Mieszkanie Jezusa

                                              

 

„A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego : „Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz!” Jezus mu odpowiedział :” Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”  (Łk9, 57-58)

 

Prawda jak to smutno brzmi ? I ludzie i zwierzęta budują bardzo kunsztowne niekiedy domy, a Syn Człowieczy nie ma gdzie złożyć głowy. Mówimy wprawdzie, że mieszka w niebie – ale gdzie ono jest i jak wygląda nie wiemy. Pewien kosmonauta powiedział, że w czasie swojego lotu „w niebo” nie widział tam Boga. Paradoksalnie może powiedział prawdę.

Mieszkaniem Boga jest bowiem człowiek, ja i ty. Ktoś mógłby, nieco sarkastycznie, stwierdzić, że komfort owego mieszkania, oględnie mówiąc, niewielki. Widać jednak Jezusowi to nie przeszkadza. Jak sam powiedział ma w nas upodobanie. Skoro dom to obowiązują w nim prawa właściciela domu czyli nas. Możemy zaprosić Go, ale możemy też zatrzasnąć Mu drzwi „przed nosem”. Możemy Go wpuścić z litości, bo tak wypada i posadzić w jakimś kącie. Niech sobie siedzi i nie przeszkadza wtrącając się w nasze życie. Jak nam się znudzi Jego towarzystwo, można dać Mu do zrozumienia, że formuła naszej z Nim znajomości się wyczerpała i niech zmieni adres.

Ale jak co roku nadejdzie Boże Narodzenie. Będziemy ze wzruszeniem patrzeć na surowy żłóbek, na siano i na Jezuska w ubogiej pieluszce. Będziemy śpiewać piękne kolędy o tym jak to nie było miejsca dla Niego, jak płakał z zimna i niewygód. Skoro tak, to może nie róbmy z siebie sentymentalnych przygłupów. Zaprośmy Go raz na zawsze do swoich domów!

Radujmy się i smućmy razem, zapraszajmy Go do stołu. Rozmawiajmy z Nim, cieszmy się Jego obecnością, On dalej nie będzie się nam narzucał, będziemy tylko razem żyć. Bóg Wszechmocny, Pan wszechświata i wieczności będzie naszym, w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu, domownikiem.

                                                                     

 

Radość Maryi

                                                      

 

„Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała:” Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona […] Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Wtedy Maryja rzekła:” Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”     (Łk 1, 41-47)

 

„Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła…” Błogosławiona czyli szczęśliwa i to jak – „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. Raduje się duch, czyli wnętrze mojego człowieczeństwa, to jest radość, która przenika całego człowieka.

Ta radość jest dostępna także dla nas. Jest tylko jeden warunek – trzeba Mu uwierzyć! Pozornie wydaje się to oczywiste. Przecież jesteśmy chrześcijanami, w czasie każdej niedzielnej Mszy św. odmawiamy Credo i parę razy powtarzamy – „wierzę”. Odnawiamy przyrzeczenia z Chrztu św. i też mówimy – „wierzę”. Na pytanie czy jesteśmy ludźmi wierzącymi – odpowiadamy, że tak, nieraz nawet lekko poirytowani, że ktoś zadaje nam tak oczywiste pytanie, zupełnie jakby powątpiewał w tę naszą wiarę. A skoro tak, to czy nasz duch też raduje się w Panu? Gdzie ta radość, którą Maryja wyśpiewała w Magnificat?

Często traktujemy naszą wiarę jako zbiór pobożnych praktyk – chodzimy do kościoła, przystępujemy do sakramentów, modlimy się, zachowujemy posty – oczywiście, że dobrze, ale radości dalej jak na lekarstwo.

Maryja uwierzyła we wszystko co usłyszała od Pana. No to jak jest z tym naszym „we wszystko” ? Czy naprawdę słuchając Ewangelii wierzymy we wszystko co nam powiedział Jezus? Czy rzeczywiście wierzymy Mu, że każdy nasz bliźni to nasz brat, bo mamy wspólnego Ojca, czy naprawdę wierzymy Mu gdy nas ostrzega przed chciwością i bałwochwalstwem pieniądza i rzeczy? Czy wierzymy Jezusowi gdy nawołuje nas do pokory, do otwarcia naszego serca i portfela na potrzeby głodnych, uchodźców, chorych i upokarzanych? Czy wierzymy, że On jest tu i teraz, naszą Drogą, Prawdą i Życiem?

Tych pytań jest więcej, od tego jak na nie odpowiemy zależy czy także i nasz duch rozraduje się w Panu.

 

 

 

Jozef i Miriam

                                            

„Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł:” Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki ; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło…”  (Mt 1, 18-21

Maryja i Józef. Młodzi, zakochani, zapatrzeni w siebie. Każde słowo, każdy uśmiech i gest jest radością. Tak było zawsze, tak będzie zawsze. Byli ubogimi, głęboko wierzącymi Żydami (to jakby ktoś zechciał im zmienić narodowość), wiara w Boga Jedynego była ich życiem, życie było wiarą. Nie planowali nic nadzwyczajnego, chcieli tylko być razem. Byli już narzeczonymi, mogli po cichu marzyć, że Bóg w swojej dobroci obdarzy ich potomstwem. Będą rodziną.  Co tydzień będą zasiadali do wieczerzy szabasowej, a potem będą świętować i dziękować Najwyższemu za dar wspólnego  życia i szczęścia. I wtedy On staje w poprzek ich marzeń. On Wszechmocny przez swojego anioła oznajmia zwykłej dziewczynie, która ma narzeczonego imieniem Józef, że zostanie Matką tego, który zostanie nazwany Synem Najwyższego. A Ona mówi niech się stanie Twoja wola. Kiedy Boży posłaniec niesie Jej zgodę przed tron Boga Odwiecznego Maryja już wie, że nic nie będzie takie samo jak przed tym. A jak będzie ? A któż to wie oprócz Niego ?

Idzie w góry pomóc krewnej . To prawda. Może też by odnaleźć samą siebie, w ciszy i skupieniu. Jest prostą dziewczyną jakich wiele, ale to do Niej przemówił Ten, który jest Początkiem i Końcem.

A Jozef , Jozef, który biegł w każdą wolną chwilę do swojej Miriam ? Cóż będzie czekał.  Ze smutkiem i tęsknotą na początku, ale potem wraz z upływem kolejnych dni i tygodni z coraz większą radością. Będzie chodził na okoliczne wzgórza, by już z oddali zobaczyć swoją ukochaną, a gdy już Ją zobaczy, to zatańczy z radości niczym król Dawid i będzie słowami psalmu dziękował Elohim, że jego Miriam będzie z nim i że będą już zawsze razem.

Nie wiemy w jaki sposób dowiedział się, że Maria nosi pod swoim sercem  dziecko. Nawet nie próbujmy odgadywać co czuł. Co to da, że powiemy rozpacz, przeraźliwy smutek, przegrane życie. Pewnie przypominał kłodę suchego drewna. Ale nawet wtedy jego miłość nie zgasła. Nie oskarży swojej narzeczonej, wie czym by to Jej groziło. Uchroni Ją przed karą i zniesławieniem. Nikt z ludzi nie może jemu Jozefowi zabrać miłości do jego Miriam.

Do takiego Jozefa przychodzi anioł Boga. Nie bój się Jozefie, nie bój się, zaufaj Mi. Ty Ją kochasz i Ona cię kocha. Weź Ją do siebie! To Ja wkroczyłem w Jej życie! Będziecie Rodziną, Świętą Rodziną. Będziesz cieniem ojca, będziesz cieniem Mnie. Będziesz troszczył się o Mojego Syna. Będziesz po wsze czasy wzorem ojcostwa. Nie do końca rozumiesz ? Nie szkodzi. Weź Ją do swojego domu. Będziecie znów patrzeć na siebie, będziecie się radować swoją obecnością. A Jeszua będzie wzrastał wśród Was w mojej mądrości i dobroci.

Mogło tak być, choć słowa, jakiekolwiek słowa wyjątkowo nie przystają do tych chwil. Coś dla nas ? Chyba tylko to: zaufać tak jak Ona, nie bać się tak jak Józef, żyć tak jak Oni.                                                                                           

 

 

Rady ciągle aktualne

                                                    

 

Daremne żale – próżny trud,                                      Świat wam nie odda, idąc wstecz

Bezsilne złorzeczenie!                                                    Znikomych mar szeregu –

Przeżytych kształtów żaden cud                                  Nie zdoła ogień ani miecz   

Nie wróci do istnienia                                                   Powstrzymać myśli w biegu

                                    

 Trzeba z żywymi naprzód iść,                                      Wy nie cofniecie życia fal!

Po życie sięgać nowe…                                                  Nic skargi nie pomogą –

A nie w uwiędłych laurów liść                                      Bezsilne gniewy, próżny żal!

Z uporem stroić głowę.                                                 Świat pójdzie swoją drogą.

Adam Asnyk

 

Dedykuję ten wiersz A. Asnyka naszym duchownym i tym na górze i tym w naszych parafiach. Ale do rzeczy. Istnieją osoby wśród nas dla których sens życia wyraża się w ciągłych zmianach, w odkrywaniu nowych zadań. Zdecydowana jednak większość ludzi, choć może trochę wstyd do tego się przyznać, woli pewną stabilizację. Nie lubimy być zaskakiwani nowymi zadaniami, nie lubimy porzucać wygodnych i nawet pożytecznych schematów i oczywiście najbardziej lubimy piosenki, które już znamy („Rejs”). To jest ludzkie i nie ma potrzeby znęcać się nad tą potrzebą wielu z nas.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy tak bardzo przyzwyczajamy się do wydeptanej ścieżki, że idziemy nią „na pamięć”. Nie rozglądamy się i nie zauważamy, że tam gdzie była sympatyczna łąka i słychać było piękny śpiew ptaków, teraz stoją domy. Pełne ludzi i pełne różnych problemów. Krótko mówiąc, źle się dzieje, gdy przyzwyczajenie, miła tradycja i równie miłe wspomnienia zastępują nam myślenie. To dotyczy nas wszystkich, to dotyczy także naszego Kościoła. I tak jak kiedyś romantycy nie mogli zrozumieć pozytywistów, tak dzisiaj nasi biskupi i księża zachowują się i myślą tak, jakby czas dla nich się zatrzymał. W ciągu ostatnich dwudziestu ośmiu lat w naszym kraju zaszły zmiany tak radykalne, że aż trudno je pojąć. Dobre czy złe to temat na inne rozważanie, bezsprzeczne jest to, że zmiany te nastąpiły. Koniec. Kropka. Można się oburzać i nic więcej, można z nostalgią wspominać dawne czasy, ale „próżny trud…” Jedynym sensownym podejściem jest stwierdzenie faktu, że zmiany dokonały się.  Te które są dobre trzeba zaakceptować, złym przeciwdziałać, ale na litość nie metodami z przed pół wieku! Dziś dużo studentów nie wie co to jest kartka katalogowa i rewers, ale z biblioteki korzystają. Nie ważne przy pomocy czego będą czytali książkę, ważne żeby czytali. Czy to tak trudno zrozumieć? Czy takie podejście to jest atak na kulturę, naukę i biblioteki? Biblia w tłumaczeniu ks. Wujka jest pięknym pomnikiem języka polskiego, ale gdyby dziś się nią posługiwać, większość wiernych zapewne nie wiedziałaby o czym są niedzielne czytania.

Prawdy Boże są niezmienne, przykazania zostały wyryte w kamieniu, Pismo św. wytycza nam drogę, daje wskazówki jak postępować, by osiągnąć zbawienie, ale nie rozstrzyga tysięcy problemów, jakie spotykają człowieka w otaczającej go rzeczywistości. Po to Bóg obdarzył nas rozumem, wolną wolą i sumieniem, by kierując się nimi podejmować stosowne rozwiązania. To tylko dzisiejsi biurokraci muszą na wszystko mieć „papierek”. Zapisują opasłe księgi, albo zapełniają twarde dyski swoich komputerów rozporządzeniami, którymi chcą uregulować nasze życie od rana do wieczora. Im wydaje się, że jak zapiszą albo powiedzą to się stanie. Otóż nie stanie się. Oni mogą się jeszcze ratować państwowym przymusem, ale w Kościele to niemożliwe, choć niektórzy duchowni takie ciągotki mają. A w naszym Kościele panuje naiwne przekonanie hierarchów, że jak ogłoszą list pasterski, to wszyscy wierni na wyścigi będą się stosować do ich pouczeń. Otóż nie będą! Gdyby było inaczej, to sądząc po częstości tych listów (nie mówiąc o innych wypowiedziach), bylibyśmy najbardziej bogobojnym narodem na ziemi, obawiam się jednak, że nie jesteśmy.

Ileż to razy  słyszałem w kazaniach jak to pierwszych chrześcijan rozpoznawano po wzajemnej miłości i słowa wyrzutu, że dziś już tak nie jest. To prawda ale patrzę też na oficjalne zdjęcia naszych hierarchów. Siedzą, przepraszam rozparci na tych swoich tronach (nie wszyscy!), w tych kolorowych, śmiesznych fatałaszkach i tylko brakuje im korony na głowie. Gdzie podobieństwo do pierwszych Apostołów?! To może drobiazg, ale kochani to nie ten język, lud nawet ciemny już tego nie kupi. Nie zmienicie swojego języka, nawyków i przyzwyczajeń, trudno, tylko nie dziwcie się, że ludzie, szczególnie ci młodzi i gniewni, będą na was patrzeć jak na postacie z Disneylandu, a nie na autorytety w których głos warto się wsłuchać. Zacznijcie, jak radzi kochany Franciszek, pachnieć stadem, któremu przewodzicie.

A w sprawach ważnych do rozstrzygania których nie mam kompetencji, zachowajcie pokorę. Kościół, jego ojcowie i święci nie raz zwyczajnie się mylili. Bywało, że później ich następcy przepraszali lud boży za bzdury, które wygadywali ich poprzednicy.

 

Trochę o słuchaniu

                                                       

 „Przywołali ich potem i zakazali im w ogóle przemawiać i nauczać w imię Jezusa.   Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli:” Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga    (Dz 4, 18-19)

         „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi – odpowiedział Piotr i Apostołowie”   (Dz 5, 29)

 

To oczywiste. Każdy chrześcijanin zgodzi się z tymi zdaniami wypowiedzianymi przez Apostołów. Skoro mamy wybór między ograniczonością człowieka, a wszechmocą i wszechwiedzą Boga, Boga, który jest czystą miłością, to ten wybór wydaje się oczywistością, także z punktu widzenia naszego rozumu. Teorie zatem mamy „z głowy”. Skoro tak to zajmijmy się „realem”

Kłopot pojawia się kiedy zdanie, pogląd czy nakaz naszego bliźniego jest inny, często radykalnie inny, niż to co mówi do nas Bóg. Powiedzieć tak po prostu, że On nie ma racji – trochę głupio. Mimo całej naszej ludzkiej pychy wiemy, że to bardzo źle brzmi. No ale od czego nasza inteligencja, no powiedzmy spryt. W wyniku ewolucji, na przestrzeni wieków dorobiliśmy się pewnych rozwiązań. Pora je przedstawić.

Najprostsze  to udać, że tak naprawdę to my nie wiemy, co do nas mówi Bóg, a nawet jak już wiemy, to przecież mogliśmy zapomnieć. Tyle spraw musimy zapamiętać, a człowiek nie komputer, te zresztą też się „zawieszają”. Ale co zrobić jak wiemy i nie możemy zapomnieć? To wprawdzie pech, ale takie jest życie. Co robi wtedy rozsądny człowiek? Zawsze możemy uznać, że Bożego przesłania nie zrozumieliśmy. W końcu te dwa tysiące lat to nie pstryknięcie palcami. Inne czasy i warunki, ludzie też inni, gorsi znacznie, no nie wszyscy, są wyjątki, palcem nie będę pokazywał, tak się powie. Jakby Jezus tak z bliska zobaczył tych „ciapatych”, to z pewnością by przeredagował odpowiedni fragment Ewangelii. Tę myśl warto zresztą należycie rozwinąć i są zdolni, wybitni ludzie, którzy to czynią. Jeden tylko przykład – nie pożądaj żony bliźniego. Litości, jakiej żony? Powinno być – partnerki. A to tylko przykład „kosmetycznej” zmiany.

W zasadzie można by te rozważania zakończyć, ale pochylmy się z troską nad najsłabszymi z nas, tymi którzy wiedzą, pamiętają i rozumieją, ale nie dają rady, nie potrafią, przecież nie można kopać leżącego. Ja bym oczywiście chciał, ale rozumiesz Panie, skoro nawet św. Paweł mówi, że jest poronionym płodem, że chce dobrze, a czyni źle, to gdzie tam mnie do niego. Prochem jestem i w proch się obrócę, ale są na szczęście lepsi ode mnie. Oni słuchają Ciebie za siebie i za mnie. To chyba też ten Paweł powiedział, żeby jedni drugich ciężary nosili, to ja będę ten drugi.

 

Pytanie Jezusa

 

                                                                           

„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.  ( Łk. 18,8)

 

Widać nasza wiara nie jest tak oczywista jak nam się wydaje, skoro Jezus stawia to pytanie. Pytanie po ludzku bardzo smutne. To pytanie jest do mnie, do ciebie, do nas. Pytanie na które trzeba odpowiedzieć nie czekając na czasy ostateczne. Pytanie na które trzeba odpowiadać każdego dnia, każdej godziny naszego życia. To pytanie Jezusa wymaga bezwzględnej odpowiedzi, odpowiedzi w uczciwości naszego sumienia.

 

 

Puste mieszkanie

                                                       

 

„Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, ale nie znajduje. Wtedy mówi:” Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem”; a przyszedłszy zastaje go niezajętym, wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze ze sobą siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni. Tak będzie i z tym przewrotnym plemieniem”      (Mt 12, 43 – 45)

 

Nie jest żadnym odkryciem, że natura zła jest banalna, wiele o tym pisała Hannah Arendt. Obozy koncentracyjne były największą okropnością jaką człowiek zdołał wymyślić, ale na co dzień przypominały zwykłą fabrykę. Byli w niej pracownicy, służba ochrony, przełożeni i szef. Były plany, strategie i wytyczne. Były maszyny służące do utylizacji towaru, przywożonego pociągami, tu akurat towarem byli ludzie. Organizacja pracy – na bardzo wysokim poziomie, odzyskiwanie „surowców wtórnych” – również. Co więcej – większość pracowników czyli więźniów starała się „normalnie” żyć, ta „normalność” była ważnym warunkiem przeżycia.

Ta charakterystyka zła, przy zachowaniu wszelkich proporcji, jest ciągle aktualna zarówno w życiu społecznym jak i osobistym każdego z nas. Zło nie musi być malowane czarnymi barwami, nie musi wyglądać jak średniowieczne „danse macabre”, nie musi mieć upiornie wykrzywionego oblicza. Zło tylko w baśniach dla dzieci jest odrażające, zaś w filmach grozy ma twarz patologicznego złoczyńcy. Tak przywykliśmy do tego baśniowo – filmowego wizerunku zła, że zapominamy, że może być ubrane w elegancki garnitur lub wytworną wieczorową suknię.

Bodaj najistotniejszą cechą zła – diabła, bo o nim przecież mówimy, jest to, że czai się on przed progiem każdego domu, przed progiem duszy i serca, każdego z nas. Tyle tylko, że to od nas wolnych ludzi zależy czy otworzymy mu drzwi, czy też pogonimy go het w czeluście piekielne. Wiedza o tym powinna być elementarną mądrością każdego człowieka, a chrześcijanina w szczególności.

Dla nas niesłychanie ważną wskazówką powinny być słowa Jezusa przytoczone na początku tych rozważań. Puste wnętrze człowieka, „niezajęte” jest miejscem szczególnie atrakcyjnym dla diabła i jego towarzyszy. To do pustego mieszkania najłatwiej jest się wprowadzić i urządzić je po swojemu, w tym wypadku na sposób diabelski. Mieszkanie urządzone nawet nie szczególnie wspaniale, ale z dobrą wolą jest poważnym wyzwaniem dla szatana. Proces „wysiedlania” dobra może się okazać dla niego zbyt trudny, nie rokujący nadziei na przyszłość. Co innego zastana pustka.

Diabeł nie musi w tej pustej człowieczej duszy od razu instalować piekła, na to zawsze przyjdzie czas i sposobność. Na początek wystarczy umieścić w niej niepotrzebne i złe pragnienia, zamiary i tęsknoty. Kiedy ten balast zajmie już całą duszę, wtedy często wystarczy już tylko „pstryknięcie” i człowiek zaczyna wprawiać w ruch piekielną machinę.

Wtedy zdumione otoczenie mówi:” Przecież to był normalny człowiek, normalni ludzie, normalny naród”.

Jasne, nawet najdoskonalszy tomograf nie prześwietli ludzkiej duszy. Jedynym skutecznym „tomografem” jest nasze sumienie, jeśli jednak ulegnie zepsuciu i deprawacji, to marne mamy szanse by rozpoznać zło. Wtedy mamy szansę zyskać nazwę człowieka bez sumienia. Piekielna to perspektywa i piekielne rokowania przed którymi to broń nas Boże. Amen

 

Spokojnie!

Spokojnie!

 

W ostatnich dniach mamy do czynienia z pewnym ogólno- narodowym wzmożeniem około religijnym. Rzecz dotyczy tych paskudnych Francuzów, którzy nie pomni tego, że nauczyliśmy ich posługiwać się widelcem, chcą NASZEGO Papieża usunąć z jakiejś ich mieściny. No to szable w dłoń, nie będzie Francuz pluł nam w twarz i uczył jak widelcem jeść. Ustawia się kolejka chętnych by zabrać pomnik z bezbożnej Francji i ustawić go na naszej polskiej ziemi, ziemi posrebrzanej żytem, gdzie gryka, jak śnieg biała i nawet taka dzięcielina panieńskim rumieńcem pała.

No dobrze, teraz na serio. Tak się złożyło, że Pan nasz dał nam wolną wolę. Oczywiście gdyby tylko zechciał (niestety ku rozczarowaniu wielu, nie chce) to tak dałby „popalić” jednym i drugim, że szkoda gadać. Ewangelizować na siłę opornych oczywiście można, ale kiepski pożytek z niewolnika.

Niejeden raz widziałem jak w Wielki Piątek ktoś z moich kolegów w pracy zajadał bułeczkę z masełkiem pokrytą różowiutka szyneczką z rozkosznym pasemkiem białego tłuszczyku. To prawda nie było mi to obojętne, jakoś przykro, że mój bliźni nie rozumie tego, co ja rozumiem. Nie przyszło mi jednak nigdy do głowy, aby zrzucić mu ten plasterek i powiedzieć: „Ty chamie nie wiesz, że dzisiaj nie je się mięsa?” Tego samego dnia idąc w drodze krzyżowej, nie podchodziłem do spacerowiczów z pieskami i nie oznajmiałem im:” Ty tępaku, zostaw tego kundla i chodź z nami”, choć bardzo bym chciał aby zostawił tego pieska w domu i przyłączył się do nas.

Tak, to jest przykre dla mnie chrześcijanina, że ktoś (społeczeństwo – naród) nie chce aby pomnik św. Jana Pawła II był zwieńczony krzyżem. Takie jest prawo tego kraju, społeczeństwo ma swoje powody (nie rozumiem ich), aby nie chcieć znaków religijnych po za przestrzenią sakralną. Najłatwiej oczywiście rzucić na nich gromy (Jezus jakoś nie rzucał gromów na Gerazeńczyków, którzy prosili Go aby sobie poszedł z ich krainy), my byśmy tego nie zrobili. Tak my byśmy tego nie zrobili. My wieszamy krzyż w Sali sejmu, co we Francji jest nie do pomyślenia i wykrzykujemy naszą nienawiść do bliźniego swego, a przeciwników politycznych traktujemy jak szmaty do podłogi. No ale my są chrześcijanie! Zakrwawiony człowiek leży na przystanku tramwajowym, ano jak mu wygodnie to niech sobie leży. Wprawdzie kiedyś pewien facet, odszczepieniec od wiary w prawdziwego Boga, wsadził takiego samego człowieka na swoje bydle, zawiózł go do gospody i miał staranie o niego, ale to pewnie był drugi sort, niewykluczone, że animalny, więc nie ma co go naśladować. No to na pohybel tym żabojadom, Papieża NASZEGO nie chcą libertyni hm, hm jak by tu ich określić żeby przeszło w katolickim portalu, no libertyni paskudni niech będzie, pierwsza litera taka sama.

A jakie do jasnej cholery my im dajemy świadectwo? Jakie my im dajemy świadectwo nie chcąc przyjąć na leczenie nawet rannych dzieci z kraju ogarniętego wojną? Jasne, te dzieci mają pasożyty, pierwotniaki i bakterie, a w małym serduszku gen terrorysty. No to my chrześcijanie z radością i dumą weźmiemy ten pomnik NASZEGO Papieża, a ci hm, hm ciapaci niech trzymają się z dala od naszego kraju, kraju”… gdzie pierwsze ukłony Są – jak odwieczne Chrystusa wyznanie: ”Bądź pochwalony”.

Viva Polonia semper Fidelis!

Ptaki w powietrzu i lilie polne

                                               

 

            „Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się  zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym macie się przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich”    (Mt 6, 25-30)

 

            Jeżeli ktoś bardzo by się uparł mógłby te słowa Jezusa potraktować jako swoistą zachętę do lenistwa. Wtedy warto mu przytoczyć, bardzo lapidarne i nie pozostawiające żadnych złudzeń, słowa św. Pawła:” Kto nie pracuje niech też nie je”. Kluczem do zrozumienia tego ewangelicznego tekstu jest jedno słowo: „ zbytnio”. Trudno wymagać od rozumnego człowieka, by żył beztrosko jak konik polny ze znanej bajki. Całe lato grywał on na skrzypkach i tańczył ciesząc się słońcem i zielenią, ale gdy przyszła zima został bez środków do życia. Troska o innych, ale także o siebie, jest piękną i głęboko ludzką cechą. Tylko gdzie jest granica między troską, a zbytnią troską?

Gotowych recept nie ma, ale gdzieś w głębi duszy na ogół wiemy gdzie kończy się troska a zaczyna chciwość. Czy to są sensowne zapasy roztropnego człowieka, czy może raczej wypełnione po brzegi stodoły pewnego bogacza z Ewangelii? Trzeba i to nieustannie pytać o to swoje sumienie i … rozum. Trzeba „wbić” sobie do głowy słowa Jezusa: nie troszczcie się, nie zamartwiajcie…

                                  

Przymierze Boga z każdym żywym stworzeniem

                               

 „Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów : „Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie ; z wszelką istotą żywą, która jest z wami : z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. „ ( Rdz 9, 8 -10)

 

To że Bóg zawarł przymierze z człowiekiem wydaje się nam oczywiste. Mniej oczywiste jest dla nas to, że Bóg zawarł przymierze z każdym żywym stworzeniem, z każdym w którym jest pierwiastek życia, czyli choćby ślad życia. To my powodowani pychą uznaliśmy, że to przymierze  ma charakter trzeciorzędny. Zapaskudziliśmy ziemię naszą głupotą, niechlujstwem, złą wolą, naszą nieumiarkowaną i zbędną konsumpcją. Wyrzucamy na śmietnik tysiące ton żywności i obłudnie mówimy o „matce ziemi”. Tworzymy przy pomocy „szemranych” organizacji świecką religię pt. ekologia, a jest nam obojętne, co dzieje się w naszym najbliższym, zależnym od nas otoczeniu. Gdy kochany Franciszek nawołuje do faktycznej ekologii, która jest troską o ziemię, to spotyka się z niezrozumieniem. Czynimy sobie ziemię poddaną, zapominając, że władanie oznacza także życzliwą opiekuńczość. Czy właśnie taką życzliwością jest w dzisiejszych czasach myślistwo, albo wycinanie puszczy Białowieskiej?

Albert  Shweitzer powiedział kiedyś –„ rolnik ma prawo skosić całą łąkę, by mieć paszę dla swoich zwierząt, ale gdy wracając bezmyślnie zetnie choćby jedno źdźbło  trawy, popełnia zło”

Każdy z nas, w dosłownym tego słowa znaczeniu, jest odpowiedzialny za to przymierze, które Bóg – Stwórca zawarł z każdym żywym stworzeniem. Do każdego z nas kiedyś powie – zdaj sprawę z włodarstwa swego.