Chleba i igrzysk

 

       Czytając fragmenty książki „Testament”, lektura „Roku 1984″ Orwella, może wydawać się powiastką na dobranoc. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, pierwszy raz czytałem „Rok 1984”, wydawał mi się groźną acz daleką i nieco fantastyczną wizją przyszłości. Zapewne nikt nie przypuszczał, jak szybko stanie się codzienną rzeczywistością. Pewnie,  czas płynie, technika rozwija się w oszałamiającym tempie, to i anturaż się zmienił. Z niepokojem i lekkim przynajmniej dreszczykiem czytaliśmy o orwellowskiej policji myśli, a dziś z własnej woli „nosimy” ją w kieszeni lub torebce. Jakby tego było mało, to ciągle domagamy się aby była ona coraz sprawniejsza i gotowi jesteśmy płacić za to spore pieniądze. Zaiste Orwell przewraca się w grobie. Perwersja? Ależ skąd! To takie przecież wygodne, przyjemne i sympatycznie nas uzależniające niczym, a właściwie tak samo jak narkotyk. A ministerstwo Prawdy, to przy dzisiejszej medialnej machinie, mały pikuś.

Kiedyś główna gazeta komunistycznej propagandy miała „wytłuszczony” podtytuł „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Proletariusze jednak wykazali mały entuzjazm do łączenia i rozłączyli się, a system diabli wzięli. Dziś wiele mediów wyznaje inne hasło:” Populiści wszystkich krajów, łączcie się”. W odróżnieniu od poprzedniego, to zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. Rzesza ludzi „kupuje je”, a w czasie wyborów radośnie głosuje na  populistów. Podstawowy problem z populistami polega na tym, że oni kłamią, ale ich kłamstwo, wbrew temu co mówi ludowa mądrość, że kłamstwo ma krótkie nogi – ma długie nogi.

Populiści wszelkiej maści i narodowości ogłaszają wszem i wobec, że odkryli wbrew prawom fizyki” perpetuum mobile”. Trzeba im tylko uwierzyć, a przynajmniej nie przeszkadzać, a wkrótce zbudują raj na ziemi, czy jak kto woli, nowy wspaniały świat. Że do tej pory nikomu się to nie udało? Nie szkodzi, widocznie za mało kochali swój kraj, który w efekcie zostawili w ruinie. Brakło im odpowiedniej wizji, chęci, a nade wszystko przekonania, że cel uświęca środki.  Ale to wszystko da się naprawić. Nie wierzcie drodzy obywatele, że nie ma pieniędzy, one są, tylko trzeba umieć je wydawać. Lud, jak wiadomo od czasów starożytnych, pragnie chleba i igrzysk. Lud chce wieść życie proste, bez zmartwień, bez pytania o przyszłość. Nie chce się stresować ciągłymi wyborami. Lud, czyli wielu z nas, wybiera według zasady – raz, a dobrze. Stąd do dziś niektórzy wierzą w płaską ziemię, ufoludków, a nie wierzą w globalne ocieplenie. Chemistralsi wierzą, że w smugach kondensacyjnych samolotów są rozpylane środki przeciw płodności, ale nigdy ich, znaczy się tych specjalnych samolotów, nie zauważono nad Izraelem. Antyszczepionkowcy są przekonani, że dzieciom podaje się rtęć z wycofanych termometrów rtęciowych, tak aby koncerny farmaceutyczne mogły te dzieci później leczyć za niemałe pieniądze. Niektórzy wierzą również w…, no dobra nie piszę felietonu politycznego, to nie napiszę w co wierzą, ale jak ktoś czyta moje artykuły, to się domyśli.

Z tym chlebem, który to chleb mają rozdawać populiści, może być kłopot, ale igrzyska – czemu nie. Formuła tych znanych ze starożytności się wyczerpała, na nie trzeba było mieć sporo kasy. Te lwy, tygrysy, gladiatorzy, to wszystko kosztuje. A przecież dziś nawet zwyczajny cyrk powoduje protesty tych wegetarian, cyklistów i całego tego zielonego tałatajstwa. Kochany Franciszek wprawdzie ich gorąco popiera, ale on nie rozumie, zresztą nie tylko tego, że ziemię trzeba czynić sobie poddaną. Nic to, wyślemy do Watykanu delegację myśliwych i drwali, a oni przedstawią Franciszkowi nową wykładnię teologiczną interesującego nas cytatu z Biblii i wręczą mu odznakę honorowego łowczego z zieloną czapeczką i piórkiem ptaszka ustrzelonego w ramach czynienia sobie ziemi poddanej.

Byłoby jednak błędem sądzić, że dziś igrzysk nie da się zorganizować. Główny bohater „Psów” Pasikowskiego mówi do przewodniczącego komisji weryfikacyjnej:” Czasy się zmieniają, ale pan jest zawsze w komisjach”, czasy więc się zmieniają, ale w odróżnieniu od pana przewodniczącego, igrzyska też muszą się zmieniać. Co więcej przy odpowiedniej inwencji i logistyce takie igrzyska są praktycznie bezpłatne. Wystarczy „rzucić” nośne, „zapładniające” hasło i już znaczna część społeczeństwa radośnie bije brawo i na dodatek czuje się wspólnotą. Dla populistów to jest gwiazdka z nieba, dar losu, czy jak niektórzy mówią „dar nieba”, oczywiście taki „dar nieba” przysługuje tylko wybranym. Z wrodzonej skromności przyznaję, że owego daru nie otrzymałem i nie zostałem zaliczony do wspomnianej wspólnoty.

W roku 2015 wierzącemu narodowi rzucono na pożarcie, znaczy się do refleksji, temat do rozmyślania pt. uchodźcy. Emocje sięgnęły zenitu. Pewien bardzo ważny i pobożny polityk, któremu nie starczało „do pierwszego”, postanowił, że komu innemu będzie głosił „Dobrą Nowinę”, a komu innemu „Dobrą zmianę”. Uchodźcom postanowił, wprawdzie w wielkim zatroskaniu nieustannie malującym się na jego twarzy, głosić „Dobrą zmianę”. Po prostu mieli pecha – to się zdarza i nie ma co wylewać łez, jeżeli już to krokodyle.

Barbarzyńcy nadciągają – to był przekaz dnia, od którego mnóstwo chrześcijan rozpoczynało poranną modlitwę. Barbarzyńcy będą zabijać, a już na pewno gwałcić nasze kobiety. Odszczepieńcy od prawdziwej wiary nieśmiało zauważali, że niemal sto procent zabójstw i gwałtów dokonują osobnicy, którzy w paszporcie mają obywatelstwo polskie, a w kościele parafialnym metrykę Chrztu św. Istnieje jednak domniemanie, że Polak – katolik jest od czasu Mieszka I, organicznie niezdolny do takich czynów i to wroga propaganda „ulicy i zagranicy”.  Barbarzyńcy mieli także likwidować nasze kościoły, choć można przypuszczać, że zlikwidują się one same, jak zabraknie wiernych.

Igrzyska, jak to igrzyska, znudzą się lwy i tygrysy, to na arenę trzeba wpuścić inne potwory. Ludzie uwielbiają się bać, nawet tacy dżentelmeni , którzy z nudów liczą kraty w oknach, szczerze boją się o swoje i nie tylko, dzieci, co serio wskazuje, że jest i powinna być dla nich nadzieja. Spece od inżynierii społecznej ruszyli głową (?) i wymyślili potwora Gender (zainteresowanych odsyłam w ramach kryptoreklamy, do mojego wpisu „Baśń o potworze Gender), dodali seksualizację żłobków i przedszkoli, a na deser LGBT. „Ciapaci” gwałcili, zabijali i likwidowali święty Kościół Powszechny, ci mają zamiar robić dzienny desant wszędzie tam, gdzie pojawią się nasze pociechy czyli jedna wielka tęcza nad katolickim państwem narodu polskiego.  Lud się ucieszył, wprawdzie służba zdrowia w stanie zapaści, w edukacji zamęt ( wolałbym użyć innego słowa, ale to jest katolicki portal), a igrzyska w pełni. Ludzie się nie nudzą, znowu jest o czym rozmawiać i o czym się kłócić przy rodzinnym stole. A przede wszystkim jest nowy obiekt nienawiści i nowy produkt uboczny „Divide et impera” .

Populiści wszakże nie są głupi. Wiedzą, że po przekroczeniu masy krytycznej, lud zacznie się rozglądać za wszelkiego rodzaju chlebem i wtedy ich los wkroczy w fazę mniej komfortową. Dlatego tylko udają, że oni jedzą jak lud, odpoczywają jak lud i najważniejsze, że czują tak jak lud, którym tak naprawdę gardzą i radzą mu, żeby za…….., znaczy się pracował za miskę ryżu.

W czasach PRL-u był taki zabawny dowcip: „Pani na lekcji pyta się, czy ktoś zna jakiś patriotyczny wierszyk. Wstaje Jasiu i recytuje: Była sobie kotka patriotka, urodziła kociąt pięć – cztery partyjne, a jedno nie. Zachwycona pani za tydzień w czasie wizytacji, prosi Jasia o powtórzenie wierszyka. Jasiu wstaje i recytuje: Była sobie kotka patriotka, urodziła kociąt pięć, jedno partyjne, a cztery nie. Ależ Jasiu –  protestuje nauczycielka, tydzień temu mówiłeś, że cztery były partyjne. Tak proszę pani, ale one już przejrzały na oczy.”

Nie ulega wątpliwości, że lud prędzej czy później też przejrzy na oczy i wtedy zobaczy faktycznie naszą Ojczyznę w ruinie i rad nierad będzie musiał wziąć się za pracę. Igrzyska wprawdzie rzecz fajna, ale jeść trzeba, tego nawet populiści nie zmienią.

Edukacja czy demoralizacja?

 

 

Kiedyś po spotkaniu z młodzieżą, podeszły do mnie dwie dziewczyny i poprosiły o chwilę rozmowy. Łączyła je wielka przyjaźń i wzajemna fascynacja erotyczna. Zapytałem czy rozmawiały już z kimś o tym. Okazało się, że z księdzem. Pytam co im powiedział i słyszę odpowiedź – że wyrośniemy z tego.

Łacińska sentencja głosi, że jak on i ona są sam na sam ze sobą, to należy przypuszczać, iż nie odmawiają „Ojcze nasz”. Chciałoby się powiedzieć – bingo!

Czytam kolejne instrukcje Episkopatu skierowane do rodziców, w których to biskupi ostrzegają rodziców przed zaplanowaną, wiadomo przez kogo, demoralizacją dzieci i młodzieży, jaka ma się dziać w szkole. Wygląda na to, że jakieś lotne brygady demoralizatorów będą wdzierały się do szkół i przedszkoli, by pod groźbą braku promocji do następnej klasy gwałcić niewinne dziateczki przez uszy. Ja się nawet tym biskupom specjalnie nie dziwię, oni uważają, podobnie jak ów ksiądz, że należy nic nie robić, a dziateczki po prostu z tej fascynacji erotycznej wyrosną. Potem oczywiście zachowując niewinność doczekają sakramentalnego ślubu i zostaną rodzicami. Idąc za światłymi radami wielu duchownych seks małżeński, bo jakiż może być inny, poświęcą na pomnażanie dzieci. Radość i przyjemność z przeżyć seksualnych? No cóż, takie niezaplanowane skutki uboczne. Najlepiej ograniczyć, skutki oczywiście, do minimum. W dni postne i święta nakazane seksu nie uprawiać. W razie potrzeby stosować zimny prysznic i gimnastykę, na pewno pomoże.

Kpię sobie, a co innego mogę zrobić? Biskupi, a za ich przykładem wielu duchownych, uważają, że wbrew przytoczonej sentencji on i ona sam na sam ze sobą, jednak to „Ojcze nasz” odmawiają. Oczywiście, jeśli oni taką potrzebę wspólnej modlitwy mają, to wielki szacunek, ale delikatnie mówiąc nie sądzę, żeby to zjawisko było powszechne. Ja wiem, że ideałem byłoby aby on i ona trzymając się za ręce byli w takiej odległości od siebie, aby „Duch Św. mógł się zmieścić między nimi” (autentyczna rada katechetki).

Szanowni księża biskupi z pewną taką nieśmiałością pragnę zauważyć, że wy nie macie” zielonego pojęcia”, o czym myśli młodzież i starsze dzieci, co ich interesuje i co oglądają i o czym rozmawiają z rówieśnikami. Kiedy i jak często się z nimi spotykacie, rozmawiacie, co wy wiecie o ich przeżyciach, lękach i niewiedzy? Słusznie zauważył O. Oszajca, że ksiądz ma takie pojęcie o małżeństwie, jak wilk o gwiazdach, dokładnie takie same macie pojęcie o młodzieży. Moglibyście wprawdzie przypomnieć sobie jak to z wami w młodości bywało, ale… i tu dygresja. Zdarzyło się, że moja siostra wracała z pracy ze swoim kierownikiem. Z daleka widać nadjeżdżający autobus, więc siostra proponuje, że jak podbiegną, to go „złapią”. Pani Agnieszko, nie mogę – stwierdza kierownik. – Dlaczego – dziwi się siostra? Pani Agnieszko stanowisko nie pozwala – brzmi odpowiedź. Myślę, że stanowisko biskupów nie pozwala im przypomnieć sobie własnych kłopotów i kompletnie je wyparli z pamięci. Ja jestem mniej więcej w wieku naszych biskupów i doskonale pamiętam swoje zagubienie i brak życzliwej pomocy, no ale ja nie mam stanowiska.

Zadziwiająca jest też retoryka tych ostrzeżeń. Biskupi podobnie jak ja, doskonale pamiętają czasy PRL-u. Wtedy według rządzącej partii komunistycznej, zdrowa część klasy robotniczej była deprawowana przez żądnych władzy zachodnich imperialistów. To była owa słynna „ulica i zagranica”, czyli rodzimi wichrzyciele plus mityczny spisek środowisk, których jedynym marzeniem było zawładnąć naszą socjalistyczną Ojczyzną i natychmiast ustawić się w kolejce po chleb i mąkę. Dziś każdy jako tako zorientowany wie, że „tęczowa zaraza”, gender, niewiara w Boga i całe to szatańskie LGBT, to określone środowiska w naszym kraju i wicher zła z Unii Europejskiej. Bez tego w naszym kraju pierwsze pozdrowienia byłyby jak Chrystusa wyznanie, a dziateczki płci obojga z białymi liliami wznosiłyby do nieba wdzięczne hosanna i „alleluja i do przodu”.

Ale tak na poważnie szanowni księża biskupi, to wasze apele i instrukcje to owa musztarda po obiedzie. Dzieci i młodzież jest już tak „uświadomiona”, że to wasze dostojne zgromadzenie zemdlałoby zapewne z wrażenia, gdyby „nausznie” o tym się przekonało. Niemal każdy nastolatek, bez niczyjej pomocy, a w szczególności pomocy deprawatorów seksualnych, ma w swojej kieszeni takie prostokątne „pudełko”, a w nim tyle „uświadomienia”, że brakłoby życia, by się z nim zapoznać w całości. I to wcale nie jest śmieszne. To jest połączenie kłamstwa na temat ludzkiej seksualności z obrzydliwością przekazu. I to jest fakt, a nie wasze urojone lewactwo, które nie ma nic innego do roboty tylko deprawować naszych młodych. Seks to kasa, seks świetnie się sprzedaje i niepotrzebna jest do tego żadna ideologia, seksu nie trzeba reklamować!

My chrześcijańscy rodzice i dziadkowie nie mamy tyle pieniędzy, by na tym polu konkurować, ale powinniśmy mieć odwagę, by ukazywać młodym ludziom, stosownie do ich wieku, piękno ludzkiej płciowości i przekazywać, że jest ona darem Najwyższego. Powinniśmy tak ich wychowywać, aby z tego daru rozumnie  i odpowiedzialnie korzystali. Powinniśmy – gorzki śmiech, ilu rodziców to czyni, a ilu uważa, że jak dorosną to sami się dowiedzą – jasne, że się „dowiedzą” i to raczej wcześniej niż dorosną.

Proszę nie wciskać mi głupot, to ja odpowiadałem na pytania starszych dzieci i młodzieży, na setki pytań, to ja widziałem ich bezradność i zagubienie w tym temacie. To ja, mam taką nadzieję, prostowałem ich myśli a nie wy. Stać was na wszystko, tylko nie na to by wykształcić i odpowiednio zapłacić, ludziom, którzy podjęliby się zadania szczerej rozmowy z młodymi w duchu chrześcijańskich wartości. W tych okolicznościach edukacja w szkole jest sensowną propozycją, choć jak najbardziej zgadzam się, aby rodzice zachowali czujność. Nie da się wykluczyć udziału ludzi nieodpowiedzialnych czy zwyczajnie głupich. Czy wy naprawdę uważacie, że po lekcji o antykoncepcji (zakładam, że uczciwie przeprowadzonej) męska część klasy rzuci się do okolicznych kiosków i wykupi cały zapas „gumek”, by wieczorem wypróbować je z koleżankami z klasy? Czy wy uważacie, że dzisiejsze dziewczyny na dźwięk słowa „seks”, czerwone ze wstydu, ukryją twarz w dłoniach?

To, że dzieci i młodzież jest „wychowywana” przez Internet, wulgarne rozmowy i świat, jest też waszą zasługą. Torpedujecie, jak sięgnę pamięcią, jakiekolwiek próby poważnej rozmowy na ten temat. Mógłbym jeszcze opowiedzieć o parodii jaka  często działa się i dzieje się na tzw. kursach przedmałżeńskich, tylko już wypaliłem się w tym temacie po latach użerania się z waszymi podwładnymi, aby robić to z sensem, a nie „na odwal się”. Możecie nazwać strusia krową, ale mleka z tego nie będzie (holenderskie powiedzenie). Nie cofniecie życia fal (A. Asnyk), daleki jestem od przekonania, że należy się położyć na tych falach w wygodnej łódeczce i płynąć z prądem. Łódź potrzebuje mądrego sternika i odpowiedzialnych wioślarzy. Możecie próbować zawracać Wisłę kijem, ale już był jeden taki, który trudził się wtaczaniem kamienia na wysoką górę. Nie radzę go naśladować!

 

Policjant w kościele

 

 

Wezwanie policji do trzynastolatka, który wyjął Hostię z ust, jest skandalem samym w sobie, ale w tym gorszącym głupotą (wierzę, że nie złą wolą) wydarzeniu, niczym w soczewce, skupiają się niektóre problemy Kościoła w Polsce. Zacznijmy od mniej ważnych (mimo wszystko).

Etymologia słowa „bezmyślność” jest oczywista – oznacza działanie czy postawę pozbawioną myśli, czyli najważniejszej cechy konstytutywnej człowieka. Jak bardzo trzeba być bezmyślnym, aby do dzieciaka, nawet niesfornego wzywać policję. Czy ktoś z tych mędrców pomyślał z jakim „religijnym” bagażem to dziecko wejdzie w swoją dorosłość?

Brak myślenia przekłada się na niemożność zobaczenia konsekwencji swego czynu, choć akurat w tym przypadku było to łatwe. Fala oburzenia i zgorszenia nie wyleje się na głowy tylko tych księży, ale na cały nasz Kościół. Zestawienie dzieciak i policja w kościele, brzmi gorzej niż fatalnie. Nawet jeśli ten chłopak miał niecne zamiary (choć nic na ten temat nie wiadomo), to i tak prawnie za nie, nie odpowiada. Słusznie zauważył ks. A. Wierzbicki, że może należało tego mało dorosłego człowieka poczęstować herbatą czy ciastkiem i zwyczajnie z nim porozmawiać.

W ostatnim czasie co i rusz mamy do czynienia z bezmyślnością niektórych ludzi w sutannach. Jeden z nich wpadł na pomysł palenia, nieprawomyślnych, według niego oczywiście,  książek przy kościele. Cholera, czy on nie uczył się do jakiej to tradycji  nawiązuje? Film Sekielskich wstrząsnął milionami Polaków, ale gdański biskup:” byle czego nie będzie oglądał”. Narodowcy odkrywają nową symbolikę różańca – solidnie wykonany, owinięty wokół zaciśniętej pięści, może służyć jako kastet do walenia po mordzie przeciwnika. Reakcja złotoustego rzecznika KEP, jak zawsze w górnych rejestrach dyplomacji. Tak powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć.

Sprawa druga. Przekonanie ludzi Kościoła, że tam gdzie oni sobie nie radzą w  duszpasterstwie, trzeba sięgnąć po pomoc władzy państwowej, nie jest niczym nowym i zawsze w efekcie budzi zgrozę. W tym konkretnym przypadku, po za wszystkim budzi totalne zdziwienie. Co ma policja do tego, że nastolatek niegodnie postąpił z Hostią? Nie wiem, czy policjanci byli wierzący czy nie, ale z pewnością w akademii policyjnej nie uczono ich teologii Eucharystii. Można wezwać do naprawy szwajcarskiego zegarka, kowala, ale jak to skomentować? Czy następnym wygłupem będzie żądanie okazania zaświadczenia o tym, że było się u spowiedzi, oczywiście z odpowiednią datą ważności? Istniało przypuszczenie, że owa Hostia może być użyta jako rekwizyt w czasie Halloween i tu refleksja – najpierw rozpętuje się idiotyczną histerię z jakiegoś,   niezbyt mądrego obyczaju, a potem mamy to co mamy. Słusznie zauważa ks. A. Draguła, że prawdziwym opętaniem nie są jakieś amulety, czy wydrążona dynia, ale nienawiść. I niech nikt nie wciska mi głupoty, że nie wiem czym dla katolika jest konsekrowana Hostia, ale czy nam się to podoba czy nie (niektórym zdecydowanie się to nie podoba) czasy rozpalania stosów dla heretyków dawno minęły i nie ma co robić rekonstrukcji tamtych wydarzeń.

Profanacja Hostii, czy choćby jej lekceważenie, jest dla katolika czymś co boli, co wzbudza sprzeciw, a nawet gniew. Nie potępiam tych księży, raczej sądzę, tak jak rzecznik kurii, że ta sytuacja ich przerosła. Ale chcę jeszcze pod namysł i refleksję poddać sprawę, która bezpośrednio łączy się z wydarzeniem w Bełchatowie.

Proponuję uważną lekturę tych fragmentów Ewangelii, gdzie jest mowa o tym jak znieważano Jezusa w czasie Jego ziemskiej wędrówki, ze szczególnym uwzględnieniem Jego na to reakcji.

Przecież On był bez przerwy wyśmiewany, obrażany,  a na  końcu pohańbiony i niesprawiedliwie skazany na okrutną śmierć. Od zarzutów, że coś jest nie tak z Jego głową, aż po porównywanie Go do Belzebuba. Miłośnicy mięsa wieprzowego proszą, aby opuścił ich krainę, jakaś wioska nie chce udzielić Mu gościny (gorliwcy chcą ją spalić, ale On zakazuje), faryzeusze zarzucają Mu wszelkie możliwe grzechy. Sługę arcykapłana, który uderzył Go w twarz, mógł tak potraktować, że nakryłby się nogami. A On? Tłumaczył, uzdrawiał, kazał kochać nieprzyjaciół, owszem pouczał i krytykował, ale nie przypominam sobie, aby komuś dał w zęby i wołał na pomoc Rzymian. Można było tym ostatnim dać  jakąś „wziątkę”, jakiś mały cud uczynić np. wodę zamienić w wino, i już by Żydzi odczepili od Niego.

Ja wiem, że niektórym śnią się po nocach te hufce anielskie, które Jezus mógłby wezwać na pomoc, aby zrobiły porządek z tymi, z którymi było Mu nie po drodze, ale to nie ta bajka i nie ta Nowina.

Pewien generał na łożu śmierci na sugestię spowiednika, aby przebaczył swoim wrogom, odpowiada kapłanowi, że ich nie ma. Ależ ekscelencjo – mówi ksiądz – każdy ma jakiś wrogów. – Nie mam wrogów – ostatnim wysiłkiem dyszy generał, wszystkich których miałem kazałem rozstrzelać. Czy my jesteśmy uczniami Jezusa czy kadetami ze szkoły generała?

Na jezuickim obozie duszpasterstwa akademickiego, przy ognisku śpiewaliśmy, że każdy spotkany łazik, to nasz brat. Czy współczesna wersja ma brzmieć, że każdy spotkany łazik, to mój wróg do którego trzeba wzywać władzę państwową?

Ludzie puknijcie się w głowę, jak echo nie poniesie to jest nadzieja, której sobie ( bo nie jestem impregnowany na głupie myśli) i innym szczerze życzę.

Mam do Was żal!

                                                    

„Kto może powiedzieć: „Nikt przeze mnie nie płakał. Nigdy w nikim nie wzbudzałem strachu”  (Egipska Księga Umarłych)

 

Ludzkie łzy są jedyną wydzieliną ludzkiego ciała, która nie budzi u innych dyskomfortu. Może dlatego mówi się, że na ludzkiej krzywdzie, której wyrazem są łzy, nie da się niczego trwałego zbudować. Nie mam do nikogo żalu, że głosował na taką czy inną partię, każdy wolny człowiek ma i powinien mieć prawo wyboru. To dotyczy każdego z nas, niezależnie jaką funkcję pełni, czyli także duchownych, od wikarego począwszy na kardynale skończywszy. Nie jestem naiwny, każda władza popełnia błędy, chciałoby się powiedzieć – niestety. Są one wpisane w ludzką niedoskonałość od której nikt nie jest wolny. Nie znaczy to, że obojętność na te błędy jest usprawiedliwiona, bo „wszyscy są tacy sami”. Nieprawda, nie wszyscy są tacy sami, nie wszyscy muszą być tacy sami!

Kościół rozumiany jako jego hierarchia, jako jego przełożeni i starsi, ma obowiązek upominać się o skrzywdzonych, o ich prawa i dobre imię. To także jest istota ich powołania, ich służby Bogu i bliźniemu i nie da się tego rozdzielić. Pasterz obojętny na krzywdę choćby jednej owcy powierzonej jego pieczy, popełnia niegodziwość! On ma nie tylko zaginioną owcę odszukać, ale wziąć ją na ramiona, doprowadzić do stada i cieszyć się z tego. Dlatego chcę jasno powiedzieć moim pasterzom : mam do was żal. Mam do was żal, że nie reagowaliście, gdy waszym owcom działa się krzywda. Milczeliście gdy działy się rzeczy wołające o pomstę do Boga. Bóg nie jest mściwy i was do tego bynajmniej nie namawia, ale jeśli wy milczycie, to rezygnujecie z bycia sumieniem katolickiego społeczeństwa.

Do współczesnej polszczyzny weszło w użycie nieco żartobliwe stwierdzenie :” nie chcem, ale muszem”. Ja też nie chcę, ale będę wracał do tego co boli, do tego co nie pozwala na zagojenie się rany.

Legitymizujecie władzę, która świadomie podsycając naturalne ludzkie lęki, spowodowała przerażającą obojętność wobec ludzi, którzy poszukując drogi wyjścia z piekła wojny, toną w morzu. Ta władza bez przerwy powołująca się na Kościół, odmówiła pomocy nawet rannym dzieciom i ich matkom. Nie potrafiliście, czy nie chcieliście jasno zawalczyć o realną pomoc dla nich, choć było to możliwe. Gdy tysiące ludzi ginęło, nie stać was było, na apel o to by wierni, którym przewodzicie podzielili się swoim dobrobytem z tymi ludźmi. Zajmowała was w tym czasie urojona zagłada pt. Gender.

W sprawie pedofilii  i wykroczeń duchownych związanych z szóstym przykazaniem Dekalogu, biskupi jako całość zachowują spokojny dystans, choć jak napisał Sz. Hołownia powinni „w popiele i na kolanach”. Pojawiają się ostatnio głosy, które dają jakąś nadzieję, choć spóźnione i wymuszone okolicznościami. Brakuje dramatycznie gestu autentycznego pochylenia się z miłością nad ofiarami zbrodni, które popełnili wasi podwładni, nierzadko przy waszej całkowitej obojętności. Mam do was żal, że zasłoniliście wasze oczy na gest kochanego Franciszka całującego w rękę skrzywdzonego człowieka i nie ma znaczenia jego późniejsze zachowanie. O moralne i prawne zadośćuczynienie ofiary muszą walczyć w sądzie, muszą je wręcz wyrywać. Na obrzydliwe zachowanie księży Chrystusowców (!) zwracało uwagę wielu wybitnych przedstawicieli Kościoła, ale nie było wśród nich żadnego z was. Oczywiście jak zwykle obłudne oświadczenia o granicach wasze jurysdykcji, tak jakbyście nie byli biskupami Kościoła Powszechnego. Czy na Sądzie Ostatecznym będziecie pokazywali mapy z zaznaczonymi granicami diecezji? Ten argument pokazuje waszą małość.

Mam do was żal za pochwałę chamskiego i niechrześcijańskiego wpisu jakiego dokonał pracownik IKEI, ale milczeliście gdy zasłużonego w walce z przestępcami człowieka, ciągnięto przez pół Polski, by przedstawić mu absurdalne zarzuty. Paradoksalnie docenili go  przestępcy, którzy o mało go nie zabili. Milczeliście gdy w sejmie protestowali niepełnosprawni, gdy słowem i czynem poniewierano ich matkami. Jeden z was obiecał się modlić, a drugi, co szczególnie mnie zabolało, stwierdził, ze Kościół nie jest od pisania ustaw, tak jakby protestujący tego od was oczekiwali.

Mam do was żal, że bez przerwy uczulacie nas na grzech kłamstwa, ale ze spokojem, podchodzicie do faktu, że telewizja oszukańczo nazwana publiczną, kłamie w dzień i w nocy. Za nic macie losy ludzi już nie tylko opluwanych w tej telewizji, ale oblewanych szambem.

Mam do was żal o rozpętanie histerii i wrogości wobec środowisk LGBT. Ci ludzie są tak samo grzeszni jak i my wszyscy, ale to na ich osobach ćwiczycie wrogość wobec inności, której owoce już widzimy. Przykład Białegostoku niczego was nie nauczył. Określenie „tęczowa zaraza” zapisze się w historii Kościoła w Polsce haniebnymi zgłoskami. Zapewne ta sama jurysdykcja diecezjalna spowodowała, że nikt z was nie zwrócił uwagi hierarsze na podłość tego określenia, zresztą niejednego.

Mam do was żal, że nie uszanowaliście cierpienia, rozpaczy i śmierci P. Szczęsnego, mamy właśnie kolejną rocznicę tej tragedii. Najbardziej zainteresował was jego grzech, choć ten, w tej szczególnej sytuacji, powinniście zostawić osądowi miłosiernego Boga. Zgodziliście się waszym milczeniem, na ukaranie kapłana, który w przejmujących słowach pochylił się nad tą tragedią. Pozwalacie by tak zasłużonego w oczach wiernych księdza, gnębił jakiś malutki, zawistny o doczesną chwałę, przełożony. Milczeliście, gdy mściwy biskup na oczach całej Polski poniżał księdza, który miał odwagę mówić o was prawdę. Z pięknej, starej maksymy mówiącej o tym, że milczenie jest złotem, zrobiliście żałosną parodię.

Mam do was żal, że nie potraficie powiedzieć, za prorokiem naszych czasów O .L Wiśniewskim, że nie są katolickimi mediami, te które szczują jednych ludzi przeciwko drugim, które wprowadzają podział miedzy wiernymi, które bezwstydnie angażują się w walkę polityczną. Biorą za to judaszowe pieniądze, budząc powszechne zgorszenie.

Mam do was żal, że nie wiecie o co chodzi, gdy wszyscy inni wiedzą o co chodzi. O zaciśniętej pięści z różańcem – nie wiecie, czy nie chcecie wiedzieć? O gorszącym stylu życia znanego biskupa nie wiecie czy nie chcecie wiedzieć, o tym, że jego ofiary nie mogą doprosić się sprawiedliwości, też nie wiecie? Ja na katechezie w szkole podstawowej uczyłem się, że każdy mój grzech uderza nie tylko we mnie, ale w całą wspólnotę Kościoła. Nie ma prywatnych grzechów! Kiedy po 1989 roku w przestrzeni niechętnej Kościołowi funkcjonowało głupie i obraźliwe powiedzenie „księża na księżyc”, do głowy mi nie przyszło, że za kilkanaście lat sami ten „postulat” zrealizujecie. Mieszkacie na innej galaktyce, jesteście jedynymi, którzy nie widzą i nie słyszą, jaka tragedia dzieje się w naszej Ojczyźnie, gdzie brat zabija brata słowem i nienawiścią. Nie trzeba czekać czasów ostatecznych – już dzisiaj brat powstaje przeciwko bratu, syn przeciw ojcu. Gdzie wy jesteście?

Mam do was żal, że godzicie się na podział ludu Bożego na sorty. Gdzie byliście gdy po katastrofie smoleńskiej dzielono nasz naród na dwa wrogie obozy, gdzie byliście gdy wbrew prawu ludzkiemu i Bożemu bezczeszczono groby ofiar tej katastrofy? Gdzie byliście gdy po twarzach bliskich tych ofiar płynęły łzy? A przecież wielu z was aktywnie włączyło się w kopanie tej przepaści między dziećmi tego samego Boga.

Mam do was żal, że znalazł się tylko jeden sprawiedliwy wśród was, gdy padły głęboko niechrześcijańskie słowa o nihilizmie po za Kościołem katolickim.

Mam do was żal, że w tych trudnych czasach, zamiast jak ów „biskup w buciorach”, jak kardynał Krajewski, iść do tych, którzy cierpią samotność, brak chleba, którzy pragną Boga, ale go nie znajdują, wy obradujecie na tych swoich słynnych posiedzeniach i ogłaszacie równie słynne listy.

Mam do was żal, że zamiast zająć się pracą u podstaw, która mogłaby przywrócić młodemu pokoleniu wiarę w prawdziwą miłość, mogłaby mu pomóc w rozumieniu daru seksualności, serwujecie mu intelektualne i religijne gnioty, wystawiając piękno ludzkiej płciowości na śmiech i zażenowanie. Swoje lenistwo duszpasterskie usiłujecie przerzucić na prawo państwowe, zapominając, że to wy macie przemieniać serca z kamienia na serce z ciała.

Pisząc to wszystko zdaję sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze wiem, że się powtarzam, o niektórych sprawach już pisałem wcześniej. Jeżeli do nich wracam to nie dlatego, że jestem gorszy od Wehrmachtu (głos prawdziwego katolika w komentarzu), tylko dlatego, że to jest też mój Kościół i nie wyobrażam sobie abym mógł go opuścić. Mam głębokie przekonanie i wiedzę, że wielu wspaniałych ludzi – duchownych i świeckich należących do tegoż Kościoła, zwraca uwagę na to samo co i ja. Nie poszywam się pod nich dla sławy, ale przyłączam się do nich, do ich głosów, które w niepojęty sposób są lekceważone przez starszych w Kościele. To jest pycha i grzech zaniechania. Mam takie samo prawo jak wy, by mówić gdzie widzę grzech i zło. To prawo otrzymałem, gdy przez Chrzest św. zostałem włączony do wspólnoty chrześcijańskiej Kościoła Katolickiego.

Po drugie, świadomie używam słowa „żal”, a nie „pretensje”. To drugie kojarzy mi się w jakimś stopniu z agresją, złością i nachalnym dopominaniem się o uznanie swojej racji. Słowo „żal”, którego używam jest raczej prośbą o zmianę, o nowe otwarcie, o soborowe aggiornamento, czas na to najwyższy! Za kochanym Franciszkiem, ja nic nie znaczący chrześcijanin proszę byście wstali z waszej wygodnej kanapy, żebyście odpowiedzieli na słowa apostoła Pawła i odmienili się w waszym myśleniu. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to pompatycznie i zarozumiale, że to świadectwo mojej urojonej wielkości. Może tak być, jest mi to obojętne, ale tak mówię, bo nie jest mi obojętny mój Kościół.

Wreszcie po trzecie, również zdaję sobie sprawę, że pisząc w liczbie mnogiej, wielu wspaniałych duchownych może poczuć się skrzywdzonych zarzutami, które w ich osobach są niesprawiedliwe. Dlatego kolejny raz powtarzam myśląc o nich – to wy jesteście solą tego Kościoła.

 

Zły i dobry lekarz

 

 

 

Co robi zły lekarz gdy przychodzi do niego pacjent? Zawsze przypomina mi się przy tym pytaniu dowcip rysunkowy A. Mleczki. Za biurkiem siedzi lekarz, po drugiej stronie jakaś totalnie zabiedzona osoba, skóra i kości, na łysej głowie sterczy kilka włosków. – To co – mówi on – radzi pan doktor, że najlepiej kamień do szyi?

Ale już tak na poważnie. Zły lekarz jest…zły, że przychodzi do niego pacjent. Zły lekarz nie słucha tego, co mówi chory, bo on wie lepiej, co pacjentowi dolega, a po za tym więcej szacunku do lekarza. Coś tam oczywiście przepisze, choć znałem lekarza, który po obejrzeniu zdjęcia rentgenowskiego bolącego stawu kolanowego obwieścił:” święty boże, nie pomoże” i tym optymistycznym stwierdzeniem zakończył terapię. To nie jest satyra na złych lekarzy, choć to wszystko przetestowałem na swojej osobie.

Co robi dobry lekarz? Dobry lekarz przede wszystkim słucha, co mówi pacjent: co go boli, gdzie pojawiają się trudności, z czym ma kłopoty, co w jego organizmie, jak to się kiedyś mówiło, szwankuje. Jeżeli jego wiedza jest zbyt mała, a przypadek skomplikowany, to radzi się innych lekarzy i szuka odpowiedzi na postawione pytania. Znałem lekarzy, którzy mówili mi, że nie mogli usnąć w nocy, dopóki nie znaleźli jakiegoś rozwiązania.

Pisząc to co powyżej, nie zamierzam reformować polskiej służby zdrowia, ale ten schemat przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Kościele w Polsce. Niewątpliwie jest chory, czy jak kto woli, przechodzi kryzys. Oczywiście już widzę oburzonych, którzy uważają, że on wręcz rozkwita. I tu scena z książki K. Borchardta  „Znaczy Kapitan”. Główny bohater tej książki schodząc, czy raczej będąc znoszony z okrętu informuje towarzyszącego mu oficera:” Znaczy się wie pan, mam zapalenie płuc, nerek, wysoką temperaturę, ale po za tym jestem zupełnie zdrowy” (cytat z pamięci).

Koszmarna rana pedofilii w Kościele nie zabliźnia się, czasem pokrywa się tylko błoną podłości (patrz kasacja Chrystusowców skierowana do Sądu Najwyższego). Generalnie pośpiechu w wyjaśnianiu tragedii, których sprawcami byli księża i kryjący ich biskupi, nie ma. Ten jak wiadomo jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł. W Warszawie ponad połowa uczniów szkół średnich zrezygnowała z lekcji religii. Spoko, napiszemy do nich parę listów duszpasterskich i dzieweczki, chłopczyki, rano i wieczorem zaczną modlić się do „Bozi”, bo paciorek jest najważniejszy. Jak już jakimś cudem uklękną w konfesjonale, to usłyszą nieśmiertelne – ile razy to zrobiłeś/zrobiłaś i do zobaczenia za lat…

LGBT już równoznaczne z nazizmem i stalinizmem, został jeszcze Pol Pot, Mao i ktoś z rodziny Kimów. Orkiestra gra wszak do końca, wiadomo jakiego końca. W seminariach duchownych – posucha. Program nauczania zdaje się z początku planu sześcioletniego po wojnie. Rozmowy o reformie seminariów trwają. A jak kapłanów będzie za mało? To się sprowadzi „murzynków”.  Wprawdzie pewien Dyrektor przemawiając do pielgrzymów, zobaczywszy czarnego zakonnika,  stwierdził, że on się chyba nie myje, czy jakoś tak podobnie, ale to nic. Wyszoruje się go i dobrze będzie.

Z wielu parafii, dla niepoznaki nazywanych „wspólnotami parafialnymi”, wieje nudą, tak nudą! Owszem obowiązki kapłańskie są wykonywane, trud księżowski prezentuje się okazale, tyle, że wiernych coraz mniej, chociaż nikt im do kościoła nie zabrania przychodzić. Mogą tenże kościół posprzątać, udekorować kwiatami, zadbać o plac przykościelny i w ten sposób włączyć się w życie wspólnoty parafialnej i szerzej w Kościół Powszechny (naprawdę nie kpię sobie z tego). Może jednak ci świeccy przydaliby się i do innych rzeczy?

Mała dygresja dla rozweselenia. Spotykam świeżo „upieczoną” emerytkę. – Co będzie teraz pani robiła – pytam? Panie Rafale: sen, lektury, wycieczki, spacery, kino, teatr, a wie pan, jak już nic nie będę miała do roboty, to zawsze przecież mogę pójść do kościoła. Dobry wybór! A co z tymi, którzy jeszcze nie są w wieku emerytalnym?

Kazania owszem pobożne, „wypominki” często „odklepane”, nowenny i nabożeństwa z uczestnictwem „siedemdziesiąt plus”. Zachęta do czytania prasy katolickiej, której nikt nie czyta, ale za niewykorzystane egzemplarze proboszcz zapłaci z parafialnych pieniędzy, a wydawnictwo będzie dumne z czytelnictwa i zysków. Od czasu do czasu zbiórka do puszek na szlachetny cel, który to szlachetny cel, znaczy się puszkę, większość parafian omija szerokim łukiem. Jasne nie mają pieniędzy, ci którzy umierają z głodu i chorób mają widocznie taki kaprys, albo nie chce im się pracować. Czy słyszałem homilię na temat prawdziwej jałmużny? Nie słyszałem, choć nie wykluczam, że może gdzieś takowe są. Tu oktawa z procesją, tam oktawa, chorągwie na wietrze ładnie się prezentują, sypane kwiatuszki też. Są jeszcze grupy parafialne, dobrze że są, tylko nieco się postarzały. Koncesjonowani parafianie są w radach duszpasterskich, ale ich obrady są tak tajne, że te które znam, przez kilkanaście lat nie ujawniły żadnych swoich prac i wyników.

A wierni? No wierni czyli my, tak specjalnie się nie przejmują. Życie jest ciężkie, ale nie na tyle by kogoś nie nazwać zdrajcą czy kanalią, nie podłożyć świni i nie wykopać dołka pod bliźnim, najlepiej powołując się na  łączność z Kościołem. Właściwie tak bezinteresownie, ot tak z przyzwyczajenia jak śpiewała A. Krzysztoń. Ktoś leży na chodniku, widocznie się zmęczył, to leży, bezdomnych schować, a zupę dla ubogich zlikwidować, bo ci psują wizerunek miasta. Noclegownie też zlikwidować, narkomanom pozwolić aby sami się zlikwidowali, niepełnosprawni do getta, kobiety do garów i do łóżka,  na taki program głosuje ponad milion wyborców, zapewne w większości ochrzczonych.

Że to złośliwe? Jasne że złośliwe i to jak jasna cholera. Co na to duchowni lekarze? Duchowni lekarze uznali, że skoro to pospólstwo nie chce ich słuchać, to zadbają przede wszystkim o swoje zdrowie. A co najbardziej szkodzi zdrowiu? Stres oczywiście! Dlatego nie należy wysłuchiwać głupich pytań i uwag, tym bardziej, że pochodzą one od wrogów Kościoła. Reformy duszpasterskie, nowe programy i nowe spojrzenie na rzeczywistość – powoli, co nagle to po diable. Młyny kościelne mielą powoli, a Kościół jest wieczny. Jacyś maruderzy nie załapią się na pociąg do wiary – trudno, ale czy kto widział, żeby pociąg jechał do podróżnych? Nie przyjdziesz – nie pojedziesz.

To jest oczywiście mój ogląd (z pewnością niepełny) rzeczywistości kościelnej w mojej Ojczyźnie. Ogląd opisywany właśnie z gniewem i irytacją. A dlaczego? Bo widzę i słyszę, że można inaczej. Wiem o duchownych i świeckich, którzy „jak głupi” uganiają się za zagubioną owcą, którzy w każdym potrzebującym  człowieku widzą cierpiącego Jezusa. Rozdają chleb, uśmiech i życzliwość, nie „nawracają”, ale przygarniają, nie prawią kazań, tylko leczą, nie kroczą w majestacie urojonej wielkości i nieomylności, ale pochylają się nad poranionym przez zbójców człowiekiem. Do nich, wedle słów Jezusa należy Królestwo Boże i od nich też zależy jakimi będziemy chrześcijanami.

A zły lekarz? Zły lekarz nie jest bez szans. Zawsze może w swoim pacjencie zobaczyć, odkryć Jezusa, czego zresztą każdemu od siebie poczynając życzę. Niech tak się stanie.

 

Syn marnotrawny – wczoraj i dziś

 

 

Kolejny już raz zastanawiam się nad tą przypowieścią zwaną przypowieścią o synu marnotrawnym, choć właściwie jest to przypowieść o nieprawdopodobnym miłosierdziu Bożym. I choć to dziwne, historia ta nie wszystkim się podoba. Może inaczej, ona by im się bardzo podobała, gdyby to oni byli owym synem marnotrawnym, ale oni nigdy takim draniem nie będą. A skoro tak, to zostaje im rola starszego syna, który im się podoba, więc nie może się im podobać młodszy syn. Trochę to zawiłe, ale mam nadzieję, że da się zrozumieć.

Młodszy syn to bezczelny bęcwał, o twarzy nie skażonej myśleniem, gdy opuszczał dom ojca. Żyć rozrzutnie to żadna sztuka, do tego nie jest potrzebny żaden dyplom, wystarczą pełne kieszenie i głupkowaty uśmiech znudzonego panicza. Zastanowił się nad tym co zrobił, gdy zabrakło paszarni. Zastanowił się? Bez przesady. Jakoś nic nie wiemy o jego rozmyślaniach nad tym co uczynił ojcu, ile cierpienia mu przysporzył, jak boleśnie go zawiódł, jak roztrwonił jego dary. No dobra, przyznał się do grzechu i raźnie pomaszerował do domu ojca, gdzie jak dobrze pamiętał, nikomu nie brakowało chleba. No po prostu fantastyczna pamięć. Kolejne ważkie odkrycie – jest mniej wart niż wieprze, które z zapałem godnym potomka Abrahama pasł, marząc by najeść się do syta strąkami którymi je karmiono. Niestety marzenia nie zawsze się spełniają, no to jak wyżej, trzeba podreptać do ojca. Miał dużo czasu, by nauczyć się ładnej recytacji tego, co chciał powiedzieć ojcu.

O kim to ja piszę? O synu, ksywa – marnotrawny? Eee, nie, czy ja jestem archeologiem? Było, minęło.  Ja piszę o nas, o sobie też, żeby nie było wątpliwości.

Tak my chrześcijanie otrzymaliśmy dar, łaskę wylaną przez Ducha Świętego, potem kolejne łaski, a potem bywa, że… odjeżdżamy w dalekie strony. Trzeba przecież ucieszyć się tym życiem, zakosztować tego co nie wolno, życie ma się przecież jedno, no to wino, kobiety, śpiew, viagra i jest fajnie. Dla jednych te dalekie strony są za miedzą, dla innych dalej, ale kiedy sklepienie wali się na głupi łeb, to po „zastanowieniu” dochodzimy do wniosku, że w domu Ojca nikomu chleba nie brakowało.

Tak na marginesie – fascynujący jest nagły wzrost pobożności w okresach egzaminów maturalnych i sesji egzaminacyjnej. Choroba bliskich czy własna, także utrata pracy, powodują nagłą nieprzewidzianą żadnymi statystykami, eksplozję pobożności. Ale z drugiej strony, do kogóż mamy pójść w biedzie jak nie do Ojca?

Ale wróćmy jeszcze do Ewangelii. Ojciec wypatruje, czeka – to nie jest zwyczajne zachowanie, ale to dopiero początek. Dostrzega syna czyli każdego z nas, gdy jesteśmy jeszcze daleko, to „daleko” jest cudem miłości Ojca. I strach autentyczny pomyśleć tylko, co by było gdyby tego ciągle trwającego cudu Bożej miłości nie było. I teraz moment kulminacyjny – ojciec się doczekał, niech ta łajza przyjdzie i przeprosi, ojciec okaże się wielkoduszny, przebaczy mu i będzie „pozamiatane”, u ludzi tak się zdarza i wtedy są niesłychanie dumni ze swojej pokory i miłosierdzia – zachowałem się jak prawdziwy chrześcijanin, ciepełko miłe w sercu, przebaczyłem draniowi, niech wie jaki jestem wspaniały, mogłem nie przebaczyć, ale przebaczyłem. Promotor mojej beatyfikacji na pewno to odnotuje. No i niespodzianka, ojciec nie czeka na przeprosiny, stary człowiek biegnie, poły jego szat rozwiane, rzuca się temu synowi swojemu, jak to wypomni mu później  starszy syn, na szyję. Co się stało? Zobaczył jakiś przybyszów ubranych na biało jak Abraham pod dębami w Mamre? Niee, on zobaczył bęcwała i niewdzięcznika, który roztrwonił jego dary, który za nic miał jego ojca cierpienie i tęsknotę. Ojciec jeszcze nawet nie wie, co on mądrego powie, ale biegnie i rzuca się na szyję. Syn owszem kaja się, ale ojciec jakby tego nie zauważał, nie komentuje i nie poucza. Słudzy przynoszą pierścień, znak, że dalej jest jego synem, suknię i sandały, dość się nacierpiało dziecko chodząc boso i w łachmanach, ale kompletnym już skandalem jest wyprawienie uczty, owszem mógł mu ojciec dać tego upragnionego chleba, ale tuczone cielę? To jest zwyczajne marnowanie autorytetu, a potem dziwią się ludzie, że ten, no jak tam  mu, ten Bergolio ciągle o tym miłosierdziu, słuchać już tego nie można, cóż nie daleko pada jabłko od jabłoni a jaki pan, taki kram.

No tak, ale jest i bohater drugiego planu, czyli starszy syn, oburza się na ojca, ma do niego żal i pretensje, trzeźwo ocenia swojego brata i zupełnie nie rozumie dlaczego ojciec się cieszy. Nie on jeden, ci najęci rano do winnicy gospodarza, też kiepsko kumali, gdy dostali tyle samo co ci, którzy przyszli wieczorem. Leniuchy paskudne pracowały tylko godzinę, a zarobili tyle samo.

Bądźmy szczerzy, nikomu nie musimy się zwierzać, ale ten starszy syn niegłupio mówił, właściwie to „wyjął” nam te słowa z ust. No koniec, końcem zakończenie jest w miarę pozytywne, może starszy syn coś pojmie, a my razem z nim.

No tak gadu, gadu, ale to dalej o nas. To my przychodzimy do Ojca i z niezbyt mądrą miną mówimy – Panie ja nie chciałem, ale tak głupio wyszło, zgrzeszyłem, jestem głodny i w łachmanach, ale do kogo mam pójść jak nie do Ciebie. A On ciągle niepoprawny wybiega i rzuca się nam na szyję.

Tak już na zakończenie, to ta przypowieść jest świetnym materiałem na wielką produkcję, taką jak w Hollywood. O ile pamiętam, nawet miały takie być u nas, ale brakło patriotycznych reżyserów, niestety wiadomo jakim siłom się wysługują, może brakło też pieniędzy, ale mam pewną propozycję. Reżyserem nie jestem, ale scenariusz filmu, to może bym spróbował sił. Co do kwestii finansowych też mam pomysł. Znam ze słyszenia pewnego biznesmena, pełniącego zaszczytną funkcję dyrektora, który potrafi, na szlachetny cel oczywiście, wyciągnąć od emerytów ostatnią złotówkę, więc kasa będzie, mój scenariusz jest całkowicie bezinteresowny, ale z góry wtulam się w dyrektorskie ramiona. No to moje propozycje dostosowane do współczesności.

Młodszy syn jest LGBT, pseudonim „Tęczowa Zaraza”. Wyjechał wiadomo po co, ale teraz po powrocie zmienia orientację i zaleca się z powodzeniem do sąsiadki. Starszy syn, oczywiście normalny, kiedy nie uprawia roli, naśladuje żołnierzy wyklętych. Właśnie wraca z ćwiczeń obrony terytorialnej i widzi ucztę zaręczynową z sąsiadką. Ta dzielna kobieta ma wszystkie warunki potrzebne, by rodzić i karmić następców rycerzy spod Grunwaldu. Wspierana jest przez pewnego europosła, który walczył o wyborców zakuty w zbroję i jest niekwestionowanym rycerskim autorytetem. Problem jest tylko taki czy rycerskiego konia nie zamieni na wózek golfowy. Kiedyś mu się to zdarzyło i trochę euro trzeba było wysupłać, ale na Ojczyźnie się nie oszczędza. No więc potem jest ślub i wesele. Starszy syn, który uważa, że miłosierdzie jest głupie, a najważniejsze jest prawo i sprawiedliwość, dalej jest zagniewany. Na szczęście król owej krainy obiecał mu dopłaty do każdego cielaka. Mieszkanie wprawdzie ma, ale jak mu coś skapnie z tego miliona wybudowanych, to protestował nie będzie. Ojciec staruszek dostanie dwa razy w roku dodatek, to sobie uskłada na wycieczkę do Jerozolimy, no chyba, że zachoruje to wtedy dostanie za darmo korę wierzby (salicylany). Młodszy syn przechodzi terapię naprawiającą i pała do żony taką miłością, „że co rok, to prorok”. Potomkowie młodszego syna dzielnie tłuką zboczeńców spod znaku tęczowej zarazy. O tym, że ich pra, pra, pradziadek, był… gejem nikt nie odważa się mówić. Był, ale przeszedł dobrą zmianę i teraz jest nasz.

Gniew, który woła o zmianę

 

 

To było kilkadziesiąt lat temu w czasie oblężenia Sarajewa. Pocisk moździerzowy spadł na miejskie targowisko zabijając sześćdziesięciu ludzi. W najbliższą niedzielę po tym wydarzeniu Ojciec Św. Jan Paweł II przemawiając do pielgrzymów zgromadzonych na placu Św. Piotra wyraźnie poruszony, z gniewem apelował, by świat zakończył to barbarzyństwo. W pewnym momencie zaczął uderzać dłonią w pulpit.

Zachowując oczywiście wszelkie proporcje, zastanawiam się kto z naszych biskupów i kiedy odważy się powiedzieć „dość”. Dość bezwstydnego sojuszu ołtarza i tronu, dość nienawiści płynącej z ust polityków rządzącej partii, dość kłamstwa płynącego z ekranów telewizji tzw. publicznej, dość wreszcie mamienia pod tytułem „ katolicki głos w twoim domu”.

Zbliżają się wybory. Nie tak dawno prymas, ks. arcybiskup Polak stwierdził, że jeżeli ktoś z podległych mu księży weźmie udział w konkretnej manifestacji, to spotkają go poważne konsekwencje. O ile wiem, poskutkowało. Swego czasu nuncjusz apostolski powstrzymał udział paru biskupów w komitecie honorowym, bardzo niehonorowego przedsięwzięcia. Mam dość enigmatycznych, okrągłych zapewnień ważnych kościelnych osób, że Kościół nie miesza się do polityki i wyborów. Akurat, już to widzę! Media przytaczają homilię księdza, który w czasie homilii zachęcał do głosowania na konkretnych kandydatów wystawionych przez rządzącą partię.

Wiem, że to naiwność, ale oczekuję, że KEP niezwłocznie podejmie decyzję, że takie i podobne akcje, (wieszanie banerów wyborczych na kościelnych ogrodzeniach) powinny spotkać się z natychmiastową reakcją biskupa miejsca.

Ewangelia dość precyzyjnie mówi, co należy uczynić, gdy twój brat grzeszy, czy naszych pasterzy to nie dotyczy? Po raz kolejny pytam (gdybym to tylko ja!), dlaczego biskup nie może swojemu koledze biskupowi powiedzieć :” Bracie źle postępujesz, siejesz zgorszenie, opamiętaj się!” Dlaczego mogą to powiedzieć  wybitni przedstawiciele Kościoła, ale będący „zwykłymi” kapłanami, którzy na dodatek płacą za to wysoką cenę, a nie mogą pasterze, którym nic nie grozi? Domyślam się, że nie chcą mnożyć podziałów, ale na litość one już są mimo „braterskiego” milczenia. Zdaje się, że sprawa ukrywania pedofilii niewiele nauczyła biskupów. Może więc nie tędy droga? Może trzeba wziąć przykład z kochanego Franciszka, który mówi, i to nierzadko w ostrych słowach, o grzechach Kościoła i o grzechach ludzi Kościoła.

Słowo kryzys w odniesieniu do naszego Kościoła nieco już się opatrzyło, ja bym wolał mówić o jego erozji. Erozja ma to do siebie, że dłużej trwa, nie jest tak spektakularna jak kryzys, ale jej skutki są opłakane. Arogancja i nieliczenie się z opiniami ludu bożego podyktowanymi troską i miłością do Kościoła jest w dzisiejszych czasach, w dzisiejszym świecie, zwyczajnie nie pojęta. Dla kogo wy moi bliźni, moi pasterze jesteście? Pragnę przypomnieć, że lud boży to jest pojęcie niemal teologiczne, to nie są robole z powieści Orwella, ani „ciemny lud” z „powieści” prezesa, śmiechu warte, telewizji publicznej. Wydaliście kuriozalne oświadczenie, gdy za oczywiste chamstwo zwolniono pracownika IKEI, ale milczycie, gdy krakowski biskup zwalnia z pracy kobiety, bo w jego przekonaniu nie spełniają one standardów katolickiej rodziny. Jakich standardów? Może złotousty rzecznik KEP zechce wyjaśnić  maluczkim,  o co tu chodzi. Tylko proszę nie obrażać inteligencji tychże maluczkich i mówić, że to nie sprawa KEP, tylko biskupa krakowskiego.

Patrzę na naszych biskupów i myślę, że od tego kostorykańskiego biskupa o którym niedawno pisałem („Biskup w buciorach), dzielą ich lata świetlne. Nie jest żadną tajemnicą odległość znaczącej części naszego duchowieństwa, od Franciszka. Media doniosły, że niektóre parafie zapraszają emerytowanego biskupa Karagandy, który tłumaczy wiernym, że Bergolio to heretyk i antypapież. Czytam mętne komentarze zapytanych o ten fakt ważnych kościelnych ludzi i zastanawiam się o co tu chodzi?

Przytoczyłem postać „biskupa w buciorach”, ale przecież nie trzeba szukać tak daleko. Ci którzy na bieżąco obserwują życie naszego Kościoła potrafią podać niejeden przykład wspaniałych kapłanów, czy sióstr zakonnych, których służba Bogu i bliźniemu jest codzienną Ewangelią. Uparcie szukają zagubionych owiec i wybiegają by objąć syna marnotrawnego. Spotykam kapłanów, którzy całym sercem uśmiechają się do ludzi, którzy wymodloną mądrością, otwierają na słowo boże  pogubionych i wątpiących.

Ktoś powie, to czemu się czepiasz? Ano dlatego, że ja widzę że ci, których Pan postawił na czele stada przestali być pasterzami, przewodnikami, a stali się (tak uważają) jego właścicielami, a to daleko nie to samo.

Mała dygresja. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku media, ku rozbawieniu społeczeństwa, podawały tytuły różnych prac magisterskich i doktorskich. Autor jednej z prac magisterskich poświęcił ją zagadnieniu… optymalnej grubości skórki wypiekanego chleba. Ktoś przytomny zauważył, że może prościej byłoby zapytać przedwojennego piekarza. Piszę to bez żadnej złośliwości, może trzeba jak się nie wie, co to znaczy być autentycznym pasterzem popytać tych, którzy są dobrymi pasterzami. Może trzeba prześledzić pasterstwo tych, których ono doprowadziło do świętości, może trzeba prześledzić życiorys tych którzy, jak mówił lud boży, odeszli do Pana w opinii świętości.

Patrzę i słucham jak wielu ludzi, którzy myślą i czują (rzadkie połączenie) ogarnia słuszny gniew, którzy za św. Pawłem wołają, aby ci którzy kierują naszym Kościołem, odmienili swoje myślenie. Nikt nie chce, aby to wołanie przerodziło się w agresję, ale bezsilność słusznego gniewu, jest prostą drogą do obojętności. Jeżeli tak się stanie, to znaczącą odpowiedzialność poniosą starsi naszego Kościoła, i choć niejeden raz krytykuję ich postawę, to satysfakcji z tej ich odpowiedzialności, nie będę miał żadnej.

Baśń o potworze Gender

                                         

Za górami, za lasami, w pewnym mieście na zachód od krainy Lechistanu, w mieście, którego nazwy strach wymieniać, zamieszkał był sobie straszny potwór. Gender mu było na imię. Nikt go wprawdzie na oczy nie widział, nawet mieszkańcy tego grodu, ale on był! Niestety, nie wiedziano jakiej był on płci, czy to była ona, czy on?

Matki Lechitki już przy piersi dziateczki nadobne trzymając, straszyły one tym potworem, gdy w nocy spać nie chciały rodzicielom frasunku przysparzając. Ale wynikł, pozwólcie, że na chwilę wrócę do współczesności, pewien dysonans poznawczy. Ziemię naszą lechicką od dawien dawna zamieszkiwały ci różnorakie smoki, smoki owe ogniem ziejące lubowały się w zjadaniu dzieci, niejedno piękne podanie o tym napisali zacni kronikarze i te historie opowiadane o zmroku, były przez wszystkie dziateczki zrozumiałe. Aliści potwór Gender dzieci nie jadł tylko je… genderzył. Jak to wytłumaczyć niewinnemu dziecięciu w koszulinie z płótna uszytej i bosymi stópkami biegającemu po łące? Wszakże rodzice nie w ciemię bici, nieco się czerwieniąc ze wstydu tłumaczyli synkowi, że potwór coś weźmie z jego niewinnego ciałka i da to siostrze i na odwrót. Azali będzie to jeszcze w przyszłości rycerz i białogłowa tego niestety nikt nie wiedział. W tej obawie mateczki starannie zamykały okiennice swoich domostw i otulały w pieluszki swoje pociechy, a nie jedne za radą doświadczonych kumoszek, mruczały zaklęcia odczyniające uroki. Czyniły to w wielkiej tajemnicy przed miejscowym plebanem, jako że były przecież ochrzczone. Były nawet takie, które w wielkiej acz tajemnej zapobiegliwości, wylewały do sagana nieco mleka z wieczornego udoju i wystawiały do sieni, aby Gender zaspokoił głód i nie dybał na cześć ich dziecięcia.

Niestety, jak to nie tylko w baśniach bywa, dobre czasy się skończyły w owej krainie. Oto potwór nudził się w tej rozpustnej mieścinie zwanej z cudzoziemska Brukselą, wszystko bowiem było tam już zgenderowane, i nie miał co robić. Ale  na jego szczęście późną wiosną zawitała grupa nowo wybranych posłów z Lechistanu. Zaczęli oni wszem i wobec opowiadać jaka ich kraina ojczysta jest szczęśliwa. A to mówili jakich wspaniałych mają mężów stanu, którym prawda z ust się leje niczym woda z wezbranych roztopami, potoków. Rządzili ci mężowie (czasami trafiła się i białogłowa) pospołu z dwóch stolic – jeden żelazną ręką, drugi przeciwnie, zawsze zachęcał tylko by iść do przodu wzmacniając swój przekaz mocnym zaklęciem -alleluja, znaczy się taki postęp szlachetny, by kiedyś zbudować nowy wspaniały świat ducha niezłomnego i wyplenić wszelkie chwasty trujące. I byłoby jak należy, bo wszyscy z podziwem słuchali, a z  wrażenia, aż im  „włosy im dęba stawały”, gdyby nie pewna nieroztropność. Zaczęli się bowiem pysznić ci posłowie, że u nich nie ma potwora Gender, a pycha jak wiadomo kroczy przed upadkiem.

Potwór obojętnie słuchał o sukcesach o których wieści przynieśli posłowie, ale nadstawił swe wstrętne uszy gdy dowiedział się o nie zgenderowanych obszarach niemal za miedzą. Wahał ci się jednak, bo wedle tego co mówili owi posłowie, rycerstwo Lechistanu bardzo było waleczne i w każdej chwili gotowe odeprzeć ataki Gendera na swe dziateczki o włosach płowych jak len i gęstych jak dorodna pszenica. Mieczów ci wprawdzie oni nie mieli, ale za to jakie piękne chorągwie, a jakie piękne na nich wyhaftowane napisy i symbole. Cne dziewczęta całymi nocami przyozdabiały owe chorągwie i wystarczyło tylko na nie spojrzeć, a ciarki po grzbiecie chodziły. Polne kamienie z ojczystej roli  również stanowiły ich broń. Mając to wszystko na uwadze przemyśliwał potwór co czynić i gdy tak rozważał nagle usłyszał, że w Lechistanie jest … LGBT, inaczej Tęczowa Zaraza. Wzruszył się głęboko potwór, smolisto – siarkowe łzy popłynęły po jego nadobnej mordzie, boć to był przecież jego rodzony brat/siostra. Już dłużej nie rozmyślał, ale nie tracąc ani chwili ruszył do Lechistanu, obrzydła mu bowiem owa Bruksela, gdzie już nic nie miał do roboty.

Nawet nie zauważył, że przekroczył granicę, ale zdumiała go cisza na drogach. Wnet jednak pokiwał ze zrozumieniem głową, przypomniawszy sobie, że w Lechistanie po drogach poruszają się jedynie auta elektryczne. Nie umiał sobie jednak wytłumaczyć dlaczego owa wspaniała kraina jest taka pusta,  szara i brudna, żadnego też ptaka ani zwierzęcia polnego i leśnego nie zauważył. Słyszał też, że powinny tu być puszcze niezmierzone i nawet wiedział, że coś tam uradzali w tej Brukseli na ten temat, a tu nic. Tak go to zaniepokoiło, że przybrawszy na chwilę postać biednego cudzoziemca, zapytał jakiegoś napotkanego kmiotka o przyczynę takiego stanu rzeczy. Ten popatrzył na niego bardzo podejrzliwie, wypytał czy aby nie przynosi jakiś bakterii i pierwotniaków, a potem rzekł:” Widzicie panie były tu kiedyś łąki, lasy i pola uprawne, ale zadomowili się w nich wegetarianie, cykliści i tacy z cudzoziemska nazywający się ekolodzy, niech imię ich będzie przeklęte na wieki.  Nie chcieli za nic zrozumieć jak pięknie pachnie asfalt i beton, coś tam bredzili o jakiś ptaszkach, żabkach, a najgorsze, że chcieli panie budować te wiatraki, a to czysty zabobon i średniowiecze. No i wtedy jeden ważny pan kazał te wszystkie drzewa wyciąć i wystrzelać to wszystko co między tymi drzewami chodziło, biegało czy fruwało, znaczy się porządek kazał zrobić, słusznie rozumując, że jak nie będzie drzew to i nie będzie tych ekologów, po naszemu to ich nazywają zielonymi. Ale kraj to od dawien dawna chrześcijański tedy ów ważny pan ulitował się nad nimi i kazał gdzieniegdzie malować beton na zielono.Wszakże oni zamiast kornie podziękować, w rękę dobrotliwego pana ucałować to pobiegli do tej, tfu Brukseli, skarżyć się -takie to zdradzieckie plemię, my tu ich nazywamy drugim sortem. A potem drugi taki bardzo ważny pan powiedział, że on woli te stare żarówki, żre to wprawdzie prądu co niemiara, ale to nasze, a prądu nam nie braknie nawet przez dwieście lat. Kopalnie się nowe odkryje, kominów nastawia się w każdej wsi i rychtyk będzie, jak mawiają nasi bracia Ślązacy”.

Gadał by jeszcze dłużej chwaląc dobrą zmianę,ale Genderowi spieszno było zobaczyć brata/siostrę, pożegnał więc poczciwego wieśniaka życząc mu na odchodnym krowy plus i świni plus. Idąc na spotkanie kochanej Tęczowej Zarazy układał sobie w głowie Gender plany, zawsze co dwie Gendery to nie jedna.

Dzieci, myślał, dzieci najważniejsze, bo czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Przy wyrazie „nauczy” bezwstydnie zarechotał, oj nauczy się, nauczy już w tym jego głowa. Zaczniemy, myślał dalej, od przedszkoli, a Tęczowa Zaraza rozniesie to po całej krainie, po to w końcu jest zaraza. Rozmarzył się Gender, gdy nagle do jego uszu dobiegły jakieś pojękiwania i płacze, odwraca się i… serce ścisnęło mu się z żalu na widok posiniaczonej i zakrwawionej Tęczowej Zarazy. Bracie/siostro moja, któż ci to uczynił, na mą genderową duszę przyrzekam, że nie ujdzie mu to na sucho. Nie tak łatwo –  odrzekła Tęczowa Zaraza. Szliśmy sobie spokojnie, w duchu tylko myśląc jak będziemy seksualizować niemowlaków, aż tu nagle pojawiło się rycerstwo Lechistanu w bojowym ordynku. Błyszczały w słońcu ogolone głowy młodzieńców bez zmazy nocnej, a tuż obok ruszyły matki karmiące lechickim mlekiem z dorodnych piersi, te właśnie niemowlęta W rękach trzymały taki mocny talizman z paciorków, w drugiej kamienie z pól i łąk  krzycząc żebyśmy spie… i że nie przejdziemy. No i nie przeszliśmy, to znaczy ci z nas, którzy przeszli od razu poszli do szpitala, a reszta, tak jak i ja, donośnym głosem krzycząc dla zmylenia – „precz z pedałami” jakoś doczołgaliśmy się do ciebie, wiedząc żeś już jest i będziesz nas bronił.

Słuchał tego wszystkiego potwór Gender, a z jego zaciśniętej gardzieli wydobywały się groźne pomruki w języku starogermańskim, z ust toczyła się tęczowa piana.

Uspokoiwszy się nieco rzekł: „Bracie mój kochany homosiu, lesbo miła, będziemy walczyć jakimkolwiek sposobem, przegrana walka, to nie przegrana wojna, ufność w zarazę to nasze hasło”

I tak zakończył się dzień pierwszy pobytu potwora Gender w Lechistanie naszym ojczystym, w ziemi gdzie dzięcielina pała, gdzie gryka jak śnieg biała i gdzie rozum uwiądł.

No to jeszcze raz o biskupach

 

Być może to czysty przypadek, ale dzień po tym jak zamieściłem na swoim blogu artykuł w którym „objechałem” naszych biskupów w „Na ostrzu pióra…”, ukazał się felieton P. M. Fijołek zatytułowany „Ci okrutni, źli i obciachowi biskupi” w którym autorka wzięła w obronę tychże biskupów. Zrobiła jednak to w taki sposób, który dla mnie jest dziwny. Z jednej strony podobnie jak i ja, bez żadnej taryfy ulgowej mówi o niedoskonałościach codziennych naszych hierarchów, z drugiej pisze następujące zdanie:” Ale coraz częściej dociera do mnie, że ciągłe narzekanie na naszych hierarchów i demonstracyjne odcinanie się od ich mniej lub bardziej sensownych wypowiedzi zaczyna niszczyć naszą wspólnotę”

Może najpierw o tym „odcinaniu”. Krytyka mało sensownych ( w niektórych wypadkach jest to nad wyraz łagodne określenie) wypowiedzi, nie tylko zresztą biskupów, nie jest żadnym niszczeniem wspólnoty. Jeżeli jest to czynione z elementarną życzliwością (zapewniam, że usilnie o tę życzliwość się staram, podobnie jak wiele innych osób) to wszystko jest w porządku. Nie mam również wątpliwości, że są to moi bliźni. W moim przekonaniu wspólnotę niszczą i to radykalnie, złe słowa wypowiadane przez niejednego biskupa i księdza. Może w ramach troski o tę wspólnotę zechcieliby oni więcej zastanowić się nad swoimi słowami. I tu przypadek z ostatnich dni, otóż arcybiskup  Skworc wystosował list pasterski w którym ostrzega rodziców przed deprawacją jaka może spotkać ich dzieci w szkołach na lekcjach edukacji seksualnej i antydyskryminacyjnej. Zwraca również uwagę, że nie można przymuszać dzieci do takich zajęć.

Takie sformułowanie sugeruje, że coś jest na rzeczy, że biskup wie coś o czym nie wiemy my. Wobec tego bardzo proszę o podzielenie się z nami rodzicami tą wiedzą. Moje dzieci są już wprawdzie dorosłe, ale los mojego wnuka bardzo leży mi na sercu. Nie ostrzega się w taki ważny sposób, przed czymś, co nie jest realne, choćby przed kosmitami. Trzeba jak sądzę mieć uzasadnione faktami podejrzenia. Stąd dwa moje pytania.

Na czym owa deprawacja ma polegać? Póki co, trochę wiem ze źródeł dobrze poinformowanych, że armia deprawatorów seksualnych przeszkolonych w pięciogwiazdkowych hotelach na koszt ONZ-tu, ma uczyć przedszkolaków masturbacji. Wydaje mi się to szczególnie od strony praktycznej, ale też od strony zastosowanej metodologii, rzeczą szalenie ciekawą. Jestem wprawdzie uświadomiony, ale nie aż tak bardzo. Biskup pisze, że może do tej deprawacji dochodzić w trakcie tzw. edukacji seksualnej czy antydyskryminacyjnej. Na tej pierwszej trochę się znam, bo śmiechu warto, przez wiele lat ją za pozwoleniem swojego biskupa, prowadziłem. W nastawieniu tych, którzy wtedy i dziś ją organizują na gruncie kościelnym, jest aby te lekcje edukowały na temat rozmnażania najlepiej przy pomocy przedstawiania rozmnażania pszczółek czy motylków. Dobrze by było, aczkolwiek nieco trudno to zorganizować, aby te lekcje odbywały się na polu kapusty, albo pod bocianim gniazdem. Przypuszczam, że dzieci nieco znudzone przesiadywaniem w szkolnych ławkach, chętnie i bez żadnego przymusu w takich zajęciach brałyby udział. Jeżeli chodzi o zajęcia antydyskryminacyjne, to oczywiście naszych bliźnich o odmiennej orientacji seksualnej należy kochać, ale bez przesady. Miejsce pedałów jak wiadomo jest w… rowerze, a wszelkiej maści kolorowi niech…, znaczy oczywiście chciałem powiedzieć, niech jadą do Afryki czy Azji. Mogą też zamieszkać na Grenlandii, bo póki co znanemu i jakże wybitnemu mężowi stanu na razie nie udało się jej kupić, a Skandynawowie słyną z tolerancji.

Pytanie drugie. Czy jest znany przypadek/przypadki  gdzie zmuszano dziecko do uczestniczenia w zajęciach mających charakter demoralizujący? Jeżeli miało to miejsce czy wiedziała o tym dyrekcja szkoły czy przedszkola i czy powiadomiono prokuraturę? Z tego co wiemy w przeszłości całkiem niedawnej biskupi doskonale wiedząc już nie tylko o deprawacji, ale o zbrodniach popełnianych na dzieciach, nie tylko nie powiadamiali prokuratury, ale nie reagowali na te wydarzenia nawet zgodnie z prawem kościelnym.

Pochwalam wezwanie do czujności rodziców. Ta czujność, zapisana zresztą w Ewangelii, jest faktycznie bardzo potrzebna. Nasze dzieci, i to już nie jest fantazja, są rzeczywiście zagrożone przez „wartości” promowane przez ten świat, co oczywiście nie jest żadną nowością, inna jest tylko skala tego zagrożenia. To jest obojętność na cierpienie innych ludzi, dążenie do przyjemności bez myślenia o drugim człowieku i zrównywanie tej przyjemności ze szczęściem. Ideologia nie pohamowanego niczym konsumpcjonizmu, nie tylko niszczy naszą planetę, ale powoduje, że szczególnie dzieci i młodzież są narażone, by ów pęd do posiadania uczynić osią swoich wyborów moralnych.

I tu otwiera się już nie okienko, ale okno do działań duszpasterskich. Na proste żołnierskie – nie wolno, młodzi wzruszają ramionami i robią właśnie to, co im podpowiada świat. Zadaniem Kościoła, biskupów i duszpasterzy jest aby w „terenie” dotarli do serc, uszu i rozumu młodych ludzi, tak aby najpierw dążyli do Królestwa Bożego wierząc, że wszystko inne będzie im dodane. Oni żyją, wszyscy żyjemy w świecie gdzie pokusy grzechu istnieją. Ani nie wsadzimy młodych do szklanej bańki, ani nie zlikwidujemy pokus i grzechu. Wolny człowiek musi nauczyć się odróżniać plewy od ziarna. I to jest zadanie każdego wychowawcy, duchowego i religijnego też!

Zbyt długo żyję, by nie wiedzieć, że wszędzie mogą zdarzyć się ludzie złej woli, biskupi powinni akurat dobrze o tym wiedzieć. Ale ja głęboko wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej i to do nich należy Królestwo niebieskie.

A głupie, mniej czy więcej sensowne wypowiedzi, niezależnie czyjego autorstwa, dalej będę krytykował i demonstracyjnie się od nich odcinał, także na tych łamach, przynajmniej tak długo jak Redakcja „Deonu” pozwoli.

 

 

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę!

                                         

 

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”, to powiedzenie bardzo groźne w swej wymowie pokazuje, że człowiek ponosi konsekwencje swoich działań, słów i czynów. To nie ma nic wspólnego z zemstą, ze straszeniem, taka jest po prostu nasza rzeczywistość. Któż z nas może powiedzieć, że nigdy nie poniósł konsekwencji swoich złych wyborów? Dość dawno temu obserwując jak konkretny człowiek siał wiatr, a potem przyszło mu zbierać ową burzę komentowałem to dosadnie – dobrze tak draniowi, ma za swoje. Dziś na to samo patrzę ze smutkiem, bez śladu satysfakcji, bo i z czego tu się cieszyć? Burza niszczy nie tylko jej sprawcę, ale wszystko dookoła. Trudno się cieszyć, że ktoś zawiódł pokładane w nim nadzieje, że zgorszył wielu. Jaka to radość?

Mój Kościół w Polsce na czele ze swoimi starszymi, posiał wiatr, zagubiła się w nim świadomość, tego prostego, przytoczonego na początku powiedzenia. Każdy człowiek, każda instytucja, a jest nią także Kościół, ma prawo popełniać błędy i choć to smutne, taka jest nasza ludzka kondycja. Chrześcijanin ma jednak wyraźnie sformułowaną drogę do ideału i tego ziemskiego i tego, który jest w Niebie. Jak można wszakże wrócić do niego gdy ci, którzy stoją na czele naszego Kościoła nie potrafią, czy nie umieją odczytać znaków czasu. Gdy z uporem godnym lepszej sprawy ciągle wlewają młode wino do starych bukłaków, a potem leją łzy biadolenia, gdy wino się rozlewa. Najnowszy przykład to oświadczenie Rady Głównej Episkopatu na temat przewidywanej przez tenże Episkopat seksualizacji dzieci w szkołach, demoralizować teraz dla odmiany będą samorządy. Muszę was drodzy biskupi rozczarować, otóż dzieci demoralizują się same, wszechobecnymi treściami erotycznymi w przestrzeni publicznej, telewizji i oczywiście w Internecie. Może nie zauważyliście, że czas młodzianków i dzieweczek, generalnie rzecz biorąc, się skończył. Oczywiście są dalej i z pewnością będą ludzie dla których czystość w dziedzinie swojej płciowości jest wartością. Widzę takich ludzi, którzy przeżywają tę czystość z radością, ale nie sądzę, aby się jej nauczyli z oświadczeń naszego Episkopatu. A co do reszty to przegapiliście i jest to nad wyraz łagodne stwierdzenie, szansę by młode pokolenie wychować w duchu rozumnie i godnie przeżywanej swojej płciowości. Trudno nie zgodzić się z nieco złośliwą uwagą publicystki, że :” Słuchając polskiego kleru, można czasem odnieść wrażenie, że Jezus nie przyszedł na ziemię, by głosić Dobrą Nowinę, ale po to, aby szczegółowo uregulować życie seksualne swoich wyznawców, a na pustyni nie walczył z szatanem, ale z potworem gender” (J. Podgórska)

Kiedyś tak jak potrafiłem starałem się bronić głosu mojego Kościoła, dziś nie zmieniwszy swoich wartości, zwyczajnie go nie rozumiem. Można oczywiście stwierdzić, że jestem głupi, albo że wrogiem tegoż Kościoła, co zresztą sugerują moi oponenci. Może być i tak, ale co z tymi, którzy uważają podobnie? Też są głupi i źli. Każdy kto uważa, że pogubili się nasi duchowni, to na stos z nim? Taka jest nasza wiara?

Powiedział biskup krakowski, że wmawia się ludziom, że są wolni (znaczy się, jakieś siły wmawiają), a mnie się zdaje i to w dobrym towarzystwie, że to sam Bóg „wmówił” człowiekowi, że jest wolny. Bywa, że gorzkie owoce tej wolności zbieramy, a jednak Bóg jej nam nie zabiera. Możemy w tej wolności nawet Jego odrzucić, tak jak to uczynili ci, którzy Go ukrzyżowali, a wpierwej sponiewierali. Czy On cierpiąc, jak śpiewamy w pobożnej pieśni, katusze powiedział choć jedno złe słowo? Jak długo trzeba przypominać słowa Jezusa, aby najpierw wyjąć belkę ze swego oka, a potem zająć się drzazgą w oku bliźniego? Pada wówczas słowo „obłudnicy”. Słyszę słowa potępienia za zwolnienie pracownika IKEI, za niby wyznanie swojej wiary i choć sąd to rozstrzygnie, to przecież „wyznał” tę wiarę w sposób nie mający nic wspólnego z miłością Jezusa. Gdzie byliście ze swoimi słowami potępienia, gdy tysiące ludzi zwalniano tylko dlatego, że godnie trwali przy swoich wartościach, gdzie byliście, gdy wyzywano ich od złodziei, komunistów i kanalii?

Kiedy zrozpaczony człowiek w obronie wolności targnął się na swoje życie, a jego śmierć wstrząsnęła każdym czującym człowiekiem, wy zastanawialiście się tylko nad jego grzechem, choć to miłosierny Pan zadecyduje o jego duszy. Oburzyła was, podobnie jak każdego godnego człowieka, inscenizacja „podrzynania gardła” kukle z wizerunkiem biskupa, ale gdzie byliście jak wieszano wizerunki ludzi na szubienicy w centrum miasta? Czy to dlatego, że to nie byli wasi ludzie? To przecież robili tak hołubieni przez wielu z was „patrioci”, ci sami, którzy wyją „Śmierć wrogom Ojczyzny” i „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Czy to jest jakieś nowe zawołanie rycerzy z pod Grunwaldu, czy raczej świadectwo upadku waszej katechezy wśród tych ludzi?

Żyjecie w jakimś urojonym świecie różnych zaraz, ideologii i zagrożeń, a nie widzicie jak w naszej wspólnej Ojczyźnie, także Ojczyźnie świętego Jana Pawła II, na którego tak chętnie się powołujecie, brat patrzy na brata z nienawiścią i pogardą. Ponosicie za to moralną odpowiedzialność, bo to wy jesteście pasterzami, to wam Jezus powierzył czuwanie nad swoją owczarnią.

Ile różnych podłych „ale” powiedzieliście w sprawie tragedii pedofilii w Kościele? To nie była postawa celnika, który na progu Świątyni, błagał w pokorze i uniżeniu o przebaczenie za swoje grzechy. Chętnie wydajecie oświadczenia, gdy my świeccy popełniamy błędy, ale milczycie, gdy w waszej wspólnocie padają złe i niesprawiedliwe słowa. Jesteście niesłychanie odważni, gdy sprawujecie władzę nad swoimi podwładnymi, ale milczycie gdy samozwańczy prorok zatruwa swoją chorą wizją religijności umysły i serca wiernych. Ale gdy odważny kapłan powie słowa bolesnej prawdy, to rosną wam skrzydła u ramion, gdy zamykacie mu usta.

Nie odmawiam wam waszej władzy biskupiej, nie odmawiam wam waszej sukcesji apostolskiej w jedności Kościoła Katolickiego, ale mam święte prawo, i nie ważne czy jestem zimny, czy gorący, by wołać i prosić byście w pokorze, w  mądrości serca i umysłu rozeznali rzeczywistość w której przyszło wam pełnić swoje pasterskie posługiwanie.

Na świecie i w naszej Ojczyźnie jest wiele zła, niekoniecznie tego o którym mówicie, nie pokona się go oświadczeniami i narzekaniem. Każdy z nas czeka aby okazać mu miłość i czułość, o którą tak prosi kochany Franciszek. To „niewierzący” Samarytanin najlepiej zrozumiał przykazanie miłości, mam przypominać kto przeszedł obojętnie? Oby nie sprawdziły się także do was kierowane słowa Jezusa:” Pogodę po wyglądzie nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie potraficie?”