Miód w sercu

                                       

 

Gdzieś zasłyszana anegdota. Po trudnym, ale przyzwoitym życiu, jakiś człowiek puka do bram nieba, św. Piotr wpuszcza go na niebiańskie podwoje, człowiek idzie i spotyka Boga, przystaje i pyta:” Po co to wszystko?”, mając na myśli swoje życie. Bóg patrzy na niego i zadaje mu pytanie:” Pamiętasz byłeś kiedyś na wczasach? – No tak byłem – odpowiada on – i siedziałeś przy stole z pewną kobietą? –  Tak pamiętam – i podałeś jej cukierniczkę – no podałem – no to właśnie dlatego”. To anegdota, ale przypadkowo odkryłem coś podobnego, tyle, że to już nie anegdota, ale  realne wydarzenie opowiedziane przez znanego aktora, którego życie, łagodnie mówiąc, było mocno skomplikowane. Pozwalam sobie streścić to co opowiedział:” Jadę sobie samochodem, upał straszny, przy drodze stoi młody człowiek i macha ręką, nie miałem ochoty się zatrzymać, ale pomyślałem, że jak jeszcze tak dłużej postoi, to dostanie udaru słonecznego. Człowiek wsiada, zaczyna się rozmowa i on mówi, że ja go już drugi raz zabieram, no nieprawdopodobne, nic nie pamiętam. I wtedy on mówi, że to było rok temu, wyszedł właśnie z domu dziecka, dostał jakieś niewielkie mieszkanie do remontu i parę groszy na ten remont. Kiedy wtedy wysiadał zapytałem go czy pracuje, okazało się, że pracuje, najpierw na umowę okresową, a teraz zaproponowali mu pracę na etat, ale musi wykonać płatne badania lekarskie, a nie ma pieniędzy. Pytam ile te badania kosztują, odpowiada, że dziewięćdziesiąt złotych, wyjąłem stówę, dałem mu i powiedziałem żeby zrobił te badania a o sprawie zapomniałem. A teraz on opowiada mi, że te badania zrobił, ma pracę i jedzie do dziewczyny stopem, bo całą pensję przeznaczył na zrobienie prawa jazdy. Ma pracę, ma dziewczynę, dorobi się samochodu, jego życie będzie uporządkowane, wystarczyła tylko stówa”

Po przeczytaniu tej pierwszej anegdoty można pomyśleć, że ów dialog z Bogiem, to kiepski niebiański żart, ale tak naprawdę jest to piękna opowieść pokazująca głębię ludzkiej egzystencji. Życzę temu aktorowi z drugiej anegdoty długiego życia, ale tak sobie myślę, że kiedy stanie przed Panem i być może zada Mu pytanie „po co?” to, niewykluczone, że Pan przypomni mu tę historię i odpowie mu:” Właśnie po to”.

W codziennej gonitwie zapominamy, że nie żyjemy tylko dla siebie, św. Paweł powie, że nie żyjemy tylko dla siebie i nie umieramy tylko dla siebie. Wiele lat później urodzony w szesnastym wieku angielski poeta John Donne napisze:” Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie

Zabieramy na tamten świat naręcza dobrych i złych uczynków, zabieramy także nasze relacje z bliźnimi, których spotkaliśmy w drodze do wieczności. O te relacje z najbliższymi nam osobami staramy się, lepiej lub gorzej, dbać ale to tylko niewielka cząstka. Ile osób spotkaliśmy w swoim życiu – tysiące, dziesiątki tysięcy? Na wielu z nich odciskamy swój ślad, swój trop, często o tym nie wiedząc. Idąc przez świat mijamy tylu ludzi, nie znamy ich imion, nie pamiętamy ich twarzy, ale przez moment, mówiąc nieco pompatycznie, stanowiliśmy niepowtarzalną konstelacje w ludzkim kosmosie. Spotkaliśmy się w dzieciństwie Bożym.

Nieraz powiedzieliśmy jakieś słowo, zdanie, nieraz uśmiechem „okrasiliśmy” nasz gest. Tylko nielicznych zachowujemy w naszej pamięci i opowiadaniach. Jako młodzi ludzie, gdy naszemu koledze coś zginęło, ze śmiechem stwierdzaliśmy, że w przyrodzie nic nie ginie, najwyżej… zmienia właściciela. I to jest prawda, nawet ten życzliwy uśmiech, którym obdarzyliśmy kogoś, nie ginie, on sobie „idzie”. Może jednemu poprawi nastrój, innemu przypomni wiarę w ludzką dobroć, a jeszcze innemu rozjaśni dzień. Któż to wie, albo inaczej – jeden Bóg to wie.

Psalmista w błagalnej modlitwie woła do Boga:” Jeżeli zachowasz pamięć o grzechach, Panie/ Panie, któż się ostoi?” Wierzę, że On wysłucha tej modlitwy i również wierzę, że zachowa pamięć o najmniejszej nawet czułości względem spotkanego bliźniego. A kiedy już staniemy przed Nim, wtedy On wytłumaczy nam „po co?”.

Jeszcze kilka zdań na temat nieco dziwnego może tytułu. Właśnie taki tytuł nosi jedno z opowiadań śląskiego pisarza Gustawa Morcinka.  Bohater opowiadania zrezygnował z tego, co mu się należało, na rzecz drugiego człowieka i wtedy poczuł, jak krople złocistego miodu kapią na jego serce. Tego miodu w sercu życzę wszystkim, a szczególnie czytelnikom tego bloga w roku 2021.

Kościół „kościelny” i Kościół wiernych

 

 

To był początek lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, „wczesny Gierek” jak potem mówiliśmy. Odprawa młodszej kadry dowódczej Ludowego Wojska Polskiego, odprawę prowadzi oficer polityczny pamietający jeszcze, jak rzewnymi łzami płakał po tow. Stalinie. Instruuje jak powinna wyglądać izba żołnierska (rodzaj świetlicy). Powinien w niej być kąt historyczny, kąt oręża wojskowego, kąt patriotyczny, kąt najwybitniejszych dowódców LWP, kąt ruchu robotniczego, kąt władz państwowych… W tym momencie jak to się mówi „z głupia frant” jakiś podporucznik „wchodzi” w słowa majora i stwierdza:” Ale tow. dowódco, izba ma tylko cztery kąty”. Major spojrzał na niego wzrokiem bazyliszka i zmienił temat. Nie trzeba dodawać, że „studiowanie” zawartości tychże kątów przez żołnierzy było więcej niż nikłe.

Przypominam tę anegdotę, bo czasy się zmieniły, ale izby dalej mają cztery kąty. Rzecz w tym, że nasi hierarchowie jakoś nie przyjmują tego do swojej wiadomości i dalej urządzają swoje kąty „kościelne” nie bacząc, że nie tylko nie sumują się one do czterech, ale że zainteresowanie nimi wiernych, jest łagodnie mówiąc, niewielkie. Nieraz już pisałem o „wyposażeniu” tychże kątów, więc nie ma co się powtarzać, ale o jednym muszę koniecznie wspomnieć. To jest kąt o nazwie :” Życie nienarodzone” i piszę to bez żadnej ironii, bo sprawa zbyt poważna. Ja osobiście nie muszę wierzyć, że każde poczęte dziecko jest darem Bożym, jeszcze raz – nie muszę wierzyć – ja to wiem i mojego punktu widzenia to sprawę kończy! Arcybiskup mówiąc o szacunku dla życia nienarodzonych cytuje słowa Matki Teresy z Kalkuty:” Jeśli matka może zabić własne dziecko, to co nas powstrzyma, żebyśmy nie pozabijali się nawzajem”. To piękne i jakże mądre słowa. Arcybiskup zapewne nie był zainteresowany przypomnieniem faktu, że Matka Teresa, noblistka i osoba znana na całym świecie, po dniu oficjalnej wizyty w Polsce, wyruszyła wieczorem by na ulicy nieść pomoc bezdomnym. Biskupi z zapałem bronią życia ukrytego w łonie matki (słusznie!) mając, niemal w całości, obojętność i lekceważenie życia już narodzonych. Patrzą obojętnie, a wielu z oficjalnym przyzwoleniem, na diaboliczne dzielenie społeczeństwa i narodu, zgadzając się z herezją podziału na lepsze i gorsze dzieci tego samego Ojca. Gdy dzieje się tyle zła, gdy podziały biegną w poprzek wielu rodzin, gdy okrutna pandemia rodzi tragedie i cierpienia, jedyne co interesuje nasz Episkopat to … urządzanie swoich kątów i zasady. Może wreszcie sięgną na nowo do Ewangelii i przypomną sobie, jak nazywali się ówcześni stróże zasad, bardzo religijni skądinąd i bardzo starający się być widocznymi dla wszystkich. To są wasi bohaterowie? Odbiegłem od tematu, a właściwie go nie zacząłem, ale jeszcze o jednym.

To jest czas o tym jak przyszło do nas Słowo, jak stało się ciałem. Ale to jest też czas słowa pisanego małą literą, ono też jest darem Boga bez którego nie powstałaby ludzka wspólnota. Wielu ludzi dobrej woli patrzy z bólem jak w ostatnich latach to słowo w przestrzeni publicznej jest plugawione kłamstwem i nienawiścią. Jakże dramatycznie brakuje pasterzy, którzy donośnym głosem powiedzieliby – „dość”, dosyć szczucia jednych na drugich, dosyć dzielenia na swoich i wrogów, dosyć wykorzystywania imienia Boga do niecnych celów, dosyć „bronienia” wiary katolickiej.

W minionym roku słowo „kryzys” w odniesieniu do Kościoła w Polsce, było odmieniane we wszystkich przypadkach, a ja zastanawiam się czy faktycznie ten kryzys jest. Przetrwa i ten Kościół który nazwałem kościelnym i rozwinie się (już się rozwija!) Kościół ludzi wiernych swojemu powołaniu chrześcijańskiemu. Kościół instytucja był, jest i pewnie jeszcze długo będzie potrzebny. On wrósł w naszą kulturę i obyczajowość, wiem, że owo Polak – katolik, to głupota i herezja, ale coś z tego jest. Ludziom potrzebna jest jakaś duchowość czy transcendencja, choćby była ona ułudą, faktycznie nie samym chlebem żyje człowiek. Przecież nasz rok kalendarzowy nieustannie jest organizowany przez święta katolickie. Barwne i radosne pochody 6 stycznia, niedługo potem św. Walenty towarzyszy zakochanym, Wielki Post chwalą dietetycy, a dzieciaki się cieszą ze święcenia pokarmów w Wielką Sobotę. Procesja Bożego Ciała, jak obserwuję od wielu lat, to okazja do spotkania znajomych, a i spacer miły, szczególnie jak pogoda ładna, a zwykle jest. Patriotyzm „Cudu nad Wisłą” w sierpniu i zaduma nad grobami w listopadzie i jakże polskie Boże Narodzenie, choć tak pięknie kojarzyło się ze śniegiem i mrozem, to trzeba się zadowolić zakupami i choinką. A przecież będą chrzciny, I Komunia św., śluby i …pogrzeby. Stale coś się buduje, to i poświęcić trzeba i zawsze coś tam do kieszeni wpadnie. Pewnie ludzi będzie mniej, ale i seminaria świecą pustkami. Ci co zostaną dadzą radę, głodu nie będzie.

Biskupów też pewnie trochę ubędzie, ale wolności im nikt nie zabierze. Będą wygłaszać przemówienia, pisać listy i wydawać komunikaty, będą pouczać i narzekać, pomstować na Netflix i straszyć „kulturowym marksizmem” (nareszcie coś nowego), to już taka tradycja ostatnich lat. Ludzie powiedzą -posłuchamy was innym razem, młodzież pośmieje się radośnie, jak usłyszy co ma oglądać, słuchać i z czym walczyć, lista będzie, co oczywiste, ciągle uaktualniana. Jakieś prześmiewcze memy w Internecie, trochę bluzgów w komentarzach i rycerze Maryi z kastetami na dłoni, zwanymi przez niektórych różańcami. Biznesmen z Torunia postawi nadajnik na księżycu i radio celowane do każdego słuchacza, a na smartfonie wyświetli się litania ilustrowana jego uśmiechniętą twarzą i prośbą o datki. Biskupi z czasem po długim i spokojnym życiu zostaną ogłoszeni żołnierzami wyklętymi.

Ale jest też Kościół wiernych, a właściwie on był zawsze i będzie zawsze, Kościół pasterzy, którzy zawsze szukali zaginionych owiec, a poranione i zagubione brali na swoje ramiona. Kościół który nie szukał możnych tylko biednych i odrzuconych, co więcej głosił, że właśnie w nich w szczególny sposób mieszka Jezus. Nie trzeba szukać ich w dalekiej przeszłości, dość wymienić Matkę Teresę, ks. Popiełuszkę, ks. Kaczkowskiego, ks. Zieję. A ilu było tych, którzy nie przeszli do tej wielkiej historii miłosierdzia, ale pozostali w sercach tych, którym pomogli. Wspominam kapłana, którego nazwisko niewiele mówi, który z kolędy przywiózł straszliwie zaniedbanego starca, położył w swoim pokoju i był dla niego jak miłosierny Samarytanin. Ból wspominać jaką „nagrodę” wymyślił dla niego jego biskup.

Mamy żyjących ludzi, którzy prawdziwie są przyjaciółmi naszego Boga, znowu dość wymienić S. Małgorzatę, dominikanki z Broniszewic ( w komentarzach  czytałem, że niektórym z czytelników „Deonu” już się one znudziły) Mamy ks. Bonieckiego, O. Wiśniewskiego, mamy może niewielu, ale mamy kapłanów, których pożera troska o tych, których powierzono ich opiece. Mamy „Zupę na Plantach” i wiele podobnych przedsięwzięć. Jakże nie wspomnieć Janiny Ochojskiej i… no właśnie, i Jurka Owsiaka. Oni wszyscy budują wspólnotę miłości bliźniego. Nie pytam nikogo o wiarę, nie pytam czy chodzi do „kościółka” i co sądzi o genderze i marksizmie kulturowym. Parafrazując słynny wiersz A. Słonimskiego o nich można powiedzieć – ci są z Kościoła, ci którzy cierpią z innymi i którzy z nimi są. To są ludzie, którzy nigdy nie zamienią Dobrej Nowiny na… „dobrą zmianę”.

I ten Kościół zgodnie z obietnicą daną przez Jezusa przetrwa, będzie otwarty dla każdego kto zatęskni za Bogiem, choć może nie do końca potrafi Go nazwać. A Kościół kościelny? Nie wiem. Droga do nawrócenia, droga do odmiany myślenia, o którą nawołuje św. Paweł, jest otwarta dla każdego, także dla tych, którzy mienią się pasterzami i są dumni… ze swojej pokory.

Noc narodzenia – co wiemy?

 

 

Jest jakaś niesamowita dysproporcja między opisem narodzenia Jezusa w Ewangelii, a naszymi narosłymi przez wieki, wyobrażeniami na ten temat. Można oczywiście nieco wzbogacić ewangeliczną wiedzę o ustalenia różnych naukowców badających tamte czasy, ale to i tak niewiele. Próbuję więc na swój własny użytek „wycisnąć” z tych kilkunastu zdań opisu, to co najważniejsze. To oczywiście nie oznacza odrzucenia tego całego, jakże pięknego obyczaju związanego z tymi świętami. Ten obyczaj też może nas przybliżyć do tajemnicy wcielenia Syna Bożego, ale tu smutna dygresja. Przeczytałem wczoraj list czytelniczki zamieszczony w Onecie. Opisuje jak bardzo przydało się dodatkowe nakrycie przy wigilijnym stole. Skorzystał z niego głodny, bezdomny mężczyzna, który zapukał kiedyś do jej drzwi. Opowiadając o tym znajomym stwierdziła, że może właśnie sam Jezus pod postacią owego bezdomnego zawitał do jej rodziny na tę wigilijną noc. Reakcja znajomych bezcenna – potraktowali ją jak wariatkę.

Ale wracajmy do tekstu Ewangelii. Łukasz Ewangelista napisał, że dla Maryi i Józefa nie było miejsca w gospodzie, Jezus musiał więc urodzić się w jakimś budynku gospodarczym, może faktycznie jak śpiewamy w kolędach, w stajence czy grocie. Gospoda to nie wytworne salony, to typowe schronienie dla podróżnych, ale i to było za dużo dla Syna Człowieczego. Dolna strefa stanów niskich. Konkluzja nasuwa się sama – to było bardzo ubogie Boże Narodzenie. Jeśli to zapisze się w naszym sercu, to możemy sobie dodać i to sianko i te sympatyczne zwierzaki ogrzewające swoim oddechem Dzieciątko. Może też być choinka, śnieg i mróz, chociaż to coraz bardziej deficytowe materiały.

Zapewne było wówczas w Betlejem sporo pobożnych ludzi, ale Anioł pański stanął przed pasterzami. Ich niewyszukana prostota, wiara i ubóstwo bardzo pasowało do tych konkretnych narodzin. Wiele lat później Jezus będzie przedstawiał się jako Dobry Pasterz i dziękował Ojcu, że prawdę o nim objawił ludziom prostym, prostym w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden szczegół dotyczący pasterzy. Pięknie to brzmi w starym tłumaczeniu Biblii ks. Wujka:” A byli pasterze w tejże krainie czujący i strzegący nocne straże nad trzodą swoją”.Czujący i strzegący” – czyż można piękniej ich przedstawić? Może właśnie dlatego stanął przed nimi Anioł. To także i dla nas wskazówka, wszakże słowo „czuwanie” jest jednym z kluczy do zrozumienia Dobrej Nowiny.

Można nieco powątpiewać czy natychmiast do Anioła dołączyło ”mnóstwo wojska niebieskiego”, bo to mogłoby mocno wystraszyć pasterzy, ale do wyrażenia radości niebios i „ludzi dobrej woli”, z pewnością to się pięknie nadawało i Ewangelista wspaniale to ujął. A może pasterze coś jednak słyszeli z tych głosów anielskich, bo wracali od Dzieciątka wielbiąc i wysławiając Boga, co świadczyło o ich niezmiernej radości.

Mamy więc ubóstwo Bożego Narodzenia, mamy bardzo zwyczajnych ludzi, którzy jako pierwsi zobaczyli Jezusa. Oni z pewnością nie należeli do ówczesnej elity religijnej, raczej można przypuszczać, że ta nimi gardziła. Widać już i wtedy był „ciemny lud”. Mamy też ich radość i uwielbienie Boga. Naprawdę dużo można się dowiedzieć z tych kilku zdań ewangelicznego opisu narodzenia Pana. Teraz każdy z nas musi rozpoznać w swoim sercu, co znaczy ubóstwo, co znaczy „czujący i strzegący”, co znaczy radość Bożego Narodzenia.

 

 

Rzecz o zdziwieniu

                                        

 

Parę lat temu w jakimś komentarzu napisałem, że przyjdzie czas, gdy hierarchowie i starsi w Kościele, gorzko zapłaczą z powodu bezwstydnego i gorszącego sojuszu tronu i ołtarza, a także obojętności (w najlepszym razie) na to, co wyprawia pewien gość z Torunia – ksywa „Dyrektor”. Dodałem, że nie będę z tego faktu miał żadnej satysfakcji.

Z tego mojego spostrzeżenia póki co sprawdziło się tylko ostatnie zdanie, bo biskupi dalej nie płaczą, a „prymas” z Torunia ma się dobrze. Jest jednak iskierka, może światełko w tunelu. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że nasi hierarchowie zaczęli się… dziwić, co ważniejsze, oni są niemile zdziwieni i rozżaleni. Moja nadzieja bierze się właśnie z tego zdziwienia. Zdziwienie może wywoływać złość, gniew i rzucanie oskarżeń, ale i tak jest lepsze niż „bycie tłustym kotem, któremu nie chce się łowić myszy”. Zdziwienie może być wstępem do refleksji i postawienia sobie pytań. Jeżeli te są uczciwe to jest szansa na przemianę, na nawrócenie. Ale na razie o zdziwieniu.

Duma sobie taki hierarcha – co oni (lud Boży, znaczy się) ode mnie, od nas chcą? Przecież pierwsi zauważyliśmy, że ta obecna władza jest dobrą zmianą. Po latach bezbożnictwa nareszcie mamy pobożnego prezydenta i prezesa. Ten pierwszy nawet złapał w locie upadającą Hostię, co jest niewątpliwym znakiem z nieba i nasi podwładni w terenie natychmiast to ciemnemu ludowi oznajmili. A tak przy okazji jeżeli chodzi o „teren”. W dawnych czasach będąc w kurii biskupiej zawsze odwiedzałem wydział katechetyczny. Z urzędującą tam siostrą toczyłem boje, by kupić u niej niedostępne gdzieindziej książki. Ona uważała, że ten przywilej jest mi nienależny, a ja odwrotnie. Wchodzę więc do pokoju, a tam siostry nie ma, jest jej zastępczyni, która życzliwie na mnie patrzyła. Uradowany pytam gdzie jest szefowa – w terenie – pada odpowiedź. Super, zaczynam wybierać książki, w międzyczasie wchodzi jakiś ksiądz i pyta kiedy będzie wspomniana siostra i tu pada prosta żołnierska odpowiedź – jak wróci z Rzymu pod koniec miesiąca. No ale do rzeczy, znaczy się do zdziwienia. Wprawdzie ci pobożni nie chcieli przyjąć tych uchodźców, nawet poranionych dzieci, bo wiadomo te bakterie, pierwotniaki, ale przede wszystkim zamieniliby nam kościoły na meczety, a my też ku radości wielu prawdziwie zalęknionych o przyszłość katolickiej Ojczyzny chrześcijan, za bardzo nie naciskaliśmy. W końcu problem jakoś, przynajmniej częściowo, sam się rozwiązał. Ci co mieli utonąć, to utonęli, a wielu znalazło schronienie u tych zachodnich bezbożników, im tam obojętne czy kościół czy meczet, nie to co nam. Jeszcze wcześniej ludzie (no nie wszyscy na szczęście) dziwili się, że my tych duchownych pedofilów przenosiliśmy z parafii na parafię. A niby gdzie mieliśmy ich przenieść? Całe szczęście, że są te parafie, zawsze jakiś dodatkowy grosz wpadnie i można w taki czy inny teren pojechać na urlop. A nikt nie docenia, z tych co się dziwią względem nas, że są wśród nas prawdziwi wizjonerzy, że są tacy co zobaczą to, co dla innych jest zakryte.  Mieliśmy papieża Polaka, ale w niczym mu nie ujmując, teraz doświadczyliśmy obecności apostołów. Jeden ma na imię Łukasz i tak jak tamten ratuje, raczej ratował, nasze życie, a drugi finanse niczym Ewangelista Mateusz, a skoro tak oznajmił biskup, znaczy się fachowiec, to tak musi być. Ten ostatni miał też rechrystianizować Europę, na razie nie ma czasu, ale jak już zawetuje budżet Unii, to wszystkie kłopoty odpadną i będzie mógł nawiedzać kraje Europy łagodnie kołysząc się w takt pobożnych piosenek. Póki co doczekał się marmurowej tablicy w kruchcie kościoła, który nawiedził w czasie podróży przez umiłowaną Ojczyznę. Przemija postać tego świata, ale tablica zostanie – „Non omnis moriar”.

Ale wracając do naszego zdziwienia – dlaczego nikt nie docenił, że to my pierwsi dostrzegliśmy potwora Gender? W co drugim liście tzw. pasterskim i licznych komunikatach KEP, w tysiącach kazań ostrzegaliśmy przed tą ideologią wobec której faszyzm i komunizm to małe piwo. Że ten ciemny lud jak zwykle nie rozumie? Nie szkodzi, ważne, że my rozumiemy! Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Na każdym kierunku uniwersyteckim obowiązkowy przedmiot pod tytułem: Ekonomia polityczna socjalizmu. Wykładowca tegoż żali się swoim kolegom: słuchajcie mam strasznie tępą grupę, tłumaczę im raz – nie rozumieją, tłumaczę drugi, też nie rozumieją, tłumaczę trzeci raz, sam zrozumiałem, a oni dalej nic. Ale to tak bez związku, lubię wspominać, ot i tyle.

Jakże mamy się nie dziwić, gdy nikt nie docenia i to teraz, że pierwsi ostrzegliśmy przed tęczową zarazą. Pewnie koronawirus to bułka z masłem nie jest, ale przecież napisane jest aby nie bać się tego co zniszczy ciało, lecz bać się tego co zniszczy duszę. Niestety nie słuchano nas i niczym potwór z Loch Ness, nomen omen wyłonił się kolejny potwór LGBT. Pocieszające jest to, że o jednym i drugim potworze napisał, szerzej nieznany bloger z „Deonu”. Jego jakże wnikliwa analiza wspomnianych przerażających zagrożeń spotkała się z dużym zainteresowaniem czytelników tego wspaniałego portalu katolickiego „Deon”, ale cóż to jest – kropla w morzu nieprawości. Niestety jak mawiają – nieszczęścia chodzą… tercetem i na nasz biedny kraj nastąpiła inwazja Marsjan, co ja mówię, inwazja singli. Takie to paskudztwo żre, pije i uprawia, tfu seks, ogląda Netflixa ale płodzić dzieweczek i chłopczyków nie chce. Toż to czysty, na psa urok, kulturowy marksizm. I jak tu nie tylko się nie dziwić, ale jak nie zakrzyknąć za tym poganinem:” O tempora, o mores”.

My też się dziwimy, że ludzie mają nam za złe, że popieramy „Prawo i Sprawiedliwość”, ale to nie prawda, to oszczerczy zarzut, my tylko popieramy prawo i sprawiedliwość. Czy jest ktoś w naszej pięknej Ojczyźnie :” Gdzie panieńskim (podkr. moje) rumieńcem dzięcielina pała”, który by nie chciał aby wiecznie w niej panowało prawo i sprawiedliwość? No może ten drugi sort, te zdradzieckie mordy i kanalie, które prędzej czy później będą siedzieć.

Ale najbardziej to jesteśmy zdziwieni z tym trybunałem i z tymi manifestacjami, także przeciwko nam. Przecież w pandemii „wszystkie ręce na pokład”, no to i trybunał niejako wskoczył na pokład i dał przykład jak powinno wyglądać prawo i sprawiedliwość. Przecież my na tych lekcjach religii, zawsze w środku zajęć aby nikt nie dał nogi, uczymy te  niewinne dziateczki, jak to ktoś ładnie powiedział, z czego składa się Pan Bóg, wykuje taki na pamięć Dekalog, pieczątkę dostanie, a potem idzie i wyje wyp… Zaprawdę jak tu się nie dziwić?

Wiele jeszcze by mówić, ale „z ostatniej chwili”. Słów ks. Oko na temat ks. Bonieckiego, „Tygodnika Powszechnego” i rodziny Tischnerów komentować nie będę, bo byłby to niezasłużony zaszczyt dla niego. W to miejsce anegdota: Otóż pewien kapral w wojsku pruskim odkrył w sobie powołanie badacza. Jego eksperymenty polegały na tym, że swoich podwładnych żołnierzy wsadzał do beczki z zimną wodą. Oficerowie patrzyli na to „przez palce”, w końcu to szeregowcy. Problem zaczął się kiedy kapral postanowił rozszerzyć swoje zainteresowania badawcze wobec oficerów. Wtedy przebadano pana kaprala i postanowiono umieścić go w miejscu gdzie jest dużo białego, a drzwi mają klamki tylko z jednej strony.

Duszpasterska strategia, czy duszpasterska pomyłka?

        

 

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Żyjemy  nie bardzo zwracając uwagę na higieniczny tryb tego życia, popełniamy ewidentne błędy i zaniechania. Przychodzi jednak chwila refleksji i postanawiamy poprawę. Po poradę udajemy się do lekarza z nadzieją, że on pomoże nam „wyjść na prostą”. Udzieli  wskazówek, ukierunkuje nasze starania i zaproponuje terapię. Wchodzimy do gabinetu i ledwo co zaczęliśmy mówić, a już słyszymy ostrą krytykę i wypominanie, jak to nie słuchaliśmy lekarzy, którzy nam mówili jak powinniśmy żyć. Teraz grozi nam ciężka choroba, no można spróbować terapii o chlebie i wodzie. Nie dasz rady, potkniesz się, to nie ma zmiłuj i nie przychodź dopóki nie będzie sukcesu. Pacjent wychodzi załamany, albo „razem z drzwiami”.

Drugi lekarz słucha pacjenta z lekkim znudzeniem, nie pyta, nie rozmawia, coś tam przepisze i do widzenia. Po wyjściu pacjenta myśli jak to fajnie byłoby być lekarzem wśród zdrowych.

Jest jeszcze trzeci lekarz. Uśmiecha się na widok pacjenta, życzliwie zaprasza do gabinetu i pyta co dolega, z największa delikatnością zadaje pytania, by lepiej poznać cierpienie chorego brata. Owszem, nie kryje, że jest problem, ale wlewa w serce i głowę pacjenta słowa otuchy i nadziei. Nie lekceważy wagi problemu, ale zachęca do zmiany i proponuje terapię. Na wątpliwości wyrażane przez pacjenta czy da radę ją zastosować, mówi że nawet drobne zwycięstwo będzie sukcesem i zachętą do wytężonej pracy. Nie można zrażać się niepowodzeniami – to ludzka rzecz upadać. W chwilach zwątpienia zawsze chętnie pomogę.

Nie trzeba dodawać, że pierwszego i drugiego lekarza pacjent będzie omijał szerokim łukiem, by dostać się do trzeciego pokona wszelkie trudności, choćby po to, by zobaczyć jego życzliwy uśmiech i wyciągniętą przyjaźnie dłoń.

To nie jest tekst o lekarzach. Wybrałem sobie taką medyczną alegorię, bo któż z nas nie tułał się po różnych lekarskich gabinetach, to po pierwsze, a po drugie, często o duchownych, bo o nich to mowa, mówi się, że są lekarzami dusz naszych.

Coś pękło w naszym Kościele i bynajmniej nie pod wpływem jednego czy drugiego wydarzenia, czy wstrząsu, choć swoistego „trzęsienia ziemi” doświadczamy w ostatnich czasach nagminnie. Mamy raczej to, co inżynierowie badający różne katastrofy, nazywają zmęczeniem materiału. Ludowa mądrość głosi, że puty dzban wodę nosi, póki nie urwie mu się ucho. Nawet kulturowy katolicyzm coraz płytszy, coraz mniej mający wspólnego z religijnością ludową – powierzchowną, ale jednak dość żywą. Nie spełniła zadania niemal obowiązkowa katecheza w szkole i rytualne pokrzykiwanie na młodzież. Diagnoza jaka stawiają duchowni, a niektórzy biskupi wciąż mają nowe „przemyślenia” w tym temacie, dosłownie zapiera dech w piersiach. To już nie jest odklejenie od rzeczywistości, to jest raczej podróż wehikułem czasu w odległe lata:” Wzorce zachodnie zostały szeroko przeniesione na nasz grunt.”, mówi arcybiskup. Rozumiem że przywiał je wiatr, w PRL-u był taki dowcip: Co robić jak wieje wiatr ze wschodu? – Odpowiedź była krótka – wiać razem z nim. Czasy się zmieniły i biskupi zalecają, aby z tym wiatrem zachodnim wiać chyba na wschód, tam zresztą z niektórymi zagrożeniami typu LGBT i gender poradzili sobie wzorcowo. Jak sięgnę pamięcią to ten zachód zawsze przynosił nam moralną zgniliznę i imperializm (to za komuny)Dziś historia się powtarza, imperialistów zastąpiła bezbożna Unia, a szambo dalej leje się z zachodu, czyli jak mówił ś.p. biskup Pieronek „ Nihil novi sub sole”, albo jeszcze gorzej. Refleksji arcybiskupa ciąg dalszy:” Model życia według zasad konsumpcjonizmu, bez cierpień i trosk stał się pragnieniem wielu”. Arcybiskup z pewnością wie co mówi, szkoda tylko, że nie dodał, że w szeregach jego kolegów ten model cieszy się też dużym powodzeniem, patrz chociażby gorszący tryb życia byłego biskupa gdańskiego. A pragnienie życia bez cierpień i trosk? Muszę zmartwić biskupa, a ucieszyć niektórych moich komentatorów, ja też mam takie pragnienie, i nie sądzę, aby to było niezgodne z wiarą naszą świętą. Jeżeli ksiądz arcybiskup sądzi, że po tych jego słowach, młodzi przywdzieją włosiennicę i zrezygnują z platform streamingowych, mediów społecznościowych i tego nieszczęsnego Netflixa, to gratuluję rozeznania pasterskiego. Nie mogło w tych rozważaniach zabraknąć rozwiązłości i homoseksualistów:” Dzisiaj (…) niemal każdy serial dla młodzieży zawiera promocje homoseksualizmu, hedonizmu i rozwiązłości” Co do homoseksualizmu to on nie potrzebuje promocji i nie sądzę aby „hetero” stał się „homo” po obejrzeniu serialu. Dawno wiadomo, że jest określony, niewielki procent osób tak przeżywający swoją seksualność i słowa arcybiskupa nic tu nie zmienią. Hedonizm i rozwiązłość – tak są i także po to są pasterze, aby pokazywać zagubionym właściwą drogę. Pokazywać, próbować życzliwie i z pokorą prowadzić, a resztę zostawić Wszechmocnemu Bogu i wolności człowieczego sumienia. Zabieranie tego najwspanialszego daru Bożego dla człowieka, czy nawet próba zabrania go, jest wchodzeniem w kompetencje Stworzyciela.

Mamy także w wywodach arcybiskupa pewien powiew nowoczesności, zauważa on bowiem, że młode pokolenie jest kształtowane przez media społecznościowe, platformy streamingowe, które to obszary są zagospodarowane przez marksistów kulturowych, którzy konsekwentnie realizują program formowania posłusznego nowym ideom człowieka.

Średnio widzę tych marksistów kulturowych, wcześniej Żydów, masonów i liberałów, raczej przychylałbym się do słynnego stwierdzenia ks. Tischnera, że nie spotkał nikogo kto stracił wiarę przez lekturę dzieł Marksa, za to dużo takich, którzy stracili ją po wizycie w kancelarii parafialnej. Mamy więc narzekania – jak zawsze, zwalanie winy na innych – jak zawsze. Trochę z klimatu starej anegdoty: Do swojego stałego spowiednika przychodzi hrabina – Drogi ojcze, grzechy jak zawsze. – Droga hrabino pokuta jak zawsze.

A Jezus w czasach kiedy nie było platform streamingowych nie mówiąc o Netflixsie, mówił dobitnie, że wartości tego świata nie są kompatybilne z wartościami Jego królestwa. I właśnie dlatego posłał swoich apostołów i uczniów, aby innym przybliżali królestwo Boże. Dał im czytelne instrukcje jak mają to robić, jak żyć Ewangelią i jak miłością przyprowadzać do niego powierzone im owce. Czas zadać sobie ważne pytanie, co szanowni biskupi i naśladujący was, wasi podwładni zrobiliście z tym przesłaniem Jezusa?

Rozcieńczyliście Dobrą Nowinę waszą gnuśnością i przeciętnością, umiłowaniem pierwszych miejsc za stołem, a od kilku lat „dobrą zmianą” i bezwstydną współpracą z rządzącą partią. Jej ogłoszeniami chcecie zastąpić duszpasterstwo?

            Jezus posłał swoich uczniów aż po krańce świata. One zaczynają się za progiem waszych pałaców i plebanii. Przestańcie przemawiać i pokrzykiwać, zacznijcie słuchać i z troską pytać. Pasterz zawsze będzie potrzebny, pastuch niekoniecznie!

Czasy się zmieniły, bardzo się zmieniły!

 

 

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku czytałem w jakimś czasopiśmie o tym jak w pewnym kraju zmieniano ruch lewostronny na prawostronny. Zmianę poprzedziła szeroka akcja edukacyjna, by zapobiec wypadkom w ruchu ulicznym. Na szczęście wszystko odbyło się bez większych kłopotów, a jedyną „ofiarą” okazał się… koń dorożkarski, który nijak nie mógł zaakceptować nowych reguł i ciągle zbaczał na lewą stronę. W związku z tym trzeba było znaleźć mu nową pracę. Można zażartować, że ruch lewostronny był wpisany w jego końskie DNA.

Może ta anegdota nie jest specjalnie elegancka w odniesieniu do naszych duchownych od góry do dołu, ale ilustruje ona pewien upór (daruję sobie przymiotniki, które ten upór mogłyby dokładniej określić). Upór, jak pięknie śpiewał M. Grechuta, jest wprawdzie potrzebny, by dojść do celu, ale nader często stanowi wątpliwe alibi mające przykryć intelektualne i duchowe skostnienie. Wtedy upór nie jest sposobem by dojść do celu, ale oznacza raczej brak celu, lub cel urojony. Często mam wrażenie, że ci dla których upór jest wartością samą w sobie, wyznają zasadę – po nas choćby potop. W rozważaniach dotyczących Kościoła w Polsce, to wszechogarniające skostnienie wyrażające się lękiem przed jakimikolwiek reformami czy zmianami w duszpasterskim przekazywaniu Ewangelii, prowadzi donikąd, prowadzi w błogą samowystarczalność. Biskupi będą pisali listy tzw. pasterskie, wydawali odezwy, informowali o czym to dyskutowali w swoim gronie. Będą pouczali i sprzeciwiali się, nie wiedząc, że większość do których taką aktywność kierują, jednym uchem to wpuszcza, a drugim wypuszcza, co jest zresztą dość optymistycznym scenariuszem. Będą to czynić tak długo, aż wreszcie ktoś przytomny zauważy, że mówią do siebie samych, bo ostatni słuchacz zgasił światło, zamknął drzwi i poszedł zająć się swoimi sprawami. Na przeszkodzie odnowie, także naszego Kościoła, zapoczątkowanej na Soborze Watykańskim II, dziś wspaniale kontynuowanej przez kochanego Franciszka, stoi mentalność naszej hierarchii. Mentalność przez którą nie mogą, albo co bardziej prawdopodobne, nie chcą zauważyć, by odwołać się do przytoczonej na początku anegdoty, że ruch się zmienił z lewostronnego na prawostronny. Ja w pełni rozumiem, wychodząc trochę po za tę anegdotę, że ta zmiana może się czasem nie podobać,  nie zawsze i nie we wszystkim trzeba się zgadzać. Niezgoda na wartości tego świata jest wpisana w istotę Kościoła, ale na litość, ta rzeczywistość jest! Nie można jej ignorować, trzeba szukać sposobów, by tę rzeczywistość przybliżyć do Jezusa, a nie „w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę”.

Nasi biskupi i starsi w Kościele wiedzą, że czasy się zmieniły, jeśli sami tego nie zauważyli, mają tę wiedzę od wielu ludzi mądrych i głęboko zaangażowanych w życie Kościoła, którzy, trzeba to koniecznie dodać, nie są wcale Kościołem gorszym czy mniej ważnym od tego hierarchicznego. Niestety to jest „groch o ścianę”. O smutnych efektach tej „nieprzemakalności” naszego duchowieństwa nie jeden raz pisałem, dziś tylko cytat z wypowiedzi biskupa A. Galbasa niedawno zamieszczonej na „Deonie” :” Przeprowadzone przed ponad rokiem badania dotyczące zaufania do Kościoła pokazują, że Kościołowi przestają ufać najwierniejsi. W tej chwili większość Polaków Kościołowi nie ufa. To jest straszne.” Zdawałoby się, że takie wyniki badań powinny być sygnałem alarmowym, głośnym i nie dającym się zlekceważyć, ale gdzie tam. Na razie jest jak zawsze, czyli – jakoś to będzie.

Angielski pisarz B. Shaw jest autorem bardzo mądrej rady. Zapytany co trzeba czynić, aby uchodzić za mądrego odparł, że trzeba bardzo starannie ukrywać swoje głupie myśli. Rada bardzo cenna, ale Shaw nie przewidział jednej opcji. Otóż niektórzy duchowni, oczywiście ci najbardziej ważni, uważają, że w ich głowie są… wyłącznie mądre myśli, a skoro tak, to nie ma sensu i potrzeby ich ukrywać. Ich ujawnianie uważają za swój moralny i intelektualny obowiązek. Uważają, że tydzień w którym nie podzielą się z „ciemnym ludem” swoimi przemyśleniami, to tydzień zmarnowany. Ostatnio wzmożenie moralne odczuł rektor KUL-u, który postanowił zdyscyplinować ks. prof. A. Wierzbickiego. Międzynarodówka lewactwa, loże masońskie ze wszystkich kierunków świata, no i oczywiście, pierwszy w takim wypadku, Światowy Kongres Żydów zaprotestował przeciwko kneblowaniu ks. Wierzbickiego. Nic to, że solidaryzując się z księdzem swój wykład na KUL-u odwołali znani z wrogiego stosunku do Kościoła katolickiego prof. Rocco Buttiglione, a u nas walcząca ateistka P. Maja Komorowska i były rektor KUL-u, zapewne ukryta opcja masońska, ks. prof. Szostek.  Ale rektor dalej zamierza bronić przedmurza chrześcijaństwa, pod który to mur, wedle jego mniemania, ks. Wierzbicki podkłada trotyl. I pomyśleć, że to był kiedyś jedyny wolny uniwersytet na wschód od Łaby.

Wypada zmierzać ku końcowi rozważań, ale najpierw urocza anegdota:” Do spowiedzi przychodzi Franek – Ślązak żyjący pod zaborem pruskim. Klęka w konfesjonale i mówi: widzi ks. dobrodziej ja to mam taki straszny grzych. – No mów Franek, co tam się stało – pyta proboszcz. – A bo widzi dobrodziej u mnie w domu  to się mówi po niemiecku. – Wiesz Franek – odpowiada ksiądz, grzych to to nie jest, ale takie wielkie świństwo. Nie czuję się upoważniony, aby decydować czy kolejne milczenie biskupów w tej także sprawie jest grzechem czy nie, ale uważam, że jest świństwem. Podpisuję się pod swoimi artykułami imieniem i nazwiskiem i gdyby była taka okazja to powiedziałbym to napotkanemu biskupowi w twarz.

Nieraz przywołuję słowa ś.p. Ks. M. Malińskiego, który pisał, że są chwile kiedy trzeba walnąć pięścią w stół i powiedzieć – dość! Do tego drodzy biskupi trzeba jednak mieć, no właśnie jak myślisz koteczku, jak mawiał Kisiel, co trzeba mieć?

Pierwotnie miał być koniec, ale nie będzie. Kilka tygodni temu zamieściłem artykuł, pod tytułem – „Kto sieje wiatr…”, nie wiedziałem, jak bardzo szybko ta burza o której mowa w tym powiedzeniu, stanie się faktem. Cóż ja mogę dodać ponad to, co napisali na „Deonie” P. Piotr Żyłka, także O. Maciej Biskup. Nieraz wysyłając kolejny artykuł miałem obawy czy aby nie za ostro, ale wobec tego co napisał red. naczelny, widzę, że to co ja pisałem to był mały „pikuś”. Bezwstydne zaniedbywanie swojego powołania pasterskiego połączone z równie bezwstydnym sojuszem z aktualną władzą polityczną, spowodowało, że dziś najpopularniejszym słowem kierowanym w stronę Kościoła jest owo” wypierdalać”. Został złamany pewien, niemal odwieczny, kod religijny, ale także kulturowy i społeczny. Strach pomyśleć, co będzie następne, nie wiem jakiego wysiłku trzeba będzie aby to skleić i nie sądzę, aby było to możliwe ludzkimi siłami.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku miałem znajomego proboszcza w Bieszczadach. Wsławił się tym, że nielegalnie zaadoptował jakiś budynek gospodarczy na tymczasową kaplicę. Pokazał mi odpis oskarżenia jakie milicja skierowała do sądu. Można było w nim przeczytać jak to obywatel dopuścił się przestępstwa, ale także to, że milicja nie mogła rozebrać tego budynku, bo wszystkie okoliczne kobiety, zrobiły szpaler wokół ich kościoła i próba rozbiórki się nie powiodła. Wielki Boże, czy ktoś z nas pomyślał, że przyjdą czasy, kiedy to policja wzywana przez Kościół będzie broniła kościoła przed kobietami? Co się stało? Odpowiedź jest we wspomnianym artykule P. Żyłki a także, może nieskromnie powiem, w różnych moich wpisach blogowych. I jeszcze jedno. Wiele osób z hierarchii,  oburza się, i słusznie, na profanację kościołów. To ja pytam gdzie byliście wcześniej, gdy przestrzeń sakralną profanowano, gdy ją wykorzystywano do głoszenia jawnych kłamstw, gdy może nieświadomie, ale co z tego, zachęcano „katolickie” bojówki do rozprawiania się z LGBT, gdzie był Kościół gdy z Wałów Jasnogórskich chwalono faszyzujące i pełne nienawiści do bliźniego zgromadzenia „patriotów”, gdzie był wasz głos, gdy fałszywy prorok pod pozorem głoszenia Ewangelii, dzielił wierzących uczestników Kościoła. Czy ktoś zaoponował na „tęczową zarazę”, na bojowy różaniec z metalowych kulek na zaciśniętej pięści? Czy ktoś zareagował gdy łajdak w sutannie dostrzegał na głowach dzieci poczętych z „in vitro” „bruzdy czołowe”. Czy ktoś zareagował, gdy w kościołach propagowano kłamstwo smoleńskie i prowadzono jawną agitację polityczną? Na każdym katolickim pogrzebie słyszymy, że ciało zmarłego było świątynią Ducha Św. Gdzie byliście drodzy hierarchowie, gdy te straszliwie okaleczone ciała w katastrofie lotniczej, w imię upiornej nienawiści bezczeszczono, czy płakaliście wtedy z wdowami, wdowcami, z osieroconymi dziećmi? Gdzie wreszcie byliście gdy protestowały matki dzieci niepełnosprawnych, wielkie nieba czy uznaliście, że to życie jest mniej ważne od tego w łonie matki? Nie chcę już pisać o cierpieniach dzieci gwałconych przez waszych podwładnych. Mam napisać, że za waszą wiedzą, a często za faktycznym przyzwoleniem?

Albo w duchu pokory odpowiecie sobie na te pytania i wiele innych, albo okaże się, że opuściliście swoją owczarnię. I choć mam wiele gniewu wobec was, to nie życzę wam, abyście kiedyś usłyszeli słowa palące jak ogień –” Biada wam…”

Znaczy się pan nie wiedział, ale pan powiedział, znaczy się, ja tego nie rozumiem

 

To oczywiście cytat (z pamięci) z książki K. Borchardta  Znaczy kapitan” – uroczej opowieści o kapitanie żeglugi wielkiej M. Stankiewiczu. Z tej powieści pełnej komicznych anegdot najbardziej zapadła mi w pamięć następująca: Na pełnym oceanie na mostek kapitański wchodzi para zakochanych. W zasadzie jest to zabronione, ale zakochani, wygwieżdżona noc, no dobra niech będzie. Zaczyna się rozmowa z oficerem pełniącym wachtę. W pewnej chwili ona stwierdza, że fajnie się rozmawia, ale ci na dole, przykuci łańcuchami muszą wiosłować. Oficer ma wrażenie, że nie dosłyszał, ale na wszelki wypadek pyta czy oni słyszeli o silniku parowym? – Proszę pana – mówi ona, my wiemy, że panu o tym nie wolno mówić, ale przecież oni tam wiosłują.

Mam pewność, że to zdanie niezapomnianego kapitana i ta opowiedziana scenka z mostku kapitańskiego, wiernie oddają to, co ostatnio dzieje się w naszym państwie i Kościele.

Oto ważny (on tak uważa) polityk oznajmia, że „trzynastki” i „ czternastki” będą dalej wypłacane, „a jak Bóg da, to i „piętnastki” i po raz pierwszy całkowicie się z nim zgadzam. Zgadzam się, kładąc szczególny nacisk na słowa „a jak Bóg da”, problem w tym czy „da”? Według mojej skromnej wiedzy teologicznej Bóg dawanie emerytur w naszym kraju scedował na ZUS, ale może zrobi wyjątek i da, bo ZUS dawno jest już „na minusie”. W jakiejś mierze ze sprawami bytowymi jest też związana wypowiedź pewnego biskupa, który stwierdził, że największym nieszczęściem trapiącym ludzkość nie są wojny, zarazy czy głód, ale … Gendera (w ramach autopromocji polecam mój dawniejszy wpis „Baśń o potworze Gender”). Wprawdzie w ewangelicznej scenie sądu ostatecznego jest mowa o głodnych i nagich, których trzeba nakarmić i przyodziać, ale gendera to Gendera. Biskup, który pewnie nigdy głodu nie zaznał, zapewne lepiej ode mnie wie, co ta gendera, psia jej mać, wyczynia.

Znaczy pan nie wiedział, ale pan powiedział…”

Episkopat zaś nie mający, jak wiadomo, innych kłopotów postanowił pomagać osobom homoseksualnym. Nie, nie, żadne tam współ – czucie z nimi, żadne tam działania duszpasterskie przekonujące wiernych, że każdy jest umiłowanym dzieckiem Bożym, że pozwólmy tym, którzy wierzą w Boga, iść swoją drogą do Niego, nic z tych rzeczy, poradnie będą zajmować się przywracaniem „normalności”, dobrowolnie na szczęście. To oczywiście niezgodne ze współczesną nauką i skutkujące nieraz tragediami, ale „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”.

A tak w ogóle, sam nie wiem dlaczego obserwując życie społeczno – kościelne, przypomniał mi się dowcip z PRL-u: Po wylądowaniu Amerykanów na księżycu, pierwszy sekretarz komunistycznej partii wzywa do siebie kosmonautów i oznajmia im:” towarzysze ci wstrętni imperialiści wyprzedzili nas i wylądowali na księżycu, ale my będziemy lepsi, wy polecicie na słońce. Cisza, wreszcie ktoś nieśmiało stwierdza – tow. sekretarzu, ale tam jest bardzo gorąco. – Nie martwcie się towarzysze, partia o tym pomyślała, polecicie nocą.

Oczywiście jakiekolwiek aluzje są wykluczone, kto w końcu ma opowiadać stare dowcipy jak nie taki zgred jak ja. Acha, o mały włos bym zapomniał poinformować, że kolejny biskup odkrył nową ideologię, tym razem jest to ideologia singli. Prosty człowiek jestem, ale z tego co zrozumiałem, to taki singiel i singielka mają w głowie (?) tylko jedno, aż wstyd to nazwać, ale to jest chuć i ta chuć jest niepłodna. Jakoś tak poczułem się dowartościowany, tęczową zarazą nie jestem (dwoje kochanych dzieci), singlem też nie (no spróbowałbym nim być, to od razu pod most żona by mnie wy…, wywaliła oczywiście. Ten milion by się przydał, ale trzeba się cieszyć z tego co jest.

„Znaczy pan nie wiedział, ale pan powiedział…”

Sprawa kolejna, wprawdzie nie najnowsza, ale ciągle przypominana. Oto ksiądz przez parę lat gwałcił ministranta, zaczęło się gdy ten miał dziewięć  lat. Sąd kościelny uniewinnił, sąd państwowy na szczęście skazał zwyrodnialca, ale stwierdzenie sądu kościelnego niewątpliwie zapisze się w historii orzecznictwa kościelnego. Oto owe dziecko zostało określone w tym orzeczeniu jako „wspólnik w cudzołóstwie”. Chciałoby się powiedzieć, że w języku ludzi kulturalnych, nie ma właściwego określenia, by to skomentować.

Ale na koniec jest też dobra wiadomość. Otóż od kolejnego polityka dowiedziałem się, że jego partia walczy o … duszę Polaków, czyli jakby nie patrzeć, także o moją. Prawda jakie to miłe? Ja wprawdzie w swojej naiwności myślałem, że oni walczą o władzę i żadne trupy nie są im w tej walce przeszkodą, a tu walczą o duszę. Ot i ja nie spodziewał się. Kto wie, może to będzie polski wkład w światową teologię?

Ale na zupełny już koniec odkrycie rzecznika praw dziecka. Złapał on na gorącym uczynku  komanda seksualizatorów, którzy podają dzieciakom pigułki na zmianę płci. Teraz przed jego gabinetem zawiązują się komitety kolejkowe koncernów farmaceutycznych, we współpracy z polskimi staczami, które to koncerny liczą, że dowiedzą się czegoś więcej z samego źródła na temat składu chemicznego tych tabletek. Cenne byłyby też osobiste spostrzeżenia rzecznika, jak to przeobrażenie wygląda, a może pan rzecznik nieopatrznie przed snem przeczytał książkę pod tytułem :” Doktor Jekyll i pan Hyde” R.L. Stevensona i ździebko mu się wszystko pomieszało? Któż to wie?

No to jeszcze raz:” Znaczy się pan nie wiedział, ale pan powiedział. Znaczy się ja tego nie rozumiem”

 

Tak, zgłupiałem!

 

 

Najpierw podziękowanie dla osoby podpisującej się inicjałami M.N. Dzięki niej mam temat do kolejnego blogowego felietonu. To przyznanie się do głupoty zajęło mi trochę czasu, ale to nie jest łatwa decyzja, dlatego o wybaczenie proszę. Niestety na tym świecie nic nie jest doskonałe, więc choć przyznaję się do głupoty to się jej … nie wstydzę, mimo czytelnej sugestii od mojego komentatora, że powinienem. No to krótki przegląd moich głupich myśli.

1/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę, że moimi autorytetami moralno – intelektualnymi są między innymi następujące osoby: ks. Boniecki, S. Chmielewska, ks. Wierzbicki, ks. Kramer, ks. Lemański,  ks. Prusak, O. Wiśniewski, a ze zmarłych duchownych ks. Arcybiskup Życiński, ks. Tischner, ks. Kaczkowski.

2/Zgłupiałem, ale się nie wstydzę, że bardzo intelektualnie zyskuję czytając „Tygodnik Powszechny”, „Więź”, „Laboratorium Więzi”, „W drodze”, a także wiele artykułów w „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”.

3/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę powiedzieć, że rację ma Pani prof. Środa (z którą dalece mi nie po drodze, jeśli chodzi o podejście do wiary chrześcijańskiej), która napisała:” Bóg z całą pewnością brzydzi się samorządowcami, którzy z dumą ogłaszają strefy wolne od LGBT, bo pamięta, jak inni jego pseudowyznawcy bronili stref wolnych od czarnych, Żydów i kobiet […] Głos papieża Franciszka, który pisze, że” Bóg nie chce, aby Jego imię było używane do terroryzowania ludzi”, i prosi o „zaprzestanie używania religii w celu budzenia nienawiści, przemocy, ekstremizmu i ślepego fanatyzmu” nie będzie słyszany ani komentowany w Polsce. Co tam Franciszek! Co tam Watykan! Od czasu, gdy Polak przestał tam rządzić, a nasi notable stracili okazję do watykańskiej turystyki, głos Stolicy Piotrowej się nie liczy. […] A tak? Po co nam Watykan? Mamy Nowogrodzką i Toruń. […] Bóg nie wspiera kłamców, ludzi nienawistnych i pysznych. Jest przeciwko wykluczaniu, nietolerancji i przemocy. Prawdziwy Bóg – o czym wielu zapomniało jest Bogiem miłości. I zapewne dlatego jest tak mało u nas popularny”

4/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę wyznać, że świętym naszych czasów jest kochany Franciszek, który mając w pamięci swoich wielkich poprzedników, pragnie Kościoła, który wiernie idzie za śladami Jezusa. Niestety nie jest żadnym odkryciem, że Kościół w Polsce w znaczącej mierze idzie nie za Franciszkiem, a obok niego pokładając nadzieję w tym co rdza zniszczy, a mól zeżre.

5/ Zgłupiałem ale się nie wstydzę powiedzieć, że to co czyni założyciel mediów toruńskich, woła o pomstę do nieba (przypominam, że to cytat z „Deonu”, aczkolwiek użyty w innym kontekście). Nikt z nas ludzi wierzących nie ma oczywiście nic przeciwko religijnemu radiu, telewizji czy prasie, tylko od kiedy religią chrześcijańską jest uprawianie polityki, dzielenie wierzących , wysługiwanie się partii i ciągłe wołanie o pieniądze? Mówienie, że pogardzam tymi, którzy wierzą w „proroka” z Torunia, a nawet nim samym, jest obrzydliwym kłamstwem z którym nie będę polemizował.

6/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę ujmować za osobami LGBT. To prawda, nie bardzo potrafię sobie wyobrazić relacje osób homoseksualnych, ale wiem, że oni pragną miłości tak samo jak ja. To są moi bliźni i głęboko wierzę w to, że miłosierny Bóg tak samo policzył włosy na ich głowach jak i na mojej. Jezus bez żadnej różnicy umarł na krzyżu za ich i za moje grzechy. Odmawianie im pełni człowieczeństwa, wyszydzanie i prześladowanie uważam za podłe łajdactwo. Milczenie Kościoła, a także czynny udział niektórych jego przedstawicieli w nagonce na te osoby, uważam za hańbę!

7/ Zgłupiałem, ale się nie wstydzę pisać gorzkich słów o moim Kościele. Patrzę jak nie potrafi/ nie chce, odrodzić się moralnie i intelektualnie. Jest głuchy i ślepy na głosy troski wielu wybitnych ludzi Kościoła. Konsekwentnie i z uporem milczy tam, gdzie powinien głośno mówić, mówi szeptem, tam gdzie powinien wołać. Darmo czekać aby potrafił rozpoznać znaki czasu. Dokąd to prowadzi? – Donikąd! Póki co trwa piłowanie konaru na którym się siedzi, a fałszywi prorocy radośnie ostrzą piły.

Zapewne to moje wyznanie nie spodoba się tym, którzy wizję Kościoła w Polsce budują na przekazie mediów toruńskich. Szanuję ich wolną wolę i ich wybór, to jest ich sumienie, a szanuję z oczywistego powodu – mamy jednego Ojca w niebie.

Miło sobie porozmawiać

 

 

Na początek fragment artykułu ks. P. Sawy, zatytułowanego „ Czego potrzebujemy jako katolicy w Polsce”, który to artykuł niedawno ukazał się na „Deonie”:” jeżeli ktoś z księży biskupów czy kapłanów popełnia błąd, albo nie rozumiesz ich decyzji, to idź i porozmawiaj z nimi lub osobami, które realnie mogą pomóc w załatwieniu sprawy, ale nie wypisuj szkalujących opinii w Internecie” Pisze również ks. Sawa o podważaniu autorytetu biskupów, a rozdział zatytułował :” Wszystko w Kościele”

Moja śp. Mama miała w przedwojennej szkole bardzo ciekawe zajęcia z prowadzenia gospodarstwa domowego, ale przeglądając jej notatki natrafiłem na rozczulający w swej naiwności przepis. Przepis traktował jak odróżnić prawdziwe kakao od sfałszowanego. Należało więc pół funta owego jakże smacznego specyfiku rozsypać na czystym blacie stołu, wziąć ostry nożyk, silnie powiększające szkło i pod ową lupą badać każde ziarenko czy aby to nie ziarenko bułki tartej. Jeśli tak by było, należało te ziarenka oddzielić i mielibyśmy dowód fałszerstwa. Prawda jakie proste?

Czytam artykuł ks. Sawy i serdecznie uśmiecham się do niego. Z pewnością dobry z niego człowiek, ale podobnie jak O. Kordecki z „Potopu”, na armatach to on się nie zna.

Według niektórych moich komentatorów (dziękuję za dostarczanie mi wciąż nowych inspiracji), jestem idealnym odbiorcą uwag księdza Sawy, bo ja nieustannie szkaluję Kościół w Internecie, znaczy się na „Deonie”. Postanawiam jednak za radą księdza spróbować inaczej i idę do biskupa, który popełnia błąd. Zakładam optymistycznie, a może bezczelnie, że zostaję dopuszczony do sekretariatu ks. biskupa. Wchodzę, mówię urzędującemu księdzu :” Niech będzie pochwalony…” i widzę zdumione spojrzenie tegoż – pan w jakiej sprawie – pyta? – Proszę księdza chciałbym porozmawiać z księdzem biskupem o błędach, które on popełnia i o błędach, które popełniają niektórzy księża mu podlegli. W tym momencie na twarzy sekretarza maluje się widoczny strach. Jest przekonany, że za chwilę oznajmię mu, że jestem św. Piotrem, a kto wie może nawet samym Panem Jezusem i będzie musiał dzwonić na 112 po panów, którzy zabiorą mnie do miejsca, gdzie ściany pomalowane są na biało, a klamki tylko z jednej strony drzwi. Po chwili nieco uspokojony brakiem agresji z mojej strony, przywołuje na twarz nieco wymuszony uśmiech, podchodzi do mnie, delikatnie bierze mnie pod ramię i zmierzając w kierunku wyjścia tłumaczy, że ksiądz biskup bardzo chętnie się ze mną spotka, ale chwilowo uczestniczy w ważnej konferencji, ale jak tylko wróci to niezwłocznie skontaktuje się ze mną. Tak dochodzimy do drzwi, ksiądz z roztargnienia zapomina zapisać mój numer telefonu. No ale byłem w kurii, niektórzy nawet nie wiedzą co to jest, a ja byłem i rozmawiałem, wprawdzie nie z biskupem, ale „Nie od razu Rzym zbudowano”. To oczywiście przykładowy scenariusz, w zależności od miejsca gdzie znajduje się rzeczona kuria, scenariusz może być mniej lub bardziej barwny.

Nie zniechęcony brakiem spotkania z ekscelencją, postanawiam pójść do statystycznego ks. proboszcza. Początek miły, bo sądzi, że przyszedłem zamówić intencję mszalną, może uzgodnić pogrzeb i przy okazji zamówić „gregoriankę”. Gdy wyjawiam cel wizyty pyta mnie czy jestem z „Wyborczej”, albo z „TVN-u”, a w ogóle to trzeba się modlić za księży, bo nie wszędzie dotarła dobra zmiana i to wściekłe lewactwo myśli tylko jak zniszczyć Kościół, a po wtóre to on się czuje jak górnik po szychcie (autentyczne) i niech sobie nie wyobrażam, że ja mu będę mówił co on ma robić, a jak się mi nie podoba to mogę iść na skargę do biskupa – skąd on wie, że tak właśnie zrobiłem – prorok jakiś widać. No wiem, wiem, złośliwy jestem, z racji wieku moim głównym zajęciem powinno być rozmyślanie nad kształtem trumny (swojej!), a tymczasem na aktywność mi się zebrało, psia krew (było kiedyś takie „przekleństwo”)

Prowadząc katechezy przedmałżeńskie i spotkania z młodzieżą, siłą rzeczy poznałem wielu księży i na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy byli zainteresowani moją pracą u nich. Nie, nie, na ogół pełna kultura. Dla pana magistra kawka, herbatka, nieraz śniadanko lub kolacja. Zdarzał się kieliszeczek koniaczku (po jednym można kierować samochodem; zgadnij koteczku, jak mawiał Kisiel, który to ojciec dyrektor tak orzekł?)

Zostawmy jednak w spokoju wspomnienia. Udaję się do księdza, który jest opiekunem ministrantów i proponuję kurs dla lektorów, bo skręca mi kiszki, jak słyszę ich „dukanie” przy czytaniu Pisma św. – brak zainteresowania. Wysyłam trzy bardzo życzliwe listy do proboszcza w sprawach duszpasterskich – brak zainteresowania. Proponuję spotkanie z kandydatami do bierzmowania, sami chcą porozmawiać o swoich trudnych problemach – brak zainteresowania ze strony księdza przygotowującego. Ksiądz usilnie poszukuje przez znajomą kogoś, kto mu pomoże w działaniu prasowo – religijnym zleconym przez biskupa. Rozmawiamy telefoniczne, wysyłam artykuł na wspólnie uzgodniony temat – brak jakiejkolwiek reakcji, nie ma nawet zwyczajowego „pocałuj mnie pan w d…

Z mojego doświadczenia są dwa w miarę skuteczne sposoby nawiązania dialogu z duchownymi.

a/ z biskupem: Trzeba napisać swoje uwagi na firmowym papierze np. Katedry Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego. Pod tekstem pieczątka z nazwiskiem i wszystkie możliwe tytuły, specjalizacje i pełnione funkcje. Ze słyszenia wiem, że na ogół robi to korzystne wrażenie i może być początkiem dialogu, oczywiście pod warunkiem, że ów potencjalny rozmówca wcześniej nie udzielał się w mediach polskojęzycznych. No ale na litość, nie magister, to nawet na miłym mi „Deonie” nie robi żadnego wrażenia. Można też zaproponować biskupowi jakąś celową, dużą darowiznę, ale dotyczy to tylko bogatych. Ponieważ nie mam tytułów i wystarczających pieniędzy z żalem informuje ks. Sawę, że nie będę mógł porozmawiać z biskupem na temat jego biskupa błędów.

b/ zwyczajna statystyczna parafia: Przychodzę do proboszcza i oznajmiam mu, że za pokutę chciałbym dokładnie wysprzątać kościół, a za jakieś skromne błogosławieństwo, posprzątam również plebanię. Otwarte ramiona księdza i wspomniane błogosławieństwo, jako zaliczka na poczet obiecanych prac.

Złośliwe, ironiczne – nie zaprzeczę, ale przecież nie wzięło się to z powietrza. Obraz przerysowany? Pewnie tak, ale czy bardzo? Z pewnością nie dotyczy to wszystkich, zawsze to powtarzam, ale tak to wygląda z lotu ptaka (teraz raczej z lotu drona)

Czego potrzebujemy jako katolicy w Polsce? Myślę, że przede wszystkim normalności w kontaktach z duchownymi. Dotyczy to i wikarego i kardynała. Może trzeba zaprzestać używać tych głupkowatych ekscelencji, eminencji, tych najdostojniejszych i  „czcigodnych braci w kapłaństwie”. Może po za ołtarzem trzeba zdjąć te kolorowe fatałaszki i założyć zwyczajny garnitur. A nade wszystko na początek ustanowić drożne kanały porozumiewania się ze świeckimi, także tymi zaliczanymi do „ciemnego ludu”, może w bliższym kontakcie okaże się, że mają fantastyczne pomysły, chęć duszpasterskiego działania i mogą stanowić pomoc i oparcie, tak dla zwykłego księdza jak i dla biskupa. Tak zresztą gdzieniegdzie się dzieje i efekty są wspaniałe, oczywiście do momentu jak biskup, czy inny przełożony uzna, że najlepszą strategią duszpasterską, jest ta widniejąca nad oknem w przedziale wagonowym : nie wychylaj się!

Jeszcze kilka zdań na temat „wszystko w Kościele”. Sorry, ale nie zamierzam być posłuszny biskupom po za tym, co ściśle i w sposób oczywisty wynika z posiadanej przez nich pełni kapłaństwa. Wszelkie inne posłuszeństwo, wynikające z feudalnych struktur naszego Kościoła w Polsce, właśnie dramatycznie nam wszystkim (no prawie wszystkim) wychodzi „bokiem”. O ułomności biskupów świadczy fakt, że wszyscy, którzy mówią o złu, które toczy Kościół (także niektórzy kapłani) są posądzani o walkę z Kościołem. Serio? To znaczy my walczymy ze sobą sami, bo my też przecież jesteśmy Kościołem, więcej my jesteśmy Ludem Bożym! Wytykamy błędy pasterzy tegoż Kościoła, a nie błędy Kościoła, jako mistycznego ciała Chrystusa. To jest różnica, którą jest w stanie zauważyć średnio rozwinięty gimnazjalista uczęszczający na katechezę. I bardzo proszę nie mówić, że jak się uderza w pasterza, to się owce rozproszą, bo to dotyczy pasterzy, a nie tych, którzy uważają się za pasterzy. Pasterz to godny i piękny tytuł, to zobowiązanie niesłychanie głębokie, na ten tytuł trzeba sobie zasłużyć pracą, poświęceniem, miłością bliźniego, a nieraz i cierpieniem, bo dobry pasterz odda życie za swoje owce.

„Wszystko w Kościele” – to jest owa kościelna dulszczyzna! Gdyby ci z poza struktur Kościoła nie wzięli się za ujawnianie pedofilii duchownych czy ich gorszącego trybu życia, to jest bardzo prawdopodobne, że pod patronatem „świętych” – „Świętego spokoju” i „Świętego nigdy”, dalej byśmy tkwili w bagnie nieprawości.

Kto sieje wiatr… -ponownie

                          

 

W mojej rodzinnej wsi, jeszcze przed wojną, zdarzyła się wyjątkowo dotkliwa susza i kobiety postanowiły zamówić Mszę św. w intencji o deszcz. Udały się więc od domu do domu, by zebrać datki na opłacenie owej intencji. Zdziwiły się jednak niepomiernie, gdy do ofiar pieniężnych dołączył się mieszkający we wsi Żyd. Zaznaczył wszakże, że on by bardzo chciał, żeby ów deszcz był „bez huku i błysku”. No i słusznie, kto tam by chciał, może po za łowcami burz, słyszeć huk i błysk. Taka burza często przynosi straty materialne, a można w czasie jej trwania także stracić życie. Zwykle burzę poprzedza silny wiatr i to jest ostatni moment, by ją zauważyć i podjąć mądrą decyzję. Biada temu, kto ten wiatr będący zwiastunem burzy, zlekceważy.

Tak zgadzam się z ks. Kardynałem Nyczem aby nie przekraczać pewnych granic, zgadzam się, że wieszanie takiej czy innej flagi na figurze – pomniku Jezusa Chrystusa, było czynem niewłaściwym. Tu nawet nie chodzi o moje zgorszenie, bo widzę znacznie gorsze rzeczy, ale o to by tę przestrzeń sakralną wokół poświęconego monumentu, wyłączyć ze sporów toczonych przez różnych ludzi. Do tego momentu trudno wierzącemu chrześcijaninowi nie zgodzić się ze słowami Kardynała. Trzeba jednak zadać inne pytanie – czy naprawdę ks. Kardynał dopiero teraz zauważył, że granice są przekraczane, że dopiero teraz należy zabrać głos? Czy naprawdę nie słyszał, gdy szczególnie w okresie przedwyborczym z ust prominentnych polityków lało się szambo wobec ludzi określanych jako społeczność LGBT? Czy nie słyszał jak odmawiano im człowieczeństwa, jak podle oskarżano ich o wszelakie zło. Napisałem niejeden artykuł na temat milczenia naszego Kościoła wobec spraw wołających o pomstę do nieba (pierwszy raz za redaktorką „Deonu” używam tego określenia w tym miejscu) więc szkoda się powtarzać, choć lista tego o czym Kościół milczy, ciągle się wydłuża.

To prawda i ja i wielu innych pójdziemy do Kościoła, bo tak jak apostołowie – do kogóż mamy iść? Nie ma innego ołtarza na którym kapłan mocą Jezusa przemienia chleb i wino w Jego Ciało i Krew na życie wieczne, ale by wydawać odezwy trzeba mieć autorytet, a ten póki co, powędrował sobie za góry i lasy.

Ale pytań ciąg dalszy. Co stało się, że takich wydarzeń, jak to ostatnie w Warszawie,ciągle przybywa? Może odpowiedź jest właśnie taka jak w tym ludowym powiedzeniu – „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Tu nie ma żadnej satysfakcji z tej burzy, ale mądrość domaga się, by umieć wyciągać wnioski z tego co obserwujemy. Niestety wiatr zlekceważono, burzy zlekceważyć się nie da.

To że taka czy inna władza może się części społeczeństwa nie podobać, nie jest niczym niezwykłym, Kościół wszakże powinien być tym miejscem, gdzie w pokoju i braterskiej miłości spotkają się i ci, którzy głosowali za i ci którzy przeciw. Kościół może i powinien być miejscem spotkania człowieka (każdego człowieka!) z Bogiem i ze swoim bliźnim. Kościół, który opowiedział się nie po stronie wspólnych, uniwersalnych i odwiecznych wartości, a po jednej stronie politycznego sporu, zaprzepaścił moc jednania. U jednych budzi to tylko smutek i żal, u drugich gniew i oburzenie. To są owe zwiastuny burzy, wiatr napędza turbiny elektryczne, ale niszczy też domostwa.

Ktoś kto nieustannie słyszy, że jest zboczeńcem, komu przypisuje się wszelakie zbrodnie, który widzi, że ci którzy powinni go bronić – milczą, hoduje w sobie zemstę. Dla niego jest to sprawiedliwa odpłata za podłość „tęczowej zarazy”, za zawoalowane  nawoływanie do przemocy (ubiegłoroczny marsz w Białymstoku), za brednie o seksualizacji dzieci, naukę masturbacji w przedszkolach i bruzdy dzieci poczętych z „in vitro”, a wymieniać można jeszcze długo.

Zemsta, każda zemsta jest złem, bo niszczy i mściciela i jego ofiarę, ale wygląda na to, że trzeba będzie przyjąć do wiadomości, że będzie się rozszerzała. Ci, którzy w ten sposób walczą o swoją godność, mają w głębokim niepoważaniu takie czy inne odezwy. Dzisiaj można ich ukarać, ale jutro może być inne i co wtedy? W najlepszym wypadku gorycz i obojętność, w gorszym strach pisać, a nawet myśleć. O to chodzi?

A przecież to nie jedyne zgorszenie jakie funduje nam nasza hierarchia i znakomita część duchowieństwa. Pisałem o tym wielokrotnie, pisali i wołali prorockim głosem znakomitsi ode mnie. I nic, „grochem o ścianę”. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna. Przecież to nie my jesteśmy winni, to winne jest lewactwo, a właściwie międzynarodówka lewactwa. Serio! To z Ewangelii!

No tak wypada uderzyć się najpierw we własne piersi przebrzydły lewaku, co zmuszasz dyżurnych komentatorów do ciągłego prostowania twoich pokrętnych, lewackich dróg i dawania świadectwa prawdy. Żadnej refleksji, żadnego zadumania się nad otaczającą rzeczywistością – tylko lewactwo! Już tak kiedyś było. – Panie, przecież to nie ja zerwałem ten owoc, to ona dała mi skosztować. A kto ją postawił Panie przy mnie?

Tak wiem, najlepiej by było, gdyby dobry Pan swoją ręką wytępił to lewactwo, tę tęczowa zarazę, tych wszystkich, którzy nie dość kochają Matkę Bożą. Na razie Bóg się nie kwapi, ale jakby co to pomożemy! A potem nastąpi prawdziwa dobra zmiana, już bez cudzysłowu. Prawdziwi Polacy w prawdziwym Kościele, prowadzeni przez prawdziwych duszpasterzy. Krótko mówiąc – Alleluja i do przodu. Ale to na razie nadzieja, oby nie płonna. Póki co trzeba wziąć się za bary ze wspomnianym lewactwem.

Lewactwo od czasu kiedy na jego czele stanął wielki, ubrany na biało lewak, ciągle podnosi głowę. No i poszło, lewactwo jest wszędzie. Lewacka „Pew Research Center” na podstawie badań stwierdziła, że Polska jest najszybciej laicyzującym się krajem na świecie. A ktoś się dziwi temu gdy lewacki jest „Tygodnik Powszechny”, gdy lewacka jest „Więź”, gdy bodaj najpopularniejszy portal katolicki „Deon” zalatuje lewactwem – no cóż nie daleko pada jabłko od jabłoni. Dziwić się lewactwu, gdy takie tuzy duchowieństwa jak te Bonieckie, Wiśniewskie, Lemańskie i wielu innych, całym sercem oddane lewactwu. A przecież nawet „Psy Pańskie”, dominikanie, też ich znaczna część zarażona lewactwem. O mały włos a katolicki(?) lewak zostałby prezydentem. A cóż powiedzieć na gwiazdę śmierci (bez cudzysłowu) z Czerskiej i tego jej bękarta TVN?

Na szczęście my prawdziwi Polacy żyjemy na wyspie normalności, my jesteśmy tą wyspą normalności i kwitnącego chrześcijaństwa. Czasem jak to na wyspę próbują się dostać tonący, no to z buta ich, niech spie… do siebie, my ogłosimy Chrystusa królem Polski, i jeszcze raz radosne – Alleluja i do przodu, a nasza Matka Boża zawsze dziewica!

To miał być koniec, ale nie będzie. Sz. Hołownia zamieścił na swojej stronie zdjęcie uzbrojonych policjantów pilnujących figury Chrystusa na Krakowskim Przedmieściu i to zdjęcie przejdzie do historii :” Kościół, który nie rozumie, co czyni, gdy pozwala policji urządzać demonstrację siły pod figurą Tego, który nawet w obliczu oczywistej przemocy zabronił używania miecza i rozmawiał ze swoimi oprawcami – pokazuje ludziom, że nie rozumie nic ze swojego założycielskiego tekstu. A jeśli apostoł nie zrozumiał nic z powierzonego mu przesłania, po co w ogóle z nim iść, jak mu ufać? Straci państwo. Na lata przestaną mu ufać ci, którzy nie chcą w nim widzieć kancelarii parafialnej. Straci Kościół, który dokładnie zawsze w swojej historii tracił, gdy blatował się z władzą. Bo jeśli nie przekazuje nauki Jezusa, tylko opowieść o swoim komforcie – ludzie wzruszą ramionami i pójdą dalej, nie widząc w tym żadnej świeżości, wiarygodności i nowego sensu. O swój komfort dba każdy, wielkie mecyje.” (Szymon Hołownia)

Parę lat temu pewien znany polityk publicznie stwierdził, że po co biskup, który kłamie. Oczywiście, prawdziwie polskie media załamały ręce z oburzenia, a dziś cały Kościół cierpi z powodu biskupów, którzy kłamali i oszukiwali. Teraz, jak pisze Sz. Hołownia, doświadczamy hierarchów, którzy łagodnie mówiąc, nie rozumieją po co są pasterzami. Nie wiem ile lat upłynie jak ta wiedza stanie się oczywista, ale radości z tego nie będzie.