Grób Łazarza – dzisiaj

 

 Nie wiemy na co zachorował Łazarz, ale nie ma to wielkiego znaczenia, choroba jak choroba, każdego może dotknąć. Z pewnością próbowano go leczyć domowymi sposobami, ale nie powiodło się. Ano tak bywa, Łazarz umarł. Wcześniej, kiedy chory jeszcze żył, powiadomiono Jezusa. Był przyjacielem domu, był przyjacielem Łazarza. Normalną reakcją każdego, kto dowiaduje się o ciężkiej chorobie kogoś bliskiego, jest chęć jak najszybszego zobaczenia się z nim, na to liczyły siostry Łazarza. Reakcja Jezusa nie jest wszakże normalna, nic więc dziwnego, że siostry Łazarza z trudem ukrywają żal – „Panie gdybyś tu był…”. Tajemnica „powolności” Jezusa szczęśliwie się wyjaśnia, ale wcześniej niektórzy z zebranych słusznie wyrażają swoje zdziwienie:” Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?”

Wieki minęły, a my niemal w niezmienionej formie zadajemy to samo pytanie: czy Ten, który…. nie mógłby? No pewnie, że mógłby! My składamy prośbę, to na początku, potem pewnie żądanie. Mała dygresja – szopka bożonarodzeniowa, a w niej aniołek – skarbonka. Wrzucisz monetę, to aniołek kiwa ruchomą główką w podziękowaniu. Jakiś malec co chwila biega do rodziców po pieniążki, wrzuca je, aniołek kiwa główką, jest radość dzieciaka. W końcu rodzicom drobniaki się wyczerpały i aniołek nie kiwa. Chłopczyk przez chwilę patrzy na aniołka jakby czekając na jego podziękowanie, a nie doczekawszy się, wyraźnie rozzłoszczony, rączką łapie aniołka za główkę i energicznie nią kiwa. No więc prosimy, Bóg spełnia prośbę, jest fajnie. No nie jest fajnie! Nie tylko z powodu kakofonii tych próśb, ale pominąwszy to warunkiem ich spełnienia musiałaby być utrata naszej wolności, naszego samostanowienia. Bóg nie chce nas uzależnić od siebie, uzależnić można niewolnika. Pełna micha, obroża na karku i Bóg zredukowany do roli chłopca na posyłki. Za tym tęsknimy?

Kreatywność, uczucia, dar bliskości i miłości, możliwość powiedzenia „tak” lub „nie”, to nie jest rzeczywistość niewolnika. Tak, mógłby spełniać nasze prośby i żądania, mógłby ingerować we wszystko, co nas dotyczy, tylko to „wszystko”, byłoby odebraniem nam godności dziecka Bożego. On nie odbiera nam możliwości prośby, co więcej obiecuje ich spełnienie, ale w sposób „niekomercyjny”, nie w sposób jaki nam wydaje się właściwy.

Nie wiemy jak wyglądało życie Łazarza po wskrzeszeniu go z martwych, ale z pewnością było to nowe życie. Może to jego nowe życie darowane mu przez Przyjaciela, który przecież jest też naszym Przyjacielem, jest wezwaniem do nas byśmy powstali z martwoty grzechu. Jezus zwraca się do Łazarza donośnym głosem. Kiedy używamy donośnego głosu? Ano wtedy gdy chcemy mieć pewność, że zostaniemy usłyszani. Łazarz jest w grobie, w jakiejś pieczarze, jest martwy, nic dziwnego, że Jezus mówi donośnym głosem. Łazarz Go słyszy, wstaje i wychodzi na zewnątrz. Trudno nie mieć skojarzenia, że Jezus wzywając nas do powstania z grzechu, też mówi do nas donośnym głosem.

I tu moja bardzo osobista refleksja. Jezus choć „korzysta” ze śmierci Łazarza, w najmniejszym stopniu nie przyczynia się do niej. Bóg na co dzień, jak mówi Pismo św. przemawia do nas w łagodnym powiewie wiatru. Może jednak gdy indywidualnie i zespołowo zmierzamy w kierunku przepaści, mówi do nas donośnym głosem. On tak jak nie przyłożył swojej ręki do śmierci Łazarza, który był jak i my wszyscy grzesznikiem, tak nie przykłada ręki do przeżywanej przez nas tragedii pandemii. Ona nie jest, jak niektórzy usiłują przedstawić – biczem w ręku zagniewanego Boga. Jedyny Jego „udział” w tej katastrofie jest taki, że donośnym głosem woła nas do wielorakiego nawrócenia.

Wielu ludzi już dzisiaj w środku epidemii, wskazuje, że świat po niej, czyli po prostu my, musi się odmienić. Czyżby to było echo tego wołania Pana? Oby tak było, jeżeli jednak zasłonimy nasze uszy i serca przed tym wołaniem miłosiernego Boga, to nasza przyszłość może stać się tak tragiczna, że zatęsknimy za czasami pandemii. Wtedy będziemy zadawać Mu pytania:” Czy Ten, który…, nie mógł sprawić…?” Jest tajemnicą Boga Wszechmocnego jak odpowie na te nasze pytania, ale dany nam rozum i Jego słowo, powinno nas skłaniać do tego byśmy naszymi niegodnymi postępkami, tej tajemnicy nie testowali.

Łajdactwo i głupota!

 

 Tym razem bardziej na bieżąco. Media doniosły, że Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że klauzula sumienia, nie może pozwolić pielęgniarkom na odmowę uczestniczenia w przeprowadzanej aborcji. ETPC uznał aborcję za „usługę medyczną”. Można powiedzieć, że świat nie po raz pierwszy wariuje, ale co na to internauci zamieszczający komentarze pod tym tekstem? To jest stek wyzwisk pod adresem tych, którzy są przeciwni takiej „pomocy medycznej”. Jedna z nielicznych wypowiedzi pozbawiona nienawiści:” Czy nam się to podoba czy nie, to jest kwestia (aborcji) dzieląca ludzi i warto się zastanowić czy naprawdę trzeba naginać czyjeś sumienie”. Wielu odmóżdżonych komentatorów nie zdaje sobie sprawy, że owszem można złamać ludzkie sumienie, tylko ono raz złamane w sprawie, którą oni uważają za słuszną, może okazać się bardzo kruche także w innych. Żadne to odkrycie, że najtrudniej jest pierwszy raz odstąpić od swoich zasad, wartości i przekonań, każdy następny raz będzie łatwiejszy. Najtrudniej pierwszy raz zabić, okraść, wyrządzić bliźniemu podłość, potem już z górki. To prawda, że nie jest to nieunikniona konieczność, ale obserwowana rzeczywistość, aż nadto daje wiele przykładów, że ten pierwszy raz jest wkroczeniem na bardzo złą drogę.

Druga wiadomość to uchwała Nowozelandzkiego parlamentu pozwalająca na przerywanie ciąży do dwudziestego tygodnia życia poczętego dziecka. To nie jest już „zlepek komórek”, to jest żywy człowiek, w przypadku młodszego dziecka taką decyzję, choć niczym nie usprawiedliwioną i tak samo straszną, można było tłumaczyć twardością serc ludzkich, tu nawet to twarde serce, to serce z kamienia, powinno zapłakać. Nie dość przypominania, że noblistka, święta Matka Teresa z Kalkuty, wymieniała aborcję, jako źródło wojen i okrucieństwa. Człowiek, który porywa się na życie własnego dziecka, jest potencjalnie zdolny do rzeczy strasznych. To nie jest potępienie tych ludzi, to jest konsekwencja, która może się okazać realna.

Mamy epidemię koronawirusa. Od tego jak  ją przeżyjemy zależy nie tylko nasze zdrowie fizyczne, ale także duchowe. Pewien pan, któremu też nie starcza do pierwszego, apeluje o pomoc dla swoich mediów. Co tam pomaganie najbardziej potrzebującym w tych trudnych czasach, co tam apelowanie o ludzką solidarność, co tam dzielenie się z innymi. Ważna jest kasa, ważny jest „katolicki” głos w naszych domach. Obrzydliwość!

Kolejnym przykładem „katolickiego” podejścia niektórych duchownych i tzw. katolickich publicystów jest publiczne wyrażanie poglądu, że epidemia jest karą, a może zemstą Boga za grzechy, wiadomo jakie. Ile trzeba mieć w sobie łajdactwa i głupoty, aby przypisywać miłosiernemu Bogu swoje niskie instynkty. Medycznego Nobla powinien otrzymać biskup, który odkrył, że Pan Bóg nie przenosi zarazków i w związku z tym wirusy nie rozprzestrzeniają się przez wodę święconą, ani tym bardziej przez Hostię podawaną do ust. Normalnie można by powiedzieć, że nie wiadomo czy płakać, czy się śmiać, ale nikomu akurat do śmiechu nie jest. Osoba, która dwa lata temu radziła młodym lekarzom, aby sobie wyjeżdżali z kraju, dziś powinna stać przed sejmem w maseczce ochronnej, aby nikt nie zaraził się od niej głupotą i podłością.

Epidemia jeszcze trwa, ale wielu ludzi wyraża nadzieję, że świat po niej będzie lepszy i mądrzejszy. Szczerze mówiąc bardzo w to wątpię, choć chętnie przyznam się do błędu jeśli będzie inaczej. Ten mój pesymizm wynika nie tylko z byłych wydarzeń, które miały nas zmienić jako społeczeństwo, a z których nic nie wynikło. Człowiek nie zmienia się dlatego, że grom z jasnego nieba uderzy w ziemię. To prawda, że historia, i ta wielka, i ta nasza osobista, zna przypadki nadzwyczajnej interwencji Boga, wszakże zwyczajną drogą dla każdego z nas jest osobiste nawrócenie. Ono nie dokonuje się w blasku błyskawic i huku grzmotów. Jeśli tak by było, to wszyscy byśmy chodzili z liliami w ręku i śpiewali „Hosanna na wysokościach”, nie mylić z „Alleluja i do przodu”.

Nawrócenie jest żmudną pracą, trudnym wysiłkiem i nie jest sugestią tylko dla ludzi religijnych. Nawrócenie, tak jak to widzą chrześcijanie, wymaga przewodnika, który roztropnie i z miłością poprowadzi nas do Boga i to przede wszystkim nie sprawiedliwych, ale tych którzy są pogubieni. Jezus, jak długo trzeba to przypominać nam wszystkim, a duchownym w szczególności, nie przyszedł w pierwszej kolejności do zdrowych, ale do tych, którzy mają się źle. Ile jeszcze czasu musi upłynąć (a czasu jest niewiele jak pięknie śpiewał M. Grechuta), aby to dotarło do naszych serc i głowy też?

Można, co z lubością czynią niektórzy świeccy i rzesza duchownych, okładać ludzi kamiennymi tablicami przykazań, czaszka wprawdzie się rozleci, ale serce dalej będzie z kamienia. Dekalog i Ewangelia, to nie kodeks Hammurabiego i Jezus wyraźnie o tym mówi.

Bogaty młodzieniec wzorowo przestrzegał prawa, zyskał pochwałę Jezusa, ale niewiele po za tym zrozumiał, i odszedł smutny.Jeżeli tego naszego osobistego nawrócenia, także nawrócenia wewnątrz naszego Kościoła nie będzie, to przestańmy opowiadać sobie budujące bajki, jak to się zmienimy na lepsze po odejściu epidemii z naszej Ojczyzny.

Smutne konsekwencje

                                          

 

Media doniosły, że policja musiała ochraniać kościół w którym „słowo Boże” głosił hierarcha znany ze swoich oryginalnych (to określenie nie jest komplementem) poglądów na zagrożenia jakie mają czyhać na wiarę i Kościół w Polsce i na świecie. Ludzie zgromadzili się przed kościołem aby protestować i wyrazić swoje oburzenie postawą hierarchy, którego słowa według bardzo wielu katolików uznawane są za niezgodne z duchem Ewangelii. Czy zdecydowałbym się na taką formę protestu? Chyba jednak nie, chociaż czuję to samo co oni. Może także dlatego, że doskonale pamiętam, jak to ludzie stawali naprzeciw milicji tzw. obywatelskiej, by bronić przed nią kościoła. Może ja „jestem za, a nawet przeciw”, ale ja tych ludzi rozumiem i popieram z jednego ważnego powodu. Gdy nie ma możliwości dialogu z taką czy inną władzą, która to możliwość jest świętym prawem każdego człowieka, każdego obywatela, zostaje „dialog” ulicy. Moim zdaniem lepszy taki dialog niż obojętność.

Państwo demokratyczne organizuje, lepiej czy gorzej, przestrzeń debaty i to z różnymi środowiskami, uważając to za wartość, którą trudno przecenić. Kościół w Polsce uważa, „od góry do dołu”, że taki dialog jest niepotrzebny. Dlaczego? Niestety wyczerpującej odpowiedzi nie znamy, bo to jest najpilniej strzeżona tajemnica naszego Kościoła. Wielu wybitnych ludzi wiary, także tych, którzy są duchownymi, od lat o ten dialog apeluje i prosi. Prosi bezskutecznie, bo nasi duchowni usytuowani na szczycie wieży z kości słoniowej, święcie przekonani o swej wszechstronnej mądrości, a jeszcze bardziej świętości, udzielają zainteresowanym jednej „odpowiedzi”. To odpowiedź bardzo treściwa, rzec można bardzo skondensowana, składająca się z trzech zaledwie wyrazów i jednego przecinka – nie, bo nie, a co ponadto jest złe. Moc tej odpowiedzi jest zaiste porażająca. Kryje się za nią przekonanie, że wroga można, a nawet trzeba, zwalczać, wyzywać i gromić, ale dialogowanie jest niepotrzebne, bo „sąd, sądem, ale racja musi być po naszej stronie”. Słowo wróg należy wziąć w cudzysłów, co nie zmienia faktu, że wrogów to ci u nas zawsze był dostatek. Dla niepoznaki wrogowie ci mówią, że są chrześcijanami i uczestnikami Kościoła katolickiego, ale to taki sprytny kamuflaż, tak naprawdę ich celem jest rozwalenie tegoż Kościoła. Z pewną taką przykrością, przyznaję, że dotyczy to także mnie. Przy takim założeniu milczenie biskupów, a szczególnie ich, wydaje się ze wszech miar uzasadnione. Nawet jeśli ten brak dialogu z wiernymi uznać za winę, to niewątpliwie jest to „wina błogosławiona”. Mała dygresja na temat przykrości. Kuria gdańska stwierdziła, że kobietę, którą straszliwie skrzywdził ksiądz tej diecezji, spotkała „przykrość”. To jest kurialna wrażliwość! Ja bym wprawdzie nazwał to nieco inaczej, ale nie lubię tych kropek po pierwszej literze powszechnie znanego wyrazu.

Nie jestem specjalistą od nauk ścisłych i jest to nad wyraz łagodne określenie, ale gdzieś zadomowiła się w mojej powoli siwiejącej głowie zasada dynamiki Newtona mówiąca o akcji i reakcji. Tę reakcję widać jak na dłoni – pustoszeją kościoły, duża, coraz większa liczba młodych ludzi, bierze „rozwód” z Kościołem, nawet ci, którzy deklaratywnie przyznają się do wiary, kompletnie nie przejmują się naukami i wskazaniami tegoż Kościoła. Listy, zwane przez ich autorów, pasterskimi, jeżeli już mają je okazję usłyszeć, to traktują jak przesłanie z odległej w czasie innej planety. Na tyle palących problemów tego świata i Polski w szczególności, problemów także etycznych, słyszymy od kilku lat jeden przekaz: gender, LGBT, liberalizm, bezbożny zachód, a ostatnio także ekologizm. Biskupi, litości! Wy chcecie tym dotrzeć do ludzi, do ludzi młodych w szczególności? Przecież oni słuchając tego dostają wytrzeszczu oczu, a właściwie uszu, chociaż nie wiem jak taki wytrzeszcz uszu wygląda.

Wiara wszakże w naszym narodzie w zgodnym przekonaniu wielu duchownych ma się dobrze, najlepiej mówić – wiara naszych ojców, dziadów i pradziadów, to tak dostojnie brzmi. Wiem, że ten dowcip, który opowiem, ma dłuższą brodę niż moja, ale nie mogę się powstrzymać, by go nie opowiedzieć, może jak raz ktoś go nie zna. Oto i on: W samochodzie, którym jadą siostry zakonne, skończyła się benzyna, stacja niedaleko, ale siostry nie miały kanistra, wzięły więc nocnik i nalały benzyny. Po przyjściu, otworzyły wlew baku i leją benzynę. Dokładnie w tym samym czasie ich samochód mija pojazd z zachodnimi hierarchami. Patrzą na to, co robią zakonnice i jeden z nich z stwierdza:” Zaprawdę wielka jest wiara w tym narodzie”. Dowcip, jak dowcip, może nie bardzo elegancki, ale warto nad tą „wielką wiarą” naszego narodu się zadumać. „ – Jedźmy, nikt nie woła”

Cytowałem już na tych łamach moją ulubioną kwestię z „Pana Tadeusza”:” Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń siędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!” Usilnie przekonywałem, że jakoś nie będzie, ale zmieniłem zdanie i dziś uważam, że jednak jakoś będzie. Zabraknie kapłanów? No to sprowadzimy ”murzynków”, wprawdzie pewien zakonnik (?) słynący ze złotych „myśli”, wyrażał obawy czy aby oni się myją, skoro mają taką czarną skórę, ale to żaden problem. Wyszoruje się mydłem takiego księdza i dobrze będzie. Zabraknie uczniów na szkolnej katechezie? Jaki problem, pogada się z prezesem zjednoczonej prawicy, znaczy się z ministrem edukacji i religia będzie obowiązkowa, a ponadto obowiązkowe uczestnictwo we Mszy św., a bez chrztu nie przyjmą do żłobka i przedszkola. Aż dziw, że na to ostatnie jeszcze nikt nie wpadł. Świnią nie jestem więc nie zgłoszę tego pomysłu do urzędu patentowego, ale jakby jakaś „wziątka” się przytrafiła, to protestował nie będę. A może jakąś rechrystianizację urządzić? Unia na nas się „wypięła”, odnośnie nawracania, ale wiadomo, kto w niej rządzi. Tematu rozwijał nie będę, bo dotacje unijne, znaczy się pieniądze, nie śmierdzą, a brać od tych pogan, to nie grzech.

A gdyby tak uznać, że tereny misyjne są u nas? Wszak zaraza (nie mylić z koronawirusem) rozlewa się po całym kraju. Na szczęście są regiony, gdzie pobożni i prawdziwi chrześcijanie z certyfikatem wydanym (nie za darmo rzecz jasna) przez pewne imperium medialne, ogłaszają strefy wolne od tej, bądźmy odważni, tęczowej zarazy. Tak trzymać! Mam jeszcze inne pomysły, ale jak to mówią – nie chcę się ze wszystkich „wyprztykać” od razu.

No i znowu złośliwie, ale czy po mnie można się czegoś dobrego spodziewać? Wprawdzie za dobro nie wsadzają do więzienia, jak przytomnie zauważył pewien ministerialny sędzia, ale wolę nie ryzykować. Mam tylko jedną wcale nie złośliwą uwagę – a co będzie, jak za jakiś czas okaże się, że Polska będzie strefą wolną od Kościoła?

 

 

Moja polemika z Panem Piotrem

 

 

Najpierw dwa cytaty:” Równocześnie apeluję do wszystkich biskupów, księży i świeckich liderów. Nie mieszajmy się w politykę. To nie jest nasze zadanie. My mamy iść na cały świat z Ewangelią i otwierać ludzi na Jezusa”

„Jedną z największych chorób Kościoła w Polsce jest bratanie się z politykami”.

Tyle P. Piotr Żyłka. Bardzo lubię polemiki. Im bardziej nie zgadzam się z przedstawionymi przez kogoś poglądami, tym bardziej się cieszę. Nie wynika to z mojego pieniactwa, ale z bardzo ważnej przyczyny. Jest nią w przypadku podjęcia polemiki możność, a nawet konieczność gruntownego przemyślenia swoich argumentów. W ostatnim czasie na „Deonie” ukazały się dwa ważne artykuły, jeden autorstwa P. P. Żyłki zatytułowany:” Czy zagłosuję na Szymona Hołownię?” i drugi O. D. Piórkowskiego:” Dlaczego duchowni nie powinni publicznie mówić o swoich poglądach politycznych

Materia tych artykułów jest z jednej strony pasjonująca i delikatna, ale z drugiej obrosła różnymi, w moim mniemaniu, mitami.

Nie mieszajmy się w politykę” – pisze P. Piotr i ja to rozumiem i szanuję, to jest jego osobista decyzja, podobnie jak wstrzymanie się od wskazania swojego kandydata na urząd prezydenta. To jest jego święte prawo, wszak głosowanie jest tajne. Nie bardzo rozumiem za to liczbę mnogą, ale o tym jeszcze później.

Politykę jak sadzę P. Piotr traktuje jako rzecz brudną, a w najlepszym wypadku jako sprawę, którą należy omijać szerokim łukiem i przeciwstawia ją głoszeniu Ewangelii. Może nie jest to wprost napisane, ale ja tę niechęć wyczuwam. To prawda, że polityka jaką znamy na co dzień, nie zachwyca i to delikatnie mówiąc. W związku z tym wielu bardzo przyzwoitych i mądrych ludzi się z niej wypisuje. Bardzo pięknie, tylko jak wobec tego chrześcijanin ma przemieniać tę rzeczywistość na lepszą? Ewangelizacją, modlitwą i dawaniem świadectwa? Oczywiście, że tak i jeszcze raz podkreślam – szanuję taki wybór, ale czy to ma oznaczać, że ktoś, kto chce tę rzeczywistość zmieniać na lepsze poprzez promowanie dobrych ustaw, czy dobrego rządu, jest kimś gorszym? Czynić ziemię poddaną można na różne sposoby. Działalność społeczno – polityczna jest jednym z nich. To, że polityka jest czyniona przez ludzi niemądrych czy egoistów, nie oznacza, że sama w sobie jest zła. Wręcz przeciwnie, to powinno skłaniać ludzi dobrych i mądrych (fakt, że jest ich niewielu), by nadać słowu „polityka” wartość, by była ona służbą bliźniemu. To oczywiste, że udział uczestnika Kościoła katolickiego w polityce powinien być roztropny. Szlachectwo zobowiązuje, chrześcijaństwo – nieporównywalnie więcej.

Zgadzam się z P. Piotrem, że „zaprzyjaźnienie” znaczącej części Kościoła w Polsce z rządzącą partią jest poważnym i gorszącym faktem i fatalnie wpływa na wiarygodność i zaufanie do tego Kościoła. Kiedyś Kościół, czyli faktycznie my wszyscy, zapłacimy za tę „przyjaźń” wysoką cenę, ale „miłe złego początki”.

Rozróżnijmy jednak dwie sprawy. Czym innym jest faktyczne popieranie takiej czy innej partii, a czym innym jest moralna ocena jej działalności. Podkreślam słowo „moralna”. To trochę tak, jak mamy obowiązek potępić grzech, ale nie grzesznika. Kościół hierarchiczny stawia bardzo wysokie wymagania moralne każdemu ochrzczonemu w tym Kościele. Nie jeden raz słyszymy, i słusznie, że nasz grzech nie jest li tylko naszą prywatną sprawą, jednocześnie ten sam Kościół milczy czy wręcz popiera oczywiste łamanie praw boskich i ludzkich przez rządzących, nie widząc, czy nie chcąc widzieć dramatycznych skutków takiej postawy. Wiem, że w praktyce trudno jest oddzielić potępienie grzechu od grzesznika, ale tu właśnie powinna mieć zastosowanie mądrość Kościoła o której tak wiele słyszymy. Wiem i zdaję sobie sprawę, że w przypadku moralnej oceny „dostanie” się przede wszystkim aktualnie rządzącym. Trudno, żyjemy w takiej konkretnej rzeczywistości, a Kościół, także nasz, potrafił, nawet w niedalekiej przeszłości, w sposób godny powiedzieć prawdę, gdy łamano oczywiste zasady, gdy niszczono ludzi. Wtedy groziło to poważnymi, a nieraz tragicznymi konsekwencjami, a dziś…? Choć marzeniem wielu polityków jest aby ich działalność nie podlegała ocenie moralnej, to sprzeciw wobec tego marzenia jest obowiązkiem Kościoła. Czy to jest mieszanie się do polityki – wolne żarty, to samo mówili komuniści, gdy Kościół ich upominał i domagał się poszanowania praw ludzi. Kościół przedstawia moralną ocenę nie stosowania się do przykazań Dekalogu i powinien to robić, ale to wierni podejmują decyzję. Zarzut, że Kościół jakoby ogranicza ich wolność, albo wtrąca się w ich życie prywatne jest niepoważny. Takie jest jego zadanie.

Częstym argumentem przeciwko moralnej ocenie polityki jest stwierdzenie, że konsekwencją takiego postępowania, jest podział. Ależ on jest i będzie. Zawsze jest gdy pojawia się potrzeba opowiedzenia się po stronie prawdy czy kłamstwa. Trochę nawiązuje do tego wypowiedź O. Puciłowskiego, który przypomina, że Jezus nie mówił, aby nie mieć nieprzyjaciół, ale by ich kochać. Ten podział jest smutną konsekwencją naszego grzechu. Na Sądzie Ostatecznym jedni stoją po prawej stronie, inni po lewej. Oczywiście „ustawia” ich Bóg, ale podział jest. Abraham mówi do bogacza, że między miejscem w którym on przebywa i mieszkaniem Łazarza jest przepaść. Zasypywanie podziałów jest zadaniem każdego z nas i rachunek sumienia w tym względzie każdemu z nas zapewne się przyda. Podział między braćmi jest rzeczą głęboko bolesną i nie jestem od tego wolny, ale niwelowanie go za pomocą głupkowatego „kochajmy się”, jest działaniem pozornym. Ta jedność, która powinna być celem każdego chrześcijanina, powinna być ufundowana na prawdzie i poszanowaniu godności każdego człowieka. Tych rowów nie zasypie się kłamstwem ani milczeniem, nie zasypie się moją prawdą, ani prawdą tego z kim się nie zgadzam, można je przynajmniej zmniejszać prawdą. Tylko dziś wielu skądinąd przyzwoitych ludzi zdaje się mówić i być przekonanym, że istnieje wiele prawd i w związku z tym nie można się opowiedzieć po żadnej z nich, bo kogoś się obrazi. Nie, prawda jest jedna, owszem ona może i jest obarczona naszą niedoskonałością, dlatego trzeba ją weryfikować wiedzą ogólną,  wiedzą uznaną przez wielu wybitnych ludzi. Trzeba ją weryfikować doświadczeniem historycznym i wiedzą naukową. Trzeba ją weryfikować doświadczeniami innych społeczności i narodów. Powiedzenie, że ja mam rację, owszem może być wstępem, ale potem trzeba przedstawić dowody możliwe do sprawdzenia nie tylko przez samego zainteresowanego. Jeżeli prawda będzie się opierała na doraźnych korzyściach, interesach czy upodobaniach, to jest to nie prawda, ale kpina z prawdy.

I tu tylko jeden przykład. Można udowodnić bez żadnego problemu posługując się powszechnie uznanymi kryteriami, że dzisiejsza telewizja tzw. publiczna sieje nienawiść i kłamstwo, które dociera do milionów ludzi wyrządzając niepowetowane szkody. Obrzuca błotem, niemal dosłownie, wszystkich ludzi, których jedyną faktycznie udowodnioną” winą” jest to, że mają inne zdanie niż rządząca partia. Nie jestem tak naiwny, by sądzić, że telewizja zawsze była krynicą prawdy, bo nie była, ale dziś wszelkie możliwe granice zostały przekroczone. Czy mam wobec tego być obojętny i mówić, że sprzeciw wobec kłamstwa to jest polityka i jako bardzo mizerny i lokalny lider katolicki, nie zabierać w tej sprawie głosu? Czy mam milczeć i milczenie to tłumaczyć moją służbą Ewangelii? Czy mam milczeć, gdy zewsząd słyszę ordynarne kłamstwa typu „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, czy mam milczeć gdy znany biskup kłamliwie stwierdza, że płacimy Brukseli „kontrybucję”, a inny nie widząc belki w swoim własnym oku, oskarża wszystkich innych o niemal diabelskie inspiracje? Można długo wymieniać i można lekceważyć głos wielu ludzi, nie rozstrzygam za innych, nie oceniam, ale dla mnie osobiście to nie jest droga ewangeliczna.

Jakimś nie zrozumiałym prawem jesteśmy skłonni uważać, że w polityce wszyscy mają rację i oczywiście wszyscy kradną, wszyscy kłamią i wszyscy są „po jednych pieniądzach”. Nieprawda! I nieprawdą jest też to, że milczenie jest zawsze złotem. Znam wiele spraw, także z naszego życia religijnego i społecznego, gdy to milczenie było zwyczajną obojętnością, tchórzostwem i podłością.

Wspomniałem o artykule O. Piórkowskiego i trudno nie zgodzić się z nim, że udział duchownych w szeroko rozumianej polityce powinien być powściągliwy. Zgadzam się, że w przestrzeni sakralnej konkretne sympatie polityczne nie powinny się ujawniać, choć nie ma tygodnia, aby media nie donosiły, że takowe są ujawniane, dziwnym trafem wyłącznie niemal są to sympatie do jednej konkretnej partii. Rozumiem przeprosiny O. Szustaka, ale… No właśnie, gdyby to mnie przyszło głosić homilię (a zdarzało mi się to), z pewnością nie oznajmiłbym na kogo będę głosował, ale wytłumaczył bym też, że słowa z czytania, iż Bóg umiłował prawo i sprawiedliwość, nie mają żadnego związku z nazwą rządzącej partii. Zdaje się, że padną one właśnie w dzień wyborów prezydenckich i bardzo jestem ciekaw ilu księży „puści oko” do wiernych, ilu uda, że nie wie o co chodzi, a ilu spokojnie wytłumaczy, że Bóg nie miał na myśli konkretnej partii.

Gdybym ja mówił homilię czy wyraziłbym sprzeciw wobec kłamstwa i poniżania ludzi – tak wyraziłbym to, czy wyraziłbym sprzeciw gdy państwowa telewizja szczuła na śp. prezydenta Adamowicza, tak zrobiłbym to, tak jak uczynił to O. Wiśniewski. Swoją drogą zastanawiam się „co autor miał na myśli” ilustrując swój artykuł zdjęciem O. Ludwika. Czy sprzeciwiłbym się w kościele, gdy publicznie padają słowa dzielące naród na sorty, a uchodźcom przypisuje się zarażenie bakteriami i pierwotniakami, by obrzydzić pomoc dla nich? Tak sprzeciwiłbym się, powiem więcej, może walnąłbym pięścią w pulpit i powiedział, że to jest zwykłe łajdactwo.

W Ewangelii Jezus pochyla się nad każdym skrzywdzonym człowiekiem niezależnie kim on jest, uzdrawia i przebacza, ale w pewnej chwili bierze powróz do ręki. Nikogo nie uderzył, ale towarzystwo rozpędził, tylko proszę mi nie sugerować, że to aluzja. Kiedy sługa arcykapłana spoliczkował Jezusa, Ten nie pogłaskał go po główce, nie milczał, tylko zapytał „dlaczego”. I tego „dlaczego” bardzo mi brakuje w naszym, w moim Kościele w Polsce.

Powściągliwość, o której słusznie mówi O. Piórkowski może być cnotą, ale może być też świadectwem braku odwagi, gdy krzywdzi się drugiego człowieka. Wiem, że dla wielu moich czytelników i nie tylko, jestem zbyt radykalny, może mój ogląd naszej rzeczywistości, także kościelnej jest zbyt subiektywny, ale to jest mój ogląd.

Już po napisaniu tego tekstu w niedzielę wieczorem przeczytałem artykuł ks. J. Siepsiaka. Pozwalam sobie przytoczyć jeden fragment:”

Powstają jednak pewne dylematy: 1) Księża powinni brać w obronę ludzi oczernianych publicznie… Czy wolno im bronić polityków? 2) Nic dziwnego, że duchowni krytykują media za kłamstwa, za niszczenie ludzi, za nagonki. Ale są i media jednoznacznie partyjne. Czy kapłanom nie wolno krytykować skandalicznych praktyk takich mediów? Czy mają one być wyłączone spod krytycznego spojrzenia Kościoła tylko dlatego, że tak mocno są upartyjnione, iż krytykowanie ich oznacza krytykę partii?

Kościół zamieniany w „wiecownię” gorszy. Lecz milczenie wobec oczerniania też gorszy.”

 

Jaki prezydent?

 

 

Zgłoszenie w państwie demokratycznym swojej kandydatury w wyborach prezydenckich, nie jest niczym nadzwyczajnym. Każdy obywatel Rzeczpospolitej po spełnieniu wymogów formalnych, ma prawo to zrobić. Skorzystał z tego prawa znany publicysta katolicki, ale także założyciel bardzo cennych fundacji, Szymon Hołownia. Czy i jaki wynik osiągnie to już spekulacje natury politycznej i nie miejsce tu, by to rozważać. Natomiast ciekawa i wiele mówiąca jest reakcja różnych ważnych osób czy to ze środowisk medialnych, czy politycznych.

Ku mojemu niemałemu zdziwieniu ten tak podzielony naród, w osobach swoich przedstawicieli, stworzył podziwu godną wspólnotę. Ta jednomyślność wyraziła się w ogólnym przekonaniu, że kandydatura Hołowni jest a/ niepoważna b/ lekkomyślna c / bez sensu d/ jest wyrazem pogardy dla kraju . Towarzyszą temu kpiny i zwyczajne kłamstwa. Dlaczego? Ano spróbujmy odpowiedzieć.

Od dawna trwa totalne narzekanie na politykę i polityków, jako ludzi unurzanych w błocie i tym błotem się obrzucających i oto pojawia się człowiek, który zapowiada, że chce zrobić wszystko co w jego mocy, aby z tym zaprzestać. Zapowiada, że chce aby polityka zyskała ludzkie oblicze. Tak wiem, w kampanii wyborczej wszyscy tak mówią i pokazują swoje anielskie i przemienione twarze. Różnica jest taka, że Hołownia robi to od wielu lat. Jego dotychczasowa działalność społeczna, religijna i osobista jest wysokiej próby. On nie musi zapewniać, że jest uczciwy, bo jest uczciwy, nie musi zapewniać, że nie będzie kradł, bo on rozdaje. Taki kandydat powinien dawać nadzieję na faktycznie dobrą zmianę, a nie na „dobrą zmianę”. Tymczasem jest traktowany od lewa do prawa jako może i sympatyczny, ale naiwny przygłup. No to jeszcze raz – dlaczego? Oto kilka moich propozycji – odpowiedzi.

Pierwszą przed laty dał towarzysz W. Majakowski:” Partia – to ręka milionopalca w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta […] Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”   (poemat „Włodzimierz Iljcz Lenin”)  Hołownia nie jest z żadnej partii, co samo w sobie jest już niedopuszczalne, w konsekwencji można po nim „jeździć jak po łysej kobyle”. Swoja drogą jak te komunistyczne gnioty Majakowskiego są ciągle aktualne.

Druga przyczyna równie oczywista. Przyjęło się, szczególnie w ostatnich latach, że przeciwnika politycznego trzeba walić po mordzie, najlepiej zdradzieckiej, jak to zostało subtelnie powiedziane z trybuny sejmowej. Nie krytykować go, nie zgadzać się z nim, nie mieć inne zdanie, ale walić po mordzie. To taki, nowy trend w katechizmowych uczynkach miłosierdzia co do ciała: nie wspierać, nie pomagać, ale walić zaciśniętą pięścią – polski wkład w światową teologię. Kandydat Hołownia tego nie akceptuje i ogłasza, że nie będzie tak czynił. Oj niedobrze, znaczy wyłamuje się ze wspólnoty.

No i zarzut najważniejszy – on jest wierzącym katolikiem, nie epatuje swoją wiarą w świetle kamer, ale konsekwentnie się do niej przyznaje, mówi o niej z miłością i twierdzi, że jest sensem jego życia. Wiele spraw można wybaczyć kandydatowi na urząd prezydenta w chrześcijańskim narodzie, ale nie to, że przyznaje się do wiary w Boga. Ile trzeba mieć w sobie pogardy dla tego chrześcijańskiego narodu, aby mu przypominać, że Ewangelia jest po to, aby nią żyć, a nie trzymać na półce. Mimo tych zarzutów kandydat nie jest bez szans. Wiele środowisk centrowych, a nawet lewicowych, byłoby skłonne go poprzeć, ale pod pewnymi warunkami. Pozwolę je sobie przytoczyć, może kandydat je przeczyta, zastosuje się do nich, wygra wybory, a ja dostanę order. Ograniczę się do trzech tylko.

Po pierwsze musi obiecać, że zaraz po wygranych wyborach, ogłosi wielką kartę aborcji. Będzie można ciąć, wydłubywać, skrobać i wypłukiwać wszystko co zyska status „ciała obcego” w macicy kobiety. Rozważania do którego tygodnia życia poczętego dziecka można to robić, zostawiamy pedantom.

Po drugie korzystając z dobrych układów  (ach te układy)z establishmentem kościelnym, kandydat podejmie wysiłki, aby zmienić przestarzałą interpretację szóstego przykazania Dekalogu. Przyświecać tej nowelizacji powinna myśl, że wszyscy kochamy się ze wszystkimi, bo szczęście jest najważniejsze.

I wreszcie po trzecie korzystając ze światłych wskazówek pewnego profesora etyki, kandydat musi obiecać, że podejmie (oczywiście w sposób dyplomatyczny) starania, aby mafia watykańska została uznana za zorganizowaną grupę przestępczą. Ze względu na osobiste zapatrywania kandydata, można dopuścić budowanie rezerwatów dla „czarnych” i tych, którzy w nich wierzą. Chętni mogą im wrzucać pokarm przez ogrodzenie. Tak sobie myślę, że to powinno zadowolić szeroki krąg potencjalnych wyborców, takie współczesne pacta conventa. Podpisze Hołownia, to pomyślimy życzliwie o nim.

O dialogu pesymistycznie

 

 

Czy dialog między nami jest możliwy? Poprawna teoretycznie odpowiedź brzmi – tak, dialog jest zawsze możliwy. Niektórzy dobrzy ludzie mówią wręcz, że jest on konieczny, że jest obowiązkiem i należy za wszelką cenę tego dialogu z bliźnimi szukać. Pewnie mam małą wiarę, widzę w drugim człowieku mojego bliźniego ze wszystkimi tego konsekwencjami, ale coraz częściej nie widzę jakiejkolwiek możliwości dialogu z nim. Piszę to na podstawie moich doświadczeń, sądzę, że dość rozległych, ale to jest mój subiektywny ogląd, ktoś inny, może te doświadczenia mieć inne, nie podobne do moich.

Pierwsze moje uczestniczenie w dialogu miało miejsce w duszpasterstwie akademickim Ojców Jezuitów. Ciekawostką tamtych dialogów było to, że wszyscy mieliśmy ten sam światopogląd i tegoż świata ogląd, ale to nie znaczyło, że nie było między nami różnic w ocenie konkretnych faktów czy sytuacji. Te dyskusje były dla nas niesłychanie ważne, inspirujące, a różnice były powodem indywidualnych rozważań. To były rozmowy, z których do dziś wiele pamiętam, choć kolor włosów już nie ten co dawniej. Każdy chciał poznać zdanie czy uwagę innego uczestnika dialogu, a to pomijając wszystko inne, pozwalało nam być mądrzejszymi. Pięknie, wręcz błyskotliwie zauważyła to M. Samozwaniec, autorka licznych książek, która stwierdziła, że swoje poglądy to my świetnie znamy, więc powinniśmy skupić się na tym, co chce nam powiedzieć inny człowiek. Tym co tworzyło tamtą niepowtarzalną atmosferę dialogu, było wzajemne zaufanie. Wiedzieliśmy, że różnimy się w ocenie jakiegoś wydarzenia, że mamy takie czy inne wątpliwości czy dane stanowisko jest słuszne, ale nikomu nie przyszło do głowy, by drugiego posądzać o złą wolę czy głupotę. To co było standardem, dziś jest wyjątkiem.

Podstawą dialogu, co wszyscy podkreślają, musi być szacunek dla rozmówcy. I znowu to piękna teoria nader rzadko przekuwana na praktykę. Jeżeli podejdę do człowieka i powiem mu: wiesz jesteś brzydki, głupi i cały w grzechach, ale choć porozmawiajmy, to jest to diabelski rechot, a nie propozycja dialogu. I tu mała prywatka. Rozumiem, że komentarze pod moimi tekstami są nie tylko opiniami, ale też pewnym zaproszeniem do dialogu, niektórzy wręcz sugerują potrzebę takiego dialogu i nieraz ją podejmuję. To bardzo miłe, ale jak mam odpowiedzieć na komentarze, które zieją do mnie paskudną niechęcią. Jak można odpowiedzieć na komentarz z którego dowiaduję się, że jestem gorszy od…Wehrmachtu? Jak mam odpowiedzieć, gdy wprawdzie mała grupa osób, ale nieustannie zarzuca mi pychę i chęć rozwalania Kościoła? Toleruję ich wypowiedzi, jeśli nie ma w nich wulgaryzmów i jawnej nienawiści, zgadzam się na ich zamieszczanie, ale nie zamierzam podejmować dialogu. To oczywiście nie mój tylko problem. Czytając setki nienawistnych komentarzy pod wypowiedziami wielu różnych osób, zawsze zastanawiam się czy ci, którzy je zamieszczają mają z tego faktu jakąś perwersyjną przyjemność, bo przecież żadną wymierną korzyść. Czy to tak trudno zrozumieć, że złym słowem można zabić i to nie tylko w przenośni!

Aby prowadzić dialog w konkretnym miejscu, czasie i rzeczywistości, konieczna jest pewna choćby niewielka wspólnota myśli. Dialog z osobami, które wierzą, że ziemia jest płaska, w tym temacie jest niemożliwy i wcale to nie wynika ze złej woli czy lekceważenia ich. Wiara nie opiera się na racjonalnych argumentach tylko właśnie na …wierze. Jeżeli odmawiam rozmowy z Świadkami Jehowy, to nie dlatego, że nimi pogardzam, tylko dlatego, że ja wierzę, że moja wiara jest prawdziwa. Z tej wiary wynika, pewność, że Bóg jest doskonały, inaczej ona nie miałaby sensu. Ja nie muszę sprawdzać Boga!

Jeżeli ktoś wierzy w człowieka czy nawet całą partię, wierzy w kogoś kto podaje się za proroka, to musi rad nierad przyznać, że nie mogą oni być doskonali. Nie ma ludzi doskonałych. Pierwszym i ostatnim był Jezus – prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek. Na tym doskonałość się kończy, bo wszyscy ( z wyjątkiem Maryi) jesteśmy „umoczeni” w grzechu pierworodnym. I tak jak Boga nie sprawdzam, tak jeśli wierzę w człowieka, muszę tę wiarę weryfikować. Jeżeli tej weryfikacji nie ma, mamy do czynienia z czymś bardzo groźnym – ze „ślepą wiarą”. Konsekwencją takiej „wiary” jest niemożność dialogu. Owa „ślepa wiara”, tak częsta dzisiaj jest zaprzeczeniem mądrości i świadectwem intelektualnego lenistwa. Jest to wszakże bardzo wygodna wiara. Zamiast poszukiwania, odkrywania – błogi i bezmyślny spokój. Nic nie trzeba zmieniać, nikogo przepraszać, pycha podpowiada, że ja i moje myślenie jest doskonałe. Gdy inni  w zamyśleniu stają na rozdrożach, lub idą wąską i wyboistą ścieżką, „wierzący” mkną wygodną autostradą. W matematyce czy fizyce istnieją twierdzenia, których nie ma potrzeby udowadniać i nazywamy je pewnikami. Jeżeli te pewniki się zaneguje, znowu rozmowa jest niemożliwa. To samo dotyczy choćby takich pojęć jak sądy, media publiczne czy definicja katolickości. Można oczywiście zakwestionować dotychczasowy dorobek myśli ludzkiej w tej dziedzinie, ale to wyklucza dialog. Jeżeli mamy różne, skrajnie różne i kompletnie nieprzystające do siebie podstawy aksjologiczne, to…”nie będzie miedzy nami tanga”. Smutne, ale „tak ten świat zbudowany jest”.

Czy jest sens dialogować z kimś, kto uważa nas za wroga, zdrajcę, wcielenie szatana czy zarazę? W moim przekonaniu, nie ma żadnego sensu. Naszych nieprzyjaciół wedle słów Jezusa mamy kochać, modlić się za nich, wybaczać im i służyć pomocą, gdyby zagrożone były ich ludzkie wartości. Dialog, według tych skrótowo przytoczonych zasad, wymaga dobrej woli i otwartości na słowa drugiego człowieka, gdy jedna ze stron potencjalnego dialogu, tego nie chce, to szkoda czasu i złudzeń.

 

 

Kryzys i naśladowanie

 

 Słowo kryzys w odniesieniu do sytuacji Kościoła w Polsce jest odmieniane przez wszystkie przypadki i mam w tej czynności pewien niewielki udział. Kryzys pokonany może stać się przełomem, w tym wypadku chodzi o przełom w naszym wspólnym myśleniu o Kościele i o religijności, która jest przejawem naszej wiary. Siłą rzeczy za kryzys obwinia się przede wszystkim tych, którzy z racji pełnionego stanowiska i władzy ponoszą za ten kryzys odpowiedzialność. Jak wiadomo ryba psuje się od głowy, ale tym razem nie tylko o „głowie”, ale o całej „rybie”. Impulsem do tych krótkich rozważań stało się przeczytane zdanie wypowiedziane przez świeckiego człowieka zaangażowanego w życie swojej parafii:” Czy my jeszcze naśladujemy Jezusa?”

To jest pierwotne pytanie jakie trzeba zadać sobie i innym uczestnikom wspólnoty Kościoła w Polsce. Bez szczerej odpowiedzi na to pytanie, wszelkie reformy, zmiany postulowane przez ludzi dobrych i mądrych, czy to z pośród duchowieństwa czy osób świeckich, odniosą jedynie połowiczny skutek. W każdej zwykłej firmie takie rzetelne, ozdrowieńcze działania skutecznie postawiłyby tę firmę „na nogi”. W Kościele takie działania naprawcze w postaci reform są w stanie poprawić sytuację jedynie w tym co widzialne, co uchwytne i co da się zracjonalizować. Jeszcze raz trzeba to powtórzyć z całą mocą – one są konieczne, ale one same nie przyczynią się do pomnożenia naszej wiary. Wiara rodzi się z faktu, że ja uznaję Jezusa za Boga i mojego przewodnika, który wytycza mi moją osobistą ścieżkę do spotkania z Ojcem w niebie. Banałem często powtarzanym, ale jakże koniecznym, jest fakt że choć idziemy w jednym kierunku, każda droga jest inna, skrojona na miarę każdego człowieka.

Naśladowanie Boga nie jest jakimś wymysłem ludzkim, Jezus wręcz nas do tego namawia – kto chce mnie naśladować – mówi Jezus, niech weźmie swój krzyż i idzie za Mną. I tu zaczyna się problem, jak to czynić?

Kiedyś wychodzę z kościoła razem z kolegą, ponieważ mieszkaliśmy w tej samej okolicy, proponuję spacer konkretną trasą. Na to on z błyskiem w oku – wiesz ja pójdę tą, którą przed godziną wracała moja żona, chyba nawet dodał, że pójdzie jej śladem. To było kilkadziesiąt lat temu, a ja wciąż pamiętam z jaką czułością i miłością to mówił. To jest właśnie naśladowanie, to jest kroczenie śladami tej osoby, którą kocham. Czy my tak właśnie naśladujemy Jezusa? Myślę, że o takim naśladowaniu Jezusa pisze św. Paweł w swoim hymnie o miłości. Możemy budować wspaniałe kościoły i setki innych jak najbardziej potrzebnych instytucji wewnątrz kościelnych, możemy mieć wspaniałych księży i biskupów, możemy uważać się za najbardziej chrześcijański naród w świecie i tylko przed Jezusem ukrytym w tabernakulum, będzie pustka. Tak będzie nie dlatego, że lewactwo i wszelkiego rodzaju zarazy, tylko dlatego, że przestaliśmy naśladować Jezusa.

Wśród wielu ludzi współczesnych Jezusowi, którzy szli za nim, jest człowiek, który Go naśladował, choć nie był Jego uczniem, a niewykluczone, że nawet Go nie znał. Miłosierny Samarytanin, bo nim mowa, był dla Żydów poganinem, bardzo obmierzłym poganinem. Rozmawiając z Jezusem faryzeusze nawet nie chcą wymienić jego narodowości i mówią o nim „ten”. A przecież obok poranionego i potrzebującego pomocy człowieka obojętnie przeszli kapłan i lewita – elita ówczesnej religijnej wierchuszki. Ano właśnie – przeszli.

Nie byłbym sobą gdybym nie zadumał się nad naszą teraźniejszością. Ile trzeba mieć w sobie smutku, nienawiści i zwyczajnej głupoty, by nie uznać dobra, które czynią ludzie, którym nie dana została łaska wiary, albo przeżywają tę swoją wiarę w inny sposób, a może inaczej ją rozumieją niż ów kapłan i lewita?

Słucham ze sceny gdańskiego WOŚP-u słów ludzi straszliwie, ponad ludzką miarę zranionych, po stokroć mieliby prawo nienawidzić tych, którzy doprowadzili do śmierci ich najbliższego, a oni proszą o dobro, pokój, prawdę, o wybaczenie. Proszą o zaprzestanie nienawiści. Czy te słowa dotrą do tych, dla których kwintesencją Ewangelii jest właśnie nienawiść i podłość, do tych, którzy z oddaniem służą ojcu kłamstwa, tak wczoraj jak i dziś? Czy te słowa pokoju dotrą do fałszywych proroków, którzy żmijowym jadem plują na innych?

Nie zaglądam w życiorys, nie oczekuję wyznania wiary od tych, których w ten zimowy dzień zgromadziła i zjednoczyła chęć pomocy najsłabszym. Głęboko wierzę, że to ziarno miłości i dobroci posiane przez Pana, który zna pragnienia naszych serc, przyniesie dobry i obfity plon.

Sprawiedliwość, kara, przebaczenie, zemsta

 

 

Pragnienie sprawiedliwości jest wpisane w nasze człowieczeństwo. Każdy z nas chce, aby traktowano go sprawiedliwie. Odmowa tej sprawiedliwości jest traktowana jako zamach na godność człowieka. Jest faktem jak wielu ludzi cierpi z powodu braku tej sprawiedliwości. To ich dotyczą słowa Jezusa:” Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni”. Bóg Ojciec gdyby zechciał w pełni skorzystać ze swoich prerogatyw sędziego sprawiedliwego, musiałby zetrzeć nas na proch. Pięknie i jakże prawdziwie mówi o tym psalmista:” Jeśli zachowasz pamięć o grzechach Panie, Panie, któż się ostoi?” Bóg może tę sprawiedliwość, która jest Jego atrybutem, zamienić na miłosierdzie. Dlaczego i jak to czyni jest Jego tajemnicą i nic nam do tego.

Konsekwencją ludzkiej sprawiedliwości jest kara za zły czyn, aczkolwiek ta konsekwencja jest negowana przez tych, którzy na tę karę zasłużyli. Jak wiadomo w więzieniach niemal zawsze siedzą ludzie niewinni. Gdyby nie ponury kontekst, zabawne byłoby to, że za karą śmierci są osoby… na tę karę skazane. Ściślej rzecz biorąc są za karą śmierci dla tych, którzy na nią zasłużyli, oni nie zasłużyli, więc w stosunku do nich jest ona niesprawiedliwa. Bardzo dawno temu był człowiek, który uważał, że na tę karę zasłużył. To pierwszy święty Kościoła szerzej znany pod ksywą „dobry łotr”.

Kara ma, czy powinna mieć oprócz sprawiedliwej odpłaty za uczynione zło, zadanie przywrócenia jakiegoś wewnętrznego ładu w osobie ukaranej. Ma skłonić sprawcę zła do nawrócenia, które spowoduje odwrót od czynienia zła. Tak rozumiana kara jest szansą dla ukaranego i nieludzkie jest mu jej odbieranie. To jest też główny sprzeciw wobec kary śmierci, bo uniemożliwia, ona owe nawrócenie, a także, choćby w minimalnym stopniu, naprawienia wyrządzonego zła. Dla chrześcijanina to powinien być argument rozstrzygający, przeciwko stosowaniu tej kary.

W cywilizowanych systemach karnych nagrodą za dobre wykorzystanie szansy danej skazanemu przez społeczeństwo, jest zatarcie tej kary. Obwiniony może w pełni wrócić do społeczeństwa. Smutno patrzeć na osoby uważające się za chrześcijan, którzy nie mogąc inaczej, słowem chcą zatłuc ludzi, którzy odpokutowali za swój czyn i naprawili zło. W ich mniemaniu niektóre winy, niekoniecznie najcięższe, powinny być nieśmiertelne i nieustannie karane. Dzieje się tak szczególnie gdy dotyczy to osób znanych. Myślę, że stoi za tym dość prymitywny interes. Ludzie popełniają wiele obrzydliwych i podłych czynów, które nie podlegają pod kodeks karny i dla równie wielu jest to wystarczający powód, by je usprawiedliwiać.

Tak jak ze sprawiedliwością łączy się kara, tak z karą związane jest przebaczenie. Przebaczenie winy jest nieraz błędnie rozumiane jako rezygnacja z wymierzenia kary. To jednak nie jest takie proste i oczywiste. Kara jak wcześniej pisałem ma swoją ważną rolę w odzyskaniu przez ukaranego wewnętrznego ładu. Może to głupio zabrzmi, ale kara jest także wyrazem łaski i nadziei, że ten porządek moralny zostanie w sercu i umyśle skazanego, przywrócony. Jest faktem i to powszechnym, że bardzo wielu, a kto wie czy nie wszyscy obwinieni, gotowi byliby z tej w ich mniemaniu „łaski” zrezygnować byle tylko uniknąć kary. Zdarzają się jednak przypadki, że przestępca nie mogąc poradzić sobie z brzemieniem winy, sam zgłasza się po karę. Jakie miejsce w tym wszystkim ma przebaczenie? Jest w moim przekonaniu jakąś trudną do przecenienia, wielkodusznością pokrzywdzonego dla sprawcy. Przebaczenie zdejmuje z sumienia sprawcy ciężar, którego żadna nawet największa kara, nie jest w stanie uczynić. Sprawca wolny od tego ciężaru, może zacząć nowe, już ukierunkowane na dobro, życie.

Wielkość daru przebaczenia, może też otworzyć na nowe życie, życie pozbawione ciężaru nienawiści, osobę pokrzywdzoną. Dla każdego chrześcijanina przebaczenie, choć nieraz niewyobrażalnie trudne, jest heroicznym naśladowaniem Tego, który na krzyżu modlił się do Ojca, by odpuścił Jego katom. Przebaczenie jest łaską udzieloną sprawcy z głębi serca człowieka skrzywdzonego, nie może więc  być wymuszone. Nie oceniam, ale zastanawiam, co dzieje się w duszy tych ludzi, którzy przychodzą oglądać egzekucję mordercy ich dziecka, żony, męża, czy innego bliskiego. Czy w tym momencie czują ulgę, czy ich żal ulega zmniejszeniu, czy nasyciwszy wzrok obrazem umierającego człowieka, nareszcie oddychają spokojniej? Nie wiem, nie oceniam, ale nie wydaje mi się. Może w pierwszej chwili odczuwają satysfakcję, ale jak długo można się tym cieszyć?

Mimo woli płynnie przechodzę do tematu zemsty. Zemsta nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością i karą, jest zaprzeczeniem przebaczenia. Jest odpowiedzią zła na zło. W jakiejś mierze zrównuje kata i ofiarę. Jest rezygnacją z błogosławieństwa dla tych, którzy pragną sprawiedliwości. Zemsta wbrew głupiemu powiedzeniu, nigdy nie jest słodka. Pragnienie zemsty jest tak naprawdę pragnieniem, aby razem z krzywdzicielem spotkać się w… piekle. Czyż nie lepiej za cenę przebaczenia spotkać się z nim w lepszym towarzystwie i to na całą wieczność? Czyż nie lepiej spotkać się przed obliczem Boga, o którym kochany Franciszek mówi, że On nigdy nie męczy się przebaczaniem?

 

 

 

 

Dlaczego?

 

 

W południowej Ameryce żyje sobie pewien sprytny motylek płci żeńskiej, składa on jajeczka, z których potem wyklują się larwy, na blaszce liścia, po czym ten liść delikatnie podgryza. Liść usychając zwija się w rulonik, który stanowi bezpieczne miejsce dla złożonych jajeczek. Nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego, gdyby nie to, że samiczka podgryza w ten sam sposób jeszcze sześć innych listków w najbliższym sąsiedztwie, nie składając w nich jaj. Mamy do czynienia z genialną inteligencją owego motylka. Co dzieje się dalej? Otóż ichni wróbelek widząc kilka zwiniętych ruloników podejrzewa, że ukrywają one coś „na ząb”. Rozdziobuje pierwszy i teraz mamy dwie możliwości. Prawdopodobieństwo, że trafi na właściwy jest niewielkie, ale jest. Oblizawszy dziób, otwiera pozostałe i tu rozczarowanie. Co ów wróbelek „myśli”? Ano, że jego odkrycie było zupełnym przypadkiem i na przyszłość nie należy zawracać sobie dzioba takimi znaleziskami. W wersji drugiej po rozłupaniu drugiego czy trzeciego pustego rulonika dochodzi do takiego samego wniosku. Jak zwał, tak zwał, choć pierwsze jajeczka zostały zjedzone, przyszłość następnych rysuje się nieźle. Skąd ten motylkowo – ornitologiczny wstęp? Zaraz wyjaśniam.

Zadawanie pytań jest niezbywalną cechą i potrzebą człowieka. Zadaje on te pytania, gdy tylko potrafi łączyć pojedyncze słowa w zdania. Wszyscy rodzice, nie wyłączając piszącego, znają aż za dobrze tę umiejętność 2 – 3 latka, która ulega pogłębieniu z każdym kolejnym rokiem. Niejeden raz doprowadzały nas te pytania do intelektualnej rozpaczy i wznoszenia rąk ku niebu z niemą prośbą o pomoc. Niestety ta pozytywna skłonność rodziców do słuchania pytań i odpowiadania na nie, z czasem u niektórych zanika. Co wówczas się dzieje? Ano gdy młody nie dostanie raz, drugi i trzeci odpowiedzi na swoje pytanie, gdy co gorsze widzi, że one denerwują dorosłych, przestaje pytać. Dochodzi do wniosku, że nie warto pytać i szukać odpowiedzi. I tutaj mamy owego wróbelka z początku naszych rozważań.

I młodszy i starszy człowiek, który nie otrzymuje odpowiedzi na swoje pytania czuje się zlekceważony, a nawet wzgardzony i często odpłaca podobnie  tym, którzy tak go potraktowali. To oznacza koniec relacji i dialogu z tymi osobami. Odpowiedzi poszuka gdzie indziej  i u kogoś innego. Ryzyko, że te źródła będą marnej jakości jest poważne. Ale jest też „pozytywna” strona tej sytuacji. Pytani mogą odetchnąć z ulgą. Ci smarkacze młodsi i starsi, którzy powinni siedzieć cicho i nie zawracać głowy dostojnym ekscelencją (bo to o nich mowa), nareszcie się od nich odczepią. Nie trzeba będzie szukać odpowiedzi na ich głupie i bezczelne pytania i nareszcie święty spokój. A że będą nas obojętnie mijali? Łaski nie robią! Pewien chłop przemycał przez granicę herbatę w worku na żarcie dla konia, który był zaprzężony do furmanki. Na pytanie żołnierza co jest w worku, zawsze odpowiadał:-  Żarcie dla konia, panie żołnierz, ale któregoś dnia „pan żołnierz” sprawdził zawartość i zdenerwowany krzyczy: – Chłopie to jest żarcie dla konia, to żre koń? Na to chłopina spokojnie – Panie żołnierz, nie chce, niech nie żre, jego sprawa. Otóż to!

Kościół w Polsce od kilku lat toczy ciężki kryzys, jest ten Kościół zasypywany setkami pytań. Zadają je ludzie głęboko wierzący, troszczący się o ten Kościół, zadają je z głębi swojego nieobojętnego serca. Kierują je do swoich kapłanów, biskupów i starszych w Kościele. Nie oczekują pochwał i uznania, chcą jedynie by na te swoje pytania otrzymali odpowiedzi. To może być początkiem dialogu i nawiązania ozdrowieńczych relacji. Co otrzymują w zamian? Przede wszystkim wyniosłe i podszyte lekceważeniem milczenie. Pytani zdają się mówić: – to my jesteśmy Kościołem i my decydujemy o nim. To my mamy powłóczyste szaty i głęboką mądrość malującą się na naszych twarzach. To my jesteśmy ekscelencje, eminencje, dyrektorzy i prałaci. To my mamy prawo was pouczać, a nie odwrotnie, będziemy mówili to co chcemy i co my uważamy za słuszne, a wy tam na kościele macie nas słuchać, co jest prawem i co jest sprawiedliwością. A jak wam się nie podoba to jesteście zarazą, drugim sortem i cali jesteście w grzechach.

Skoro tak, to wielu odpowiada – w porządku. Będziemy was omijać, będziemy omijać miejsca gdzie przemawiacie i nas pouczacie, abyście nie zarazili się od nas tą zarazą, albo jeszcze czymś gorszym. Będziemy ku waszemu oburzeniu, jeśli już będzie trzeba, zwracać się do was „proszę pana”. O to wam chodzi? Czy wy przestaliście sami sobie zadawać pytania? A może trzeba wam krzyczeć do ucha – halo, tu ziemia, albo jak ów sześciolatek do swojego dziadka – dziadku uruchom myślenie. Czy wy naprawdę nie widzicie, jak rozłazi się wam owczarnia? Czy nie żal wam tych owiec, które zaginą z powodu waszej gnuśności?

Tak to prawda, są nieliczni, którzy próbują na te pytania odpowiadać, ale zawsze według tego samego schematu. Świetnie to ilustruje pewna anegdota:” Jakiegoś profesora zapytano co sądzi o pracy doktorskiej młodego naukowca, odpowiedź była natychmiastowa – jest w tej pracy wiele nowego i ciekawego, po czym z uśmiechem dodał – tylko to co jest nowe, nie jest ciekawe, a to co jest ciekawe, nie jest nowe”. Owi biskupi usiłują sensownie odpowiedzieć na zadane pytania, tylko jeszcze dobrze nie zaczną a już jest „ale”. Ale nie jest tak źle, nie można uogólniać (pewnie, że nie można), nie wszyscy są tacy sami (ważne odkrycie), instrukcja mówi że… (instrukcje są po to, aby ich nie przestrzegać), to decyzja należy do stolicy apostolskiej, tym zajmuje się nuncjusz, proszę go pytać  (ha, ha, ha), mam nadzieję, że biskup (tu nazwisko) nie pogardza ludźmi, tylko krytykuje ideologię (ja nadziei nie mam, znaczy się niedowiarek), cała Polska wiedziała co robił pewien biskup, ale ja nie wiedziałem, to nie należy do mojej jurysdykcji, a w ogóle trzeba się modlić za kapłanów (nowsza wersja starego powiedzenia :” Idźcie dziadku dalej, niech was Bóg (ale nie ja) opatrzy” . Kto to powiedział : słowa, słowa, słowa?

Żeby nie było tak teoretycznie to kilka moich pytań, co nie nowe. Oczywiście, aż tak głupi nie jestem, żeby liczyć na odpowiedź. Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś zechciał odpowiedzieć, dlaczego nie odpowiada.

1/ Domyślam się, że część wiernych świeckich i duchownych modli się, wzorem pewnego księdza, o rychłe odejście do domu Pana, ks. Bonieckiego. Póki co pytam czy ów głupkowaty zakaz będzie uchylony?

2/ Pytam czy ktoś wreszcie zechce stwierdzić, że rozgłośnia i telewizja partyjna nie ma prawa używać stwierdzenia :” Katolicki głos w twoim domu”. Niech sobie będzie, niech robi co chce i popiera kogo chce, tylko bez „katolicki”

3/ Czy znajdzie się biskup/biskupi, którzy zapytają nuncjusza, dlaczego nie odpowiada na zadane mu pytania, może trzeba pofatygować się do jakiejś dykasterii watykańskiej i zapytać po co on nuncjusz jest, skoro jest mu obojętne co dzieje się w Kościele w Polsce. Dwaj poprzedni też uważali, że milczenie jest złotem.

4/ Czy sprzeczność między nauczaniem pewnego biskupa (wpływ zarazy na życie codzienne Polaków, oraz herezja ekologizmu),  a nauczaniem kochanego Franciszka, napawa innych biskupów przynajmniej niepokojem?

5/ Dlaczego nasi biskupi tak czuli na punkcie szóstego przykazania Dekalogu, są głusi wobec ósmego przykazania? Z telewizji tzw. publicznej dzień w dzień leje się kloaka kłamstwa, podłości i nienawiści, biskupi solidarnie milczą. Domyślam się jednak, że gdyby wyświetlono jakieś soft porno, och to by się działo. I proszę nie obrażać mojej inteligencji (chociaż tyle) i nie tłumaczyć mi, że przerwanie tego milczenia to byłoby wtrącanie się do polityki. Może także przy okazji warto wytłumaczyć licznym duchownym czym różni się Dobra Nowina od „dobrej zmiany”. Jeżeli jakaś pomoc potrzebna to mój adres znacie.

Proszę zrozumieć, nawet jeśli powyższy wywód uznacie moi biskupi za bezczelny, nawet jeśli uznacie wszystkich, którzy stawiają pytania za „ciemny lud”, to proszę wziąć pod uwagę, że my też jesteśmy( rozumiem, że dla niektórych z was jest to dużym dyskomfortem) ludem bożym, jesteśmy waszą owczarnią. Nie wiemy jakiego koloru była owca której poszedł szukać pasterz, wiele wskazuje na to, że była ona niegrzeczna i nieposłuszna, a jednak wziął ją na swoje ramiona. No to czekamy!

 

Celibat – tak czy nie?

 

 Jeżeli stawia się pytanie sobie samemu, to wypadałoby na nie odpowiedzieć, cóż kiedy nie potrafię, choć podejrzewam, że jestem w tym braku odpowiedzi w dobrym i licznym towarzystwie. Stąd też te kilka refleksji statystycznego wiernego, który w pełni korzystając  z daru kapłaństwa udzielonego moim bliźnim, nie może być obojętny w tej sprawie.

Wiadomo, że w pierwszych wiekach Kościoła nie był celibat obowiązkowy, co więcej św. Paweł wręcz zalecał, aby nawet biskup miał żonę i całkiem racjonalnie to uzasadniał. Oczywiście czas robi swoje, a otoczenie cywilizacyjne i kulturowe się zmienia więc i zmieniło się rozumienie i potrzeba celibatu. Jego późniejsze wprowadzenie, też nie wynikało jedynie z przyczyn duchowych. Arcybiskup Ryś stwierdza wyraźnie, że celibat nie należy w sposób konieczny do natury kapłaństwa. I to jest najważniejsze. Można i trzeba rozważać korzyści jakie on daje i straty jakie powoduje, ale to nieco inne zagadnienie.

Naturą kapłaństwa, jego istotą jest szczególne służenie Bogu i bliźnim. Zaryzykowałbym opinię, że jeśli czegoś współczesnemu katolikowi najbardziej brakuje, to nie ewentualnego braku celibatu u księży, ale tej szczególnej służby. Powiedziałbym brutalnie – co mi po celibacie tego czy innego księdza, gdy jego życie „zawodowe” niewiele ma wspólnego z tą szczególną służbą? Powstaje wobec tego, ważkie moim zdaniem pytanie, czy ta szczególna służba Bogu i bliźniemu, wymaga celibatu? I odpowiedź jak się wydaje wcale nie jest oczywista. Bez trudu można współcześnie wskazać ludzi, którzy w sposób piękny służą Bogu i swoim bliźnim, mając rodziny czy choćby nie wyrzekając się ich posiadania.

Mamy, nie dotyczy to tylko celibatu, takie naiwne przekonanie, że jak stworzy się ludzką normę, nawet piękną i w zamyśle pożyteczną, to ona niemal na zasadzie automatu, będzie działała. Tymczasem jak to się mówi, rzeczywistość „skrzeczy”. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie programów szkolnych i uniwersyteckich. Programy są tak rozbudowane, że ich całkowite zrealizowanie jest praktycznie niemożliwe, co nie znaczy, że te programy są złe. Na papierze wyglądają wspaniale, można nimi się szczycić, gdyby zgodnie z zamysłem ich autorów dało się je zrealizować, mielibyśmy genialnych absolwentów. Ktoś może powiedzieć, że cel jest piękny i wszyscy powinni do niego dążyć. Jeżeli chodzi o normy Boże, to zgoda, ale w przypadku ludzkich, niekoniecznie tak to działa. Trzymając się tego przykładu, jeżeli ktoś marzy o byciu siłaczką czy doktorem Judymem ( no może z lepszym zakończeniem) to czemu nie. Na co dzień brakuje  uczciwych, pełnych dobrej woli nauczycieli i lekarzy. Czy brak celibatu automatycznie spowoduje, że będziemy mieli więcej dobrych kapłanów? No właśnie to jest pole do dyskusji i rozważań, do szukania najwłaściwszych rozwiązań. Samo „nie, bo nie”, sprawy absolutnie nie rozwiązuje. Dobrze, że dyskusja na ten temat zaczęła się i trwa.

Nie jest żadną tajemnicą, a powszechnie doświadczaną rzeczywistością, że wielu kapłanów, którzy powinni być uświęceni  łaską celibatu, swoje zadania wypełnia gorzej niż przeciętnie. Tak wiem, że to ich wina, że nie rozumieją swojego powołania i nie rozumieją daru jakim jest dla nich celibat, że nie skorzystali z łaski całkowitego oddania się Panu. No to rączka w górę – kto z nas małżonków w pełni rozumie i w pełni wykorzystuje powołanie wynikające z przyjęcia sakramentu małżeństwa? Kto całkowicie powierza się Bogu w misji tworzenia rodziny?

Sam napisałem, że kapłaństwo jest szczególnym darem, ale tak naprawdę sądzę, że my wszyscy mamy od Boga jakiś szczególny dar, dar dopasowany do naszej osoby. Kapłan jak wiadomo jest z ludu i dla ludu. Lud nie produkuje herosów, choć tacy oczywiście się zdarzają, raczej trzeba przyjąć, że kapłani są takimi samymi grzesznikami jak każdy z nas. To na argument, że żonaci księża będą gorszyli nas faktem, że w ich małżeństwie, w ich rodzinie nie wszystko będzie piękne i wspaniałe. A w naszych katolickich małżeństwach i rodzinach jest zawsze pięknie i wspaniale?

Samotność jest jednym z najbardziej dojmujących doświadczeń człowieka, może być źródłem wielkich cierpień. Tak wiem, ksiądz który cierpi z powodu swej samotności, powinien ofiarować to cierpienie Bogu i jeszcze bardziej poświęcić się pracy. Jasne wszyscy powinniśmy swoje cierpienie ofiarować Bogu, a potem już będzie „z górki”. Dostaję szczękościsku, gdy słyszę takie rady, gdy ktoś tak „pociesza” cierpiącego. Czy można ustalić jedną normę ludzką dla wszystkich? W przepięknym filmie o życiu w klasztorze trapistów we francuskich Alpach – „Wielka cisza”, jest taka zabawna, ale dla mnie wzruszająca scena. Zakonnicy idą do swoich cel z miskami z jedzeniem, wszystkie podobne, ale czarnoskóry zakonnik, ma na swoim talerzu  jeszcze pokaźną bułę. Nie znam przyczyny, ale może to bardzo skromne jedzenie w czymś ważnym mu przeszkadzało, no to dostał dokładkę.

Paradoksalnie tak krytykowany klerykalizm, ma w celibacie sprzymierzeńca. Jeszcze raz powtarzam, bo nigdy za dużo, że wszyscy jesteśmy takimi samymi grzesznikami, ale norma celibatu powoduje, że jedni i drudzy uważają, że księża jednak trochę mniej. Inaczej mówiąc, jak w starym dowcipie, księża siusiają mniej, choć tak naprawdę siusiamy dokładnie tak samo. Celibat stawia księdza ponad zwykłych śmiertelników, ponad „dzieciorobów”, jak niektórzy subtelnie to określają, a stąd już tylko jeden krok od przekonania, że księżom wolno więcej, bo się poświęcają.

Jest jeszcze jedna sprawa, choć pisać i rozważać można jeszcze długo, ale to sprawa ważna . Jest nią faktyczne przestrzeganie celibatu przez duchownych. Trudno tu podawać jakieś konkretne liczby czy procenty, ale wygląda to chyba niepokojąco i mówią niektórzy duchowni, że jest to poważny problem i to problem nienowy. Zdaję sobie sprawę, że nie przestrzeganie ludzkiej zasady nie może być wystarczającym powodem do jej zniesienia, ale z pewnością powinno być powodem pogłębionej refleksji. Mamy wcale nierzadko skłonność do zalecania ideału i heroizmu, choć w moim przekonaniu Bóg tego od nas nie wymaga, a przynajmniej nie od wszystkich. Jezus mówi o naśladowaniu Go. Naśladowanie z natury rzeczy niesie w sobie pewną niedoskonałość w stosunku do oryginału, o idealnym naśladowaniu Jezusa możemy póki co jedynie mądrze pomarzyć.