżka,  na taki program głosuje ponad milion wyborców, zapewne w większości ochrzczonych.

Że to złośliwe? Jasne że złośliwe i to jak jasna cholera. Co na to duchowni lekarze? Duchowni lekarze uznali, że skoro to pospólstwo nie chce ich słuchać, to zadbają przede wszystkim o swoje zdrowie. A co najbardziej szkodzi zdrowiu? Stres oczywiście! Dlatego nie należy wysłuchiwać głupich pytań i uwag, tym bardziej, że pochodzą one od wrogów Kościoła. Reformy duszpasterskie, nowe programy i nowe spojrzenie na rzeczywistość – powoli, co nagle to po diable. Młyny kościelne mielą powoli, a Kościół jest wieczny. Jacyś maruderzy nie załapią się na pociąg do wiary – trudno, ale czy kto widział, żeby pociąg jechał do podróżnych? Nie przyjdziesz – nie pojedziesz.

To jest oczywiście mój ogląd (z pewnością niepełny) rzeczywistości kościelnej w mojej Ojczyźnie. Ogląd opisywany właśnie z gniewem i irytacją. A dlaczego? Bo widzę i słyszę, że można inaczej. Wiem o duchownych i świeckich, którzy „jak głupi” uganiają się za zagubioną owcą, którzy w każdym potrzebującym  człowieku widzą cierpiącego Jezusa. Rozdają chleb, uśmiech i życzliwość, nie „nawracają”, ale przygarniają, nie prawią kazań, tylko leczą, nie kroczą w majestacie urojonej wielkości i nieomylności, ale pochylają się nad poranionym przez zbójców człowiekiem. Do nich, wedle słów Jezusa należy Królestwo Boże i od nich też zależy jakimi będziemy chrześcijanami.

A zły lekarz? Zły lekarz nie jest bez szans. Zawsze może w swoim pacjencie zobaczyć, odkryć Jezusa, czego zresztą każdemu od siebie poczynając życzę. Niech tak się stanie.

 

Syn marnotrawny – wczoraj i dziś

 

 

Kolejny już raz zastanawiam się nad tą przypowieścią zwaną przypowieścią o synu marnotrawnym, choć właściwie jest to przypowieść o nieprawdopodobnym miłosierdziu Bożym. I choć to dziwne, historia ta nie wszystkim się podoba. Może inaczej, ona by im się bardzo podobała, gdyby to oni byli owym synem marnotrawnym, ale oni nigdy takim draniem nie będą. A skoro tak, to zostaje im rola starszego syna, który im się podoba, więc nie może się im podobać młodszy syn. Trochę to zawiłe, ale mam nadzieję, że da się zrozumieć.

Młodszy syn to bezczelny bęcwał, o twarzy nie skażonej myśleniem, gdy opuszczał dom ojca. Żyć rozrzutnie to żadna sztuka, do tego nie jest potrzebny żaden dyplom, wystarczą pełne kieszenie i głupkowaty uśmiech znudzonego panicza. Zastanowił się nad tym co zrobił, gdy zabrakło paszarni. Zastanowił się? Bez przesady. Jakoś nic nie wiemy o jego rozmyślaniach nad tym co uczynił ojcu, ile cierpienia mu przysporzył, jak boleśnie go zawiódł, jak roztrwonił jego dary. No dobra, przyznał się do grzechu i raźnie pomaszerował do domu ojca, gdzie jak dobrze pamiętał, nikomu nie brakowało chleba. No po prostu fantastyczna pamięć. Kolejne ważkie odkrycie – jest mniej wart niż wieprze, które z zapałem godnym potomka Abrahama pasł, marząc by najeść się do syta strąkami którymi je karmiono. Niestety marzenia nie zawsze się spełniają, no to jak wyżej, trzeba podreptać do ojca. Miał dużo czasu, by nauczyć się ładnej recytacji tego, co chciał powiedzieć ojcu.

O kim to ja piszę? O synu, ksywa – marnotrawny? Eee, nie, czy ja jestem archeologiem? Było, minęło.  Ja piszę o nas, o sobie też, żeby nie było wątpliwości.

Tak my chrześcijanie otrzymaliśmy dar, łaskę wylaną przez Ducha Świętego, potem kolejne łaski, a potem bywa, że… odjeżdżamy w dalekie strony. Trzeba przecież ucieszyć się tym życiem, zakosztować tego co nie wolno, życie ma się przecież jedno, no to wino, kobiety, śpiew, viagra i jest fajnie. Dla jednych te dalekie strony są za miedzą, dla innych dalej, ale kiedy sklepienie wali się na głupi łeb, to po „zastanowieniu” dochodzimy do wniosku, że w domu Ojca nikomu chleba nie brakowało.

Tak na marginesie – fascynujący jest nagły wzrost pobożności w okresach egzaminów maturalnych i sesji egzaminacyjnej. Choroba bliskich czy własna, także utrata pracy, powodują nagłą nieprzewidzianą żadnymi statystykami, eksplozję pobożności. Ale z drugiej strony, do kogóż mamy pójść w biedzie jak nie do Ojca?

Ale wróćmy jeszcze do Ewangelii. Ojciec wypatruje, czeka – to nie jest zwyczajne zachowanie, ale to dopiero początek. Dostrzega syna czyli każdego z nas, gdy jesteśmy jeszcze daleko, to „daleko” jest cudem miłości Ojca. I strach autentyczny pomyśleć tylko, co by było gdyby tego ciągle trwającego cudu Bożej miłości nie było. I teraz moment kulminacyjny – ojciec się doczekał, niech ta łajza przyjdzie i przeprosi, ojciec okaże się wielkoduszny, przebaczy mu i będzie „pozamiatane”, u ludzi tak się zdarza i wtedy są niesłychanie dumni ze swojej pokory i miłosierdzia – zachowałem się jak prawdziwy chrześcijanin, ciepełko miłe w sercu, przebaczyłem draniowi, niech wie jaki jestem wspaniały, mogłem nie przebaczyć, ale przebaczyłem. Promotor mojej beatyfikacji na pewno to odnotuje. No i niespodzianka, ojciec nie czeka na przeprosiny, stary człowiek biegnie, poły jego szat rozwiane, rzuca się temu synowi swojemu, jak to wypomni mu później  starszy syn, na szyję. Co się stało? Zobaczył jakiś przybyszów ubranych na biało jak Abraham pod dębami w Mamre? Niee, on zobaczył bęcwała i niewdzięcznika, który roztrwonił jego dary, który za nic miał jego ojca cierpienie i tęsknotę. Ojciec jeszcze nawet nie wie, co on mądrego powie, ale biegnie i rzuca się na szyję. Syn owszem kaja się, ale ojciec jakby tego nie zauważał, nie komentuje i nie poucza. Słudzy przynoszą pierścień, znak, że dalej jest jego synem, suknię i sandały, dość się nacierpiało dziecko chodząc boso i w łachmanach, ale kompletnym już skandalem jest wyprawienie uczty, owszem mógł mu ojciec dać tego upragnionego chleba, ale tuczone cielę? To jest zwyczajne marnowanie autorytetu, a potem dziwią się ludzie, że ten, no jak tam  mu, ten Bergolio ciągle o tym miłosierdziu, słuchać już tego nie można, cóż nie daleko pada jabłko od jabłoni a jaki pan, taki kram.

No tak, ale jest i bohater drugiego planu, czyli starszy syn, oburza się na ojca, ma do niego żal i pretensje, trzeźwo ocenia swojego brata i zupełnie nie rozumie dlaczego ojciec się cieszy. Nie on jeden, ci najęci rano do winnicy gospodarza, też kiepsko kumali, gdy dostali tyle samo co ci, którzy przyszli wieczorem. Leniuchy paskudne pracowały tylko godzinę, a zarobili tyle samo.

Bądźmy szczerzy, nikomu nie musimy się zwierzać, ale ten starszy syn niegłupio mówił, właściwie to „wyjął” nam te słowa z ust. No koniec, końcem zakończenie jest w miarę pozytywne, może starszy syn coś pojmie, a my razem z nim.

No tak gadu, gadu, ale to dalej o nas. To my przychodzimy do Ojca i z niezbyt mądrą miną mówimy – Panie ja nie chciałem, ale tak głupio wyszło, zgrzeszyłem, jestem głodny i w łachmanach, ale do kogo mam pójść jak nie do Ciebie. A On ciągle niepoprawny wybiega i rzuca się nam na szyję.

Tak już na zakończenie, to ta przypowieść jest świetnym materiałem na wielką produkcję, taką jak w Hollywood. O ile pamiętam, nawet miały takie być u nas, ale brakło patriotycznych reżyserów, niestety wiadomo jakim siłom się wysługują, może brakło też pieniędzy, ale mam pewną propozycję. Reżyserem nie jestem, ale scenariusz filmu, to może bym spróbował sił. Co do kwestii finansowych też mam pomysł. Znam ze słyszenia pewnego biznesmena, pełniącego zaszczytną funkcję dyrektora, który potrafi, na szlachetny cel oczywiście, wyciągnąć od emerytów ostatnią złotówkę, więc kasa będzie, mój scenariusz jest całkowicie bezinteresowny, ale z góry wtulam się w dyrektorskie ramiona. No to moje propozycje dostosowane do współczesności.

Młodszy syn jest LGBT, pseudonim „Tęczowa Zaraza”. Wyjechał wiadomo po co, ale teraz po powrocie zmienia orientację i zaleca się z powodzeniem do sąsiadki. Starszy syn, oczywiście normalny, kiedy nie uprawia roli, naśladuje żołnierzy wyklętych. Właśnie wraca z ćwiczeń obrony terytorialnej i widzi ucztę zaręczynową z sąsiadką. Ta dzielna kobieta ma wszystkie warunki potrzebne, by rodzić i karmić następców rycerzy spod Grunwaldu. Wspierana jest przez pewnego europosła, który walczył o wyborców zakuty w zbroję i jest niekwestionowanym rycerskim autorytetem. Problem jest tylko taki czy rycerskiego konia nie zamieni na wózek golfowy. Kiedyś mu się to zdarzyło i trochę euro trzeba było wysupłać, ale na Ojczyźnie się nie oszczędza. No więc potem jest ślub i wesele. Starszy syn, który uważa, że miłosierdzie jest głupie, a najważniejsze jest prawo i sprawiedliwość, dalej jest zagniewany. Na szczęście król owej krainy obiecał mu dopłaty do każdego cielaka. Mieszkanie wprawdzie ma, ale jak mu coś skapnie z tego miliona wybudowanych, to protestował nie będzie. Ojciec staruszek dostanie dwa razy w roku dodatek, to sobie uskłada na wycieczkę do Jerozolimy, no chyba, że zachoruje to wtedy dostanie za darmo korę wierzby (salicylany). Młodszy syn przechodzi terapię naprawiającą i pała do żony taką miłością, „że co rok, to prorok”. Potomkowie młodszego syna dzielnie tłuką zboczeńców spod znaku tęczowej zarazy. O tym, że ich pra, pra, pradziadek, był… gejem nikt nie odważa się mówić. Był, ale przeszedł dobrą zmianę i teraz jest nasz.