Polak – katolik

 

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem/ Polska jest Polską, a Polak Polakiem”

„Dziecioku jak on katolik, to on Polok” (moja św. pamięci ciocia)

 

Były czasy kiedy to utożsamienie narodowości polskiej i patriotyzmu z wiarą katolicką, wtedy bardzo powszechną, było do jakiegoś stopnia zasadne. Szczególnie w okresach wieloletnich niewoli miało swój głęboki sens. Ale Bogu dzięki to jest za nami. Dziś te frazy i im podobne są zwyczajną nieprawdą, co więcej są oburzające dla rzesz ludzi, którym nie można odmówić polskości, a którzy nie identyfikują się z wiarą katolicką czy tym bardziej z Kościołem Katolickim. Niezbywalnym prawem każdego człowieka jest wolność, choć mnie chrześcijanina to smuci, wolność od wiary w Boga też. Widać miał Bóg zamysł, by nas tą wolnością, bez przymusu wierzenia w Niego, obdarzyć a umarł na krzyżu za nas wszystkich, za tych którzy Go do tego krzyża, wtedy i dziś przybijali, również. Może się to nie podobać? Oczywiście, że tak, no to proszę pretensje kierować pod właściwy adres.

Śmiechu warto, ale mnie to też trochę się nie podoba, choć to nienajlepsze słowo, bardziej właściwe – jest mi żal. Znam wielu ludzi, jednych prywatnie, innych poprzez dzieła ich rąk, serca i umysłu, którzy są osobami nie podzielającymi mojej wiary w Boga Jedynego. Tak bardzo bym chciał spotkać się z nimi w Kościele i wspólnie odmówić Credo. Tak chciałbym , ale wiem, że to musi być ich wolna decyzja, a mnie nie wolno oceniać ich poprzez pryzmat ich niewiary, która tak naprawdę tylko Bogu jest znana.

Ostatnio coraz częściej słyszymy z ust prominentnych polityków i duchownych, że kto walczy (?) z Kościołem, walczy z polskością. Bzdura! To są dwa niezależne byty, owszem w naszej historii i kulturze przyjazne, czasem nawet tożsame jak wcześniej napisałem, ale oddzielne. Bóg nie utożsamia się nie tylko z żadną opcją polityczną, o czym wielu zapomina, ale także z żadnym narodem. Jego kryterium jest inne i pięknie przedstawił je św. Piotr w domu Korneliusza mówiąc:  „ Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.”

Przekonanie, że każdy niewierzący, który krytykuje Kościół w jego ziemskiej odsłonie, postępuje sprzecznie z polskością i patriotyzmem, jest politycznym i religijnym obłędem.

Oddzielna kwestia to ocena tych, którzy faktycznie walczą z Kościołem oszczerstwami i pomówieniami. Mogę oceniać ich działania, nie podzielać ich poglądów i dawać temu wyraz, ale na litość ja nie jestem sędzią ich polskości i patriotyzmu. Kiedy Jezus umierał na krzyżu też rzucano w Jego stronę bluźnierstwa i oszczerstwa. No i co? Mógł Jezus widowiskowo się „odwinąć” i choć na chwilę pokazać kto tu rządzi i kto ma rację. A On modlił się za nich, prosił Ojca o przebaczenie dla nich „bo nie wiedzą, co czynią”. Może dzisiejsi Jego wrogowie tez nie wiedzą co czynią, a jak my się zachowujemy? Przestańmy wreszcie udawać, nie tylko w tej kwestii, że czytamy Ewangelię. Ostatnio dowiedziałem się, że jestem „czerwoną zarazą” i „de(m)on ze mną”. Porównano mnie do okupanta niemieckiego, przy czym okupant był oczywiście lepszy ode mnie. O tym, że rozwalam Kościół, jestem guru sekty i protestantem(!), szkoda nawet wspominać. Dla mnie takie opinie to „rybka”, ale to jest komentarz katolika na katolickim blogu? To ma coś wspólnego z przesłaniem Ewangelii? A przecież można napisać: nie podoba mi się twoja opinia, nie zgadzam się z tobą, uważam inaczej. Można nawet napisać, że jestem brzydki, faktycznie lata ewentualnej urody mam dawno za sobą, ale nie trzeba bliźniemu z którym się nie zgadzam przypisywać roli diabła rozwalającego Kościół.

No to jeszcze kilka zdań na temat owego rozwalania. Wszyscy, nie chce mi się już wymieniać szczegółowo, więc w streszczeniu Unia Europejska, sprzysięgli się na zagładę naszej wiary. W wiejskiej parafii w której ostatnio uczestniczyłem we Mszy św. proboszcz powiedział, że na nabożeństwo majowe przychodzi… zero parafian, zero czyli nic, jak śpiewa lider „Budki Suflera”. Znam kilka wsi, gdzie wszyscy są ochrzczeni, a do kościoła chodzą dwie – trzy rodziny. To jest przepraszam wina UE i czegoś tam jeszcze, czy może tych konkretnych ludzi, którym się nie chce, albo nie czują takiej potrzeby, by choć raz w tygodniu stanąć przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie? Aha, często jeszcze z pewną dumą oznajmiają, że oni „nie poszczą”. Mała dygresja. Jeszcze za czasów PRL-u na spotkaniu towarzyskim faktyczny, zasłużony opozycjonista przekonywał nas, że za wszystko, nawet za najbardziej absurdalne sprawy, jest winien komunizm. I wtedy jedna z naszych koleżanek stwierdziła:” Wiesz, jak ja sobie nie upiorę majtek, to za to odpowiadam ja, a nie komunizm”.

Czy jak ci wszyscy ochrzczeni, ale obojętni staną kiedyś przed Bożym tronem, to winę za tę swoją obojętną religijność zwalą na … UE, a Pan dobrotliwie poklepie ich po ramieniu i powie:” Masz racje stary, to wszystko przez tych ateistów z UE” i ochoczo wepchnie ich do nieba? Czy my naprawdę czasami nie zwariowaliśmy? Inna sprawa, jeśli chodzi o te wspomniane wioski, że kilku poprzednich proboszczów tej parafii prowadziło fantastyczną anty-ewangelizację, ale to już inna sprawa, na inny artykuł. Dla porządku dodam, że żaden z nich nie miał nic wspólnego z UE, masonami, żydokomuną, liberałami.

Może na zakończenie warto przytoczyć chińskie powiedzenie, jak najbardziej zgodne z duchem Ewangelii:” Jeżeli wytykasz kogoś palcem, to zauważ, że trzy pozostałe wskazują na ciebie”.

 

Trochę o tolerancji, seksie i bocianach

 

No nareszcie o czymś przyjemnym, ale teraz już poważnie. Chrześcijanin wie, że jego królestwo nie jest z tego świata i ta wiedza rodzi dla niego pewne oczywiste konsekwencje. Ale, trzeba to powtórzyć, to dotyczy nas chrześcijan. Świat czyli także nasza Ojczyzna, nasze państwo, nie składa się jednak tylko z chrześcijan. Są w nim ludzie, którzy będąc naszymi bliźnimi są głęboko przekonani, że jest tylko jedno królestwo – to w którym teraz żyją. Takie mniemanie też powoduje określone konsekwencje. Nie byłoby problemu, przynajmniej teoretycznie, gdyby te społeczności mieszkały sobie na dwóch różnych wyspach czy kontynentach. My wszakże żyjemy w jednym państwie, w tych samych miastach, osiedlach i blokach. Oczywiście jest świętym prawem wszystkich zachowanie swoich poglądów i nie akceptowanie poglądów drugiej strony. Co wobec tego można zrobić, aby nie walczyć ze sobą, a mówiąc brutalnie, nie po zarzynać się?

Myślę, że pewnym minimum jest przyjęcie do wiadomości, że ktoś ma inne poglądy od moich i ma na dodatek prawo aby je artykułować. To nie oznacza, że ja mam jego poglądy polubić i uznać za słuszne. Nie! Mam przyjąć do wiadomości, że mój bliźni wykorzystując swój dar wolności, ma inną niż ja hierarchię wartości. Piękną sprawą dla nas chrześcijan byłoby podjęcie próby zrozumienia dlaczego ten mój bliźni nie podziela mojej wiary w Boga, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. To z pewnością nie jest łatwe, ale tylko to daje nadzieję, że mogę stać się jego drogą do Boga.

Można oczywiście inaczej. Można z wyżyn swojej nieskazitelnej wiary zakomunikować innym, że czynią źle, że powinni inaczej, to znaczy tak jak ja. Z pewnością natychmiast się nawrócą, wezmą w ręce białe lilie i zaczną śpiewać:” Hosanna na wysokościach”. I choć w sposób oczywisty wydaje się, że tak rozumiana „misyjność” jest całkowicie niedorzeczna, to ma ona gorących zwolenników w Kościele w Polsce. Promują ją i wikary w parafii i biskup na urzędzie, a gorąco ich wspierają w tym względzie dziennikarze niektórych mediów katolickich, którym ździebko pomyliły się czasy w których przyszło im żyć. Za ich namową i przykładem rzesze świeckich „misjonarzy” czynią to samo. Efekt? Nieźle obrazuje to przedwojenny dowcip żydowski:” Ryfka kupiła na targu młodego indora za całą złotówkę, za złotówkę też kupiła paszę dla niego. Utuczyła indora i sprzedała go na tym samym rynku za całe dwa złote. Na stwierdzenie, że to bez sensu odpowiedziała: „ale ruch w interesie jest”. No więc przy takim „misjonarzowaniu”, „ruch w interesie” oczywiście jest, ale wiernych nie przybywa. Spójrzmy na to z perspektywy konkretnej sprawy.

Właśnie mamy kolejną odsłonę naszej wojny domowej, właściwie to już serial. Oto Episkopat wyraził zaniepokojenie seksualizacją dzieci. Tak ja też jestem zaniepokojony seksualizacją dzieci i młodzieży, choć z innego powodu niż biskupi. Jest rzeczą oczywistą, że seks w naszym, i nie tylko w naszym kraju, jest świetnie sprzedającym się towarem. Co robi sprzedawca gdy towar mu „schodzi”? Zamawia go coraz więcej, otwiera nowe sklepy i stara się by jego oferta trafiła do jak największej grupy odbiorców. Proszę pokazać mi sprzedawcę, który z tego zrezygnuje. Dokładnie tak samo jest z seksem i to trzeba przyjąć do wiadomości. Tam gdzie to jest niezgodne z prawem trzeba interweniować, ale to margines. Większość towaru jest legalna, a ograniczenia wiekowe absolutną fikcją wobec której prawo jest bezradne. Zgadzam się, że ten interes niszczy psychikę dzieci i młodzieży, tylko co dalej. Kościół niezmiennie wyraża swoje zaniepokojenie i sprzeciw. Tak ja też jestem zaniepokojony wieloma sprawami, ostatnio także tym, że „mój” szpak, który zaczynał swoje trele na początku wiosny, milczy mimo kolejnych upływających tygodni. Wątpię jednak aby przejął on się tym moim zaniepokojeniem i z tego powodu dał głos.

Podobnie jest z zaniepokojeniem naszych duchownych. Zaniepokoili się, dali temu wyraz i wobec tego uważają, że mają czyste sumienie. No nie do końca. Od samego początku naszych przemian mądrzy ludzie zwracali uwagę na konieczność przemyślanej edukacji seksualnej dzieci (tak dzieci też!) i młodzieży. W odpowiedzi były niekończące się dyskusje, głosy oburzenia i przekonanie powszechne, że wystarczy nieco uwspółcześnić wiarę w bociany przynoszące dzieci i będzie dobrze. Wykształcimy nowych ornitologów (znam uczelnię, która za odpowiednie dotacje z  pewnością podjęłaby się tego zadania), którzy wyodrębnią specjalny gatunek bociana i po sprawie. Gdzieniegdzie, może nie dosłownie, ale w tym duchu, próbowano to robić, wzbudzając szczerą radość wśród edukowanych. Brakło przyjęcia do wiadomości, że ten świat jest taki jaki jest i młodzi ludzie będą go chłonąć każdą porą swego ciała. Na absurdalne wzory do naśladowania w postaci dzieweczek i chłopczyków z rączętami niewinnymi na kołdrze, młodzież reaguje śmiechem i dowcipami jak chociażby ten, dość stary zresztą:” Jasiu przychodzi do tatusia i pyta – tatusiu skąd wzięła się babcia? – No synku – odpowiada tatuś, bocian ją przyniósł, po chwili Jasiu zadaje pytanie tacie skąd on tata się wziął i odpowiedź jak poprzednio. Jasiu jeszcze raz przychodzi i tym razem sam oznajmia ojcu, że wobec tego on Jasiu też zapewne został przyniesiony przez bociana. Zadowolony ze swoich osiągnięć pedagogicznych ojciec  z ochotą potwierdza sugestię syna. Ten idzie do swojego pokoju, otwiera zeszyt od biologii i zapisuje:” W naszej rodzinie od trzech pokoleń obserwujemy zanik współżycia płciowego”.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Po pierwsze przestać narzekać na ten świat, bo nie my go stworzyliśmy, jest taki jaki jest. Mamy go przemieniać nie przez fakt, że jesteśmy nim zaniepokojeni, ale naszą pracą i wiarą. Musimy też przyjąć, że choć uważamy nasze poglądy, wynikające z naszej wiary, za słuszne i prawdziwe, to inni nie muszą tego naszego przekonania podzielać. To jest konsekwencja daru wolności i nic nam do tego. Nie my jesteśmy dystrybutorami tego daru i jak sądzę jest to ważna wskazówka duszpasterska.

Po drugie, ile trzeba mieć w sobie, no dobra nie będę mówił czego trzeba mieć w sobie, by rozgłaszać brednie o deprawatorach seksualnych, którzy będą uczyć przedszkolaków masturbacji. Przez wrodzoną delikatność nie wymienię nazwy rozgłośni i biskupa, którzy te brednie upowszechniają.

I wreszcie czy w kraju uniwersytetu katolickiego i licznych wydziałów teologicznych od niemal trzydziestu lat nie ma specjalistów, nie można zebrać grona kompetentnych ekspertów, którzy ułożą nowoczesny, uwzględniający osiągnięcia naukowe, program edukacji seksualnej dzieci i młodzieży? I niech nikt nie opowiada mi bzdur, że przez wiele lat rozmawiając z dziećmi i młodzieżą na te tematy, rozbudzałem ich seksualność. Owszem rozbudzałem ich myślenie i jak sądzę, mam nadzieję, także ich wiarę.

Czy jak sugeruje mistrz Jan z Czarnolasu, będziemy nie mądrzy po szkodzie, ale raczej głupi przed szkodą i po szkodzie? Oto jest pytanie!

Rewolucja – wczoraj i dziś

 

 Słowo „rewolucja” nie kojarzy się dobrze, choć są przykłady gdzie użycie tego słowa pozbawione jest pejoratywnego wydźwięku. Rewolucje polityczne, bo tak trzeba to uściślić, które miały miejsce w XIX i XX wieku budzą grozę. Przyniosły śmierć milionom ludzi i niewyobrażalne cierpienia tym, którzy tej śmierci uniknęli. Czy wobec tego świadoma tego faktu ludzkość, raz na zawsze zrezygnowała z takiego sposobu przejmowania władzy? Niestety, wydaje się że nie.

Niewątpliwie zmieniła się otoczka rewolucji. Stała się ona nieco bardziej cywilizowana. Jej funkcjonariusze chodzą w garniturach i nie budzą przerażenia swoim wyglądem. Niezmienna pozostaje relacja rewolucjonisty do podmiotu rewolucji czyli ludu. Jest to relacja pogardy do ciemnego ludu, który wszystko kupi.

Rewolucje zawsze wybuchały z ważnych przyczyn, tego nikt nie kwestionuje i zawsze miały gotową receptę jak te przyczyny usunąć. Mottem każdej rewolucji było i jest, że cel uświęca środki. Cel był niezmiennie szlachetny, środki niezmiennie złe.

Podstawową różnicą między demokratyczną zmianą władzy, a rewolucyjną jest głębokie przekonanie rewolucjonistów, że wszystko co było przed rewolucją jest śmietnikiem historii. Ale tu istotne zastrzeżenie. Niemała część rewolucji odbywa się… demokratycznie. Dziś rewolucji, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, nie robi się przy pomocy karabinów maszynowych. Wystarczy umiejętna propaganda (jeszcze raz przypomnieć wypada, że „ciemny lud” wszystko kupi), wystarczy wizja raju na ziemi (któż by nie chciał w nim żyć), wystarczy podsycanie lęków społecznych – nieważne prawdziwych czy urojonych, i władzę można zdobyć przy pomocy kartki wyborczej. Że to nie etyczne, że to kłamstwo? No nie, proszę mnie nie rozśmieszać. Ale wracamy do tych sprzed rewolucji. Ci którzy zarządzali tym przedrewolucyjnym śmietnikiem są mierzwą, są animalną częścią tegoż śmietnika. W zależności od uwarunkowań lokalnych mogą być zdrajcami, targowiczanami, pachołkami ulicy i zagranicy. Mogą być drugim sortem, złodziejami i komunistami, mogą kochać mniej Ojczyznę i wtedy trzeba z nich oczyszczać tę Ojczyznę. Ilość przypisywanego im zła, ogranicza tylko wyobraźnia. W demokracji każda partia, każda władza uważa, że jest lepsza od poprzedniej i jest to zrozumiałe. Rewolucjoniści uważają, że ich partia, ich władza jest absolutnie doskonała i to twierdzenie zyskuje rangę religijnego dogmatu. Każdy kto chciałby chociaż w myśli ten dogmat zakwestionować, popełnia „zbrodnię myśli” i powinien zostać wykluczony ze społeczeństwa. Skoro zostały przedstawione ogólne zasady rewolucji, to pora na wymienienie konkretnych działań rewolucjonistów.

1/ Prawo

Kiedyś rewolucjoniści ustanawiali całkowicie nowe, dziś są bardziej pragmatyczni. Sąd konstytucyjny trzeba zmienić najszybciej jak to możliwe, co do reszty wystarczy „twórcza” interpretacja”. Prawo to nie matematyka czy fizyka. Można je naginać, przeginać, wyginać, coś może być na krawędzi tego prawa, albo tuż za nią. Jeden przepis można traktować ortodoksyjnie, inny wręcz przeciwnie. Możliwości jest niesłychanie dużo i zależą one wyłącznie od sprytu i cwaniactwa tych, którzy o tym decydują.

2/ Sędziowie

To jest słaby punkt każdej rewolucji. Można oczywiście ich wyrzucić, a ciemnemu ludowi wytłumaczyć, że to… złodzieje i kasta, ale trzeba znaleźć nowych. Problem w tym, że sędziowie to nie sprzedawcy marchewki, skąd więc ich wziąć? Jakaś ilość chętnych do taplania się w błocie zawsze się znajdzie, ale to i tak za mało. W tych warunkach sędziów, którzy delikatnie mówiąc nie wykazują rewolucyjnego zapału, trzeba „przycisnąć” do ściany, albo by użyć modnego terminu – zgrilować. Część „wymięknie”, reszta się wykruszy.

3/ Media publiczne

Z definicji są publiczne, bo ich utrzymanie bierze się z podatków wszystkich obywateli, także tych, którzy nie są entuzjastami rewolucji. Od podatków ważniejsza jest jednak prawda, prawda nie tylko wyzwala, ale przede wszystkim pozwala kontynuować rewolucję. W stanie wyższej konieczności rewolucjoniści, zwani także suwerenem, przedstawiają swoją prawdę, „swoja prawda” jest autorską modyfikacją prawdy jako prawdy, ale suweren ma do tego prawo (patrz punkt pierwszy). Są oczywiście media prywatne (niestety takie czasy), trzeba im utrudniać funkcjonowanie, trzeba na nie pluć, ale ostateczną rozprawę z nimi należy odłożyć do czasu kiedy ciemny lud nie tylko kupi każdą bzdurę mediów rewolucyjnych, ale padnie przed nią na twarz. Wówczas twarz szefa rewolucyjnych mediów rozjaśni uśmiech szczęścia, a na jego głowę spłynie błogosławieństwo szefa szefów, a potem nastąpi pokój i dobrobyt.

4/ Przekupstwo

Sprawa nie jest specjalnie skomplikowana. Pięknie i lapidarnie wyraził ją jeden z bohaterów „Pana Tadeusza” – dawali, to brałem. Znaczna część społeczeństwa jest wrażliwa na dawanie pieniędzy, a te, co wiadomo już od starożytności – nie śmierdzą i zawsze się przydadzą. Dawanie nie jest wprawdzie gwarancją rewolucyjnego sukcesu, ale niewątpliwie zwiększa jego prawdopodobieństwo.

5/ Kadry

Już nieboszczyk Lenin, „co w szklanej leży trumnie” ( M. Hemar) słusznie zauważył, że rewolucja to elektryfikacja i kadry (nie wiem czy w tej kolejności). Elektryfikację już mamy, zostają zatem kadry. Zasada działania jest prosta jak machanie cepem. Kadry muszą być nasze czyli rewolucyjne. Jeżeli jakieś stanowiska nie są obsadzone naszymi, to trzeba je odzyskać i obsadzić swoimi ludźmi. Wspomniany wcześniej tow. Lenin – ekspert od wszelakich rewolucji, twierdził, że nie ma przeszkód by kucharka była ministrem. No może z tą kucharką lekka przesada ( z całym szacunkiem dla pań kucharek), ale młody maturzysta, który gdzieś, komuś pomagał (zapomniałem w czym) z pewnością może być ministrem i spełnia wszystkie kryteria bycia bardzo ważną osobą.

6/ Kłamstwo

I na koniec stare, poczciwe kłamstwo. Wzorów do naśladowania wielkie mnóstwo, ale spójrzmy na to pierwsze z raju. Trzeba wziąć kawałek prawdy (faktycznie Bóg zabronił jeść owoców z jednego drzewa) i przedstawić jako całą prawdę, że Bóg zabronił spożywać owoców ze wszystkich drzew. To prawda, że wśród sędziów może trafić się złodziej, tak samo jak wśród lekarzy, nauczycieli czy…polityków, ale nazywanie ich wszystkich złodziejami jest obrzydliwym kłamstwem. Kłamstwo wymaga jednak trochę wysiłku czy może raczej inteligencji, a tej u rewolucjonistów jak na lekarstwo, wtedy zostaje metoda „na rympał”. Tę metodę stosuje się do szczególnie opornych na ideały rewolucyjne – bierze się kilof, łom, wyłamuje się drzwi domu, bierze łupy, a właścicielowi daje po mordzie.

Nie wiem czy to jest zgodne z prawami genetyki i przyrody, ale pogarda nigdy nie ginie, nigdy nie umiera. Czas kruszy mury i skały, ale pogarda jednego człowieka do drugiego, jest nieśmiertelna i odkłada się w DNA ludzkości. Ktoś dawno temu wybudował sobie wspaniały grobowiec, a dziś podziwiając tenże, zapominamy o kilkudziesięciu tysiącach ludzi wdeptanych w piach pustyni przy jego budowie. Ktoś inny postanowił na bagnach wybudować miasto i wybudował. Jego fundamenty ufundował na rzeszach ludzi, którzy w tych bagnach zostali na zawsze. Rewolucyjne wojsko utopiło we krwi powstanie w Wandei, jego ulubioną zabawą było podrzucanie do góry niemowląt, ten z rewolucjonistów, który nabił na swoją pikę najwięcej, wygrywał. Potem była jeszcze Kołyma, Oświęcim, kambodżańskie pola śmierci i radio Tysiąca Wzgórz, które nawoływało do zabijania Tutsich , wróć, zabijania karaluchów. Pogarda przetrwała i odnawia się jak Feniks z popiołów. A niemal zawsze zaczyna się niewinnie od pięknych haseł, wspaniałych planów i zamierzeń i zawsze pojawia się ktoś, kto według swojego mniemania został obdarzony „iskrą bożą”, by zmieniać ten świat, by nikt nie musiał czekać na królestwo boże. Po co, skoro można je mieć od razu.

 

 

Było i się skończyło!

                                      

 

„A o to dwa z nich tegoż dnia szli do miasteczka , które było na sześćdziesiąt stajów od Jeruzalem, na Imię Emmaus. A ci rozmawiali z sobą o tym wszystkim, co się było stało. I stało się: gdy rozmawiali i społu się pytali, i sam Jezus przybliżywszy się szedł z nimi. A oczy ich były zatrzymane aby go nie poznali” (Łk, XXIV, 13-16)

 

Najkrótsze podsumowanie takie jak tytuł – było i się skończyło. Zastanawiające jest dlaczego  nie rozpoznali Jezusa, dlaczego ich oczy były „zatrzymane”? Doskonale Go znali, chodzili z Nim, rozmawiali, pewnie nie jeden raz także spożywali posiłek. No to dlaczego?

Wytłumaczenia wydają się dwa. Jezus był tym samym, którego znali, ale oni wcześniej widzieli w Nim kogoś innego. Widzieli króla tego świata, który nie tylko wyzwoli ich spod rzymskiej okupacji, ale zapewni dostatek chleba i uwolnienie od chorób. Jezus wiele razy prostował te ich wyobrażenia o Sobie, ale kiepsko to do nich docierało. Widzieli i słyszeli to, co chcieli widzieć i to, co chcieli słyszeć.  I teraz, zamiast tego co dalej widzieli w swojej wyobraźni,  zobaczyli wędrowca takiego jak oni sami. Ich oczy zostały „zatrzymane”.

Jeszcze inną przyczynę podaje w swoich rozważaniach kardynał Schillbeeck:” Uczniowie w drodze do Emmaus byli bardzo rozczarowani i zalęknieni, ich silna dotąd wiara pękła. Szli z Jezusem, ale nie byli w stanie Go rozpoznać”. Oni poważni mężowie z Galilei przerazili się nawet opowieściami kobiet, byli tak przywiązani do swoich wyobrażeń, że nie byli w stanie przyjąć nawet dobrej nowiny, którą zwiastowały kobiety.

Wieki minęły a problem ten sam. Znów „Jak dawniej śnią nam się bożyszcza”, Jezus przyjdzie, załatwi, wyzwoli, komu trzeba da po łapach i zapewni pomyślność porządnym wśród których z pewnością znajdzie się i nasza skromna osoba. Jakiś datek, jakaś zamówiona intencja, dla wytrwałych nawet pielgrzymka do świętych sanktuariów i koniecznie buteleczka z wodą z „cudownego” źródełka. Towarzystwa ubezpieczeniowe niech przygotowują się do upadłości. Ale to jest klasyka, zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę nad tymi oczami „zatrzymanymi” ich i naszymi. Jesteśmy i w gorszej, i w lepszej od nich sytuacji. Oni chodząc z Jezusem mieli możliwość poznać Go swoimi zmysłami, słyszeli Jego głos, widzieli dziejące się na ich oczach cuda. Ale jak się finalnie okazało i tak Go nie rozpoznali. Durnie nieraz słyszymy, a może i sami mówimy lub myślimy, że gdybyśmy my Go zobaczyli, to ho, ho! Widzieli Go i co? Ale jednocześnie znamy Jezusa ponad dwa tysiące lat, mamy historię poznawania tegoż Jezusa przez niezliczone pokolenia ludzi, którzy Mu zaufali. Mamy Kościół, który On założył i w którym jest i będzie do skończenia świata. To prawda, że ziemskie, ludzkie oblicze tego Kościoła bywa mocno niedoskonałe, ale On jest!

Jezus zostawił nam autorską „fotografię”, jest w każdym z nas, co jest  trudne do uwierzenia. Jest szczególnie, zgodnie z Jego słowami, w tych, którzy są prześladowani i we wszystkich, którzy źle się mają. Problem w tym, że my mamy listę alternatywną, listę tych w których według nas Jezusa nie ma. Ta lista jest coraz dłuższa, nieraz ją przedstawiałem, ale powtórzę wraz z niezbędnymi uzupełnieniami. Kiedyś zaczynała się od Żydów, masonów i komunistów. Żydzi zostali, bo to w końcu naród wybrany, masonów i komunistów zastąpili solidarnie wszyscy walczący (?) z Kościołem, w skrócie – lewacy, choć lepiej brzmi – lewactwo, lewactwo – rymuje się z „robactwo” a to ważna dla niektórych wskazówka. Uchodźcy dalej są na podium, szczególnie ci roznoszący bakterie i pierwotniaki i niezamierzający wyrzec się swojej religii. Pewną nowością są ci, którzy mniej kochają Ojczyznę i co gorsza kochają ją na swój sposób. Obecność Jezusa w nich jest co najmniej wątpliwa o czym świadczą wybitne autorytety polityczne i religijne. Ostatnio pewien ważny polityk wyciągnął logiczny wniosek, że z takich ludzi należy oczyścić Ojczyznę. Z pewnością nie ma Jezusa w skazanych na śmierć, stąd niewybredne ataki na kochanego Franciszka, który autorytetem zastępcy Jezusa na ziemi, orzeka, że wykonywanie kary śmierci jest sprzeczne z miłosierdziem Tego, który za nich też umarł na krzyżu. Katolicy „otwarci”, mają jak wiadomo otwarte drzwi do piekła i są pewne środowiska „prawdziwych katolików”, którzy z radością ich do tego piekła upchną. O osobach określanych jako osoby LGBT nawet szkoda wspominać, ten skrót trochę trudny w wymawianiu i odmienianiu, lepiej zastąpić starym, ale jakże wymownym określeniem – pedalstwo. Jedno słowo i wszyscy wiedzą jaka jest relacja między nimi a Jezusem. Lista osób w których nie ma Jezusa jak widać ma charakter dynamiczny, ewentualnym czytelnikom obiecuję, że będę ją na bieżąco aktualizował, w końcu jesteśmy chrześcijanami i takie sprawy nie mogą być dla nas obojętne.

Opowieść o uczniach idących do Emmaus ma piękne zakończenie. Oni mimo wszystkich swoich słabości jednak na końcu rozpoznali Jezusa. Ale nie powinno ujść naszej uwadze, że najpierw zaprosili Go, wręcz przymusili mówiąc – zostań z nami. Ostatecznie ich oczy otworzyły się przy Eucharystii. To jest konkretna propozycja dla nas. Zaprosić Go, „przymusić”, aby został z nami, skorzystać z chleba, który kapłan łamie na ołtarzu. Uwierzyć, że On w tym Kościele, tak bardzo pobrudzonym naszymi grzechami, że On w tym Kościele,  na tym ołtarzu jest i będzie aż po kres naszych ludzkich dziejów.

 

 

Uczniowie i Piotr

 

 „Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. […] Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca, siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich:” Nie bójcie się. Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział”.    (Mk, 16, 1-7)

 

Dlaczego to „i Piotrowi”, przecież Piotr był też uczniem, wystarczyłoby powiedzieć :” powiedzcie uczniom”. Biskup Ryś tłumaczy to następująco: Piotr mimo szumnych deklaracji o oddaniu życia za Nauczyciela w decydującym momencie zaparł się Go. Odwagi starczyło mu na tyle, aby w obecności Jezusa zgrabnie amputować ucho słudze arcykapłana. Zrozumiał swój grzech, gorzko zapłakał, ale stało się. Zapewne mniemał, że tym samym wykluczył się z grona uczniów Mesjasza. Gdyby Jezus nie wymienił jego imienia, pewnie by nie przyszedł na spotkanie z Nim.

Jezus bardzo często zwraca się do swoich uczniów i słuchaczy w liczbie mnogiej: powiadam wam, nawracajcie się, bądźcie czujni, ale gdy człowiek popełnia grzech wówczas Jezus woła go po imieniu. Woła – Ryszardzie , Tadeuszu, Zofio -przyjdźcie do Mnie! Każdy z nas niczym syn marnotrawny „odjeżdża w dalekie strony”, każdy popełnia grzech, który przecież jest niczym innym jak zaparciem się Jezusa. Dokładnie tak jak Piotr udajemy, że nie znamy Go, że nie słyszeliśmy jego głosu w Ewangelii i nie wiemy gdzie jest prawda. Ktoś inny „machnąłby na nas ręką”, jeszcze inny się obraził, odwrócił  plecami i „zapomniał” naszego imienia, a On woła i prosi – przyjdź!

W relacjach ludzkich zaparcie się znajomości, nie mówiąc o zdradzie, tę relację na ogół kończy, więź zostaje przerwana i „siedzimy obok siebie obojętni”. Mówimy o przekroczeniu jakieś linii, o tym że nie ma do czego wracać, że coś się skończyło. A Jezus mówi do mnie, mówi do ciebie: nic się nie skończyło, nie pamiętam twoich grzechów, czekam na ciebie, codziennie wychodzę i widzę gdy jesteś jeszcze daleko, nie oczekuję, że to ty wybiegniesz na spotkanie ze Mną, to ja biegnę, to ja rzucam ci się na szyję.

Każdy z nas ma jakiś słaby punkt swojej wiary, jednym z nich dla wielu z nas, jest fakt naszej indywidualności przed Bogiem. On nie mówi do kosmosu, On mówi, czeka , woła do każdego z nas oddzielnie, bo każdego z nas osobno „utkał w łonie naszej matki” i „wyrysował na swojej dłoni”. Jak napisał O. Wiesław Dawidowski, Bóg do końca walczy o każdego uwikłanego w grzech człowieka.

Jestem spokojny

 

Ten tytuł to pewna nowość w mojej blogowej historii, dlatego jeszcze raz powtórzę – jestem spokojny o los mojego Kościoła katolickiego w Polsce. Obserwując ostatnie wydarzenia w tym Kościele, także czytając  na „Deonie” list do KEP, sygnowany przez Prof. A. Strzembosza i odpowiedź jaką otrzymał z sekretariatu KEP, zdaję sobie sprawę, że ten Kościół w swoim widzialnym kształcie, odchodzi w przeszłość.

Odchodzi w przeszłość większość jego pasterzy i niemała część podległego im duchowieństwa. Odchodzą, bo nie potrafili, czy nie chcieli odczytać znaków czasu, także tego znaku, który ma na imię Franciszek. Ich pasterstwo staje się coraz bardziej jałowe, coraz bardziej zwrócone w stronę samych siebie, a nie tych, których mają prowadzić do Boga. Idą w kierunku samowystarczalności i samozadowolenia. Trudno, choć boli. Gdyby Kościół Chrystusowy był oparty wyłącznie na doskonałości, czy raczej niedoskonałości ludzkiej, byłby wyłącznie domeną zainteresowań archeologów. My chrześcijanie mamy jednak to szczęście, że wiemy kto jest kamieniem węgielnym tegoż Kościoła i stąd mój spokój.

W każdym zamęcie, w każdym popiele jest „gwiaździsty dyjament”, będzie kogo naśladować, będzie od kogo uczyć się wiary i poznawać Niewidzialnego. Będziemy patrzyli na opustoszałe plebanie i kościoły, z czasem też pewnie zamknięte. Skończy się wychodzenie na niedzielną Mszę św. dziesięć minut przed jej rozpoczęciem. Może trzeba będzie poświęcić  parę godzin, by dotrzeć do otwartego kościoła, ale kiedy już w nim się znajdziemy, zobaczymy naszych bliźnich, którzy faktycznie chcą w nim być. Ucieszymy się sobą, ucieszymy się radośnie, gdy kapłan z ludu i dla ludu dokona na ołtarzu cudu przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pańską. Będziemy z uwagą słuchali, gdy od tego ołtarza będzie nam głosił Dobrą Nowinę o Panu, który nigdy nie zmęczy się przebaczaniem naszych grzechów, który nigdy nie zmęczy się miłosierdziem wobec każdego człowieka. Poprzez dar swojego kapłaństwa będzie nam przybliżał najważniejsze przykazanie miłości Boga i człowieka.

Będziemy z radością patrzeć na dziecko przyniesione do Chrztu św., bo ono powiększy naszą wspólnotę. Staniemy obok grupki chłopców i dziewcząt, którzy w zwyczajnych ubraniach będą po raz pierwszy przyjmowali Eucharystię, a potem, tak jak zachęcał prorok Nehemiasz, pójdziemy do naszych domów jeść świąteczne potrawy i pić słodkie napoje, wcześniej posyłając je tym, którzy ich nie mają. Będziemy celebrowali podniosłą radość gdy” on i ona” staną przed ołtarzem, by ślubować sobie miłość i wierność. A kiedy na kogoś z nas przyjdzie kres ziemskiej wędrówki, kapłan razem z nami odprowadzi go na drogę do wieczności i będziemy razem się smucić, bo „nikt nie jest samotną wyspą”.

Może ktoś przedstawi to mądrzej, racjonalniej, zresztą zrobił to już na wiele lat przed tym jak został papieżem, ks. J. Ratzinger. W formie literackiej pięknie to ukazał ks. M. Maliński w swoim opowiadaniu „Ostatni zakonnik”, ale jak zwał, tak zwał.

Pewnie, nadzieja jest cnotą, nie zamierzam z niej rezygnować, ani tym bardziej odbierać jej innym. Będę więc pisał dalej. Będę apelował, zwracał uwagę, może nawet będę złośliwy i zrzędliwy (wiek!), czyli będę żył aż do czasu jak nadejdzie kres, czego wszystkim też życzę (nie kresu, ale życia)

Już po napisaniu tego tekstu znalazłem świetne jego zakończenie:” Byłbym niespełna umysłu, gdybym narzekał na to, że w chrystusowym Kościele nie głosi mi się Ewangelii, że Duch Święty nie działa w nim przez swoich ludzi, że ogień gaśnie. Nie gaśnie. Po prostu pali się też w innym miejscu niż to, na które przywykliśmy się gapić” (Szymon Hołownia T.P 2019/15)

Cena za własne poglądy

 

 Przeczytałem niedawno wywiad z pewnym ks. arcybiskupem. Redaktor prowadzący wywiad zapytał biskupa o jego opinię dotyczącą „niepokornego” księdza, który posługuje w jego diecezji. Opinia w zasadzie była pozytywna, choć biskup dostrzegł problem w aktywności tegoż księdza w mediach społecznościowych. Stwierdził, że jego oceny polityczne w tychże mediach mogą zrazić  część wiernych i mogą oni nie przyjść do niego do spowiedzi.

Po lekturze tego wywiadu po raz kolejny staje się ważne pytanie o relacje, tym razem szeregowego księdza, na linii kapłaństwo i rzeczywistość, także rzeczywistość polityczna. Nie pierwszy raz twierdzę, że tej relacji nie da się uniknąć, trzeba więc ją „oswoić”, trzeba wypracować takie standardy, aby nie ranić nikogo kto przekracza drzwi kościoła. Czy da się zrobić to bezboleśnie? Niestety obawiam się, że nie jest to możliwe, ale nigdy dość wysiłków.

Dość powszechne jest narzekanie na jakość, na poziom naszej polityki i polityków. Jednocześnie przyjęło się, choć nie bardzo wiadomo dlaczego, że ta arcyważna dziedzina ludzkiej aktywności, nie podlega ocenie moralnej. Świecki obywatel ma prawo oceniać tę politykę zarówno od strony moralnej jak i politycznej, to drugie duchownemu nie przystoi, ale w przestrzeni kościelnej. Przecież nie byłoby takiego sprzeciwu wobec polityczno – partyjnego zaangażowania naszego duchowieństwa, gdyby ono miało charakter prywatny. Oburzenie i zgorszenie budził fakt, że odbywało się ono, nie waham się użyć tego słowa, w sposób wręcz  bezczelny w przestrzeni sakralnej, zawłaszczonej bezprawnie do głoszenia swoich prywatnych poglądów. Czy tak popularne media społecznościowe, tylko przez fakt, że używa ich osoba duchowna stają się przestrzenią sakralną? Oczywiście, że nie, choć umiar i rozsądek jest jak najbardziej mile widziany.

Kościół w swoim nauczaniu, nie może uciec od oceny moralnej postaw społecznych i politycznych. Kościół nie mogąc uczestniczyć w polityce powinien  zajmować się metapolityką, czyli oceną czy dane działania polityczne są zgodne z powszechnie przyjętymi wartościami przynależnymi człowiekowi, który żyje w rzeczywistości politycznej. Przecież taka jest też wymowa encykliki Św. Jana Pawła II „Centesimus annus”.

Czy taka postawa może rodzić pewne negatywne konsekwencje, choćby takie na jakie wskazał ks. biskup? Oczywiście, że tak, choć piszę o tym z pewnym żalem.

I tu pewna dygresja. Działo to się jeszcze za moich czasów studenckich. Nasz duszpasterz akademicki w dniu święta Wszystkich świętych w kazaniu sugerował, czy może raczej, miał nadzieję, że także ci zmarli, którzy  byli osobami niewierzącymi, ale szli przez swoje życie „dobrze czyniąc” znajdą się w niebie. Tu wymienił kilka znanych nazwisk takich osób. W tym momencie starsza pani energicznie przyklęknęła i demonstracyjnie, z malującym się na twarzy oburzeniem, opuściła kościół. Obawiam się, że więcej już na Mszę św. akademicką odprawianą przez tego księdza, nie przyszła. Do spowiedzi do niego zapewne też nie. Szkoda? Pewnie, że szkoda, ale co można więcej zrobić, niż pomodlić się za ową oburzoną panią?

Ksiądz, który z życzliwością i miłością podejdzie do tak ostatnio wyklinanych osób LGBT, musi liczyć się z tym, że dla niektórych wiernych zostanie wielbicielem „pedałów”. Ksiądz, który będzie apelował o miłosierne podejście do uchodźców, od głosicieli „Polski wielkiej i katolickiej” będzie uznany za zdrajcę „białej rasy” popierającego terroryzm. Do jego konfesjonału też się nie zbliżą, bo może trzyma w nim bombę.

Zdaję sobie sprawę, że jest to smutne, że nie powinno mieć miejsca, ale to jest cena za to, że jest się „gorącym”.

Kiedy Jezus oznajmił swoim uczniom prawdę o Eucharystii swojego Ciała i Krwi, część stwierdziła, „że trudna to mowa” i jak notuje ewangelista, od tej pory już nie chodzili z Nim. Nie porównuję oczywiście dosłownie tego o czym piszę, do tamtego wydarzenia ewangelicznego, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że czym innym jest wykluczenie, a czym innym brak możliwości zadowolenia wszystkich. To ostatnie można osiągnąć tylko przez bycie „letnim”, ale jest to cecha o której Jezus wypowiada się jednoznacznie negatywnie.

 

Jak mówić o niczym?

 

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele,? – jakoś to będzie”     („Pan Tadeusz”)

 

To było na początku lat dziewięćdziesiątych, dostałem jako oficer rezerwy wezwanie na jednodniowe ćwiczenia wojskowe. Przed południem postrzelałem wraz z kolegami z „kałacha” i P-64, a potem oficer prowadzący zaprosił nas na wykład pana majora na temat bieżącej sytuacji międzynarodowej. Ponieważ miałem przypuszczenie graniczące z pewnością, że niczego ciekawego się nie dowiem, zająłem, mówiąc językiem wojskowym, dogodną pozycję wyjściową na tylnych rubieżach sali i oddałem się pożytecznym rozmyślaniom jak miło spędzić pozostałą część weekendu. Niestety sala miała dobre nagłośnienie i słowa pana majora nieznośnie łaskotały moje uszy. Wbrew moim uprzedzeniom po chwili zacząłem z uwagą go słuchać. To było fascynujące. Pan major, nie wiem jak to najlepiej określić, ale on mówił o… niczym. Proste? No to spróbujcie to sami. Mnie przy pewnej wprawie udaje się to przez kilka minut, a on mówił przez godzinę. Stara historia, ale ostatnio dość często mi się przypomina.

Oglądam wystąpienia ks. rzecznika Komisji Episkopatu Polskiego. Jak on ślicznie mówi, jak on pięknie modeluje głos. Po twarzy błąka mu się ledwo widoczny, ale sprawiający wrażenie otwartości, uśmiech. Żadne nawet najtrudniejsze pytanie nie jest zostawione bez odpowiedzi, każdy problem jest już rozwiązany, więcej, nawet jeżeli go jeszcze nie ma, to ksiądz rzecznik natychmiast go rozwiązuje. Nasi bracia Rosjanie w takiej sytuacji mówią:” Ot i technika”. Wola przetrwania, wróć, wola walki z patologiami niezmierna. Mówienie o takim rzeczniku, że jest złotousty, zakrawa niemal na mobbing, on jest cały ze złota. On nie jest sam, jego koledzy rzecznicy diecezjalni potwierdzają brak jakichkolwiek problemów. Ja już od dawna wiedziałem, że te wszystkie złe wiadomości o Kościele, to propaganda płynąca z bezbożnych polskojęzycznych mediów finansowanych z kontrybucji jakie płacimy Unii Europejskiej, wiem to od pewnej ważnej ekscelencji.

Ale jedźmy dalej, wprawdzie nikt nie woła i nie czeka, ale co napiszę to moje.

Tyle mówi się o niesłusznych czy niewłaściwych kazaniach. Ale ja osobiście nie słyszałem. Większość z tych, które słyszałem była oparta na Ewangelii. Najpierw celebrans czyta Ewangelię, a potem ją streszcza, jak to się mówi, swoimi słowami. To jest ważne, człowiek przychodzi po całym tygodniu pracy, w głowie kłębią mu się różne trudne sprawy, ale mądry człowiek najpierw przeczyta, potem jeszcze opowie co przeczytał i to parę razy i już wszystko jest jasne. Zawsze też już od siebie doda, że trzeba być pobożnym, trzeba odmawiać pacierz, dzieci posyłać na religię, chodzić do kościoła i dawać obowiązkowo odpór tym wszystkim wrażym siłom i cywilizacjom, których jedynym celem jest walka z Bogiem i Kościołem, a Kościołem w Polsce przede wszystkim. Z pierwszym czytaniem jest trochę kłopot, czasy odległe, jakieś krwawe wojny, ofiary ze zwierząt, no i ten naród wybrany, o którym nawet w streszczeniu lepiej nie mówić. Drugie czytanie na ogół dość trudne, przeczytać trzeba, ale Lud Boży nie za bardzo wykształcony, to zostawiamy.

Są też rekolekcje, na te mniej ważne zaprasza się często proboszcza z sąsiedniej parafii. To ma dobre strony, bo on też kiedyś zaprosi i wszystko zostanie w rodzinie. Parę razy nawet uczestniczyłem w takich rekolekcjach, znaczy się w pierwszym dniu. Były tak dobre, że od razu się nawróciłem i potem miałem już wolne. Raz rekolekcjonista opowiadał dowcipy o Isaurze, o bacy i o tym jak niegrzecznie zachowała się pewna znana celebrytka. Mówił też o pijaństwie, zdradzie żony i usuwaniu ciąży. Piknie godoł, mówię wom ,że aż cud. Miło było słuchać, bo pić już nie mogę, żony nie zdradzam, bo by mi dała po pysku i wywaliła pod most, i ciąży też nigdy nie przerwałem. Ale najpiękniejsze to były te przerywniki muzyczne. Ksiądz podnosił do góry swoją komórkę, pstryk i już z głośników leciało:” Jezu kocham Cię – tralala, Mario kocham Cię – tralala, jestem z Wami – tralala. Po drugim razie zacząłem śpiewać, po trzecim nawróciłem się, uniosłem ręce do góry i zakołysałem się całym sobą.

Fajne są też kolędy zwane czasami wizytami duszpasterskimi. Bywa, że zaprasza się do pomocy księdza z innej parafii. On w swojej już się wyrobił, a samochód dalej czeka u mechanika. To przyzwoity człowiek, o nic nie pyta, bo nie wie o co pytać, jego też nie ma co pytać, bo nie wie co odpowiedzieć.

Bardzo też ciekawe są różne specjalistyczne duszpasterstwa parafialne, które gromadzą ludzi pewnych i sprawdzonych w wierze, tak samo jak księgi trzeźwości do których wpisują się głównie staruszki i staruszkowie. I bardzo dobrze, przynajmniej jesień życia spędzą w trzeźwości.

Są oczywiście księża kontrowersyjni o których mówi się, że są postaciami kontrowersyjnymi. Nie dobrze! Kontrowersyjny to ja mogę opowiedzieć dowcip po dwóch piwach, ksiądz ma być posłuszny i łapać myśl przełożonego, ewentualnie katolickich mediów w swoim domu.

Spoko, jakoś to będzie. Mieczy, szabel i… obrony terytorialnej z pewnością nam nie braknie.

Diabolos znaczy rozdzielać

 

 O tym, że diabeł rozdziela, wiedziałem już w szkole podstawowej, ale ani wtedy, ani potem, jakoś tego specjalnie nie przeżywałem. Wchodziłem w swoją dorosłość w czasie pełnego rozkwitu PRL- u. Był wtedy oczywisty podział na „my” i „oni”. „Oni” to była partyjna, komunistyczna „wierchuszka” z dodatkiem ludowej milicji. Ten podział był tak oczywisty, że nikt się specjalnie nad nim nie zastanawiał, wydawał się naturalny i nieśmiertelny. Na szeregowych członków partii, którzy byli w naszych rodzinach i wśród naszych znajomych – machało się ręką, wiadomo że byli w partii:” Dla chleba, panie, dla chleba”. Oni się tym specjalnie nie chwalili, a po pijaku mówili, tak jak inni na trzeźwo, gdzie mają komunizm i partię. Po cichu chrzcili dzieci i posyłali je do I Komunii św. W niedzielę, bywało, że jechali do kościoła na peryferiach miasta na tzw. Mszę św. partyjną. Po 1989 roku zaczęliśmy dzielić się na solidaruchów i byłych komuchów, ale ten podział powoli rozwiązywała nieubłagana biologia. Pewnie, były naturalne podziały oczywiste w warunkach demokracji, ale nikt z tego powodu nie załamywał rąk.

I tak dotrwaliśmy we względnym spokoju do roku katastrofy smoleńskiej. I nagle bez racjonalnej przyczyny Polska pękła na pół, diabeł – oddział nadwiślański, zaczął działać, zaczął nadrabiać stracony czas. Bardzo to smutne, że mój Kościół, nasz Kościół wszedł w tę logikę podziału, jak „w masło”. Jego medialni harcownicy, przy milczącej zgodzie reszty, obrócili w pył zdawało się niewzruszoną jedność Kościoła. Część katolickich mediów zapominając co znaczy słowo „katolicki”, dostało wiatr w żagle. Zamiast mówić o Bogu, który kocha wszystkich, a szczególnie tych pogubionych, zamiast otwierać się na wszystkich ludzi dobrej woli, zaczęło sączyć niechęć do tych, którzy w tę narracje podziału nie chcieli wchodzić.

Szybko znaleźli się dziennikarze i politycy, którym puściły wszelkie moralne hamulce. Publiczne wyzwiska, oszczerstwa, najbardziej podłe pomówienia, stały się codziennością. Udomowiliśmy, jak powiedział O. L. Wiśniewski, nienawiść w naszych sercach. Jest w tym wszystkim coś przeraźliwie nieracjonalnego, coś sprzecznego z naturą człowieka. Bodaj najbardziej wymownym symbolem tej bezinteresownej nienawiści stała się osoba i fundacja J. Owsiaka. Proszę pokazać mi choć jeden cywilizowany kraj, gdzie człowiek zbierający pieniądze na ratowanie chorych dzieci, jest tak opluwany i znienawidzony przez ludzi, którym nie uczynił nic złego? Niestety i tym razem pospołu i duchowni i świeccy, radośnie składają się na tę cegiełkę nienawiści. Można mnie wyzwać, jak to czynią niektórzy komentatorzy, od najgorszych, mogę być dożywotnim głupcem, idiotą i czymkolwiek, ale nigdy tego nie zrozumiem. Ze słów, z arcyważnych słów Boga padających na Sądzie Ostatecznym dotyczących także tych, którym odmówiliśmy schronienia, zrobiliśmy kpinę, fałsz i obrzydliwość pomówień. Na kolejną kpinę zakrawa huczne świętowanie rocznicy Chrztu św., gdy jednocześnie policzkujemy Jezusa, który przychodzi do nas w człowieku straszliwie skrzywdzonym, w zakrwawionym dziecku i jedyne co chrześcijanin (w większości) ma mu do powiedzenia to „wynoś się”. To jest religia podziału, a nie miłosierdzia, ale już niedługo w nabożeństwach drogi krzyżowej będziemy współczuli Jezusowi, będziemy rzewnie śpiewali:” Ludu, mój ludu cóżem ci uczynił?” No właśnie:” cóżem ci uczynił?”

Wcześniej przed wigilią Bożego Narodzenia, wigilią pojednania, mieliśmy wysyp poradników, jak w czasie tej wigilii rozmawiać o niczym, by nie wybuchła agresja i nienawiść wśród najbliższych. Te poradniki na zawsze zostaną świadectwem tego, co osiągnął diabeł. Jakże aktualne są słowa Jezusa, aby nie płakać nad Nim, ale nad samym sobą.

Ratowałem kiedyś z opresji owcę, uwiązana  na pastwisku łańcuchem do kołka, tak się zapętliła, że była bliska uduszenia, a mimo to dalej szarpała się za każdym razem powiększając uścisk łańcucha na swojej szyi. Trudno mi nie odnieść wrażenia, że jesteśmy właśnie na takim etapie. Co będzie dalej? A któż to po za Bogiem wie, ale człowiek po to otrzymał od Stwórcy rozum, by go używał. Wpierw jednak każdy powinien zrobić rachunek sumienia, przyznać się do win i zaniedbań. Ludzka sprawiedliwość domaga się by je policzyć i ocenić. Reszta powinna być przebaczeniem i mocnym postanowieniem poprawy.

 

 

Smutno w moim Kościele!

 

 To bodaj najbardziej gorzki tekst, jaki napisałem o moim Kościele. Ale uczucia wyrażamy wtedy kiedy na czymś, czy na kimś, nam zależy. W przeciwnym wypadku jest obojętność. Mógłbym ten tekst zatytułować „List otwarty do starszych w moim Kościele”, ale nie o patos tu chodzi. Chcę Wam powiedzieć – straciłem do Was zaufanie, w pierwotnej wersji miało być:” tracę do Was zaufanie”, ale po ostatniej Waszej konferencji jest tak, jak jest. Wychodzę wszakże z założenia, że dopóki człowiek wie jak się nazywa i gdzie mieszka, zawsze jest nadzieja na to, że jego myślenie może się przemienić. Tej nadziei nie chcę i nie mam prawa Wam odbierać.

Daleki także jestem od potępiania Was czy nazywania grzesznikami. Nie napiszę także, że nie jesteście godni być Jego uczniami. Grzesznikami jesteśmy wszyscy i nikt z nas nie jest godny by być Jego uczniem. Nie mam prawa wątpić w Wasze powołanie, ale mam wiele przesłanek by uważać, że zapomnieliście o tym powołaniu, a nierzadko głęboko je zakopaliście w ziemi, nie bacząc co o tym mówił nasz Nauczyciel. Straciliście kontakt z rzeczywistością w której przyszło Wam żyć, straciliście kontakt z tymi dla których mieliście żyć, dla których przekroczyliście kiedyś progi seminarium. Ale może nie do końca to prawda. Tam gdzie ta rzeczywistość ofiarowuje Wam zaszczyty, władzę i inne profity, tam ją hołubicie budząc na przemian zgorszenie i drwiny. Bardzo Wam się podobają zaszczytne tytuły, kolorowe, cyrkowe fatałaszki i te „pierwsze miejsca za stołem”, cieszycie się gdy Wam usługują, zapominając co tym mówił Jezus. Jego przesłanie gdy rozsyłał uczniów było proste i zrozumiałe, tak samo wtedy jak i dziś. Co z tym przesłaniem zrobiliście?

Jezus nie stawiał wymagań niemożliwych do zrealizowania, nie namawiał do ascezy, przeciwnie stwierdzał, że „godzien robotnik zapłaty swojej”, tyle, że przez wieki coraz mniej było „roboty”, a coraz więcej zapłaty.

Kiedy dziesiątki ludzi w ucieczce przed wojną i nędzą tonęło w morzu, nie potrafiliście jasno i stanowczo powiedzieć rządowi do którego wcześniej się przymilaliście:” non possumus”. Mogliście twardo potrząsnąć rządzącymi, by zmienili zdanie, ale brakło Wam odwagi, bo może nie zaprosili by Was na poświęcenie jakiegoś z pompą otwieranego grajdołka, może śmiechu warta uczelnia nie dostałaby dotacji i wsparcia na „szemrane” interesy. Kiedy  w imię obłąkanej ideologii ludzi owładniętych nienawiścią, bezczeszczono narodową świętość jaką są groby ofiar katastrofy smoleńskiej, taktownie milczeliście. Nie stać Was było nawet na wyrażenie „niepokoju”.

Przypomnijcie sobie ile razy ględziliście o jakimś potworze gender, a ile razy apelowaliście do naszych serc, aby choć złotówką w każdą niedzielę podzielić się z tymi, którzy umierają z głodu.

Macie obsesję na punkcie seksu, oczywiście  na temat naszego seksu,  „nic nie jest tak ważne jak seks i to jak go uprawiamy”. Ale kiedy w straszliwy sposób łamano szóste przykazanie Dekalogu wśród podległego Wam duchowieństwa, podstawową Waszą reakcją było milczenie i obojętność. Wasza ostatnia konferencja dobitnie pokazała, że dalej nie wiecie, czy może raczej, nie chcecie wiedzieć, o co w tym bolesnym i tragicznym temacie, chodzi. Dziś ronicie łzy (bez przesady oczywiście), ale trzeba było dopiero słusznego, błogosławionego gniewu kochanego Franciszka, aby coś drgnęło. A przecież jest publiczną tajemnicą jak wielu duchownych ma nadzieje na „przeczekanie” Franciszka, jeden z nich nawet zainicjował modlitwę o Jego Franciszka rychłe odejście do domu Ojca. Tak to prawda, przeprowadzono z nim „ojcowską rozmowę”. Ciekawe jaką by przeprowadzono gdyby ta propozycja dotyczyła dziś św. Jana Pawła II? No ale ten był nasz, a Franciszek? Bardzo lubicie zabierać głos, ale jakoś nie słyszałem, żebyście nazwali podłością to, co o Franciszku mówią także nasi najpobożniejsi z pobożnych.

Wielu katolickich publicystów w dobrej wierze zachwala churching, ale tak naprawdę to jest Wasza klęska jako pasterzy, że trzeba jechać „przez pół miasta”, żeby znaleźć kościół w którym duszpasterzy „pożera” troska o wiernych.  Gdzie jest Wasza troska o to, co dzieje się w każdej parafii, także w tych gdzie proboszcz robi co chce i jak chce, gdzie bywa, że jest ważniejszy od samego Papieża?

Nie lubicie „kontrowersyjnych” księży, bo psują Wam swoim zaangażowaniem spokój Waszych sumień. Bardzo lubicie pouczać innych. Jesteście bezgrzeszni, czy może dumni ze swojej pokory?

Czy tak wygląda mój Kościół? Chciałbym w rozgoryczeniu powiedzieć „tak”, ale to byłoby niesprawiedliwe, więcej, krzywdzące. Wiem że są wśród Was ludzie wiary, choć nie rozumiem dlaczego milczą, gdy trzeba wołać na dachach. Wiem, że w tym moim i Waszym Kościele są duchowni dla których sensem życia jest służba Bogu i bliźnim, wierzę, że głęboko w sercu to poczucie służby w Was jest, dlatego proszę i namawiam – ocknijcie się, przemieńcie Wasze myślenie, czas na to wielki.