Komentarze i odpowiedź

                                            

 

Po zamieszczonym kilkanaście dni temu wpisie: „Trochę o polityce”, otrzymałem parę komentarzy. Za wszystkie bardzo dziękuję. Na dwa z nich chciałbym odpowiedzieć nieco dłużej.

Pierwszy z nich nawiązywał do użytego przeze mnie określenia „kochany Franciszek” i brzmiał następująco:” Kochany – uczciwie byłoby zauważyć, że nie dla wszystkich”. Tak to prawda, że nie dla wszystkich, doskonale o tym wiem. Wystarczy „wejść” na YouTuba, by przeczytać, że Franciszek to sługa diabła, który ma za zadanie zniszczyć Kościół. Pisałem w swoim imieniu, tak zresztą jak każde inne teksty, dlaczego mam zaznaczać, że są tacy, którzy Franciszka nienawidzą? Co to ma za związek z uczciwością?

Wpis drugi:” To prawda, pontyfikat Franciszka budzi skrajne emocje”. Myślę, że nie zmienię komentarza, jeśli zamiast „skrajne emocje”, napiszę nieco łagodniej, że pontyfikat Franciszka jest kontrowersyjny, tak jak i on sam.

Franciszek, oczywiście kochany, jest rzeczywiście kontrowersyjny i budzi skrajne emocje, tyle tylko, że jest kontrowersyjny w bardzo dobrym towarzystwie. Mała dygresja warta może uśmiechu. Pierwszy sekretarz partii komunistycznej częstuje robotnika zagranicznym, luksusowym papierosem. Ten bierze, dziękuje i chowa papierosa. Nieco zdumiony sekretarz pyta:” Ale dlaczego nie zapalicie? – A wiecie towarzyszu takiego papierosa to trzeba zapalić w dobrym towarzystwie.” No więc Franciszek jest kontrowersyjny w dobrym towarzystwie. Jego Szef, kiedy chodził po ziemi był niesłychanie kontrowersyjny i budził skrajne emocje. Jedni prosili Go o uzdrowienie i nazywali synem Dawida, a inni mówili, że postradał zmysły. Niektórzy mówili, że nie są godni aby wszedł do ich domu, a inni, że ma w sobie Belzebuba.

Większość  świętych, a właściwie chyba wszyscy, byli kontrowersyjni. Aż strach pisać co wyprawiał święty imiennik dzisiejszego Papieża, św. Jana Bosko chcieli wsadzić do wariatkowa. O rzeszy pukających się w czoło na widok tych, którzy potem byli wyniesieni na ołtarze, nawet szkoda pisać. Z. Kossak – Szczucka zbiór swoich opowiadań o świętych zatytułowała „Szaleńcy Boży”. Dziś wszystko jest kontrowersyjne, a najbardziej kontrowersyjna… jest prawda. Cokolwiek powiesz, co nie jest zgodne z popularną czy wręcz głupią opinią, od razu słyszysz, że to są poglądy skrajne, a ty jesteś osobą kontrowersyjną, co oczywiście komplementem nie jest. Życie zaczyna się od poczęcia, a narzeczeni powinni zachować czystość przed ślubem, to tylko dwie najbardziej kontrowersyjne opinie i to nierzadko wśród ludzi mówiących o sobie, że są chrześcijanami.

Kiedy więc Franciszek mówi, że Ewangelia nie jest tylko od słuchania, ani nawet od czytania, tylko jest po to aby nią żyć każdego dnia, kiedy mówi, że Bóg kocha każdego człowieka, także a może przede wszystkim tych którzy błądzą, no to on jest kontrowersyjny. Przecież opinia, że Jezus kocha:” dziwki i pedałów, rozwiedzione małżeństwa i cudzołożników, a także zarobaczonych uchodźców” jest opinią skrajnie emocjonalną, a ten który ją wypowiada jest królem kontrowersji.

Chrześcijanie litości!

PS Ten tekst nie jest oczywiście jakąkolwiek aluzją do komentarza opatrzonego podpisem „thorgi”

 

Trochę o polityce

 

 

Słowo „polityka” nieodmiennie kojarzy się źle, zawodowy polityk to profesja o bodaj najmniejszym autorytecie społecznym. W powszechnym przekonaniu polityka to szambo, a szambo jak wiadomo należy omijać szerokim łukiem. A jednocześnie nie da się od polityki uciec, bo przecież polityka to nic innego jak urządzanie wspólnej rzeczywistości w której żyjemy. Polityk to w zasadzie taki sam zawód jak każdy inny. Skąd więc tak złe mniemanie o politykach?

Otóż „utarło” się przekonanie, często niestety słuszne, że przy owym urządzaniu wspólnej rzeczywistości, politycy urządzają także swoją rzeczywistość. Nie byłbym tak bardzo surowy w ocenie tego faktu, gdyby nie to, że niemała ich liczba urządza tylko tę własną, a to już jest wyjątkowe draństwo. Fakt, że jest wielu niegodnych polityków, nie oznacza, że należy zrezygnować z polityki czy jeszcze częściej, być wobec niej obojętnym. Mamy złych i dobrych lekarzy, nauczycieli, także księży. Czy to ma znaczyć, ze nie będziemy się leczyć, uczyć czy chodzić do kościoła? Od polityki nie da się uciec. Mój śp. duszpasterz akademicki bardzo nas zachęcał do nauki i do wszelakiej możliwej aktywności, bo jeśli sobie to „odpuścimy”, to nasi bracia marksiści tak nam urządzą Polskę, że się nam w niej nie będzie chciało żyć.

Od polityki nie może także uciec Kościół, także nasz polski Kościół. Rzecz jasna nie chodzi o to by na listach wyborczych pojawiły się nazwiska księży, niepotrzebni są księża ministrowie, a parafia nie może być komórką organizacyjną takiej czy innej partii. Jeśli jednak rozumiemy politykę w szerszym tego słowa znaczeniu, jako właśnie urządzanie wspólnej rzeczywistości, to Kościół nie może milczeć. To prawda, że to urządzanie jest domeną świeckich, ale jeśli tak można powiedzieć, nadzór moralny nad tą działalnością, jest zadaniem Kościoła. Kształtowanie wrażliwości społecznej, budzenie sumień, wskazywanie jakie działania polityków są niezgodne z Ewangelią, a szczególnie tych polityków, którzy się na tę Ewangelię powołują, jest duszpasterskim obowiązkiem Kościoła.

Polityka to także promowanie ogólnoludzkich wartości. I znowu, zajmuje się tym wiele organizacji świeckich, ale Kościół w miarę swoich możliwości powinien dawać konkretnym działaniom tychże organizacji swoje moralne wsparcie. Wyjście naprzeciw ludziom, którzy czynią dobro, choć nie identyfikują się z nauczaniem wiary jakie jest misją Kościoła, może być czytelnym świadectwem miłości bliźniego, każdego bliźniego. Przecież to jest jądro naszej wiary! A tymczasem mamy plemiona, które się przekrzykują – my jesteśmy od tego, my od innego, a wy się wynoście. Klasycznym przykładem takiego podejścia jest co roku finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przecież to nie jest plemienne zbieranie dla swoich! Nie uważam, że Kościół ma się organizacyjnie włączyć w WOŚP, ale na litość czy Kościół nie może powiedzieć do tych młodych ludzi parę ciepłych słów? Zapewne niektórzy uznają to za politykę, ale od takiej polityki Kościół nie powinien się odwracać.

Krzywda konkretnych ludzi, czy środowisk powinna być wyzwaniem dla Kościoła i nie ma to nic wspólnego z wąsko pojmowaną polityką. To powinna być polityka miłości do drugiego człowieka, może właśnie w tym zestawieniu słowo „polityka” odzyska swoją wartość. Sprowadziliśmy politykę do znaczenia czysto partyjnego i dziś problemem polskiego Kościoła jest przekonać wiernych, że odstępuje od tak rozumianej polityki. Nie będzie to łatwe. Nie łatwo będzie zapomnieć obojętność Kościoła choćby w czasie protestu niepełnosprawnych w Sejmie. Padło wówczas bardzo smutne stwierdzenie wybitnego przedstawiciela Kościoła, że tenże nie pisze ustaw. Można by było złośliwie zapytać – czyżby? Zwyciężyła wówczas w obrębie Kościoła polityka partyjna. W PRL-u był taki dowcip wykorzystujący podwójne znaczenie słowa „wiać”. Sednem dowcipu było pytanie:” Co robić, jak wieje wiatr ze wschodu? Odpowiedź brzmiała:” Wiać razem z nim”. Otóż od takiej partyjnej polityki Kościół powinien właśnie wiać, wiać tam „gdzie pieprz rośnie”.

Przekazywanie wiary, kształtowanie tej wiary, Kościół na co dzień kieruje do chrześcijan i do tych, którzy tej wiary szukają, dla wszystkich innych, którzy może nigdy nie przekroczą progu Kościoła, powinien głosić i czynić politykę wrażliwości, czułości,  zrozumienia i delikatności. Taką politykę realizuje kochany Franciszek i do takiej namawia nas wszystkich.

Kara czy konsekwencja?

 

 

Tytuł zapożyczyłem sobie z wpisu O. G. Kramera. W minioną sobotę w programie „Fakty po faktach” rozmowa red. Katarzyny Kolendy – Zalewskiej z ks. P. Rytlem – Andrianiukiem i red. A. Sporniakiem. Pierwszy jest rzecznikiem prasowym KEP, drugi red. T.P. Ksiądz nieprzypadkowo został rzecznikiem prasowym, jak przystało na rzecznika, gładko, żeby nie powiedzieć, jak dobrze naoliwiona maszyna (przepraszam za porównanie) przedstawiał racje i osiągnięcia Episkopatu  w dziedzinie zwalczania pedofilii wśród duchownych. Na każde pytanie, na każdą uwagę miał gotową odpowiedź i rzecz jasna żadnych wątpliwości. Jego wystąpienie przebiegało według schematu: było źle, ale to w zamierzchłych czasach, teraz jest świetnie, a będzie jeszcze lepiej. Stwierdzenie, że Episkopat już kilka lat temu (zdaje się, że padło stwierdzenie, że dziewięć lat temu) wydał bezwzględną walkę pedofilii jest, oględnie mówiąc, naciągane choć zapewne teoretycznie poprawne.

Ale zostawmy to, interesuje mnie jeden aspekt spraw związanych z pedofilią duchownych, aspekt dziś niesłychanie głośny. Otóż ks. rzecznik stwierdził, że Kościół oczywiście pomoże ofiarom pedofilii. Na czym ta pomoc będzie polegała konkretnie nie powiedział, a ks. Biskup Kamiński stwierdził, że zrobią wszystko by ofiary mogły „bezpiecznie wrócić do Kościoła”. A ja chciałbym zapytać szanownego ks. rzecznika czy on nie widzi różnicy między pomocą, a odszkodowaniem za krzywdę? To są pojęcia zupełnie dobrze zdefiniowane i oczywiście różne. To tak jakby P. K. Komendzie za 19 lat spędzonych niewinnie w więzieniu powiedziano: no dobra damy ci terapeutę, jakiegoś opiekuna społecznego i przeproszenie na piśmie. Finansowe odszkodowanie za doznane krzywdy, choć bardzo niedoskonałe, jest nie tylko powszechnie przyjętym zwyczajem, ale także prawnym standardem. To, że w polskim prawie nie jest to jednoznacznie sformułowane nie jest żadnym argumentem, gdyż jak to celnie zauważył P. red. A. Sporniak dla nas ostatecznym argumentem jest Ewangelia i to jej przesłanie powinno być dla nas chrześcijan wiążące i żadne kruczki prawne tego nie zmienią.

A co się stanie jeśli ofiara, czemu trudno się dziwić, nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem, jeśli nie chce „bezpiecznego powrotu” do Kościoła? Umywamy wtedy kościelne ręce?

Oczywiście o formie i wysokości odszkodowania powinien decydować sąd, to on ma wymierzyć sprawiedliwość ofierze i przestępcy. Warto jednak zwrócić uwagę na to, co powiedział red. Sporniak. Sytuacja księdza zasadniczo różni się od sytuacji zwykłego pracownika. Za to co ten robi po godzinach pracy, odpowiada on i wyłącznie on. Jakie są godziny pracy księdza? Ano właśnie, księdzem jest się zawsze, nie tylko wtedy kiedy odprawia Mszę św. czy udziela sakramentów. Ksiądz nigdy nie jest” prywatnym człowiekiem”, trudno takie jest kapłaństwo i Kościół jako struktura prawna musi się z tym faktem zmierzyć. Oczywiście inna jest odpowiedzialność Kościoła w osobach przełożonych księdza, gdy faktycznie nie wiedzieli o jego przestępczej działalności, a inna gdy nie tylko mieli jej świadomość, ale kryli ją i faktycznie umożliwiali mu jej kontynuowanie. Życie pokazało, że niestety ta druga opcja była powszechna. W każdym jednak wypadku Kościół musi się zgodzić, że to wspólnota Kościoła ma ponieść konsekwencje. Do tego zobowiązuje nas przesłanie Ewangelii i taka też jest jak sądzę, główna myśl przywołanego na początku tego artykułu, mądrego i dobrego wpisu blogowego ks. G. Kramera.

 

Proszę nie bałamucić!

 

 

Słowo „bałamucić” jest takim lżejszym odpowiednikiem słowa „kłamać”. Jest udawaniem, czasem nieświadomym, jest niezauważaniem istoty problemu, a raczej „ślizganiem się” po jego powierzchni. I tak odbieram artykuł P. T. Krzyżaka zamieszczony we wczorajszym wydaniu „Deonu” pod tytułem „Czy Polska zmierza w stronę państwa wyznaniowego?”

Autor sugeruje swoistą rozdzielność opinii publicznej dotyczącej zaangażowania Kościoła w bieżącą rzeczywistość, ale ta rozdzielność jest pozorna. Nie sądzę, aby jakiś chrześcijanin uważał za nieodpowiednie nauczanie Kościoła w sprawie aborcji, nauczanie wskazujące, że jest to zło. Sugestie zawarte w niektórych lewicowych gazetach, że nie powinien tego czynić, uważam za zwyczajnie głupie. Problem w czym innym. Kościół ustami swoich oficjalnych przedstawicieli, a jeszcze bardziej przez organizacje świeckich, które popiera,  agresywnie żądał od konstytucyjnych organów państwa całkowitego zakazu aborcji. I tu chyba jest „pies pogrzebany”. To jest przede wszystkim problem ogromnej wagi moralnej, same zakazy w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, dalece nie wystarczą. Najpierw sam Kościół powinien wywiązać się z pracy duszpasterskiej w tym temacie. Ewentualny  taki czy inny zakaz powinien być ukoronowaniem tejże pracy. Przy czym za pracę nie uznaję ciągłego pokrzykiwania o nowym holokauście, mordowaniu dzieci i tym podobnych. Aby mieć czyste sumienie w tej materii potrzebna jest żmudna praca u podstaw, potrzebna jest pokora i miłość do każdego życia, tego urodzonego też!

Dla wielu katolików w naszym kraju zgorszeniem była kompletna obojętność Kościoła wobec protestu niepełnosprawnych osób w sejmie walczących o swoją godność. Oprócz kuriozalnej wizyty kardynała i dwóch czy trzech podłych wypowiedzi biskupów, zupełna cisza. To była polityka? Wolne żarty! Wobec tego problem ochrony życia nienarodzonych to też jest polityka? I to oburza ludzi, to powoduje ową rozdzielność opinii na temat zaangażowania Kościoła.

Autor artykułu sugeruje, że Kościół daje się wykorzystywać politykom. Faktycznie trafiło na małego chłopczyka w piaskownicy, którego wykorzystują sprytniejsi koledzy. Bardzo proszę mnie nie rozśmieszać. Kościół niesłychanie entuzjastycznie, a niektórzy jego hierarchowie wręcz bałwochwalczo przyjęli wyborcze zwycięstwo wiadomej partii, sukces wyborczy prezydenta niemal jako interwencję Ducha Świętego. Teraz przyszło delikatne otrzeźwienie, oczywiście nie u wszystkich.

Że niby Kościół za mało mówi o nie mieszaniu wiary z polityką? Bardzo dobrze, że mało mówi, bo grzech hipokryzji i zgorszenia byłby jeszcze większy.

Autor dalej przytacza wypowiedź biskupa Jareckiego, który bardzo ceni sobie milczenie Kościoła. Z pewnością milczenie jest wygodne, wszak „pokorne ciele (milczące ciele) dwie matki ssie”, ale chyba nie taka jest rola Kościoła.

To nieprawda, to niesamowite kłamstwo, że każdy pogląd polityczny, jest tak samo uprawniony. Oczywiście poglądy społeczne, polityczne czy ekonomiczne to nie jest dwa dodać dwa, równa się cztery. To prawda, że tam gdzie idzie o oceny moralne otaczającej nas rzeczywistości, trzeba włożyć wiele wysiłku intelektualnego i wrażliwej wyobraźni, ale to nie oznacza, że poznanie prawdy jest nieosiągalne! Kościół to nie stowarzyszenie kibiców, to mądrość i standardy myślenia wypracowane przez wieki. I teraz ten Kościół, nie potrafi, nie umie, jest bezradny wobec tego co się dzieje? Jeszcze raz – wolne żarty! Dziwnym (oczywiście jest to całkowity przypadek) trafem przy poprzedniej koalicji jakoś  potrafił zabierać głos. Potrafił oceniać, co jest dobre, a co złe i słusznie taka jest jego Kościoła rola, choć prawdą jest, że raczej widział zło ale bywało, że się z nim zgadzałem. Kościół tak jak Temida powinien mieć opaskę na oczach i wskazywać gdzie dobro, a gdzie zło, niezależnie kto jedno, czy drugie czyni. I to nie jest do jasnej cholery żadna polityka!

Najzabawniejsze, rzecz jasna w cudzysłowie, jest stwierdzenie, że jednym z źródeł poparcia Kościoła dla obecnej władzy, są zbieżne z poglądami owej władzy opinie na temat wiary i Ewangelii. Przecież to jest szczyt bałamuctwa. O tym jak rządzący odwołują się do wiary, świadczą zapewne pełne nienawiści opowieści o zarobaczonych uchodźcach, nienawiść w podejściu do przeciwników politycznych, a nawet do tych, którzy aktywnie ich nie popierają. Przecież to do mnie kierowane są słowa o kanaliach, drugim sorcie, zdrajcach, komunistach i złodziejach. To jest wiara czy chichot Złego, który dzieli i ustawia braci w roli wrogów? A powoływać się na wartości chrześcijańskie każdy może, aż strach pisać kto to czynił.

I jeszcze jedno – ciągle ktoś nas katolików atakuje, wprawdzie osobiście nie czuję się atakowany (życzliwi powiedzą, że co za chrześcijanin ze mnie), ale mam te ataki w głębokim niepoważaniu. Nie ma ktoś co robić, nudzi się, ma kompleksy niższości, to atakuje. Pewien znany profesor, śmiechu warto etyki, najchętniej postawiłby cały Kościół pod ścianą i… . Jasne trzeba się za niego modlić, raczej o zdrowie, bo na rozum chyba już za późno, ale mam się przejmować jego chorą wyobraźnią? Jak wiadomo „psy szczekają, karawana idzie dalej”. Ja wiem jedno – bramy piekielne Kościoła nie przemogą, a najlepsza obroną jest atak. Tym „atakiem” powinno być głoszenie Dobrej Nowiny i tu całkowicie z autorem omawianego artykułu, się zgadzam. Resztę zostawmy Panu Bogu. Poradzi sobie!

 

To nie tak!

 

 

Zdarza się, że człowiek skądinąd przyzwoity, doświadcza jakieś chwilowej słabości. Cóż ludzka przypadłość i nikt z nas nie jest od niej wolny. Gdy jednak przytrafia się to osobie publicznej, kiedy jej niefortunna wypowiedź staje się powszechnie znana, konieczne jest sprostowanie. Tym razem robię to z dużą przykrością, bo dotyczy to biskupa T. Pieronka. Bardzo cenię biskupa Pieronka, jego publiczne wypowiedzi uważam za cenne i ważne. Niestety jego słowa w programie M. Olejnik „Kropka nad i” z dnia 08/10/2018 budzą we mnie poważne zastrzeżenia. Cóż zatem biskup powiedział?

1/ Pedofilia to przestępstwo i grzech, który jest udziałem każdej grupy społecznej, a więc także duchownych.

Jeżeli to jest, nawet nie wprost, jakieś usprawiedliwienie to dość kiepskiej jakości. Właściwie nie wypada go przytaczać, choć w sensie kryminalnym jest owo stwierdzenie ks. biskupa prawdziwe. Tyle tylko, że kapłaństwo, chyba jako jedyna ludzka aktywność, nie jest nazywane zawodem. Czyż dalej trzeba tłumaczyć różnicę? Kapłani są ludźmi w szczególny sposób powołanymi, to są ludzie przez których ręce kawałek zwykłego chleba staje się na ołtarzu ciałem Chrystusa. Aż strach myśleć co się dzieje, gdy te ręce w najbardziej dosłowny sposób są splugawione potwornym złem.

2/ Świadomość czym jest pedofilia narastała stopniowo.

W sensie historycznym zapewne tak, ale od wielu lat ta świadomość jest pełna. W tym czasie polski Kościół problemu nie widział. Naiwność, głupota czy zła wola?

3/  Za przestępstwo odpowiada sprawca.

Oczywiście nikt tego nie neguje, ale w przypadku duchownych to nie byli jacyś statystyczni obywatele tego kraju, to byli kapłani Kościoła Rzymsko- Katolickiego, Kościoła hierarchicznego gdzie panuje ścisła podległość przełożonemu. Ludzie niechętni Kościołowi nazywają księży tegoż Kościoła jego funkcjonariuszami. Gdyby jeszcze o ich przestępstwach nikt nie wiedział, ale przecież mieliśmy do czynienia z systemowym i świadomym tuszowaniem tych przestępstw przez hierarchów. Dość przytoczyć drastyczny przypadek księży Chrystusowców ( może powinni zmienić nazwę, by nie siać zgorszenia!) To nie działo się w czasach powolnego dojrzewania tego, czym jest pedofilia, to działo się wczoraj, a oni dalej nie wiedzą gdzie popełnili błąd.

4/ W polskim prawie nie ma nic o odpowiedzialności Kościoła za przestępstwa popełnione przez księży.

No, to dopiero się okaże, na razie mamy prawomocny wyrok taką odpowiedzialność uznającą. Upieranie się przy tym, że w prawie nie jest to jasno sformułowane, a czynią to Chrystusowcy i niestety biskup Pieronek, jest najdelikatniej mówiąc, niestosowne i oburzające.

5/ Film Smarzowskiego jest jednostronny i tym samym nieprawdziwy, bo sugeruje, że cały Kościół jest taki, jak pokazano w filmie.

Taką konwencję artystyczną przyjął reżyser. Z pewnością nie jest to konwencja „ku pokrzepieniu serc” choć paradoksalnie może się taką okazać. Zawsze można każdemu twórcy zarzucić, że czegoś nie pokazał, a czegoś innego za dużo. W miarę wyrobiony widz jest w stanie ocenić czy jest to paszkwil, czy pewien wycinek rzeczywistości, rzeczywistości, która miała niestety miejsce.

Zamiast zakończenia cytat, z wypowiedzi osoby ewidentnie nielubiącej Kościoła, która agresywnie go atakuje, będący komentarzem do wypowiedzi biskupa Pieronka:” Jest jeden fundament, który scala polski Kościół w jego doczesnym wymiarze – pieniądze.” (M. Środa). Mam udawać, że to jest nieprawda? Ja katolik znam także inne fundamenty, ona osoba niewierząca widzi ten jeden i ma do tego prawo, ma swoją, niepozbawioną dowodów rację.

Przestańcie!

 

 

Zawsze kiedy zabieram się za pisanie o Kościele mam trudny dylemat. Wszak słowo „Kościół” oznacza nie tylko, jak powszechnie się uważa, duchownych, ale odnosi się także do nas wszystkich dla których wiara w Boga jest sensem życia. Kościół to nie tylko jego hierarchia, choć ona niejako reprezentuje ten Kościół i powinna go prowadzić do Boga, hierarchowie nie na darmo nazywani są jego pasterzami. Wreszcie czy można pisać o Kościele w liczbie mnogiej, to może być niesprawiedliwe, bo nawet duża liczba niegodnych swojego powołania księży, w żadnym wypadku nie oznacza, że wszyscy są do nich podobni. Mogę osobiście zaświadczyć, tak jak zapewne wielu z nas,  że znam i doświadczyłem łaski poznania wspaniałych duchownych, także sióstr zakonnych. Dlaczego wobec tego ten wpis za który niektórzy pewnie odsądzą mnie od czci i wiary? Niech odpowiedzią będą słowa Franciszka, że huk jednego upadającego drzewa jest większy, bardziej słyszalny, niż ciche rośnięcie tysiąca innych. Tak to wygląda i nic na to nie poradzimy. Dzisiaj  o tym jednym „drzewie”. Dedykuję ten artykuł przede wszystkim naszym hierarchom, jeszcze raz, nie wszystkim.

Przestańcie mówić, że nie mieszacie się do polityki, bo robicie to w sposób bardziej niż oczywisty. Są pośród was tacy, którzy wykorzystują do celów politycznych przestrzeń sakralną, co jest już jawnym bluźnierstwem. Czynicie to dla doraźnych korzyści, obłudnie tłumacząc to dobrem Kościoła. Niech przestrogą dla was  będą słowa Sz. Hołowni :” Kościół, który bierze ślub z jakąś partią, zostaje wdową po następnych wyborach”.

Przestańcie zwalać winę za pustoszejące kościoły na jakiś mitycznych wrogów. Gdybyście budowali dom wiary na skale, to moglibyśmy wszyscy śmiać się z tych wrogów, nie ważne prawdziwych czy urojonych w waszej wyobraźni.

Przestańcie pleść bzdury na temat Unii Europejskiej. Jak każde dzieło ludzkie jest ona naznaczona ułomnością, ale jest nakierowana na dobro człowieka, na jego dobrobyt i życie w pokoju. Nie rzucajcie oszczerczych kalumnii jak ów arcybiskup, który w złej woli stwierdził, że płacimy Unii „kontrybucję”. Wy, którzy nie potraficie napisać listu pasterskiego, czy często gniotu pasterskiego bez powołania się na św. Jana Pawła II, przypomnijcie sobie Jego słowa wypowiedziane w polskim sejmie na temat Unii.

Przestańcie udawać jak bardzo kochacie Franciszka. Może nie modlicie się jak ów ksiądz o jego odejście do domu Ojca, ale macie nadzieję na przeczekanie Jego osoby. Arcybiskup odbył z owym księdzem  „ojcowską rozmowę”, ciekawe jaką by odbył, gdyby ten modlił się o rychłe odejście do domu Ojca swojego arcybiskupa?

Przestańcie poniżać WOŚP i jej założyciela. To on, może nawet nieświadomie, jest tym, który w potrzebujących zobaczył Jezusa. Zaproście tych dzieciaków w styczniowy dzień do swoich wypasionych domów na gorącą herbatę i dobre ciasto. W ten sposób prędzej pozyskacie ich dla Chrystusa, niż głosząc nudne kazania.

Przestańcie popierać samozwańczego proroka, który podzielił nasz naród i nas ludzi wierzących jak nikt dotychczas, którego media sieją zgorszenie, a on sam jest symbolem tego kim nie powinien być kapłan. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa, że niepotrzebna jest katolicka rozgłośnia, katolickie media, ale nie takie, które powodują zamęt i podziały.

Przestańcie udawać świętoszków, że nie wiedzieliście o pedofilii w szeregach waszych podwładnych. Wasze spaczone mniemanie o tym co jest dobre dla Kościoła powodowało, że ukrywaliście fakty, wręcz broniliście pedofilów w sutannach. Prawda jest taka, że gdyby ta wstrętna prasa nie zrobiła wam, jak to powiedział pewien zakonnik, „lewatywy”, to niewiele, albo nic by się nie zmieniło.

Przestańcie udawać, że nie wiecie co się dzieje na wielu waszych parafiach, gdzie proboszcz równy Papieżowi, a właściwie  jest od niego ważniejszy. Przestańcie udawać, że nie wiecie o chciwości waszych podwładnych, bo sami z niej korzystacie.

Przestańcie opowiadać brednie o katastrofie smoleńskiej. Jeżeli macie głupie poglądy na ten temat, to starannie je ukrywajcie, albo opowiadajcie u cioci na imieninach po dobrym koniaczku, który wedle waszego toruńskiego guru na pewno nie zaszkodzi, nawet jak prowadzi się auto.

Przestańcie kochać „pierwsze miejsca za stołem”, odłóżcie na strych te kolorowe, cyrkowe fatałaszki, te wszystkie ekscelencje i eminencje, owe „najdostojniejszy arcypasterzu”. Zacznijcie jak mówi kochany Franciszek, pachnieć swoim stadem. Włóżcie na nogi „buciory” i idźcie do wiosek, miasteczek i miast, zobaczcie czym żyją i jak żyją wasze owce. Zacznijcie je poznawać, bo bywa, że nie macie „zielonego” pojęcia o ich losie.

Jak wam nie wstyd, że wycieracie sobie usta losem biednych, poniżonych i cierpiących, nazywacie ich skarbem Kościoła, ale gdy ci protestowali w sejmie, to was tam nie było, bo ponoć polityką się nie zajmujecie. Na pogrzebie ks. Kaczkowskiego tłoku ekscelencji też nie było ale kiedy, mam pewność co do tego, ogłoszą go kiedyś błogosławionym, będziecie z dumą mówić, że zawsze bardzo go ceniliście. Mam przytaczać definicję prawdy według Tischnera?

Jak wam nie wstyd, że nie protestowaliście ze wszystkich sił, gdy na cmentarzach odbywał się satanistyczny sabat na grobach ofiar katastrofy smoleńskiej. Gdzie byliście gdy cierpiały rodziny, którym bezczeszczono groby ich najbliższych? Trybunał Praw Człowieka przyznał tym rodzinom rację, gdzie był wasz „trybunał”?

Jak wam nie wstyd, gdy zakonny watażka upokarza i poniża czcigodnego starca, którego zasług dla Kościoła nie sposób przecenić. Mówię oczywiście o ks. Bonieckim. Nie twierdzę, że ks. Lemański jest chodzącym aniołem, ale to co wyprawiał jego przełożony, miało znamiona czystej zemsty. Jak wam nie wstyd gdy podobny los spotyka także innych, którzy nie chcą być mierni i przeciętni?

Jak wam nie wstyd, gdy ludzi niezmiernie zasłużonych dla Kościoła i Ojczyzny aktualna władza obrzuca oszczerstwami? Jak wam nie wstyd gdy ta władza bluźnierczo, przy waszej milczącej zgodzie, powołuje się na swoją rzekomą wiarę, by usprawiedliwić czynione zło? Miejcie odwagę by powiedzieć „non possumus”. To nie będzie żadna polityka, to będzie elementarna przyzwoitość, do której nas wszystkich nawołuje święty Apostoł Paweł.

List otwarty do Pani Krystyny Jandy

                     

 

Szanowna i droga Pani Krystyno. Proszę darować ten może zbyt poufały zwrot. Jest wszakże on nie tylko zwyczajowym początkiem listu, ale też wyraża moje uczucia do Pani – wspaniałej aktorki, reżyserki i osoby, której wypowiedzi zawsze słucham z wielką uwagą. Chciałbym podzielić się z Panią paroma moimi refleksjami związanymi z rozmową Pani z red. Gruszczyńskim, która to rozmowa na łamach „Gazety Wyborczej” ukazała się w dniu ósmego września tego roku.

Ale najpierw jedna uwaga. Otóż jest pewną nienajlepszą manierą wielu autentycznie wybitnych ludzi, wypowiadanie się przez nich o rzeczach na których zwyczajnie się nie znają. Literackim przykładem takiej sytuacji jest rozmowa  Andrzeja Kmicica z Ojcem Kordeckim. Kmicic zamierza wysadzić szwedzką armatę i w tym celu robi „kiszkę prochową”, pokazuje ją O. Kordeckiemu i tłumaczy mu, że włoży ową „kiszkę” w lufę armaty i podpali lont, w następstwie czego szwedzka kolubryna zrobi wielkie „bum” i przestanie wyrządzać szkody murom obronnym klasztoru. Na wątpliwości przeora, który nie bardzo rozumie jak to zadziała, Kmicic odpowiada:” Ojcze kochany serce w was wielkie i święte, ale na armatach się nie znacie” (cytat z pamięci)

Szanowna Pani Krystyno, na armatach, w tym wypadku na doktrynie katolickiej, Pani się nie zna.  We wspomnianym wywiadzie mówi Pani:” Jesteśmy katolickim krajem i doktryna nie pozwala na seks bez prokreacji”. Otóż zapewniam Panią, choć żaden ze mnie teolog, że takowej doktryny nie ma. To małżonkowie w swoim sumieniu ustalają ile mogą mieć potomstwa, a na co dzień mają się cieszyć i radować okazywaniem sobie miłości, także poprzez współżycie seksualne. Może oczywiście się zdarzyć, że jakiś niedouczony ksiądz powie coś innego, ale sama Pani wie, że i wśród aktorów nie brakuje takich, którzy nie błyszczą talentem i mądrością. Ot życie.

Ale porusza Pani w tej rozmowie jeszcze ważniejszą sprawę mówiąc:” Teraz się dowiedziałam, że jak ktoś uprawia seks przed ślubem albo mieszka razem z przyszłą żoną lub przyszłym mężem to nie dostanie rozgrzeszenia.” Na pełne zdumienia pytanie redaktora :”Jak to?” Pani odpowiada:” Bo nie ma obietnicy poprawy i żalu”

No tak. Proszę nie poczytać mi tego za złośliwość, ale późno się Pani dowiedziała zważywszy, że taka jest nauka Kościoła od dwóch tysięcy lat. Zdumienie redaktora też świadczy o tym, że nie bardzo wie o czym rozmawia, pyta bowiem następująco:” Czyli taki grzesznik musiałby od razu wyprowadzić się od swojej dziewczyny?” –  Dokładnie tak – odpowiada Pani.

Nikt nikogo nie zmusza do wiary chrześcijańskiej, nawet jeżeli jako dziecko został „przymuszony” przez rodziców, to jako dorosły człowiek może formalnie lub nieformalnie przestać być uczestnikiem Kościoła katolickiego i nic nikomu do tego. Jeżeli jednak decyduje się na ślub sakramentalny w tym Kościele, jeżeli decyduje się na Sakrament małżeństwa czyli misterium spotkania Boga i człowieka, to godność osoby ludzkiej wymaga aby do tego Sakramentu podchodził uczciwie. To oznacza podjęcie wysiłku, ale nie martyrologii przecież, aby jego postępowanie było zgodne z nauką Kościoła w którym zamierza wziąć ów ślub. Jesteśmy ludźmi grzesznymi, po to jest sakrament spowiedzi aby te grzechy wyznać, okazać żal za nie i obiecać poprawę. Jeżeli takiej woli nie ma, to oczywiście rozgrzeszenia się nie otrzyma i zdziwienie z tego powodu jest zupełnie nie na miejscu. Oczywiście kandydat czy kandydatka na przyszłego męża czy żonę, nie musi zawracać sobie tym głowy. Wystarczy wziąć ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego i po kłopocie. Żadnych przykazań, żadnej Ewangelii, można uprawiać seks kiedy ma się ochotę i z kim ma się ochotę. Czyż to nie proste? Jeżeli jednak narzeczeni deklarują, że są osobami wierzącymi, to elementarna uczciwość i odpowiedzialność nakazuje aby autentycznie się starać, aby ta wiara nie była jedynie pustym gestem.

Przedstawiła Pani w tej rozmowie nieprawdziwy obraz wiary w zakresie dotyczącym chrześcijańskiej rodziny i małżeństwa. Szkoda.

 

Rafał Krysztofczyk

Wakacji czar

 

 

 

Pamięci moich duszpasterzy O. Habielskiego, O. Miecznikowskiego, O.Sierpińskiego, O. Berezińskiego

 

Pisanie o wakacjach przez kogoś kto, oględnie mówiąc, miał je dość dawno, może być dla czytających ten tekst, zwyczajnie nudne. No, ale spróbować można. Pozostały po tych wakacjach pewne wspomnienia – refleksje, które być może są aktualne i dziś.

Cecha charakterystyczną tych moich i moich przyjaciół wakacji był pewien wysiłek i trud im towarzyszący. Wakacje czas beztroskiego i pełnego przyjemności wypoczynku, a jednocześnie trud, wysiłek, pot zalewający oczy? Trochę to bez sensu. Może nie wszyscy tak uważają, ale większość z pewnością tak. Nasze wakacje na obozach Duszpasterstwa Akademickiego miały wyraźny cel. Był nim rozwój duchowy, rozwój dojrzałego myślenia i dojrzałych relacji międzyludzkich. Ten rozwój dokonywał się w czasie mozolnych wędrówek po górskich czy mazurskich szlakach, wędrówek przy braku tak dziś powszechnych udogodnień i gadżetów. To była pewna asceza bytowania, po części wynikająca z tamtej rzeczywistości, ale też ze świadomego wyboru. To właśnie ta asceza kształtowała w poważnym stopniu nasze relacje i jednocześnie weryfikowała je pod kątem zgodności z Ewangelią. To był cel, aby nie tylko duch był ochoczy. Duch bardzo wzniosły i piękny miał sprawdzić się codziennym życiu obozowym.

To nie było przyjęcie imieninowe przy  zastawionym stole, to była taca z kanapkami z margaryną (albo bez) i nieśmiertelnym dżemem. Na pięć takich kanapek przypadała jedna z mielonką turystyczną (ach co to był za smak). Śniadanie, obiad (makaron z dżemem, albo z przecierem pomidorowym), kolację, to wszystko trzeba było samemu przygotować, a potem sprawiedliwie dzielić pamiętając, że od żarcia rozumu nie przybywa. Przeciekające namioty, ostatnia sucha koszula (dać bliźniemu czy zatrzymać dla siebie) ostatnie parę łyków wody, gdy samemu język przysychał do podniebienia, ale innym też. Przygotowanie Mszy św., kiedy każdy miał tylko jedno marzenie – łoże, mogło być nawet madejowe w postaci materaca z którego uszło powietrze. Uczyliśmy się dawać i cieszyć gdy sami zostaliśmy obdarowani.

Pamiętam moje samotne piesze pielgrzymki na Jasną Górę i podwójną radość – moją, że mam nocleg i radość tych, którzy mi go ofiarowali, bo „gość w dom, Bóg w dom”. Ile razy wciskano biednemu studentowi w kieszeń „na lody” i „na mandaty”. Dzisiaj pewnie bym zatrzymał się w jakieś płatnej kwaterze, wziął prysznic i nawet nie powiedział gdzie i po co idę.

Nie, nie namawiam nikogo do jedzenia chleba z margaryną i picia herbaty „Ulung” (wyjątkowa lura nawet jak na tamte czasy). Na konserwę „mielonka turystyczna” patrzę z dużą rezerwą. Teraz po przyjściu do schroniska nie rozpuszczam w metalowym kubku kostki rosołowej (zupa) i nie przegryzam jej wspomnianym chlebem z margaryną. Stać mnie na zamówienie prostego dania, którym przyjemnie zaspokoję głód. Nie wydziwiam, że dzisiaj młodzi turyści mają na swoim szlaku wakacyjnym udogodnienia o których ja mogłem tylko pomarzyć, a często w ogóle nie wiedziałem o ich istnieniu. Jest na szlaku kiosk z zimnymi napojami? – czemu nie, przenośna toaleta i prysznic – cudownie, jakiś bar gdzie za niewielkie pieniądze nasycisz głód i żołądek nie dotyka kręgosłupa – wspaniale.

A jednak. A jednak mi żal jak śpiewał niezapomniany Bułat Okudżawa (ilu młodych ludzi zna jeszcze jego pięknie mądre piosenki?) To nie tyle żal za utraconą, czy raczej minioną młodością, ale za sensem tych wakacji, które ukształtowały mnie jako człowieka i chrześcijanina. Wakacji w czasie których był czas na zadumę i brodzenie w mazi bieszczadzkiej gliny i czas skupienia przy polowym ołtarzu. Był gwar wieczornego ogniska i chłód wiejskiego kościoła otoczonego grobami tych, którzy już dotarli do celu.

Pewnie i dzisiaj zdarzy się dziwak, który tak przeżywa wakacyjny czas, ale z pewnością jest to rzadkie zjawisko. Coś w tym coraz bardziej „wypasionym” wypoczynku zagubiliśmy, czegoś nie dostrzegamy, czegoś nam brakuje? Nie wiem.

 

 

Kilka refleksji o antykoncepcji po raz drugi

 

 

Tym razem owe tytułowe” kilka refleksji” spowodowane jest artykułem „Przekleństwo czy wybawienie? Katomałżeństwa a NPR”, autorstwa A. Szelągowskiej – Mironiuk. A „po raz drugi”, bo niedawno pisałem też o tym problemie w artykule pod tytułem „Kilka refleksji o antykoncepcji”. Oczywiście na tytułowe pytanie nie zamierzam odpowiadać (nie te kompetencje), ale parę zdań spróbuję napisać.

Szanse na szerokie  zaakceptowanie nauki Kościoła dotyczącej planowania rodziny, widzą mi się niewielkie. Przyczyny tego stanu nie upatrywał bym w złej woli ludzi wierzących, ale raczej w tym, że problem dotyczy najbardziej intymnego przeżycia osoby ludzkiej. To jest właśnie to o czym mówi Księga, że od tej chwili małżonkowie będą jednym ciałem.

Kościół niejednokrotnie zmieniał swoje nauczanie o katolickim małżeństwie. Dziś czytając co mówili i pisali ważni ludzie Kościoła w nieco odległej przeszłości, włosy „stają dęba”. Trudno wykluczyć z całą pewnością, że i w tej sprawie pewne korekty nauczania Kościoła nie będą miały miejsca.

Encyklika „Humanae vitae” powstała pięćdziesiąt lat temu. To jest dobra okazja aby zastanowić się nad jej treścią nie tylko w duchu jej całkowitej i bezwarunkowej akceptacji. To prawda, że nawet radykalnie inna rzeczywistość nie zmienia co do zasady prawd moralnych, ale jednocześnie szabat jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Roztropność tak często przywoływana w Biblii, każe na tę rzeczywistość popatrzeć ze zrozumieniem i pokorą. Każe pochylić się nad losami wielu ludzi, którzy w zgodzie ze swoim sumieniem podejmują decyzje nie do końca zgodne z oficjalnym nauczaniem Kościoła. Warto przypomnieć, że nawet błędne decyzje sumienia, ale podejmowane z dobrą wola są rozstrzygające dla konkretnego człowieka. Oczywiście nie mogą one stać w sprzeczności z podstawami naszej wiary. W przypadku problemów na linii antykoncepcja – metody naturalne- planowanie poczęć, takimi warunkami brzegowymi są dla mnie:

1/ Bezwzględna otwartość na przyjęcie każdego poczętego dziecka, niezależnie od tego jakiej metody używaliśmy.

2/ Bezwzględny zakaz stosowania środków wczesnoporonnych i przyjęcie do wiadomości, że moment połączenia gamety męskiej i żeńskiej jest początkiem życia.

3/ Wzajemny szacunek, połączony oczywiście z miłością małżonków, wyrażający się w harmonijnym ułożeniu relacji dotyczących pożycia małżeńskiego.

Zdaję sobie sprawę, że takie podejście duszpasterskie jest bardzo trudne, z pewnością dużo trudniejsze niż prosty żołnierski przekaz – „nie wolno”, choć ten jest powszechnie kontestowany przez katolików. Może warto też zastanowić się dlaczego tak jest, a nie twierdzić, że wszystkiemu winna jest ta okropna chuć małżeńska. Może warto się zastanowić dlaczego tak wielu katolików nie rozumie nauki Kościoła nie tylko w tej sprawie. To są pytania o dojrzałe i rozumne duszpasterstwo ludzi wolnych!

Można stosować NPR choćby z przyczyn ekologicznych (bodaj pierwszy mówił o tym śp. Profesor W. Fijałkowski) i być bardzo daleko od sensu i zrozumienia czym jest pożycie małżeńskie i odpowiedzialne rodzicielstwo.

Aż chce się w tym miejscu przywołać Pawłowy” Hymn o miłości”. Można ponosić znacznie większe wyrzeczenia i trudności, niż stosowanie NPR i być według słów Apostoła miedzią brzęczącą i cymbałem brzmiącym.

Mamy bardzo smutną metodę duszpasterską polegającą na akcentowaniu wszechogarniających obowiązków religijnych, bez jednoczesnego ukazywania, że ich ostatecznym sensem jest uświadomienie sobie Bożego miłosierdzia kierowanego do każdego z nas po imieniu.

Zdaję sobie sprawę, że ktoś może odczytać ten artykuł jako zawoalowaną pochwałę relatywizmu etycznego, no cóż wolna wola, ale nie taki był oczywiście cel autora.

Na koniec zabawna dla mnie anegdota. W czasach duszpasterstwa akademickiego pytamy kiedyś naszego duszpasterza o talenty wokalne jego kolegi w kapłaństwie, na to ten (prawda, że nieco złośliwie) odpowiada : sześćdziesiąt procent tupetu i czterdzieści procent słuchu. Kiedy obserwuję i przeżywam nasze duszpasterstwo parafialne, ta anegdota dość często mi się przypomina.

 

 

Szukanie zagubionej owcy

                                                

 

Pogranicze, tereny przygraniczne, czy graniczne w geografii politycznej oznaczają obszary położone w niewielkiej odległości od faktycznej granicy. Status tej ziemi jest w praktyce nieco skomplikowany. Z jednej strony to dalej część państwa, taka sama jak inne, z drugiej obowiązują tu szczególne przepisy odmienne niż te ogólne.

W rozważaniach moralnych dość często używa się tych terminów na określenie spraw niesłychanie trudnych, kiedy proste przepisy czy wskazania nie wyczerpują dramatu ludzkiego cierpienia i wątpliwości.

Dwie takie sytuacje. Doświadczony spowiednik: – spowiadam kobietę, nie mogę zgodnie z prawem kościelnym udzielić jej rozgrzeszenia, ona zaczyna straszliwie płakać, to jest płacz rozdzierający serce, mam tego pewność. Zastanawiam się co mam uczynić i pytam samego siebie co zrobiłby Jezus, gdyby ta kobieta klęczała u Jego stóp i tak prawdziwie szlochała i … udzielam rozgrzeszenia.

Historia druga. Pytam znajomego duchownego, co dla niego jest najtrudniejsze w konfesjonale. Wiesz – mówi, nie ciężar wyznawanych przez penitenta grzechów, po to jest przecież spowiedź, ale są spowiedzi, które burzą mój spokój wewnętrzny. Do sakramentu pokuty przystępują narzeczeni. Najpierw ona, pytam czy mieszkają ze sobą, czy współżyją i pada odpowiedź twierdząca. Pouczam, wyznaczam pokutę i rozgrzeszam, potem on, na to samo pytanie zaprzecza. Mam ochotę krzyknąć – człowieku opamiętaj się, nie kłam, ale wiem, że nie mogę, bo wiąże mnie tajemnica spowiedzi. Udzielam rozgrzeszenia ze świadomością, że przyjmie świętokradzko Komunię św., że od grzechu ciężkiego zacznie swoje małżeńskie życie i po ludzku jestem bezradny. Opowiadam te historie trzeciemu kapłanowi, zresztą przyzwoitemu człowiekowi, pierwszą jest wyraźnie zgorszony, uważa, że ksiądz postąpił niewłaściwie, prawo to prawo. Przy drugiej wzrusza ramionami – no cóż oczywiście to grzech ciężki, ale to sprawa tego człowieka, wielu ludzi żyje całymi latami z grzechami ciężkimi.

Czytam relacje osób homoseksualnych i transseksualnych, tych którzy na serio przeżywają swoją wiarę w Boga. Ile w nich jest cierpienia, w wielu wypadkach zupełnie niezawinionego. Ktoś od dziecka kieruje swoje nieuświadomione jeszcze zainteresowanie do osoby tej samej płci. Gdy dojrzeje tak samo jak wszyscy chce kochać i być kochany, chce mieć obok siebie drugiego człowieka. Każde rozwiązanie jest naznaczone cierpieniem. Oczywiście można mu zacytować odpowiednie fragmenty Starego i Nowego Testamentu. Współcześni faryzeusze, także ci w sutannach, czynią to z wyraźną lubością z góry radując się, że jak sądzą jeszcze jedna duszyczka do piekła więcej. Małżeństwa bez ślubu kościelnego, nieraz ze swojej winy, nieraz w sumieniu swoim niewinni zaistniałej sytuacji.

Oczywiście mogą wszyscy żyć samotnie, będzie zgodnie z przepisami, których przecież nie lekceważę, tylko to trochę tak jakby komuś kto ma normalny wzrok przewiązać oczy i kazać żyć jak niewidomy.

Szukam w Ewangelii tekstu, który pomógłby zrozumieć tych ludzi, dać im nadzieję. Może takim jest przypowieść o zagubionej owcy i pasterzu, który poszedł jej szukać. Zagubienie można rozumieć dwojako. Owca „uznała”, że gdzie indziej znajdzie lepszą trawę, lepszego pasterza i świadomie odłączyła się od swojego pasterza. Ale może też być tak, że nie zauważyła, nie spostrzegła, że oddaliła się od stada. Ileż to razy bardzo pilnie uważając na szlak, zdarzało mi się pobłądzić w trudnym terenie. Pasterz nie wnika w motywy. Idzie jej szukać, kiedy ją znajdzie to nie poucza, nie gromi, nie nawraca. Bierze na ramiona i niesie do stada.

W ikonografii przedstawia się tego pasterza ze śliczną owieczką na ramionach, nic tylko ją pogłaskać i przytulić, sama przyjemność. Tyle tylko, że w rzeczywistości, ta milutka owieczka, to pewnie 30-40 kilogramowe zwierzę. No nie zazdroszczę pasterzowi, to bydle na pastwisku potrafi być wyjątkowo głupie, wiem coś o tym, ale może trzeba tak jak On, może to właśnie jest Ewangelia?