Jak rozumieć słowo „Kościół”

 

 Przeczytałem,  i zachęcam innych do tego samego, czyli do przeczytania wywiadu M. Lewandowskiego z ks. G. Strzelczykiem na „Deonie”. Ks. Grzegorz,  mówiąc najprościej, to  jest „ktoś” w Kościele w Polsce, dziś trudno sobie wyobrazić dialog religijny bez jego głosu. Tyle laurka, ale szczera. Ale teraz trochę refleksji.

Wraca w wypowiedziach ks. Grzegorza stary problem: mówimy Kościół, a myślimy hierarchia (by nieco sparafrazować słynny wiersz Majakowskiego). Słusznie można się na to oburzać, nawet zdolny nastolatek wie, że Kościół to my wszyscy ochrzczeni w Kościele Katolickim i ci w sutannach, i ci w garniturach i sukienkach. Oczywista oczywistość, tym bardziej, że jak zauważa ks. Grzegorz, ci drudzy stanowią miażdżącą większość w tym Kościele. Bardzo to piękne i teologicznie właściwe, tylko czy oczywiste? I tu chyba trochę się różnimy.

Jest w językoznawstwie zasada, zapewne nie ortodoksyjna, że jeśli zdecydowana większość społeczeństwa na danym obszarze językowym posługuje się przez długi czas formą z punktu widzenia gramatyki niewłaściwą, to w końcu uznaje się ją wbrew prawidłom językowym, za właściwą, najpóźniej dokonuje się to w ortografii. Rozumienie przez Lud Boży Kościoła jako hierarchii wraz z pozostałymi duchownymi, jest powszechne i samo tłumaczenie, że teologicznie jest to nieprawdziwe, niczego tu nie zmieni. A nie zmieni, bo przez całe wieki duchowni włożyli niesłychanie dużo wysiłku, a wielu nadal w praktyce to czyni,  aby Lud Boży utwierdzić w przekonaniu, że Kościół to my duchowni, w najlepszym wypadku, przede wszystkim my duchowni. Owszem dawano nam świeckim do zrozumienia, że my tak trochę od święta tym Kościołem też jesteśmy i choć mniej ważni, to na coś możemy się przydać. Trzeba uczciwie przyznać, że nawet w czasach przed soborowych formuła kierowana do świeckich:” przynieś, wynieś, pozamiataj”, cieszyła się uznaniem nawet najbardziej konserwatywnie nastawionych duchownych. Ubolewanie nad takim rozeznaniem Ludu Bożego i jego konsekwencjami to, przepraszam za niemiłe powiedzenie, „krokodyle łzy”, nie muszę dodawać, że tych słów w najmniejszym stopniu nie adresuje do ks. Grzegorza i niewielu jemu podobnym.

Nie wiem czy do końca jest słuszne twierdzenie, że ten co zepsuł, powinien też naprawić, ale na pewno powinien dać czytelny sygnał, że chce naprawić. Teologiczne wywody na temat tego czym jest i czym powinien być Kościół, przeczytają nieliczni, reszta będzie uważnie obserwowała swój Kościół parafialny i Kościół w Polsce. Są już na szczęście przykłady, że tam gdzie Lud Boży w praktyce odczuł, że Kościół to my wszyscy, że wszyscy, od kościelnego począwszy na biskupie skończywszy, tworzymy wspólnotę, tam dzieją się cuda.

O niezrozumiałym, czasem wręcz wykluczającym języku Kościoła, mówiło wielu, ja również. Jednak to nie tylko język dokumentów kościelnych, ale także pozbawiony nieraz elementarnej empatii, język kazań i język stosowany w kancelarii parafialnej. Słowa ks. Tischnera na temat tej ostatniej są powszechnie znane i nie ma co ich przytaczać. Jeszcze gorzej gdy Lud Boży nie rozumie po co Kościół wypowiada się w sprawach, które do niego nie należą, ale to temat na oddzielne rozważania.

M. Lewandowski jako jeden z przykładów wzajemnego niezrozumienia się przytacza sprawę antykoncepcji i Encykliki jej poświęconej. To dobry przykład i niekoniecznie dobra według mnie odpowiedź ks. Grzegorza. Można oczywiście tak jak ks. Grzegorz załatwić sprawę jednym zdaniem, czyli uzasadnić słuszność Encykliki powołując się na sukcesję apostolską, czyli „Rzym powiedział, sprawa zakończona”. Rzecz w tym, że nie zakończona, a każdym bądź razie nie tak jak by sobie autorzy owej Encykliki życzyli. I tu dochodzimy do zagadnienia, które ledwie sygnalizuję, także ze względu na to, że wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu.

Mam osobiste głębokie przekonanie, przypuszczam, że nie tylko jest ono moje, iż Kościół czyli my wszyscy, ale ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła hierarchicznego, powinien dbać o fundamenty naszej wiary. Oczywiście rolą starszych w Kościele jest ustalenie  co do tych fundamentów wiary należy. Dziś, zresztą kiedyś też, te fundamenty niesłychanie się rozszerza, także o rzeczy wymyślone przez człowieka. Nie twierdzę, że przy ich ustanawianiu nie było asystencji Ducha Św., ale może ona dotyczyła konkretnego miejsca i czasu. Być może dziś należałoby tę asystencję  zobaczyć inaczej? Mówimy, że wiara jest drogą, że różne drogi prowadzą do Niego, może należałoby się uważnie przyjrzeć tym innym drogom? Czyż nie takie jest też przesłanie duszpasterskie kochanego Franciszka. O tym jak radykalnie idzie ono przeciwko naszym uświęconym przyzwyczajeniom i poglądom, świadczy gwałtowny acz najczęściej głupkowaty sprzeciw wobec tego co mówi i czyni.

Od czasu tejże Encykliki „Humanae Vitae” upłynęło wiele czasu, odkryto nie znane wcześniej aspekty psychologii człowieka, także psychologii dążeń ludzkich i oczywiście psychologii małżeństwa i rodziny. To nie są błahe sprawy. Dowiedzieliśmy się o sprawach wcześniej nie znanych, albo zapoznanych, odkryliśmy wartości, które zawsze były, ale nie były dostrzegane. Przecież Franciszek nie wymyślił ewangelicznego miłosierdzia, ono zawsze było w Dobrej Nowinie! On je wydobył na światło dzienne, ukazał jego religijną i egzystencjalną wartość. Uczynił je wspaniałym,  dziełem duszpasterskim i apostolskim.

Niczego nie rozstrzygam, bo byłoby to śmiesznością. Może jednak warto pogłębić refleksję nad słowami Jezusa o nie wlewaniu młodego wina do starych bukłaków? Może trzeba ponownie zastanowić się nad Jego zarzutami kierowanymi do faryzeuszy, pobożnych przecież ludzi, o nakładaniu na innych niepotrzebnych ciężarów? Może trzeba zobaczyć lepiej niż dotychczas, że słowa Jezusa to słowa żywe?

Wiele tych „może”, a mogłoby być ich jeszcze więcej, może od tego „może” też wiele zależy?

#tomniezmienilo Przypadek, przypadek. Przypadek?

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy się do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się w głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy  do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni, do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły, a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się po głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Nie rozumiem!

 

 

Najpierw trzy ostatnio zauważone teksty, pozwolę sobie je ponumerować.

Tekst pierwszy za T.P. pochodzi z instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Dominum vitae” i dotyczy zapłodnienia pozaustrojowego, czyli in vitro. Data ogłoszenia dokumentu rok 1987. Czytamy w nim min. następujące słowa:” zapłodnienie pozaustrojowe homologiczne [dotyczące małżeństwa] dokonuje się po za ciałem małżonków za pośrednictwem  działania osób trzecich (…) Powierza więc życie i tożsamość embrionów w ręce władzy lekarzy i biologów oraz ustala panowanie nad pochodzeniem i przeznaczeniem osoby ludzkiej. Tego rodzaju relacja panowania sama w sobie sprzeciwia się godności i równości (…)  Poczęcie w probówce jest wynikiem czynności technicznej, która kieruje zapłodnieniem; nie jest ono ani faktycznie uzyskane, ani pozytywnie chciane !!! (podkreśl. i wykrzyknik moje) jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego (…) Zrodzenie osoby ludzkiej jest obiektywnie pozbawione swojej właściwej doskonałości, a mianowicie bycia zwieńczeniem i owocem aktu małżeńskiego, przez który małżonkowie mogą stać się współpracownikami Boga w przekazywaniu daru życia nowej osobie” (DV 5)

Tekst drugi, za G.W. z dnia 11/02/2019. Adwokat kurii Opolskiej w sprawie o zadośćuczynienie dla pokrzywdzonego nieletniego, który był wielokrotnie molestowany przez księdza tej diecezji, co spowodowało u pokrzywdzonego bardzo poważne konsekwencje zdrowotne:” Prawo polskie nie zna konstrukcji tzw. odpowiedzialności zbiorowej. Niemożliwe jest zatem, aby osoba prawna, Diecezja Opolska, ponosiła odpowiedzialność za – bez wątpienia haniebny i zasługujący na najsurowsze potępienie – czyn, jakiego dopuściła się osoba fizyczna (…)

Tekst trzeci to cytat ze skądinąd świetnego wywiadu jaki Katarzyna Kolska przeprowadziła z Adrianem Galbasem SAC, prowincjałem zakonu palotynów („W drodze” 2/2019) K. Kolska:” Kiedy ksiądz Boniecki usiadł obok Nergala i chciał z nim rozmawiać, zamknięto mu usta”. Odpowiedź O. A. Galbasa:” – Nie chcę, broń Boże, oceniać przełożonych księdza Adama. Mieli swoje racje, ale mnie było wtedy szkoda, że tak się stało…”

Co łączy te trzy dotyczące różnych spraw teksty? Odpowiedź może nie wszystkim się podobać. Uważam siebie za człowieka inteligentnego i z jakimś, jak sądzę, sensownym doświadczeniem, dla porządku absolwent uniwersytetu, a mimo tego nijak nie jestem w stanie tych tekstów zrozumieć. Jasne, można to skomentować, że jestem niedouczony i inteligent w cudzysłowie. Nie obrażę się, ale to dalej nie rozwiązuje problemu, bo jestem głęboko przekonany i taką też mam wiedzę, że wielu innych też nie rozumie. Wszyscy są idioci? Wszyscy to wrogowie Kościoła? Wszyscy, którzy nie rzadko publicznie oświadczają, że nie rozumieją toku myślenia przedstawionego w tych wybranych fragmentach, to jakiś drugi sort chrześcijan? Ale po kolei.

W sprawie in vitro są, jak się wydaje dwa zagadnienia. Pierwsze to zarodki nadliczbowe (okropne określenie) i to jest problem moralny nie do „przeskoczenia”, choć zapewne w przyszłości możliwy do usunięcia, kiedy wystarczy jeden zarodek, który będzie implantowany do macicy kobiety. Ale jest też to, czego dotyczy zacytowany fragment instrukcji Kongregacji i to jest język, opis, którego autorzy mają, delikatnie mówiąc, elementarne kłopoty z empatią względem tych, których ta instrukcja dotyczy. Jak to „ nie jest pozytywnie chciane, jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego”? Czy autorzy uważają, że małżonkowie wybierają metodę in vitro, bo nudzi się im w łóżku? Nie twierdzę, że słuszność doktryny zależy od pozytywnego jej przyjęcia, ale proszę to właśnie tak powiedzieć małżonkom, którzy w trudzie i cierpieniu pragną  przekazać życie, pragną mieć dziecko, które będzie zwornikiem ich miłości. Sprawa in vitro dotyka jądra ludzkiej egzystencji i nie da się jej załatwić językiem i wywodami pozbawionymi miłości do bliźniego. Na ważny aspekt tej sprawy zwracał uwagę zmarły ś.p. arcybiskup T. Życiński. Na często powtarzający się argument przeciwko in vitro, że człowiek próbuje wkraczać w kompetencje Boga, arcybiskup odpowiada:” To jest teologicznie bezpodstawne. Gdybyśmy tak przyjęli, to Kościół musiałby odrzucić rozwój nauki. Nie moglibyśmy pracować naukowo, nie byłyby możliwe odkrycia ani wynalazki czy rozwój medycyny”.

 

Argumentacja, że w polskim prawie nie ma przepisu, więc nie ma też odpowiedzialności za oczywistą krzywdę drugiego człowieka, jest szokujący, w ustach biskupa szokujący podwójnie. Odwróćmy tę argumentację, skoro tak bardzo jesteśmy za szacunkiem dla prawa, to może aborcja też jest moralna? Przecież nasze prawo w pewnych wypadkach ją dopuszcza. Skoro brak prawa pozwala usprawiedliwić krzywdę w jednym przypadku, to istniejące prawo może usprawiedliwić w drugim. Ksiądz jest dla kurii „osobą fizyczną”, rozumiem wobec tego, że ta „osoba fizyczna” jest w parafii na samozatrudnieniu i świadczy usługę „osobie prawnej”. Jeżeli biskupowi, przepraszam „osobie prawnej”, usługa się nie podoba, to dziękuje „osobie fizycznej”, a ta zatrudnia się w dowolnej parafii i dalej świadczy usługę. Znając feudalne relacje między „osobą prawną”, a „osobą fizyczną”, to takie tłumaczenie jest wyjątkową bezczelnością, przy czym to określenie stosuję wyłącznie na użytek „Deonu”, prywatnie określiłbym to inaczej.

Podsumowując.  Kościół wyraźnie przyznaje, że ksiądz zatrudniony, albo pełniący służbę na wyraźne polecenie biskupa w danej parafii i bezwzględnie mu podlegający, kiedy popełni przestępstwo, staje się „wolnym strzelcem”, sorry „osobą fizyczną”. Jeżeli to nie jest faryzejstwo w najgorszym wydaniu, to czym do jasnej cholery jest?

 

„Nie chcę, broń Boże oceniać przełożonych księdza Adama”. Autor tego stwierdzenia musi przywoływać samego Pana Boga, aby nie urazić przełożonych księdza Adama swoją opinią. Pogratulować delikatności czy może raczej obojętności i konformizmu. Na tym niestety też polega klerykalizm, tak surowo potępiany przez kochanego Franciszka. Dzieje się coś złego, no nie, nie będziemy o tym mówić, bo urazimy księdza czy biskupa. To są jego kompetencje, jego dwór, jego księstwo, jest nam żal skrzywdzonego człowieka, ale „broń Boże” my nie będziemy się wtrącać. Co to w ogóle jest? Nie rozumiem! To jest Kościół powszechny, gdzie grzech choćby jednej osoby, rani całą społeczność, czy prywatne poletko księdza, przełożonego, proboszcza czy biskupa? Albo jesteśmy braćmi, jedną rodziną i reagujemy gdy dzieje się zło, albo „każdy sobie rzepkę skrobie”. I proszę mi nie cytować „nie sądźcie, abyście…”. To nie ta bajka, raczej „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie…”. Jest ważka decyzja, która krzywdzi człowieka, krzywdzi człowieka, który jest świadkiem Ewangelii dla bardzo wielu. Nie ma refleksji, nie ma dochodzenia sprawiedliwości, jest „widzimisię” faceta, który uważa, że tylko dlatego, że jest przełożonym, to z automatu ma rację. Wstyd, wielki wstyd i to nawet nie dla tego przełożonego, który żałośnie nie dorósł do pełnienia swojej funkcji, ale przede wszystkim dla tych, którzy milczą. Wstyd dla tych, którzy jak mniemam wiedzą nawet gdzie jest dobro, a gdzie zło, ale boją się zabrać głos, by „broń Boże” nie ocenić. Dla mnie to jest parodia:” Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni”.

Pokłosiem takiego myślenia, takich słów jak te które zacytowałem na początku, jest obcość do Kościoła, który ma być matką, a bywa, że jest zasępionym i zapatrzonym w własną i tylko własną doskonałość, jest oschłym i nieprzystępnym sędzią.

 

Wojenne awantury

 

 Czy to się podoba czy nie, jedna awantura goni drugą, nawet na blogu trudno być na bieżąco. Każda awantura podgrzewa atmosferę i nie chodzi tu akurat o globalne ocieplenie. Ostatni incydent przed gmachem telewizji „publicznej” znów dołożył cegiełkę do podziału czy muru nas dzielącego. Podziały dotknęły nawet opozycję, która podzieliła się na „gołębie” i „jastrzębie”. Mnożenie przez podział to nawet fajne w biologii, w życiu społecznym już niekoniecznie. Daruję sobie pisanie o moim osobistym przydziale do jednej, czy drugiej grupy. Z dziesiątków komentarzy jakie padły po wydarzeniu przed gmachem telewizji, jeden dla mnie jest arcyważny. Z ust bardzo znanej osoby, bohatera stanu wojennego, padły słowa stwierdzające, że jesteśmy jako społeczeństwo w stanie wojny. Zapewne ku oburzeniu niektórych uważam, że to słowa prawdziwe. I tu osobista dygresja.

Wiedziałem od dobrych kilku lat, że powinienem iść na operację, ale kombinowałem. A to lepsze tabletki, a to inny lekarz i tak cenny czas mijał. Traf chciał, że lekarz u którego się leczyłem wyjechał, trzeba było iść po receptę do innego. Ten popatrzył na wcześniejsze wyniki badań, u siebie w gabinecie wykonał kolejne i stwierdził konieczność operacji. Oczywiście jak zwykle zacząłem go przekonywać, że może jakieś inne lekarstwa, może jeszcze nie teraz i tak dalej. Lekarz popatrzył na mnie i zapytał:” Proszę pana, czy chce pan resztę życia spędzić chodząc w pampersach?” Zaskoczony milczałem. Proszę pana, zadałem panu pytanie, czekam na odpowiedź – powiedział lekarz. No nie, nie chcę – odpowiedziałem. Dobrze – stwierdził lekarz, wobec tego wypisuję skierowanie. Nie muszę dodawać, jak bardzo jestem temu lekarzowi wdzięczny. On tym ostrym, jak wtedy oceniałem, bardzo nieprzyjemnym pytaniem, uratował mi zdrowie, a może i życie.

Tak, trzeba to powiedzieć, choć to bardzo smutne, tak jesteśmy my naród w większości wyznający tę sama religię, chodzący do tych samych kościołów, obchodzących tę samą wigilię i śpiewający te same rzewne kolędy, jesteśmy w stanie wojny. Znów mamy stan wojenny dotyczący nas wszystkich. Są już pierwsze ofiary śmiertelne, potyczki i prawdziwe walki słowne niemal codziennie. Stara anegdota teatralna głosi, że jak w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w trzecim wypali. To nie jest czarnowidztwo, taka jest logika dramatu, naszego dramatu!

Diagnoza jest konieczna, żaden lekarz nie podejmie się leczenia, bez jej wcześniejszego postawienia. Diagnoza może być, bardzo trudna do przyjęcia, ale jej unikanie jest samooszukiwaniem się, jest udawaniem, że jakoś to będzie. Nie będzie! To nie są emocje, nastroje, różnice poglądów, to jest wojna, na razie pozycyjna. Dwa wrogie narody, które dzieli nawet stosunek do wegetarian i cyklistów, by przypomnieć słynną wypowiedź pewnego polityka, wykopały okopy i czekają na dogodny moment, by skoczyć sobie do gardeł.

Co zrobić, by temu zapobiec? Nie wiem, po prostu nie wiem, jedyna myśl, która przychodzi mi do głowy to ta, że dziewięćdziesiąt procent tych wrogich oddziałów jest …ochrzczonych. To jest, to powinna być realna nadzieja. To jest czas dla naszych duszpasterzy, dla naszego Kościoła, i to od góry do dołu. To oni mają prowadzić lud boży, to jest ich powołanie do którego zostali wybrani przez Boga. Niech przestaną pleść bzdury, że oni nie mieszają się do polityki, bo tu nie o politykę chodzi do jasnej cholery! Tu chodzi o los stada, któremu mają przewodzić, o los ludzi, którzy patrzą na siebie z nienawiścią, zapominając, że mają jednego Ojca w niebie. To jest zadanie nie na jutro, nie na nudne listy, które na nikim nie robią wrażenia, to jest zadanie na dzisiaj. Mówi się, że historia rozliczy polityków, chrzanić historię, to jest zadanie na teraz!

Wiem, wiem, miseczka z ciepłą wodą i pachnącym ręcznikiem do wytarcia obmytych rąk, jest pewną propozycją i pokusą. Kiedyś pewien bardzo ważny człowiek, uległ tej pokusie, oby i teraz to się nie powtórzyło.

Ku przestrodze

                                                

 Czytam w „Laboratorium Więzi” tekst O. Augustyna o bieżących sprawach naszego Kościoła w Polsce i przypomina mi się pewne wydarzenie, właściwie anegdota z mojego życia. Kiedyś dostałem w prezencie od moich dzieci discmana,  moja radość była wielka. To była moc muzyki na niewielkiej płycie CD-i, a poręczny discman umożliwiał słuchanie tejże muzyki w różnych warunkach. Dla starszego pana wychowanego na płytach winylowych, a potem topornych kasetach, to było coś niezwykłego. Jednak po kilku latach intensywnego używania, odtwarzacz zaczął wykazywać oznaki zużycia. Tym razem sam postanowiłem kupić sobie podobny. Udałem się do supermarketu, gdzie mój discman był kupowany, poszedłem na stoisko ze sprzętem elektronicznym, obszedłem je uważnie raz, potem drugi, ale nic nie znalazłem. Pewnie jest na innym stoisku – pomyślałem, akurat przechodził młody sprzedawca więc przedstawiłem mu swój problem. Młodzieniec popatrzył na moją siwiejącą brodę po czym z wyszukaną grzecznością i pobłażliwym zrozumieniem stwierdził:” Proszę pana, discman to już historia”.

Dlaczego o tym piszę? Od długiego czasu wielu mądrych, obdarzonych autorytetem duchownych i ludzi świeckich wskazuje na potrzebę radykalnej odnowy Kościoła w Polsce, sporo takich rozważań jest także na „Deonie”. Błędy tego Kościoła widać jak na dłoni, sam wielokrotnie o tym pisałem. Tu nie chodzi oczywiście o podstawy naszej wiary, te są niezmienne, raczej o umiejętne odczytywanie znaków czasu przez ludzi odpowiedzialnych za duszpasterstwo. To prawda, że coś drgnęło, ale czas jest nieubłagany, ci którzy nie spotkają na swojej drodze tego odnowionego duszpasterstwa, mogą od Kościoła odejść i proszę nie rzucać w nich kamieniem. Tymczasem obowiązującą narracją u większości duchownych, jest lęk przed zmieniającą się rzeczywistością, lęk przed nauczaniem kochanego Franciszka. To nierzadko wygląda wręcz na bojkotowanie tego nauczania. Czytam felieton P. Krzyżaka, który to felieton jest dobitnym, jak sądzę, potwierdzeniem tego co napisałem, choć dotyczy akurat problemu pedofilii. Czy naprawdę nikt nie jest w stanie zapytać, dlaczego część naszych biskupów ciągle nie jest przekonana, aby także w tym temacie odnowić swoje myślenie?

W tej bierności i narzekaniu na świat panuje wyjątkowa solidarność, od wikarego wiejskiej parafii po gremium dostojnych purpuratów. Nie trzeba przypominać, że naśladowcy Jezusa nie są z tego świata podobnie jak ich Nauczyciel. Niejeden raz boleśnie sam się o tym przekonałem. On nie obiecywał łatwego chleba swoim wyznawcom, nie sugerował, że Jego apostołowie zarówno wtedy, jak i teraz, będą wzbudzali powszechny aplauz, a ich nauczanie będzie przyjęte z zachwytem. To nie ta bajka! Jedyny sensowny bunt wobec tego świata, świata, który nie wziął się  znikąd , ale został stworzony przez Boga, to … pokochać ten świat, taki jaki jest. Dopiero wtedy można głosić temu światu Dobrą Nowinę. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś nawrócił się słysząc narzekania. Najbardziej zatwardziałym „narzekaczom” warto przypomnieć słowa  Ks. Tischnera:” Może i masz rację, ale jakie z tego dobro?” A tymczasem moi duszpasterze uparcie szukają owego „diskmana” i nijak nie chcą zrozumieć, że to już historia. Drodzy moi bliźni, to fajna historia, wracam do niej pamięcią, opowiadam moim dzieciom, ale to historia. Moja córka, kiedy nieraz próbowałem z tej historii (różnej) robić teraźniejszość, niezmiennie stwierdzała:” Tatusiu, ale czasy się zmieniły”. Wkurzało mnie to mądrzenie się smarkatej, ale w duchu przyznawałem jej rację. Jeżeli nie chce się być nudziarzem, ze wszystkimi tego konsekwencjami, to trzeba ten czas i znaki, które on nam daje, uważnie obserwować, trzeba jak mówi poeta:” po życie sięgać nowe”.

Inaczej może się okazać, że talenty, które otrzymał Kościół kapłański od Jezusa, z czytelnym przesłaniem ich pomnażania, odnajdą się zakopane w ziemi.

Ktoś czytając ten artykuł, może zapytać, a gdzie jest w tym Kościele, o którym ostatnio tak wiele piszę, autor tych rozważań? Czyżby słowo „Kościół”, które odmieniam we wszystkich przypadkach mnie nie dotyczyło, czyżbym ustawiał się na zewnątrz tego Kościoła? Odpowiem z odrobiną złośliwości. Przez wieki całe to my wierni świeccy byliśmy pouczani, ganieni, nieraz wręcz oskarżani o wszelakie zło w Kościele, jeszcze dziś, choć rzadko, słyszę w kazaniach „Wy”. To mnie mówiono jak mam żyć, co czynić, czego przestrzegać i kogo naśladować. Ok., ale może  nadszedł czas, aby też lud boży w zatroskaniu i przyjaźni, powiedział swoim pasterzom czego od nich oczekuje?

No to rozdzielamy!

 

 Datę wyborów można bez trudu przewidzieć patrząc na tytuły artykułów poświęconych rozdziałowi państwa od Kościoła, czy jak kto woli, Kościoła od państwa. Nieco zabawna jest powtarzalność pewnych mitów, które odgrzewane są razem z dawno zużytymi argumentami. To ulubiony temat zarówno tych, którzy za owym rozdziałem są, jak  i tych którzy  temu rozdziałowi, są przeciwni. Nie twierdzę, że ta dyskusja jest niepotrzebna i że nie ma spraw, którym warto się uważnie przyjrzeć. Przykro jednak stwierdzić, że ilość bzdur jaka jest wypowiadana w tym temacie, zarówno po jednej stronie, jak i drugiej, jest zaiste imponująca. Może najpierw stanowisko wobec tego mitycznego rozdziału, strony kościelnej.

Słuchając głosów Kościoła, ze szczególnym uwzględnieniem naszych biskupów, można odnieść wrażenie, że jakakolwiek zmiana istniejącego stanu rzeczy, grozi katastrofą  o wymiarze kosmicznym. Gdyby choć część tych zmian nastąpiła, a nie da się tego wykluczyć, wierni będą musieli zejść do katakumb. I tu mamy poważny problem, bo tychże u nas nie ma. Jest trochę poradzieckich schronów, ale istnieje obawa, że ateistyczny nadzór budowlany nie zgodzi się na korzystanie z nich. Pozostają na szczęście wały jasnogórskie. Już dziś gromadzą się przy nich rośli młodzieńcy ze sztandarami na których są hasła zapowiadające śmierć wrogom Ojczyzny i wrogom świętej wiary katolickiej. Dział wprawdzie na murach nie ma, ale może NATO da się ubłagać i jakieś podrzuci. No i jest oczywiście Matka Boża z… flintą, jak to kilka lat temu pisał pewien mąż świątobliwy. Wyrażał on nadzieję, że w razie czego nasza Królowa (w odróżnieniu od tej trochę ślamazarnej Włodzimierskiej) zrobi z tej flinty właściwy użytek, zdaje się, że miał na myśli Tatarów (wiadomo islamiści), ale na pewno z ateistami też by sobie poradziła. Pewien bardzo ważny człowiek stwierdził, że być może będziemy samotną wyspą na oceanie nieprawości współczesnego świata. Można by wprawdzie tę nieprawość rechrystianizować, udając się tam milionem aut elektrycznych, ale póki co brakło prądu. Nie ma się co jednak czepiać, ważne są dobre chęci. Piekło wybrukuje się kostką Bauma i git będzie, jak mówią starzy recydywiści.

A poważnie. Kościół potrzebuje do swojej misji duszpasterskiej przede wszystkim tego, by mu państwo w niej nie przeszkadzało. Może, i powinno, pomagać w sprawach nazwijmy technicznych, ale o tym za chwilę. Wspieranie wysiłków duszpasterskich, albo jeszcze gorzej, zastępowanie ich przez państwo, może słusznie oburzać ludzi niewierzących. Kościół oczekując tego popełnia poważną aberrację umysłową, a prowadzi to prostą drogą nie tylko do konfliktu, ale i do odejścia z tegoż Kościoła wiernych. Nie jestem prorokiem, ale na dzień dzisiejszy, nie ma żadnych znaków, że ateusze będą wycinać przydrożne krzyże, a kapliczki wysadzać dynamitem. Dzień, jak wiadomo, ma dość zmartwienia swojego. I najważniejsze, my tych naszych wrogów nie ważne prawdziwych, czy urojonych… mamy kochać! Głupio wyszło! Pewien Żyd dwa tysiące lat temu na tym przesłaniu założył swój Kościół, oddał za niego swoje życie, a po zmartwychwstaniu obiecał, że bramy piekielne (wstawić właściwe nazwy) go nie przemogą. No to trzeba się wziąć do roboty, może to jest już ta godzina przed północą?

No to teraz o drugiej stronie, która jest za rozdzieleniem państwa od Kościoła.  Są wśród nich osoby, którym nienawiść do tego Kościoła, nieważne rozdzielonego czy nie, odbiera rozum. Dialog z nimi jest w zasadzie niemożliwy, nie ze względu na brak szacunku do nich, ale raczej z braku wykształcenia psychiatrycznego ewentualnych rozmówców. Więcej miejsca nie ma potrzeby im poświęcać, pokój z nimi.

Spora część polityków i publicystów zabierających głos w tym temacie, ma oczy przysłonięte mgłą niechęci do Kościoła, ot tak po prostu. Oczywiście to jest ich prawo i nikt nie może tegoż prawa kwestionować. W części ta niechęć jest uzasadniona, w trudnej do oszacowania pozostałej, jest wynikiem różnych mitów, a czasami myślenia, któremu brak jest racjonalności, albo po prostu zdrowego rozsądku. Taką bzdurą założycielską tej niechęci jest niezrozumienie tego, czym jest państwo i jak ono działa. Do znudzenia powtarzany argument, że państwo nie powinno płacić osobom, które uczą religii, opiera się na mniemaniu, że państwo ma jakieś swoje „prywatne” pieniądze i wydaje te pieniądze na podstawie swojego „widzimisię”. Otóż wypada zauważyć, że nawet uczeń gimnazjum wie (powinien wiedzieć), że na zasoby państwa czyli budżet, składamy się wszyscy w postaci płaconych podatków i wszyscy też mamy prawo decydować o sposobie wydawania tychże podatków. Jest nie do pogodzenia z ideą państwa mniemanie, że każdy z osobna będzie sam decydował na co wydawane są wspólne zasoby, chyba że przez państwo rozumiemy kilka skleconych z gałęzi szałasów.

Sztuka rządzenia państwem polega na tym, aby w dzieleniu tych wspólnych środków znaleźć rozsądny kompromis. Ten kompromis  nikogo w pełni nie zadowoli, ale taka jest demokracja. Żądanie jednej grupy społecznej, w dodatku niekoniecznie będącej w większości, aby pozbawić inną państwowego wsparcia tylko dlatego, że im się to wsparcie nie podoba, jest zwyczajnie głupie i oczywiście niesprawiedliwe. Jak by to wyglądało w praktyce? Parę przykładów.

Patrzę z pewnym zdziwieniem (raczej na pewno nie tylko ja) na kilkunastu mężczyzn, którzy na, wybudowanym także za moje pieniądze, boisku uganiają się za okrągłym przedmiotem. Biegają sobie, kopią z wielkim zapałem (z tego co wiem, nie zawsze z zapałem) ten okrągły przedmiot. Widownia się cieszy, jedni krzyczą, drudzy wyją, a bojowe oddziały policji muszą dbać o to, by ci miłośnicy oglądania wzajemnie się nie pozabijali, albo nie zdemolowali wszystkiego co znajdą na swojej drodze, gdy już wracają do domów, radośnie porykując przed moimi oknami. Dlaczego na to wszystko idą pieniądze z moich podatków?

Dlaczego z tychże jest finansowana partia, która według mnie szkodzi państwu? Dlaczego mam płacić na tzw. telewizję publiczną, którą omijam szerokim łukiem? Dlaczego mam płacić za darmowe środki antykoncepcyjne (jest taki projekt) tym, którzy chcą się radośnie bawić w łóżku? Nie mam nic przeciwko ich zabawie, ale niech robią to za swoje pieniądze, tak jak ja za swoje pieniądze muszę kupować leki ratujące mi życie.

Godzę się na to wszystko, bo żyję w Państwie, w naszym wspólnym Państwie. Przyjmuję do wiadomości, że moje wartości nie zawsze są wartościami dla innych i oczekuję, że ci inni zrobią to samo.

I na koniec jeszcze jedna sprawa. Często pada zarzut „wtrącania” się Kościoła do państwa. Ustalmy, jeśli to „wtrącanie” jest niezgodne z obowiązującym prawem, to oczywiście nie powinno to mieć miejsca. Jest jednak cała gama relacji między szeroko rozumianym Kościołem a państwem, które z punktu widzenia obowiązującego u nas prawa, są albo dozwolone, albo neutralne. Duchowni, w tym oczywiście także biskupi, mogą wypowiadać się na dowolne tematy, mogą pisać listy do posłów, mogą apelować, sugerować i domagać się, podobnie jak każdy inny obywatel. Jeżeli biskup czy kardynał zechce kandydować na urząd prezydenta, to też mu wolno, bo jak każdy obywatel ma czynne i bierne prawo wyborcze. Jeśli będą robili to nieroztropnie, to tylko sami sobie i Kościołowi, który reprezentują, zaszkodzą. Ale to akurat jego przeciwnikom powinno się podobać.

Nie podoba mi się nie jedna rzecz w moim Państwie i w moim Kościele, ale to ja jestem i Państwem i Kościołem. Ktoś chce mnie przeciąć na pół? Dlatego moi bliźni niewierzący, czy wierzący inaczej – żyjcie i pozwólcie żyć innym. Zgadzam się, że należy oddać to co cesarskie, cesarzowi, a to co boskie, Bogu, tylko jakim prawem uważacie, że to wy będziecie ustalali co jest czym?

 

 

 

Poglądy i prawda

                                          

 

 Każdy z nas ma swój osobisty pogląd na wiele różnych spraw i jest to zupełnie zrozumiałe. Każdy też uważa, że te jego poglądy są słuszne i prawdziwe. Mniemanie to bierze się stąd, że to są właśnie jego poglądy, no i koło się zamyka. Dopóki są prywatną tajemnicą właściciela w zasadzie problem jest niewielki, lub żaden. W momencie kiedy je przedstawiamy na takim czy innym forum, zasadnym staje się ich weryfikacja pod kątem:” Prawda to, czy fałsz?” Dość często w taki sposób są konstruowane różne quizy. Przekonanie, że mój pogląd jest prawdziwy, bo jest mój jest dalece nie wystarczające, choć dla wielu ludzi jest to argument ostateczny. Niestety takie podejście jest nie do obronienia ani od strony racjonalnej, ani nawet zwyczajnego rozsądku. To nie wyklucza przypadku, że mój pogląd może okazać się prawdziwy, ale stać się tak może dopiero wtedy, gdy potrafimy to udowodnić przy pomocy powszechnie przyjętych zasad i procedur. Te procedury, zasady są dorobkiem cywilizacyjnym, kulturowym i naukowym ludzkości. To jest wielowiekowa mądrość i doświadczenie ludzkości, dzięki któremu, każde następne pokolenie nie musi na nowo „odkrywać Ameryki”. Gdyby było inaczej nie wykluczone, że dziś siedzielibyśmy sobie na drzewie i radośnie konsumowali banana czy jakąś inną sympatyczną roślinkę. Czy jednak można inaczej?

Można. To „inaczej” jest główną cechą charakteryzującą wszelkie rewolucje polityczne i społeczne. Ich przywódcy stwierdzają, że odkryli „kamień filozoficzny” i posiedli wiedzę z drzewa poznania, a historia zaczyna się od nich. Przeszłość, czasem numerowana np. III Rzeczypospolita, to była republika komunistów i złodziei i oni wiedzą gdzie stało ZOMO , a gdzie stoją oni. Oni wiedzą, co uczynić aby zapanował powszechny dobrostan, który stworzy nowy, wspaniały człowiek. Jak w przeszłości tego typu rojenia się kończyły doskonale wiadomo, niestety historia wbrew popularnemu powiedzeniu nie zawsze jest nauczycielką życia.

Dlaczego o tym piszę? Jesteśmy świadkami niesłychanego podziału społeczeństwa, to brzmi ogólnie, ale to dotyczy naszego Kościoła, naszych rodzin, przyjaciół i znajomych. Ludzie potrafią obrzucać się obelgami w sklepie, w tramwaju czy na rynku. Jesteśmy świadkami podziału wobec którego intensywności, wszystkie poprzednie wydają się błahe. Czy jest możliwe aby go przezwyciężyć? Ciągle wierzę, że tak, bo ten podział przebiega także wewnątrz wspólnot w których przyszło mi żyć. Warunkiem brzegowym jest dobra wola i umiejętność wolnego, bez uprzedzeń myślenia. To ma być racjonalne myślenie ludzi, którzy potrafią rozważać, analizować i porównywać. F. Nietzsche jest autorem powiedzenia:” Kto dużo myśli, nie może należeć do partii”. Nie traktuję tych słów ortodoksyjnie, ale może warto nad nimi się zastanowić. To co poniżej jest propozycją, jeszcze raz, propozycją uważnego przyjrzenia się otaczającej nas rzeczywistości społecznej i politycznej. Nie uciekniemy od tego spojrzenia. To nie są rekolekcje „o nawrócenie”, o zmianę poglądów i sympatii. Zdanie Conrada mówiące, iż zadaniem pisarza jest wymierzenie sprawiedliwości widzialnemu światu, jest tak naprawdę zadaniem każdego myślącego człowieka.

W obiegu cywilizacyjnym Europy od dawna funkcjonują i są precyzyjnie zdefiniowane pewne pojęcia, nazwy i instytucje. Spróbujmy przyjrzeć się dwóm z nich.

1/ Sąd

Pojęcie znane niemal od zawsze od kiedy ludzie zaczęli tworzyć wspólnoty. Ewoluowało ono przez tysiąclecia, ale jego istota jest niezmienna. Ma on ustalać prawdę i wymierzać sprawiedliwość tym, którzy się jej domagają. To niezwykle trudne zadanie, dlatego w czasach nowożytnych jego działanie poddano bardzo rygorystycznym postanowieniom. Mają one na celu zapewnienie takich warunków, aby wyroki sądów były, w dostępnym człowiekowi wymiarze, bezstronne i sprawiedliwe. Wszyscy się zgodzili, że bezstronność sądu i sędziów jest absolutnym i koniecznym dobrem, które trzeba w maksymalny sposób zabezpieczać i chronić. Sąd i sędziowie w związku z tym muszą być niezależni od każdej innej władzy. Mają się posługiwać ustanowionym prawem, swoim doświadczeniem i, co bardzo ważne, sumieniem. Muszą być wolni od jakichkolwiek „podszeptów”. Czy faktycznie tak zawsze jest? Niestety, nie zawsze. W każdym zawodzie znajdą się ludzie, którzy sprzeniewierzą się ustalonym standardom tego zawodu. Pokonają oni wszelkie zabezpieczenia prawne, obyczajowe i moralne i będą czynić zło. Na szczęście istnieją bardzo rozbudowane struktury, których zadaniem jest zarówno kontrola wydanych orzeczeń, jak i eliminacja z zawodu ludzi, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu. Niezależność władzy sądowniczej nie jest absolutna w tym znaczeniu, że tworzą ją ludzie, ale politycy, niezależnie od opcji jaką reprezentują, powinni się trzymać od niej jak najdalej. Mają jedynie ją organizować i jej strzec. Oczywiście sędzia, który popełni przestępstwo np. przekupstwa, także podlega sądowi.

To co obserwujemy od trzech lat jest przekroczeniem dopuszczalnej ingerencji władzy ustawodawczej i wykonawczej w działanie sądów i sędziów. Rozumiem i przyjmuję do wiadomości, że części społeczeństwa może się to podobać i wyrażają akceptację dla takich działań. Konkretne działania władz są sprzeczne z istotą słowa „sąd”. Ta nazwa jest jakby opatentowana, zastrzeżona i o tym czy coś możemy nazwać sądem nie decyduje taki, czy inny polityk. Jest takie holenderskie powiedzenie, które dobrze oddaje istotę sporu o nazwę instytucji, którą nazywamy sądem:” Można nazwać strusia krową, ale mleka z tego nie będzie”.

I jeszcze jedno porównanie dotyczące tej sprawy. Społeczność europejska w prawie handlowym zdecydowała, że nazwa produktu musi odpowiadać cechom oddającym istotę produktu. I tak masłem można nazwać tylko i wyłącznie produkt zawierający ok. 70% tłuszczu mleka krowiego. Produkt regionalny nazwany oscypkiem musi zawierać odpowiednią relację między mlekiem owczym i krowim, z którego fermentacji został wykonany. Oczywiście są konsumenci, którzy zamiast masła wolą różnego rodzaju tłuszcze roślinne i mieszanki tychże z tłuszczem z mleka krowiego. Mogą oni przekonywać, że jest to smaczniejsze i nawet zdrowsze, ale masłem tego nazwać nie można, bo byłoby to oszukiwanie klientów. Są oczywiście pewne różnice między np. masłem duńskim i polskim, ale nie co do zasady.

2/ Media publiczne

To pojęcie stosunkowo młode, ale jego znaczenie jest powszechnie ustalone. To są media, które w szczególny sposób są własnością całego społeczeństwa. O tej własności świadczy fakt, że wszyscy, którzy posiadają odbiornik radiowy czy telewizyjny, muszą płacić specjalny podatek na utrzymanie tychże mediów. Z tego już prosty wniosek, że muszą one służyć całemu społeczeństwu, muszą odzwierciedlać różne  poglądy tego społeczeństwa. Jeżeli jakaś grupa społeczna czy partia polityczna chce prezentować tylko swoje poglądy, to tworzy sobie media prywatne, na które składają się tylko ci, którzy chcą z nich skorzystać. Myślę, że do tego momentu wszyscy się zgadzamy.

Mamy więc w naszym kraju media publiczne, których jestem współwłaścicielem, muszę płacić podatek za możliwość ich oglądania i jednocześnie liczona w miliony część społeczeństwa dostaje ogląd rzeczywistości z którym całkowicie się nie zgadza. W przypadku mediów prywatnych nie muszę ich oglądać, w przypadku mediów publicznych też nie muszę, tylko dlaczego mam za nie płacić? Jest swoistym przekleństwem mediów publicznych, że każda władza próbuje coś „uszczknąć” z niezależności tych mediów. W warunkach niedoskonałości wszelkich działań człowieka, nie pozostaje nic innego, jak mierzyć to „uszczknięcie”,to jest możliwe. Jeżeli media publiczne w swoich przekazach starają się odzwierciedlać opinie tych, którzy popierają aktualną władzę i tych, którzy są jej przeciwni, to lepiej czy gorzej, ale swoją misję spełniają. Jeżeli te proporcje są zdecydowanie przekroczone na korzyść aktualnej władzy, jeżeli marginalizują rolę opozycji czy w ogóle ludzi myślących inaczej, jeżeli wręcz odmawiają tym inaczej myślącym godności i uczciwości , to nie zasługują na miano mediów publicznych.

Jestem jednym z tych, których media publiczne opluwają w najgorszy sposób. Ja uczestnik Kościoła Katolickiego, ja bloger katolickiego portalu, tylko dlatego, że nie popieram aktualnej władzy, co jest moim świętym prawem, jestem obrzucany przez te media najgorszymi wyzwiskami. Przypisuje mi się najgorsze intencje, odmawia mi się miłości do mojej Ojczyzny, tytułuje mnie zdrajcą tejże, a w najlepszym razie mówi się o mnie jako o tym, który mniej kocha tę Ojczyznę. Kto i jakim prawem ustala to „mniej”? To nie są media publiczne, to jest łajdactwo i kłamstwo!

Tak jak zaznaczyłem na początku, to nie są „ rekolekcje o nawrócenie”, to jest zachęta aby uważnie przyjrzeć się rzeczywistości, która nas otacza, w której żyjemy i którą czy nam się podoba, czy nie, musimy moralnie oceniać. Te obelgi, które czasami spotykam pod swoimi tekstami, niczego nie załatwią, mogą co najwyżej spowodować ujście emocji, ale to sprawy nie rozwiązuje.

 

 

 

 

 

Tragiczna niemoc państwa!

 

 

Tragedia w Koszalinie i przejmujące słowa Ks. Biskupa Dajczaka, po raz kolejny każą się zastanowić nad rolą i zadaniami państwa. Swego czasu były minister sportu stwierdził, że Polska to jest dziki kraj, głosy oburzenia były powszechne, nie tak dawno inny minister mówił o państwie teoretycznym i też odebrano to źle. No to ja powtórzę, że Polska to dziki kraj i teoretyczne państwo. Dlaczego? Zanim odpowiem mała dygresja.

Kilka lat temu doprowadzałem wodę do naszego wiejskiego małego domku. Ilość papierów, które musiałem złożyć w powiatowym urzędzie, była zaiste imponująca. Miałem wrażenie, że nie podłączam się do gminnego wodociągu, ale buduję lotnisko zapasowe dla naszych F-16, a na wierzbie instaluję stanowisko rakiet ziemia – powietrze. Kiedy złożyłem już wszystkie dokumenty, odetchnąłem z ulgą. Naiwny idiota. Za kilka dni telefon ze starostwa, pan urzędnik nieco poirytowanym głosem oznajmia mi, że plan łazienki jest niekompletny. Uprzejmie pytam o konkrety. Nie zaznaczył pan – mówi ważny urzędnik –  czy sedes ma być po prawej stronie czy po lewej stronie łazienki. Tylko dzięki dobremu wychowaniu (dziękuję mamo, dziękuję tato) nie bluznąłem jakimś wulgaryzmem. Państwo jest żywotnie zainteresowane tym czy jego obywatel będzie, przepraszam, robił kupę po lewej stronie, czy po prawej stronie swojej łazienki.

To samo państwo nie jest w stanie sprawdzić miejsc publicznych w których bawią się nasze dzieci. To znaczy jest w stanie, ale mu się nie chce i nie sprawdza. Ludzi mnogo jak mawiają nasi bracia Rosjanie, pięć w tę, pięć w tamtą stronę. Kpię przez łzy i z bezsilnej wściekłości. W moim mieście na fatalnie usytuowanym przejściu dla pieszych musiało zginąć troje dzieci, by to przejście wreszcie zlikwidowano. Nie trzeba dodawać, że wcześniejsze założenie na tym przejściu sygnalizacji świetlnej było niemożliwe. Według ważnych decydentów wymagałoby to założenia stacji orbitalnej w kosmosie, a na to jak wiadomo nas nie stać. No cóż, mało to dzieci się rodzi?

Codziennie na naszych drogach giną niewinni ludzie, bo kierowcy albo są pijani, albo nie przestrzegają żadnych przepisów, ani boskich, ani ludzkich. Państwo troszczy się o kierowców, bo przecież nie o ofiary, i nakłada na nich symboliczne kary pieniężne, a ponieważ posiadacze samochodów do najbiedniejszych nie należą, no to jest, jak jest i ludzie giną dalej. Gdyby przekroczenie prędkości skutkowałoby  kilkutysięczną karą, to mniemam, że nie jeden by się zastanowił czy warto. Państwo jednak wyraźnie bardziej dba o interesy branży pogrzebowej. Oznakowany patrol policji drogowej przy codziennej jeździe spotykam dwa – trzy razy w roku, co tydzień pokonując około 40 km drogi krajowej w czasie 23 lat, policję spotkałem może parę razy. To właśnie jest dzikie państwo, bo faktycznie w dziczy nie mierzy się prędkości samochodów.

Ulubioną frazą naszych urzędników, także tych najwyższego szczebla jest stwierdzenie, że oni wprawdzie widzą nieprawidłowości, ale są bezsilni, bo nie ma odpowiedniego prawa. No to je do jasnej cholery uchwalcie! Ile młodych ludzi musiało umrzeć od dopalaczy, by wreszcie państwo odkryło, że są to narkotyki? To są grzechy naszego przeklętego „jakoś to będzie”.

W jednym z rachunków sumienia odkryłem pytanie:” Czy rzetelnie wykonuję swoją pracę?” i „ Czy moje niedbalstwo nie było przyczyną czyjegoś cierpienia?” Może czas aby nasi kaznodzieje oprócz błyskotliwych rozważań na temat szóstego przykazania Dekalogu, zajęli się także i tymi pytaniami.

Katolicka etyka seksualna – teoria i praktyka

 

 

Fakt, że tak wielu katolików nie przestrzega etyki seksualnej promowanej czy ustanowionej przez Kościół Katolicki, powinien skłonić tenże Kościół do zadumy i refleksji. Samo  nie przestrzeganie tej etyki można wytłumaczyć ludzką słabością od której nikt nie jest wolny, ale stan faktyczny jest gorszy. Bardzo wielu katolików jej po prostu nie uznaje w co najmniej paru ważnych punktach. Oczywiście zawsze można to skomentować ich złą wolą, stwierdzić, że nie są godni miana chrześcijanina i niech nie przychodzą do kościoła, jak to zgrabnie ujął pewien zakonnik, w butach upapranych gównem. To jest z pewnością pewna propozycja, choć nie sądzę aby była zgodna z tym co mówi Ewangelia. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że ludzkie słabości czy zwyczajnie grzech, nie mogą wyznaczać standardów etycznych, ale to nie znaczy, że należy obojętnie przechodzić wobec tej ludzkiej kondycji. Taką metodę stosował przez całe wieki Kościół i dziś lepiej niż kiedykolwiek widzimy kres jej skuteczności. Albo słowa o mądrości i wyczuciu ludu Bożego są faktem, albo pustą gadaniną na użytek doraźnych potrzeb Kościoła.

To prawda, że na szczeblu centralnym, jeśli tak można powiedzieć, nastąpiła zauważalna zmiana. Dowartościowano przede wszystkim znaczenie aktu małżeńskiego, jako znaku miłości i jedności małżonków. Nie da się jednak gładko przejść nad  wielowiekowym nauczaniem Kościoła z którego jasno wynikało, że jedyną usprawiedliwioną przyczyną aktu małżeńskiego jest prokreacja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla wielu wybitnych ludzi Kościoła ideałem byłby seks małżeński po ciemku i w ubraniu, a za ewentualną przyjemność należałoby odpokutować. To że dziś wielu katolickich teologów uważa, że takie podejście jest niezgodne z zamysłem Stwórcy, nie znaczy że w statystycznej parafii tak samo uważają kaznodzieje i spowiednicy. Dla nich dalej seks, małżeński przecież, jest przynajmniej podejrzany i powinien być rozsądnie reglamentowany.

Zastanawiam się, i nie jest to tylko historyczna ciekawość, skąd wzięło się takie nastawienie tak brzemienne w skutki, i którego ślady widzimy w mentalności ludzi Kościoła po dzień dzisiejszy. Może było, może jest tak dlatego, że Kościół bardzo wcześnie, bez żadnego uzasadnienia zapragnął nie tylko być przewodnikiem wiernych w dziedzinie kształtowania ich ducha i wiary, ale zapragnął również, a bywało, że przede wszystkim, także podporządkować sobie wszystkie inne sfery ich życia. Sfera seksualna dotycząca niemal każdego człowieka, będąca najsilniejszym ludzkim instynktem i pragnieniem, świetnie nadaje się do tego celu. W PRL-u w warunkach własności państwowej był taki może niezbyt estetyczny dowcip: Dlaczego państwo nie ma wpływu na demografię? – Bo środki produkcji są w rękach prywatnych. No właśnie, ta „prywata” może jawić się jako zagrożenie dla wspólnoty, dla różnych wspólnot. Nie na darmo członek partii wewnętrznej (Orwell „Rok 1984”) stwierdza, że ich neurolodzy pracują nad tym, by z aktu seksualnego usunąć przyjemność i radość zjednoczenia. To oczywiście tylko moja sugestia w tłumaczeniu zupełnie poplątanego podejścia Kościoła do wszystkiego co związane z darem ludzkiej seksualności.

Przez lata całe przedstawiano etykę seksualną w taki sposób, że jedni wzruszali ramionami, a inni bez wielkiego powodzenia próbowali jej sprostać. Rozziew między twardymi wymogami, a ludzką słabością dla wielu stawał się dramatem powodującym odejście od uczestnictwa w życiu Kościoła. Tłumaczenie tego wyłącznie nieopanowaniem własnej chuci jest daleko idącym uproszczeniem. Stawianie wysokiej poprzeczki moralnej powinno dotyczyć spraw fundamentalnych takich jak choćby wierność małżeńska czy szacunek dla daru życia. Stawianie na jednej płaszczyźnie np. antykoncepcji i aborcji jest niesprawiedliwe, bo bardzo wielu małżonków stosujących antykoncepcję nie wyobraża sobie zniszczenia nawet nieplanowanego poczęcia. I tu mała dygresja. Jest faktem, że przed ogłoszeniem przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”, znacząca część katolickich ekspertów była przeciwna jej ustaleniom. Nie neguję władzy Papieża w rozstrzygnięciu tej kwestii, ale to inne zdanie, zarówno wtedy jak i dzisiaj, powinno wzbudzić refleksję, taką samą jak wtedy gdy czytamy w „Starym Testamencie”, że za cudzołóstwo należało kamienować kobietę, a „nieczystych” trzymać za murami miasta.

Z daru, niewątpliwego daru jakim jest ludzka seksualność uczyniono coś potencjalnie brudnego. Tylko jeden przykład. Jeszcze do niedawna istniał zwyczaj tzw. wywodu, powszechnie rozumianego jako „oczyszczenie” kobiety po porodzie. Jeszcze kilka tygodni temu była w stanie błogosławionym, a teraz ma się oczyszczać, a niby z czego do jasnej cholery? Nie trzeba dodawać, że należało przy tym zabiegu „oczyszczenia” uiścić ofiarę pieniężną. Oczywiście mężczyzna z niczego nie musiał się „oczyszczać”. Czytam słowa pewnego jezuity, który tak to komentuje:” Bardzo ciekawe są takie dawne zwyczaje i dobrze jest zachowywać o nich pamięć jako o części naszej dawnej kultury”. No to ja dziękuję za taką „kulturę”!

Osobnym zagadnieniem jest takie przedstawianie katolickiej etyki seksualnej, które budzi zażenowanie i kpiny osób postronnych. Jeżeli czytam w podręczniku do wychowania w rodzinie (być może już nieaktualnym), że w czasie współżycia małżonkowie odczuwają „przyjemne mrowienie”, a katechetka zaleca młodym ludziom, by w czasie tańca między ich ciałami było miejsce dla „Ducha Św.”, to nie wiem czy płakać czy się śmiać? Ksiądz na pytanie chłopaka czy całowanie dziewczyny to grzech, z głęboką i porażającą wnikliwością odpowiada pytaniem:” A musisz się całować?”. Ale prawdziwą „perełkę” znalazłem niedawno. Otóż w Łodzi od niedawna można skorzystać z katolickiej antykoncepcji. Już wyjaśniam. Bywa tak, że w leczeniu niepłodności trzeba zbadać męskie nasienie na obecność plemników. Nie wchodząc w intymne szczegóły trzeba jakoś to nasienie pozyskać, zwykle małżonkowie udają się do dyskretnego pokoiku i po chwili pan małżonek dumnie wręcza prezerwatywę pani w laboratorium. Komfortowe to nie jest, ale nie o komfort jak wiadomo tu idzie. Proste, ale nie dla katolika, przecież on stosował antykoncepcję, wprawdzie nie w celu uniknięcia zapłodnienia tylko wręcz przeciwnie, ale  jak to mówią w wojsku, liczy się sztuka. Co więc mają zrobić katoliccy małżonkowie. Rozwiązanie jest proste – specjalną prezerwatywę należy przekłuć (chyba igłą) wtedy część nasienia znajdzie się w waginie, a pozostałą już bez grzechu można dać do badania. W instrukcji nie ma jednak istotnej przecież informacji, czy tę prezerwatywę należy przekłuć tuż po wyjęciu z opakowania, czy może raczej, hm, hm jakby tu powiedzieć, przed finałem. Wprawdzie to nie mój problem, ale nie zazdroszczę. Przypomina mi się scena, bodaj z „Listów Nikodema”, gdy faryzeusze długo dyskutują o tym, czy jeżeli nieczysty dotknie ucha dzbanka to należy umyć cały dzbanek, czy tylko ucho od tego dzbanka.

W Ewangelii zarys  etyki  seksualnej wprawdzie istnieje, ale nie jest on szczególnie wyróżniony. Kiedy faryzeusze przyprowadzają do Jezusa kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, Jezus nie pozwala jej skrzywdzić i tylko mówi, aby więcej nie grzeszyła, co jest radą dotyczącą każdego grzechu, a nie tylko grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu. Wielu trzeźwych księży i teologów przytomnie zauważa, że szóste przykazanie jest właśnie szóste, a w najważniejszym przykazaniu miłości Boga i bliźniego nic nie ma o seksie. Oczywiście są tacy, którzy wiedzą to lepiej.

Nie czuję się upoważniony do sugerowania jak i co trzeba zmienić w podejściu Kościoła do problemów związanych z ludzką seksualnością, jest wiele mądrych ludzi, także na „Deonie”, niech się tym zajmą. Przytaczam tylko myśl kochanego Franciszka, który w sytuacjach trudnych radzi dochodzenie do dużego dobra małymi krokami. Jest w tym i szacunek dla ludzkiej kondycji skażonej przez grzech pierworodny i bardzo praktyczna, dająca nadzieję, pedagogika.

I na koniec nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania Michała Lewandowskiego, który przeprowadzając wywiad z P. Zuzanną Radzik stwierdził:” Obserwując tematy w katechezie i duszpasterstwach mam wrażenie, że najważniejszą ewangelią jaka głosił Jezus była nowina o tym, co wolno, a czego nie w seksie. Czy w Kościele w Polsce to było zawsze, czy był jakiś moment, po którym zaczęliśmy mówić przede wszystkim o tym, jakim złem jest prezerwatywa.