Baśń o potworze Gender

                                         

Za górami, za lasami, w pewnym mieście na zachód od krainy Lechistanu, w mieście, którego nazwy strach wymieniać, zamieszkał był sobie straszny potwór. Gender mu było na imię. Nikt go wprawdzie na oczy nie widział, nawet mieszkańcy tego grodu, ale on był! Niestety, nie wiedziano jakiej był on płci, czy to była ona, czy on?

Matki Lechitki już przy piersi dziateczki nadobne trzymając, straszyły one tym potworem, gdy w nocy spać nie chciały rodzicielom frasunku przysparzając. Ale wynikł, pozwólcie, że na chwilę wrócę do współczesności, pewien dysonans poznawczy. Ziemię naszą lechicką od dawien dawna zamieszkiwały ci różnorakie smoki, smoki owe ogniem ziejące lubowały się w zjadaniu dzieci, niejedno piękne podanie o tym napisali zacni kronikarze i te historie opowiadane o zmroku, były przez wszystkie dziateczki zrozumiałe. Aliści potwór Gender dzieci nie jadł tylko je… genderzył. Jak to wytłumaczyć niewinnemu dziecięciu w koszulinie z płótna uszytej i bosymi stópkami biegającemu po łące? Wszakże rodzice nie w ciemię bici, nieco się czerwieniąc ze wstydu tłumaczyli synkowi, że potwór coś weźmie z jego niewinnego ciałka i da to siostrze i na odwrót. Azali będzie to jeszcze w przyszłości rycerz i białogłowa tego niestety nikt nie wiedział. W tej obawie mateczki starannie zamykały okiennice swoich domostw i otulały w pieluszki swoje pociechy, a nie jedne za radą doświadczonych kumoszek, mruczały zaklęcia odczyniające uroki. Czyniły to w wielkiej tajemnicy przed miejscowym plebanem, jako że były przecież ochrzczone. Były nawet takie, które w wielkiej acz tajemnej zapobiegliwości, wylewały do sagana nieco mleka z wieczornego udoju i wystawiały do sieni, aby Gender zaspokoił głód i nie dybał na cześć ich dziecięcia.

Niestety, jak to nie tylko w baśniach bywa, dobre czasy się skończyły w owej krainie. Oto potwór nudził się w tej rozpustnej mieścinie zwanej z cudzoziemska Brukselą, wszystko bowiem było tam już zgenderowane, i nie miał co robić. Ale  na jego szczęście późną wiosną zawitała grupa nowo wybranych posłów z Lechistanu. Zaczęli oni wszem i wobec opowiadać jaka ich kraina ojczysta jest szczęśliwa. A to mówili jakich wspaniałych mają mężów stanu, którym prawda z ust się leje niczym woda z wezbranych roztopami, potoków. Rządzili ci mężowie (czasami trafiła się i białogłowa) pospołu z dwóch stolic – jeden żelazną ręką, drugi przeciwnie, zawsze zachęcał tylko by iść do przodu wzmacniając swój przekaz mocnym zaklęciem -alleluja, znaczy się taki postęp szlachetny, by kiedyś zbudować nowy wspaniały świat ducha niezłomnego i wyplenić wszelkie chwasty trujące. I byłoby jak należy, bo wszyscy z podziwem słuchali, a z  wrażenia, aż im  „włosy im dęba stawały”, gdyby nie pewna nieroztropność. Zaczęli się bowiem pysznić ci posłowie, że u nich nie ma potwora Gender, a pycha jak wiadomo kroczy przed upadkiem.

Potwór obojętnie słuchał o sukcesach o których wieści przynieśli posłowie, ale nadstawił swe wstrętne uszy gdy dowiedział się o nie zgenderowanych obszarach niemal za miedzą. Wahał ci się jednak, bo wedle tego co mówili owi posłowie, rycerstwo Lechistanu bardzo było waleczne i w każdej chwili gotowe odeprzeć ataki Gendera na swe dziateczki o włosach płowych jak len i gęstych jak dorodna pszenica. Mieczów ci wprawdzie oni nie mieli, ale za to jakie piękne chorągwie, a jakie piękne na nich wyhaftowane napisy i symbole. Cne dziewczęta całymi nocami przyozdabiały owe chorągwie i wystarczyło tylko na nie spojrzeć, a ciarki po grzbiecie chodziły. Polne kamienie z ojczystej roli  również stanowiły ich broń. Mając to wszystko na uwadze przemyśliwał potwór co czynić i gdy tak rozważał nagle usłyszał, że w Lechistanie jest … LGBT, inaczej Tęczowa Zaraza. Wzruszył się głęboko potwór, smolisto – siarkowe łzy popłynęły po jego nadobnej mordzie, boć to był przecież jego rodzony brat/siostra. Już dłużej nie rozmyślał, ale nie tracąc ani chwili ruszył do Lechistanu, obrzydła mu bowiem owa Bruksela, gdzie już nic nie miał do roboty.

Nawet nie zauważył, że przekroczył granicę, ale zdumiała go cisza na drogach. Wnet jednak pokiwał ze zrozumieniem głową, przypomniawszy sobie, że w Lechistanie po drogach poruszają się jedynie auta elektryczne. Nie umiał sobie jednak wytłumaczyć dlaczego owa wspaniała kraina jest taka pusta,  szara i brudna, żadnego też ptaka ani zwierzęcia polnego i leśnego nie zauważył. Słyszał też, że powinny tu być puszcze niezmierzone i nawet wiedział, że coś tam uradzali w tej Brukseli na ten temat, a tu nic. Tak go to zaniepokoiło, że przybrawszy na chwilę postać biednego cudzoziemca, zapytał jakiegoś napotkanego kmiotka o przyczynę takiego stanu rzeczy. Ten popatrzył na niego bardzo podejrzliwie, wypytał czy aby nie przynosi jakiś bakterii i pierwotniaków, a potem rzekł:” Widzicie panie były tu kiedyś łąki, lasy i pola uprawne, ale zadomowili się w nich wegetarianie, cykliści i tacy z cudzoziemska nazywający się ekolodzy, niech imię ich będzie przeklęte na wieki.  Nie chcieli za nic zrozumieć jak pięknie pachnie asfalt i beton, coś tam bredzili o jakiś ptaszkach, żabkach, a najgorsze, że chcieli panie budować te wiatraki, a to czysty zabobon i średniowiecze. No i wtedy jeden ważny pan kazał te wszystkie drzewa wyciąć i wystrzelać to wszystko co między tymi drzewami chodziło, biegało czy fruwało, znaczy się porządek kazał zrobić, słusznie rozumując, że jak nie będzie drzew to i nie będzie tych ekologów, po naszemu to ich nazywają zielonymi. Ale kraj to od dawien dawna chrześcijański tedy ów ważny pan ulitował się nad nimi i kazał gdzieniegdzie malować beton na zielono.Wszakże oni zamiast kornie podziękować, w rękę dobrotliwego pana ucałować to pobiegli do tej, tfu Brukseli, skarżyć się -takie to zdradzieckie plemię, my tu ich nazywamy drugim sortem. A potem drugi taki bardzo ważny pan powiedział, że on woli te stare żarówki, żre to wprawdzie prądu co niemiara, ale to nasze, a prądu nam nie braknie nawet przez dwieście lat. Kopalnie się nowe odkryje, kominów nastawia się w każdej wsi i rychtyk będzie, jak mawiają nasi bracia Ślązacy”.

Gadał by jeszcze dłużej chwaląc dobrą zmianę,ale Genderowi spieszno było zobaczyć brata/siostrę, pożegnał więc poczciwego wieśniaka życząc mu na odchodnym krowy plus i świni plus. Idąc na spotkanie kochanej Tęczowej Zarazy układał sobie w głowie Gender plany, zawsze co dwie Gendery to nie jedna.

Dzieci, myślał, dzieci najważniejsze, bo czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Przy wyrazie „nauczy” bezwstydnie zarechotał, oj nauczy się, nauczy już w tym jego głowa. Zaczniemy, myślał dalej, od przedszkoli, a Tęczowa Zaraza rozniesie to po całej krainie, po to w końcu jest zaraza. Rozmarzył się Gender, gdy nagle do jego uszu dobiegły jakieś pojękiwania i płacze, odwraca się i… serce ścisnęło mu się z żalu na widok posiniaczonej i zakrwawionej Tęczowej Zarazy. Bracie/siostro moja, któż ci to uczynił, na mą genderową duszę przyrzekam, że nie ujdzie mu to na sucho. Nie tak łatwo –  odrzekła Tęczowa Zaraza. Szliśmy sobie spokojnie, w duchu tylko myśląc jak będziemy seksualizować niemowlaków, aż tu nagle pojawiło się rycerstwo Lechistanu w bojowym ordynku. Błyszczały w słońcu ogolone głowy młodzieńców bez zmazy nocnej, a tuż obok ruszyły matki karmiące lechickim mlekiem z dorodnych piersi, te właśnie niemowlęta W rękach trzymały taki mocny talizman z paciorków, w drugiej kamienie z pól i łąk  krzycząc żebyśmy spie… i że nie przejdziemy. No i nie przeszliśmy, to znaczy ci z nas, którzy przeszli od razu poszli do szpitala, a reszta, tak jak i ja, donośnym głosem krzycząc dla zmylenia – „precz z pedałami” jakoś doczołgaliśmy się do ciebie, wiedząc żeś już jest i będziesz nas bronił.

Słuchał tego wszystkiego potwór Gender, a z jego zaciśniętej gardzieli wydobywały się groźne pomruki w języku starogermańskim, z ust toczyła się tęczowa piana.

Uspokoiwszy się nieco rzekł: „Bracie mój kochany homosiu, lesbo miła, będziemy walczyć jakimkolwiek sposobem, przegrana walka, to nie przegrana wojna, ufność w zarazę to nasze hasło”

I tak zakończył się dzień pierwszy pobytu potwora Gender w Lechistanie naszym ojczystym, w ziemi gdzie dzięcielina pała, gdzie gryka jak śnieg biała i gdzie rozum uwiądł.

No to jeszcze raz o biskupach

 

Być może to czysty przypadek, ale dzień po tym jak zamieściłem na swoim blogu artykuł w którym „objechałem” naszych biskupów w „Na ostrzu pióra…”, ukazał się felieton P. M. Fijołek zatytułowany „Ci okrutni, źli i obciachowi biskupi” w którym autorka wzięła w obronę tychże biskupów. Zrobiła jednak to w taki sposób, który dla mnie jest dziwny. Z jednej strony podobnie jak i ja, bez żadnej taryfy ulgowej mówi o niedoskonałościach codziennych naszych hierarchów, z drugiej pisze następujące zdanie:” Ale coraz częściej dociera do mnie, że ciągłe narzekanie na naszych hierarchów i demonstracyjne odcinanie się od ich mniej lub bardziej sensownych wypowiedzi zaczyna niszczyć naszą wspólnotę”

Może najpierw o tym „odcinaniu”. Krytyka mało sensownych ( w niektórych wypadkach jest to nad wyraz łagodne określenie) wypowiedzi, nie tylko zresztą biskupów, nie jest żadnym niszczeniem wspólnoty. Jeżeli jest to czynione z elementarną życzliwością (zapewniam, że usilnie o tę życzliwość się staram, podobnie jak wiele innych osób) to wszystko jest w porządku. Nie mam również wątpliwości, że są to moi bliźni. W moim przekonaniu wspólnotę niszczą i to radykalnie, złe słowa wypowiadane przez niejednego biskupa i księdza. Może w ramach troski o tę wspólnotę zechcieliby oni więcej zastanowić się nad swoimi słowami. I tu przypadek z ostatnich dni, otóż arcybiskup  Skworc wystosował list pasterski w którym ostrzega rodziców przed deprawacją jaka może spotkać ich dzieci w szkołach na lekcjach edukacji seksualnej i antydyskryminacyjnej. Zwraca również uwagę, że nie można przymuszać dzieci do takich zajęć.

Takie sformułowanie sugeruje, że coś jest na rzeczy, że biskup wie coś o czym nie wiemy my. Wobec tego bardzo proszę o podzielenie się z nami rodzicami tą wiedzą. Moje dzieci są już wprawdzie dorosłe, ale los mojego wnuka bardzo leży mi na sercu. Nie ostrzega się w taki ważny sposób, przed czymś, co nie jest realne, choćby przed kosmitami. Trzeba jak sądzę mieć uzasadnione faktami podejrzenia. Stąd dwa moje pytania.

Na czym owa deprawacja ma polegać? Póki co, trochę wiem ze źródeł dobrze poinformowanych, że armia deprawatorów seksualnych przeszkolonych w pięciogwiazdkowych hotelach na koszt ONZ-tu, ma uczyć przedszkolaków masturbacji. Wydaje mi się to szczególnie od strony praktycznej, ale też od strony zastosowanej metodologii, rzeczą szalenie ciekawą. Jestem wprawdzie uświadomiony, ale nie aż tak bardzo. Biskup pisze, że może do tej deprawacji dochodzić w trakcie tzw. edukacji seksualnej czy antydyskryminacyjnej. Na tej pierwszej trochę się znam, bo śmiechu warto, przez wiele lat ją za pozwoleniem swojego biskupa, prowadziłem. W nastawieniu tych, którzy wtedy i dziś ją organizują na gruncie kościelnym, jest aby te lekcje edukowały na temat rozmnażania najlepiej przy pomocy przedstawiania rozmnażania pszczółek czy motylków. Dobrze by było, aczkolwiek nieco trudno to zorganizować, aby te lekcje odbywały się na polu kapusty, albo pod bocianim gniazdem. Przypuszczam, że dzieci nieco znudzone przesiadywaniem w szkolnych ławkach, chętnie i bez żadnego przymusu w takich zajęciach brałyby udział. Jeżeli chodzi o zajęcia antydyskryminacyjne, to oczywiście naszych bliźnich o odmiennej orientacji seksualnej należy kochać, ale bez przesady. Miejsce pedałów jak wiadomo jest w… rowerze, a wszelkiej maści kolorowi niech…, znaczy oczywiście chciałem powiedzieć, niech jadą do Afryki czy Azji. Mogą też zamieszkać na Grenlandii, bo póki co znanemu i jakże wybitnemu mężowi stanu na razie nie udało się jej kupić, a Skandynawowie słyną z tolerancji.

Pytanie drugie. Czy jest znany przypadek/przypadki  gdzie zmuszano dziecko do uczestniczenia w zajęciach mających charakter demoralizujący? Jeżeli miało to miejsce czy wiedziała o tym dyrekcja szkoły czy przedszkola i czy powiadomiono prokuraturę? Z tego co wiemy w przeszłości całkiem niedawnej biskupi doskonale wiedząc już nie tylko o deprawacji, ale o zbrodniach popełnianych na dzieciach, nie tylko nie powiadamiali prokuratury, ale nie reagowali na te wydarzenia nawet zgodnie z prawem kościelnym.

Pochwalam wezwanie do czujności rodziców. Ta czujność, zapisana zresztą w Ewangelii, jest faktycznie bardzo potrzebna. Nasze dzieci, i to już nie jest fantazja, są rzeczywiście zagrożone przez „wartości” promowane przez ten świat, co oczywiście nie jest żadną nowością, inna jest tylko skala tego zagrożenia. To jest obojętność na cierpienie innych ludzi, dążenie do przyjemności bez myślenia o drugim człowieku i zrównywanie tej przyjemności ze szczęściem. Ideologia nie pohamowanego niczym konsumpcjonizmu, nie tylko niszczy naszą planetę, ale powoduje, że szczególnie dzieci i młodzież są narażone, by ów pęd do posiadania uczynić osią swoich wyborów moralnych.

I tu otwiera się już nie okienko, ale okno do działań duszpasterskich. Na proste żołnierskie – nie wolno, młodzi wzruszają ramionami i robią właśnie to, co im podpowiada świat. Zadaniem Kościoła, biskupów i duszpasterzy jest aby w „terenie” dotarli do serc, uszu i rozumu młodych ludzi, tak aby najpierw dążyli do Królestwa Bożego wierząc, że wszystko inne będzie im dodane. Oni żyją, wszyscy żyjemy w świecie gdzie pokusy grzechu istnieją. Ani nie wsadzimy młodych do szklanej bańki, ani nie zlikwidujemy pokus i grzechu. Wolny człowiek musi nauczyć się odróżniać plewy od ziarna. I to jest zadanie każdego wychowawcy, duchowego i religijnego też!

Zbyt długo żyję, by nie wiedzieć, że wszędzie mogą zdarzyć się ludzie złej woli, biskupi powinni akurat dobrze o tym wiedzieć. Ale ja głęboko wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej i to do nich należy Królestwo niebieskie.

A głupie, mniej czy więcej sensowne wypowiedzi, niezależnie czyjego autorstwa, dalej będę krytykował i demonstracyjnie się od nich odcinał, także na tych łamach, przynajmniej tak długo jak Redakcja „Deonu” pozwoli.

 

 

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę!

                                         

 

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”, to powiedzenie bardzo groźne w swej wymowie pokazuje, że człowiek ponosi konsekwencje swoich działań, słów i czynów. To nie ma nic wspólnego z zemstą, ze straszeniem, taka jest po prostu nasza rzeczywistość. Któż z nas może powiedzieć, że nigdy nie poniósł konsekwencji swoich złych wyborów? Dość dawno temu obserwując jak konkretny człowiek siał wiatr, a potem przyszło mu zbierać ową burzę komentowałem to dosadnie – dobrze tak draniowi, ma za swoje. Dziś na to samo patrzę ze smutkiem, bez śladu satysfakcji, bo i z czego tu się cieszyć? Burza niszczy nie tylko jej sprawcę, ale wszystko dookoła. Trudno się cieszyć, że ktoś zawiódł pokładane w nim nadzieje, że zgorszył wielu. Jaka to radość?

Mój Kościół w Polsce na czele ze swoimi starszymi, posiał wiatr, zagubiła się w nim świadomość, tego prostego, przytoczonego na początku powiedzenia. Każdy człowiek, każda instytucja, a jest nią także Kościół, ma prawo popełniać błędy i choć to smutne, taka jest nasza ludzka kondycja. Chrześcijanin ma jednak wyraźnie sformułowaną drogę do ideału i tego ziemskiego i tego, który jest w Niebie. Jak można wszakże wrócić do niego gdy ci, którzy stoją na czele naszego Kościoła nie potrafią, czy nie umieją odczytać znaków czasu. Gdy z uporem godnym lepszej sprawy ciągle wlewają młode wino do starych bukłaków, a potem leją łzy biadolenia, gdy wino się rozlewa. Najnowszy przykład to oświadczenie Rady Głównej Episkopatu na temat przewidywanej przez tenże Episkopat seksualizacji dzieci w szkołach, demoralizować teraz dla odmiany będą samorządy. Muszę was drodzy biskupi rozczarować, otóż dzieci demoralizują się same, wszechobecnymi treściami erotycznymi w przestrzeni publicznej, telewizji i oczywiście w Internecie. Może nie zauważyliście, że czas młodzianków i dzieweczek, generalnie rzecz biorąc, się skończył. Oczywiście są dalej i z pewnością będą ludzie dla których czystość w dziedzinie swojej płciowości jest wartością. Widzę takich ludzi, którzy przeżywają tę czystość z radością, ale nie sądzę, aby się jej nauczyli z oświadczeń naszego Episkopatu. A co do reszty to przegapiliście i jest to nad wyraz łagodne stwierdzenie, szansę by młode pokolenie wychować w duchu rozumnie i godnie przeżywanej swojej płciowości. Trudno nie zgodzić się z nieco złośliwą uwagą publicystki, że :” Słuchając polskiego kleru, można czasem odnieść wrażenie, że Jezus nie przyszedł na ziemię, by głosić Dobrą Nowinę, ale po to, aby szczegółowo uregulować życie seksualne swoich wyznawców, a na pustyni nie walczył z szatanem, ale z potworem gender” (J. Podgórska)

Kiedyś tak jak potrafiłem starałem się bronić głosu mojego Kościoła, dziś nie zmieniwszy swoich wartości, zwyczajnie go nie rozumiem. Można oczywiście stwierdzić, że jestem głupi, albo że wrogiem tegoż Kościoła, co zresztą sugerują moi oponenci. Może być i tak, ale co z tymi, którzy uważają podobnie? Też są głupi i źli. Każdy kto uważa, że pogubili się nasi duchowni, to na stos z nim? Taka jest nasza wiara?

Powiedział biskup krakowski, że wmawia się ludziom, że są wolni (znaczy się, jakieś siły wmawiają), a mnie się zdaje i to w dobrym towarzystwie, że to sam Bóg „wmówił” człowiekowi, że jest wolny. Bywa, że gorzkie owoce tej wolności zbieramy, a jednak Bóg jej nam nie zabiera. Możemy w tej wolności nawet Jego odrzucić, tak jak to uczynili ci, którzy Go ukrzyżowali, a wpierwej sponiewierali. Czy On cierpiąc, jak śpiewamy w pobożnej pieśni, katusze powiedział choć jedno złe słowo? Jak długo trzeba przypominać słowa Jezusa, aby najpierw wyjąć belkę ze swego oka, a potem zająć się drzazgą w oku bliźniego? Pada wówczas słowo „obłudnicy”. Słyszę słowa potępienia za zwolnienie pracownika IKEI, za niby wyznanie swojej wiary i choć sąd to rozstrzygnie, to przecież „wyznał” tę wiarę w sposób nie mający nic wspólnego z miłością Jezusa. Gdzie byliście ze swoimi słowami potępienia, gdy tysiące ludzi zwalniano tylko dlatego, że godnie trwali przy swoich wartościach, gdzie byliście, gdy wyzywano ich od złodziei, komunistów i kanalii?

Kiedy zrozpaczony człowiek w obronie wolności targnął się na swoje życie, a jego śmierć wstrząsnęła każdym czującym człowiekiem, wy zastanawialiście się tylko nad jego grzechem, choć to miłosierny Pan zadecyduje o jego duszy. Oburzyła was, podobnie jak każdego godnego człowieka, inscenizacja „podrzynania gardła” kukle z wizerunkiem biskupa, ale gdzie byliście jak wieszano wizerunki ludzi na szubienicy w centrum miasta? Czy to dlatego, że to nie byli wasi ludzie? To przecież robili tak hołubieni przez wielu z was „patrioci”, ci sami, którzy wyją „Śmierć wrogom Ojczyzny” i „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Czy to jest jakieś nowe zawołanie rycerzy z pod Grunwaldu, czy raczej świadectwo upadku waszej katechezy wśród tych ludzi?

Żyjecie w jakimś urojonym świecie różnych zaraz, ideologii i zagrożeń, a nie widzicie jak w naszej wspólnej Ojczyźnie, także Ojczyźnie świętego Jana Pawła II, na którego tak chętnie się powołujecie, brat patrzy na brata z nienawiścią i pogardą. Ponosicie za to moralną odpowiedzialność, bo to wy jesteście pasterzami, to wam Jezus powierzył czuwanie nad swoją owczarnią.

Ile różnych podłych „ale” powiedzieliście w sprawie tragedii pedofilii w Kościele? To nie była postawa celnika, który na progu Świątyni, błagał w pokorze i uniżeniu o przebaczenie za swoje grzechy. Chętnie wydajecie oświadczenia, gdy my świeccy popełniamy błędy, ale milczycie, gdy w waszej wspólnocie padają złe i niesprawiedliwe słowa. Jesteście niesłychanie odważni, gdy sprawujecie władzę nad swoimi podwładnymi, ale milczycie gdy samozwańczy prorok zatruwa swoją chorą wizją religijności umysły i serca wiernych. Ale gdy odważny kapłan powie słowa bolesnej prawdy, to rosną wam skrzydła u ramion, gdy zamykacie mu usta.

Nie odmawiam wam waszej władzy biskupiej, nie odmawiam wam waszej sukcesji apostolskiej w jedności Kościoła Katolickiego, ale mam święte prawo, i nie ważne czy jestem zimny, czy gorący, by wołać i prosić byście w pokorze, w  mądrości serca i umysłu rozeznali rzeczywistość w której przyszło wam pełnić swoje pasterskie posługiwanie.

Na świecie i w naszej Ojczyźnie jest wiele zła, niekoniecznie tego o którym mówicie, nie pokona się go oświadczeniami i narzekaniem. Każdy z nas czeka aby okazać mu miłość i czułość, o którą tak prosi kochany Franciszek. To „niewierzący” Samarytanin najlepiej zrozumiał przykazanie miłości, mam przypominać kto przeszedł obojętnie? Oby nie sprawdziły się także do was kierowane słowa Jezusa:” Pogodę po wyglądzie nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie potraficie?”

 

Zdolność do słuchania

                                        

 

Przez wieki Ewangelia, nie mówiąc o całym Piśmie św., obrosła niezliczoną ilością komentarzy i objaśnień. Teolodzy do dzisiaj starają się wydobyć z każdego słowa Jezusa coś istotnego dla współczesnego człowieka. I bardzo dobrze, taki sam cel przyświeca kaznodziejom, choć w tym wypadku jak wiemy, różnie z tym bywa.

Czytając księgę proroka Nehemiasza  dowiadujemy się, że aby słuchać słowa Bożego zgromadzili się wszyscy „którzy byli zdolni słuchać”, którzy rozumieli słowa Pana. Nie sądzę aby chodziło tylko o zdolność słyszenia dźwięków. To każdy z wyjątkiem głuchoniemych potrafi, raczej chodziło o otworzenie rozumu i serca na przyjęcie słowa pochodzącego z ust Boga. Autor księgi zaznacza, że „uszy całego ludu były zwrócone ku księdze Prawa”

Dziś gdy słyszymy słowa Dobrej Nowiny ta zdolność słuchania, to zwrócenie uszu w stronę Ewangelii, jest również niesłychanie potrzebne. Osobliwą przypadłością ostatniego czasu jest wyrywanie dowolnych fragmentów Księgi, by przyłożyć bata domniemanym wrogom, czy urojonym przeciwnikom. A przecież każdy kto ma uszy zdolne do słuchania powinien wiedzieć, że ta Księga jest „skąpana” w Bożej miłości. Jej cytowanie, nawet literalnie słuszne, bez uwzględnienia miłości i przebaczenia Boga Jedynego, jest ciężkim przeinaczeniem sensu tej Księgi. Można jak pisze św. Paweł czynić rzeczy niesłychane, rzeczy dobre, ale jeśli nie będą spowite, „owinięte” w miłość i wynikające z miłości, to będą „ jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”, co jeszcze można uznać za komplement w porównaniu z następnymi słowami –„byłbym niczym”.

Trwa festiwal czy też brazylijski „tasiemiec” obrażania rzeczy świętych dla nas ludzi wierzących, trwa festiwal słów niechęci i obrazy względem nas. Nie mam złudzeń, że z pewnością dla niektórych jest to odreagowanie swoich „artystycznych” niepowodzeń, swojego nieudanego życia duchowego czy wreszcie sposób na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Ktoś kto właściwie nie przepracował swojej seksualności, przy pomocy narządów płciowych żeńskich i męskich, będzie starał się wyjaśnić egzystencjalne problemy ludzkiego losu, których rzecz jasna nie wyjaśni „półnagi facet na Krzyżu”. Ale my chrześcijanie mamy tego typu inscenizacje zagwarantowane dawno temu w Ewangelii. Czyż trzeba przypominać tym, którzy mają uszy do słuchania, co na ten temat powiedział Jezus? Kpiono z Niego i obrażano, posądzano, że jest w mocy Belzebuba i wyganiano z wioski do której przyszedł. Świńskie mięso było ważniejsze dla mieszkańców innej wioski, niż Jego obecność. Nawet  krewni  Jezusa podejrzewali, że z Jego głową jest coś nie w porządku. W opisie męki Zbawiciela czytamy o kolejnych upokorzeniach, o biciu i pluciu na Niego. Mógł jednym skinieniem palca tym „żartownisiom” sprawić taki łomot, że hej, a On modlił się za nich.

Daleki jestem, by na to obrażanie nas chrześcijan reagować obojętnością, ale nie wzbudzają we mnie entuzjazmu te widowiskowe protesty. Mam wrażenie, że ich autorzy swoją nagrodę za te protesty, odebrali już tu na ziemi. Może zamiast tych protestów przed teatrami w kiczowatych ubrankach zwanych przez niektórych strojami liturgicznymi, zamiast publicznego odmawiania różańca i wykrzykiwania nienawistnych słów, wynagrodzić Bogu za grzech głupoty w inny sposób. Może zrzucić się na pomoc finansową dla ludzi cierpiących głód i poniewierkę, może w ramach ekspiacji za grzechy przeciwko Bożej miłości iść do najbliższego domu opieki społecznej i porozmawiać z opuszczonymi przez własne rodziny ich pensjonariuszami, co nawiasem mówiąc jest grzechem wołającym o pomstę do Boga, może pomóc wolontariuszom „Zupy na plantach”, albo samemu ją zainicjować, może w ciszy „izdebki” pomodlić się za tych, którzy siedzą w więzieniu, może zamyślić się nad słowami Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, może nad przypowieścią o pszenicy i kąkolu może, może… Jest raczej pewne, że tego nie pokażą w telewizji i nie będzie miało polubień w Internecie, ale przecież Bóg z pewnością to zobaczy. I na koniec wpis Ks. G. Kramera:

„Dostać po twarzy to dość ciężka sprawa. To boli, nie tylko fizycznie. Dostać po twarzy przed Mszą Świętą, też do przyjemności nie należy. Kurczę, ale to zostało wpisane w naszą drogę. Zdecydowaliśmy się na taką możliwość w momencie pójścia za Nim. Tak, dostałem przed laty po twarzy, dostałem przed Mszą. I jedyne czego żałuję to rozbite okulary, cała reszta po prostu się stała. Ludzi psychicznie chorych, również takich, którym «idzie w agresję» nie brakuje. Żal mi uderzonego księdza. Żal mi też tego, że robi się z tego kolejną okazję do nakręcania obrazu «twierdzy prześladowanej i poniżanej». Tyle Dróg Krzyżowych odprawiliśmy, podczas, których mówiliśmy: chcemy Panie cierpieć z Tobą, chcemy brać na siebie zniewagi. Sami o to prosimy. Bądźmy konsekwentni”

Przecież te słowa księdza są, winny być także naszym przesłaniem.

Porządek, fajna sprawa

 

 

„Mąż tam w świecie za funtem, odkładał funt/ Na Toyotę przepiękną aż strach/ Mąż twój wielbił porządek i pełne szkło”  („Budka Suflera – Jolka, Jolka”)

 

Słowo porządek kojarzy się dobrze, podobnie jak „porządny człowiek”. Wprawdzie nie wszyscy zachowujemy porządek (wiem coś o tym), ale chyba wszyscy lubimy porządek. Dzięki zachowywaniu porządku nasza rzeczywistość jest … uporządkowana, łatwiejsza, mamy więcej czasu i zaoszczędzamy sporo sił i energii.

Ale jest gdzieś w tle nieco inne znaczenie tego słowa, niekoniecznie już tak pozytywne. Porządek może też oznaczać pewne skostnienie, poruszanie się wyłącznie tymi samymi drogami. Każda zmiana jest traktowana jako niepotrzebne zaburzenie tego raz na zawsze ustalonego porządku. Tak na marginesie  – wiele wspaniałych odkryć i wynalazków nie miało by miejsca, gdyby ich autorzy przestrzegali porządku, zarówno tego zewnętrznego, jak i myślowego. Zamiłowanie do porządku jako do raz ustalonego ładu, może obrócić się zarówno przeciw jednostce, jak i społeczeństwu.

To zamiłowanie do porządku widoczne  szczególnie w sferze życia polityczno – społecznego i religijnego, może zniszczyć jakąkolwiek kreację, może zamknąć człowieka w kręgu raz przeżytych doświadczeń, poglądów i zwyczajów. To może być nawet sympatyczne, z nutą nostalgii pragnienie, aby zawsze było tak jak kiedyś. To można zrozumieć, ale po raz kolejny chcę przywołać wiersz A. Asnyka:” Trzeba z Żywymi naprzód iść,/ Po życie sięgać nowe: A nie w uwiędłych laurów liść/ Z uporem stroić głowę!”

To zamiłowanie do porządku bywa powiązane z lenistwem umysłowym, i tu zaczyna się wcale mały problem, często ukrywany za ładnie brzmiącym słowem „konserwatyzm”. Nie chcę tu bawić się w zabawną etymologię, ale słowo „konserwa”, nie zawsze budzi pozytywne skojarzenia. Pewnie, wszyscy korzystamy z takich czy innych konserw, ale tak naprawdę najcenniejsza jest żywność świeża. Pół biedy jeśli konserwujemy tylko ją, gorzej jak swój umysł. Człowiek o umyśle zakonserwowanym jest zjawiskiem niestety dość powszechnym. Nie jest w stanie ocenić tego, co nowe, co świeże i inspirujące, bo zakonserwował swój umysł w tym, co dawne. Przy czym nie chodzi o to by wszystko co dawne odrzucić (to czynią rewolucjoniści), ale umieć dokonywać selekcji. Niedaleko mojego miejsca pracy powstał parking. Na ogrodzeniu duży napis „Parking”, jakoś jednak biznes nie chwycił, więc właściciel postanowił reklamować… nagrobki. Ustawił kilka naturalnej wielkości tychże nagrobków i czekał. Ktoś zrobił zdjęcie i wysłał do redakcji jakiegoś pisma, ta zamieściła owo zdjęcie wraz z komentarzem:” Zaparkowali na amen”. Słucham nieraz ludzi, którzy ze swoimi poglądami „zaparkowali na amen”.

Rozmawiam ze znajomymi, dla których jedynym argumentem przeciwko „Bergolio” (tak go nazywają) , jest to, że kiedyś było inaczej, nie ważne czy dobrze czy źle, ale inaczej i oni do tego „inaczej” się przyzwyczaili. Oni w swoich głowach mają idealny porządek, wszystko doskonale poukładane, nie wciśnie się tam  żadna nowa myśl, żadne nowe doświadczenie, żaden nowy ogląd rzeczywistości w której żyją. Co gorsza oni z tego są dumni i zadowoleni, a ja podejrzewam, że są… leniwi, nie są ciekawi świata i nie chcą go poznawać.

Ile ja „marnuję” czasu, by dotrzeć do interesujących mnie materiałów, by z zalewu różnych ocen, komentarzy i dokumentów wyrobić sobie właściwą, czy choćby najprawdopodobniejszą wizję otaczającego mnie świata. Wciąż spotykam i słyszę ludzi, młodych też, którzy naśladują tych, którzy kiedyś ustawiali się w kolejkach, by kupić „Expres Ilustrowany” i na tym kończyli swoją edukację obywatelską, społeczną i polityczną. Dziś też oglądają jedną stację telewizyjną, jedną rozgłośnię radiową i kupują jedną gazetę. Patrzę na nich z pewną zazdrością. Oni mają czas, którego mnie tak brakuje. Przypomina mi się humor z dawnych lat. Do milicjantów stojących na skrzyżowaniu podchodzi obcokrajowiec. Zadaje pytanie po angielsku, potem po francusku i niemiecku. Za każdym razem milicjanci bezradnie rozkładają ręce. Cudzoziemiec odchodzi, a jeden milicjant do drugiego: ”Popatrz, na cholerę mu tyle języków?”

Skoro ktoś jest przekonany raz na zawsze, że jego poglądy są właściwe („poglądy mogą ulegać zmianie, trwałe powinny być zasady” J. Giedroyć), to ma święty spokój (złośliwi mówią, że to jest największy „święty” Kościoła w Polsce). Nikt i nic ich „nie rusza”, są zadowoleni, uśmiechnięci i wierzą w jedną partię i jej ukochanego przywódcę. On rozwiązuje ich problemy i koi ich lęki, niepokoje i porządkuje ich świat. Wiadomo kto jest w nim wrogiem, a kto patriotą, gdzie jest świetlana przyszłość, a gdzie zagrożenie, dekadencja, bakterie, pierwotniaki i mrożące krew w żyłach diaboliczne idee. Ale nie muszą się o nic martwić, ukochany przywódca i jego pretorianie zadbają by porządek był ponad wszystko.

W delikatnych sprawach wiary porządek jest już wręcz nieodzowny. Żadnych nowinek, pedał jest pedałem, znaczy się zboczeńcem i pedofilem w szczególności, lewactwo tępić jak karaluchy, Ojczyzna albo katolicka, albo żadna, sierpem i młotem wiadomą hołotę, od dzieci wara – mają wyrosnąć na silnych, białych (mogą być ogoleni na  łyso) mężczyzn, kobiety mają rodzić dzieci, szczególnie te, które są atrakcyjne (to taka ostatnia opinia pewnego ważnego pana)

No to na koniec wracamy do początkowego cytatu. Trochę niestosownie jak na katolicki portal wielbić „ pełne szkło”, ale porządek jak najbardziej, a zacząć trzeba od… nieporządku we własnej głowie,  czego sobie, bo nie jestem bez winy, i moim bliźnim szczerze życzę.

Diagnoza i terapia

 

 

Byłem nastolatkiem i jechałem na swój pierwszy akademicki obóz z duszpasterstwa. Niestety już w pociągu coś złego zaczęło się dziać z moim zdrowiem. Opuchlizna zaczęła pojawiać się na całym ciele, serce biło jak oszalałe. W szpitalu do którego trafiłem lekarze nie mogli zdiagnozować przyczyny, a stan był poważny. Wykluczali kolejne, ale prawdy o moim stanie dalej nie mogli odkryć. Wreszcie jeden z nich powiedział:” Chłopak ty nam powiedz, godzina po godzinie co robiłeś w ostatnim tygodniu”? Zaznaczył, że wszystko jest ważne. I tak opowiedziałem jak miałem rozciętą głowę i na pogotowiu oprócz jej zeszycia, podano mi surowicę przeciwtężcową. No i stało się jasne, zachorowałem na chorobę po surowiczą.

Dlaczego o tym piszę? Żeby rozwiązać trudny problem, trzeba najpierw postawić diagnozę, trzeba pytać o przyczynę problemu. Jeżeli ta diagnoza będzie niedokładna czy wręcz fałszywa, to możemy pożegnać się ze skuteczną terapią.

Od długiego już czasu wielu ludzi przejętych sprawami wiary i Kościoła, zastanawia się nad przyczynami aktualnego kryzysu tejże wiary, zastanawia się jak dotrzeć nie tylko do tych, którzy już są w Kościele, ale także do tych, którzy są, jak mówi kochany Franciszek, na jego peryferiach. To właśnie on wyznacza kierunek w którym Kościół, a więc my wszyscy pod przewodnictwem naszych pasterzy, powinniśmy podążać. Tu oczywiście nie można zmienić nawet jednej litery z zasad naszej wiary, ale można i trzeba tak je odczytać i przedstawić, aby były zrozumiałe dla człowieka naszych czasów. Powiem więcej, choć już widzę złośliwe komentarze, ta wiara powinna być atrakcyjna dla współczesnego człowieka, tak atrakcyjna, bo Jezus jest atrakcyjny, bo wizja, którą przed nami kreśli w Ewangelii jest atrakcyjna. A ponieważ nie wlewa się młodego wina do starych bukłaków trzeba na nowo przemyśleć duszpasterstwo. To ma być właśnie „pasienie dusz”, to właśnie pasterz ma znaleźć zielone pastwisko i soczystą trawę! I tu zaczynają się pierwsze „schody”, bo niemała część duchownych i świeckich takie rozumienie uważa za zamach na wiarę, Kościół i ich samych. Chciałoby się na ten zarzut odpowiedzieć jednym zdaniem:” Ludzie opamiętajcie się!” Dlaczego i na jakiej podstawie zarzucacie tym, których lekceważąco, żeby nie powiedzieć pogardliwie, nazywacie reformatorami, otwartymi, czy czytelnikami „jednej gazety”, złą wolę i chęć rozwalania Kościoła? Dlaczego zarzucacie im pychę? Kościół jest moim domem, co to za dom w którym nie można rozmawiać, dyskutować, a nawet się wyżalić?

Młody chłopak siedzi naprzeciwko tabernakulum w niewielkiej kaplicy, wpatruje się w ukrytego Jezusa i je kromkę chleba. Podchodzi do niego zakonnik i zwraca mu uwagę na niestosowność jego zachowania. Chłopak łagodnie się uśmiecha i mówi:” Jestem w domu mojego Ojca, jestem głodny, dlaczego nie mogę zjeść kawałka chleba?”

Tę diagnozę obecnego stanu Kościoła formułuje wielu wspaniałych ludzi, także na „Deonie”. Nie jestem wspaniały, ale także nie po raz pierwszy dorzucam swoje „trzy grosze”. W tej diagnozie są dla mnie dwie rzeczy oczywiste – historia i teraźniejszość. Historia nie tak odległa, bo to historia moich rodziców i dziadków. Ona jest w bardzo wielu środowiskach, szczególnie wiejskich czy małomiasteczkowych, wciąż bardzo żywa, bardzo obecna w teraźniejszości i nie jest to bardzo często dobra historia. Dla wielu dzisiejszych młodych i w średnim wieku ludzi nieraz kompletnie niezrozumiała. Kto dziś wie, że patrząc na wsie, które są coraz bardziej terenem misyjnym, jak wyglądało duszpasterstwo w latach przedwojennych i powojennych? No to parę szczegółów. Spowiedź była płatna, tak płatna. Dwa razy do roku organista rozwoził tzw. kartki do spowiedzi, za które płacono najczęściej produktami rolnymi. Mój dziś 84 – letni wujek tę opłaconą przez ojca kartkę zgubił. Z wielkim trudem przyszło mu przekonać proboszcza aby go wysłuchał, w końcu wyspowiadał go, ale ostrzegł, że następnym razem tego nie uczyni. Jego ojciec próbował negocjować zapłatę (bo przecież nie ofiarę) za ślub i usłyszał, że jak go nie stać na ślub, to niech żyje „na kocią łapę”. Gospodyni na plebanii nierzadko była, mówiąc dzisiejszym językiem, partnerką księdza i tu taka „zabawna” anegdota. Po poświęceniu krzyża, u gospodarza małe przyjęcie. Jeden ze starszych chłopów będących na „ty” z proboszczem mówi:” Maciej, a gdzie twoja kobita?” Och – odpowiada ksiądz – wy to tam Antoni takie głupstwa gadacie. Jakie głupstwa – mówi Antoni, śpisz z kobitą, a nie bierzesz  jej na przyjęcie. Zebrani śmieją się, a proboszcz bez zbytniego zażenowania, macha ręką i na tym się kończy. Lud boży patrzył na to nawet z pewnym zrozumieniem. W takich niewielkich wspólnotach wiele nie dało się ukryć. Pazerność, pokrzykiwanie na wiernych, obowiązkowe traktowanie ich „z góry”, czasem pijaństwo i rozrywkowy tryb życia były na porządku dziennym. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w cyklu wykładów o sytuacji Kościoła katolickiego w Europie środkowo – wschodniej znany publicysta katolicki stwierdził między innymi, że przedwojenny Kościół w Polsce był „obrzydliwie bogaty”. Organizator tego spotkania w kościele O. Jezuitów, ś.p. Ojciec Stefan Miecznikowski, niesłychanie zasłużony dla łódzkiego Kościoła kapłan, tylko smutno pokiwał głową. Powie ktoś, że to były incydentalne zachowania, no niekoniecznie, taka była wówczas atmosfera, takie były doświadczenia tych ludzi. O takich „jednostkowych” przypadkach można napisać grubą książkę, dzisiaj zresztą też. Byłoby, co zawsze podkreślam, oczywistą niesprawiedliwością twierdzić, że tylko to składa się na historię mojego Kościoła, ale jest faktem, że wiele ludzi zarówno wtedy jak i dziś, ma tylko takie doświadczenia. One zostawiły i zostawiają w wielu wiernych bardzo przykry osad. Tu nie chodzi o babranie się w historii, tu chodzi o to, by ona faktycznie była nauczycielka życia.

Do znudzenia słyszę w Kościele o niby przyczynach odchodzenia od wiary i tegoż Kościoła. Wciąż ci sami lewacy, liberałowie, bezbożna Unia. Wcześniej nieistniejący u nas uchodźcy, mieli zniszczyć tę wiarę, teraz jest czas na środowiska LGBT. Tak na marginesie słucham wystąpień niektórych naszych hierarchów opowiadających mrożące krew w żyłach opowieści o tym, co wyprawiają ci zboczeńcy w szkołach i zastanawiam się dlaczego nie powiadamiają prokuratury. Jeśli im wierzyć to policja na sygnale powinna do tych szkół jechać i wyprowadzać tych zboczeńców w kajdankach. Przecież przy niesłychanej w ostatnich dziejach Polski, fraternizacji tronu i ołtarza, prokuratorzy na wyścigi stawiali by tym deprawatorom zarzuty karne, ale jakoś  nic nie słyszę.

Gdybym mojej kuzynce, która chodzi do kościoła „od czasu do czasu”, powiedział, że uległa lewackiej propagandzie, to zapewne usłyszałbym propozycję, abym sobie zrobił zimny okład na głowę. Jej się po prostu nie chce iść, jak wielu innym, do tego kościoła, ona nie ma takiej potrzeby. Jej rodzice, ani duszpasterze, których spotkała w swoim życiu, tej potrzeby nie zaszczepili, nie ukazali obrazu kochającego Boga. To co przekazali, bo coś tam przecież przekazali, nie wytrzymało próby czasu i życia. Nie zwalniam jej, tak samo zresztą jak i siebie, z osobistej  odpowiedzialności, ale to już inny temat.

Zdaję sobie sprawę z wielorakich trudności duszpasterskich, to prawda, że ten świat obojętnieje nie tylko na Boga, ale w ogóle na życie wartościami, ale” sorry taki mamy klimat”.  Prowadzenie ludzi do Boga, prowadzenie wielorakimi drogami, jest jedynym sensem kapłaństwa i wielu duchownych to wie i rozumie. Tak przecież modny (choć przecież nie o modę tu chodzi) churching jest tego dowodem. Dlaczego młodzi ludzie, których tak dramatycznie brak w kościołach, jadą przez pół miasta, by uczestniczyć w konkretnej Mszy św.? Ano właśnie dlaczego? Kto ze starszych Kościoła zadaje sobie to pytanie? Kto wie, może je sobie zadają, tylko odpowiedzi brak, a ona jest prosta. Owce potrafią wyczuć gdzie jest zielona trawa, którą nasycą głód, potrafią znaleźć pasterza, który zatroszczy się o nie. Ot i cała filozofia. Jezus wie gdzie posyła pasterzy i wie co może ich spotkać, tak samo jak wiedział co spotka Jego. Może, nie znaczy musi, dziś rola i zadania pasterza są inne, ale zasada jest ta sama – to on ma szukać owiec, a nie owce jego. Jakim prawem wykluczamy ze wspólnoty ludzkiej i wspólnoty Kościoła kolejne środowiska? Jakim prawem pasterze przyjęli obłędną strategię rządzących dzielenia ludzi na lepszych i gorszych? To nie ta wiara, to nie ta Ewangelia!

Co czynić abyśmy byli my chrześcijanie faktyczną wspólnotą, a nie tylko tą z ogłoszeń parafialnych? Co czynić abyśmy byli jedno, co czynić abyśmy do przykazania miłości Boga i bliźniego nie dodawali słowa „ale”, albo „ z wyjątkiem”? Tu nie ma jednej recepty, każdy duszpasterz, każdy z nas tę receptę musi sam sobie wypisać. Można oczywiście tak jak w Białymstoku w jednej ręce trzymać różaniec, a w drugim kamień, tylko to jest splugawienie naszej wiary. Ten, kto wreszcie powie, że dość tej nienawiści w której jest spowita nasza Ojczyzna, ten będzie bratem naszego Boga, ten będzie z Ojczyzny mojej.

 

Biskup w buciorach

 

 Kilka tygodni temu światowe media obiegło zdjęcie kostarykańskiego biskupa śpiącego na jakiś liściach w puszczy. Na nogach miał ubłocone buciory. Okazało się, że biskup niósł dary do oddalonego o wiele kilometrów plemienia indiańskiego i choć dla biskupa taka posługa nie była niczym nadzwyczajnym, to zamieszczone zdjęcie robi niesamowite wrażenie. Od razu zaznaczam, że na dzień dzisiejszy nie oczekuję od żadnego z naszych biskupów, aby spał w lesie na ściółce. Ów biskup potraktował bardzo dosłownie słowa Jezusa o pasterzu i owcach powierzonych jego pieczy. Widać nie było innej możliwości, więc wziął plecak na ramiona i poszedł do ludzi, którzy na niego czekali, a że się zmęczył to położył się na ziemi i usnął.

Opowiadał mi kiedyś znajomy Syryjczyk, że u nich jak na hali pasą się owce różnych pasterzy, to każde stado rozpoznaje swojego właściciela po jego głosie. Nie o niczym innym mówi też Jezus. Przypuszczam jednak, że gdyby owce widziały swojego pasterza od czasu do czasu, to ta ich znajomość byłaby bardzo marna.

Uważałem i uważam, że podstawowym problemem naszego Kościoła jest to, że duchowni wszystkich szczebli stracili kontakt z rzeczywistością w której przyszło im żyć. Stracili kontakt i autentyczną więź ze swoimi wiernymi. Pasterz przestał znać swoje owce, a owce przestały znać pasterza. Pasterz zamiast czułego spotkania ze swoim stadem, został pasterskim urzędnikiem. Procedury są zachowane, papiery w porządku, statystyki można różnie interpretować, a owce namawiać, żeby były grzeczne, żeby nie uciekały, bo stado wilków tylko czeka aby je pożreć. Tyle, że współczesna owca jest niegrzeczna, ceni sobie wolność, jakkolwiek by ją rozumiała, papiery ją nudzą, a z wilków się śmieje. Ot i bałagan, zupełnie jak w dowcipie o dwóch radzieckich turystach w Paryżu. Postanowili sobie kupić samochód, poszli więc do urzędu miejskiego i mówią urzędnikowi – chcemy kupić samochód. Ten nieco zdziwiony pyta – a pieniądze macie – mamy – odpowiadają. – No to kupujcie. No tak – mówi jeden z nich, ale jak kupimy, to możemy jechać na wycieczkę? Ludzie – mówi urzędnik, lejcie benzynę do baku i miłej drogi. Wania i Sasza popatrzyli na siebie, wyszli z pokoju i jeden z nich stwierdza: ”Patrz tyle lat po wojnie, a u nich taki bałagan”. No więc możemy się zgodzić, że bałagan z tymi owieczkami jest, ale pasterz z Ewangelii też lekko nie miał. Wprawdzie raz zwiała tylko jedna, ale tak w ogóle to On przyszedł właśnie po to, aby tych zagubionych owiec szukać. Ale jak można kogoś szukać jak się go nie zna? Jasne, najlepiej lubimy te piosenki, które już znamy i równie przyjemnie i komfortowo czujemy się wśród ludzi, których też znamy i wiemy czego po nich się spodziewać, i czego od nich oczekiwać. Tyle, że to nie jest strategia apostolska, tylko strategia znudzonego urzędnika, który czeka tylko na koniec pracy. Nie mogę się powstrzymać by w tym kontekście nie przytoczyć anegdoty opowiedzianej przez dominikanina O. J. Kłoczowskiego. Otóż pewien nasz rodak zabił w afekcie swojego ojca. Poczuwszy żal, poszedł porozmawiać do księdza  anglikańskiego. Ten jak prawdziwy dżentelmen wysłuchał go, uświadomił mu jak ciężkiego dopuścił się grzechu, zalecił pokutę i modlitwę o nawrócenie. Mężczyzna wracając do domu przez Niemcy, poszedł tym razem do pastora. Ten nie przebierając w słowach wyzwał go od najgorszych drani, ale docenił żal i skruchę i wezwał go do zadośćuczynienia za zło, które wyrządził. Już w Polsce ciągle targany wyrzutami sumienia, uklęknął w konfesjonale i mówi do spowiednika: proszę księdza, ja zabiłem swojego ojca. Z za kratek słyszy znudzone – ile razy?

Mamy więc jakże często może znudzonego, może zniechęconego parafialnego urzędnika z jednej strony, a z drugiej petenta, który przychodzi do kościoła „na wszelki wypadek”, albo by załatwić usługę kościelną. Zapotrzebowanie na nią jest ciągle jeszcze duże, więc można wyciągnąć wniosek, że wcale nie jest tak źle jak niektórzy mówią i piszą (patrz autor bloga). Tak naprawdę ani jedna ani druga strona nie jest z tego powodu szczęśliwa i w głębi serca szuka czegoś innego, czegoś co jej pracy nada sens, a życiu wartość.

Tu nie ma czasu na „gdybanie”, bo czas nie ma zwyczaju czekać. Wielu, także duchownych, proponuje głęboką reformę nauczania w seminarium, dziś rola księdza jest inna niż choćby pięćdziesiąt lat temu. Dziś wiemy dużo więcej o potrzebach człowieka niż kiedyś. Trzeba nauczyć się rozpoznawać te potrzeby i odpowiadać na nie. Zmieniła się radykalnie sfera relacyjności z innymi ludźmi. Wielu pojęciom jak chociażby wspólnota trzeba nadać nową formułę. By zmienić oblicze świata nie wystarczy powiedzieć mu „nie”. Istota kapłaństwa jest niezmienna, ale dziś może bardziej niż kiedykolwiek, wierni potrzebują empatycznego przewodnika, który nie tylko wskaże drogę, ale zatroszczy się o nich, szczególnie o tych, co wleką się gdzieś ” w ogonie” On ma tak prowadzić, aby dostrzec najsłabszych i pogubionych, bo tak jak Jezus nie przyszedł  leczyć zdrowych, tylko źle się mających, tak i teraz kapłan, jak mówi kochany Franciszek, ma wyjść na peryferie. To prawda, że są wśród nas księża, kapłani, którzy otwierają szeroko ramiona, którzy swoją wiarą karmią każdego, którzy czekają i wybiegają naprzeciw.

To ani kiedyś, ani i dziś nie jest wydumany problem – brakuje tych robotników na żniwa pańskie i z pewnością najemnicy tego problemu nie rozwiążą. Tych pytań i refleksji jest ogromnie dużo, tylko starsi naszego Kościoła albo ich nie słyszą, albo, nie daj Boże, nie chcą usłyszeć.

 

 

Karawana i psy

 

 Jest takie powiedzenie:” Psy szczekają, karawana idzie dalej”. Można je rozumieć dosłownie i w przenośni, ale oznacza ono to, że nie zważając na różne przeciwności, trzeba iść do celu. Swego czasu W. Młynarski w jednej ze swoich piosenek bardzo sensownie pouczał :” Róbmy swoje”, otóż to, nie zważając na owe przeciwności, których symbolem jest to szczekanie psa, trzeba iść do przodu. Mniemanie, że nasza droga do celu będzie łatwa i miła, jest co najmniej naiwnością. Chrześcijanin musi liczyć się z tym, że to „szczekanie” symbolizujące niechęć, naigrawanie, a nawet nienawiść, będzie jego chlebem powszednim. Jezus wyraźnie powiedział, czego On doznaje od świata i czego doznają Jego uczniowie. Czy wobec tego mamy być obojętni na doznawane zniewagi i przykrości? Niekoniecznie. Nikt od nas tego nie żąda i nie oczekuje. Nie musimy iść jak owce na rzeź. Pytanie brzmi – czy mamy odpowiadać tym samym, czy musimy wyciągać miecz i podnosić kamień? Czym wówczas różnimy się od tych, którzy Boga nie znają, a nawet nie chcą Go poznać? Jezus tłumaczy, że odpowiadanie dobrem za dobro jest czymś naturalnym. To jest oczywiście i miłe i sympatyczne, ale do tego nie potrzeba być koniecznie chrześcijaninem, nie potrzeba być Jego uczniem.

Bóg może przemawiać do nas i przemawia różnymi sposobami, tak jak różnymi sposobami prowadził lud wybrany przez pustynię. Może warto się zastanowić, czy to co jest dla mnie przykre i smutne (bo jest!), nie kryje w sobie jakiegoś sensu czy ukrytego znaku. To nie usprawiedliwia czyniących zło, ale dla nas może być jakąś wskazówką, może uświadomić nasze braki i przewinienia. To może być ową pinezką, która przebije balon naszej pychy, samozadowolenia i głupoty też!

Tak się jakoś składa, że po 1989 roku nasz Kościół bez przerwy jest… prześladowany, żeby była jasność – ja Rafał nie czuję się prześladowany. Słuchając naszych duchownych można wnioskować, że jesteśmy otoczeni nieprzyjaciółmi, którzy tylko czekają na naszą zgubę. Aż dziw, że w tej martyrologii jeszcze jakoś (myślę, że nie tylko „jakoś) nasi pasterze żyją i mają się dobrze. Obserwując tę „martyrologię”, te nieustanne „prześladowania” i narzekania, najpierw czuję wstyd, a potem mam ochotę powiedzieć tym najgorliwiej skarżącym się – drodzy… puknijcie się w te wasze dostojne głowy. Może zapytajcie o prześladowania chrześcijan w Korei Północnej, Chinach czy w niektórych krajach azjatyckich, może zapytajcie co oni jedzą na obiad i jak mieszkają? Zapytajcie chrześcijan z niektórych rejonów Afryki jak smakują im dania, które wy jecie każdego dnia, zapytajcie ich czy wolą na deser kieliszek czerwonego wina, czy może lody z bakaliami?

Czy to, że margines naszego społeczeństwa robi sobie głupkowate przedstawienia, albo postuluje by Kościół Katolicki uznać za zorganizowaną grupę przestępczą – to jest prześladowanie? Przecież ci o których wcześniej wspomniałem, na kolanach by Bogu dziękowali za takie „prześladowania”

Nie wiem jaka będzie przyszłość, nie jeden raz już nasz świat oszalał, ale kilka rzeczy wiem na pewno: każdy włos na naszej głowie (także głupiej, co jest pewną nadzieją) jest policzony, Ojciec wie czego nam potrzeba i nie stawia żadnej granicy naszym prośbom do Niego, wyrysował nas na swojej dłoni i utkał w łonie naszej matki. Nas też może przeprowadzić suchą stopą do ziemi obiecanej.

Kiedy już wykrzyczymy nasze oburzenie, nasze przykrości i krzywdy, nieważne czy prawdziwe czy urojone, to w następnej kolejności wypowiedzmy słowa hymnu :” Tobie Panie zaufałem nie zawstydzę się na wieki”. Tobie Panie, nie innym ludziom, nie światu, tylko Tobie. Moja droga, moja i moich bliźnich karawana ma jeden cel – dojść do celu. Pewnie, fajnie by było aby z każdym przebytym kilometrem była coraz liczniejsza, a że „psy” będą szczekały – może to i dobrze. Jak się idzie szeroką i wygodną drogą to wiadomo gdzie można zajść.

Udawany dialog

 

 W roku 1969 wybuchł konflikt między komunistycznymi Chinami i Sowietami, znany jako konflikt na rzece Ussuri. Długie rozmowy pokojowe między dyktatorami komentowano następującą anegdotą:” Dwaj towarzysze Breżniew i Mao wybrali się na polowanie, by nieformalnie porozmawiać na temat konfliktu. Breżniew miał więcej szczęścia i ustrzelił tygrysa. No ładnie, ale takie bydle trochę waży, na plecy nie da się go wziąć, wobec tego Breżniew poszedł zorganizować transport, a Mao miał pilnować tygrysa. Po jakimś czasie podjeżdża ciężarówka, Breżniew wysiada zadowolony, ale ku jego zdumieniu tygrysa nie ma. Mao gdzie jest tygrys? – pyta Breżniew. Na to Mao – jaki tygrys? Mao, mówi Breżniew – nie wygłupiaj się, byliśmy na polowaniu, ja upolowałem tygrysa – tak? – No tak – odpowiada Mao, i ja – dalej mówi Breżniew, poszedłem po ciężarówkę, a ty miałeś pilnować tygrysa – zgadza się? – No zgadza się – to ja ciebie Mao pytam gdzie jest ten tygrys? – Jaki tygrys?” Mao  zastanów się, byliśmy na polowaniu – no byliśmy, ja upolowałem tygrysa – no upolowałeś, Mao to gdzie do cholery jest ten tygrys? – Jaki tygrys? Komentarz do tej anegdoty – rozmowy radziecko – chińskie, toczą się nieustannie.

Myślałem, że tej anegdoty już nie będę opowiadał, ale śledząc dialog mojego Kościoła, a ściślej rzecz biorąc dialog biskupów i starszych tego Kościoła z nami wiernymi, jakoś tak mi się przypomniała. Napisałem „dialog” bez cudzysłowu i mam nadzieję, że będzie mi to policzone jako zasługa. W zasadzie jest to monolog – jedni mówią, pouczają, piszą i ogłaszają, drudzy czyli my słuchamy czy raczej nasi biskupi mają naiwne przekonanie, że wierni z uwagą i pokorą ich słuchają. Gdyby faktycznie ich światłe rozeznanie rzeczywistości i znaków czasów, miało miejsce, to nasze kościoły byłyby pełne, ale nie są, i to jest fakt. Najliczniejszą grupą wiekową są… emeryci, bardzo pięknie tylko czy czegoś aby nie zauważono? Inne wyznaczniki wiary ludu Bożego, też dalekie są od tej „pełności”.

Widać te owce jakieś pogubione, pasą się na złych pastwiskach pełnych: a/ genderów  b/ liberalizmów c/ kultury śmierci d/ ateistów, a ostatnio też tej tęczowej zarazy i ziela trującego, które seksualizuje wszystko co tylko się da, nawet niemowlaków. Po zeżarciu tego paskudztwa, lud bezbożny zwiera szyki, formułuje dywizje i rusza do ataku na Kościół ze szczególnym uwzględnieniem naszych pasterzy i innych wybitnych ludzi Kościoła (nazwisk nie będę podawał, by nie podważać ich cichej pokory z której tak bardzo są dumni). To jest wersja oficjalna, niektórzy mówią – dla dziennikarzy. No to teraz moja wersja alternatywna. Pozwolę ją sobie zacząć od przenikliwego stwierdzenia K. Zanussiego z wywiadu zamieszczonego kilka dni temu na „Deonie”. Brzmi ono następująco:” To jest ten kisiel, w którym bardzo wielu, szczególnie hierarchów, prowadzi swoją działalność. Jakby nie zdawali sobie sprawy, że tu i teraz rozstrzyga się, jak zawsze, los jutra i że jeżeli wiara nie jest gorąca, to jest żadna […] Jest kilku (podkreśl. moje) biskupów, którzy mają dobre, powszechne oddziaływanie…”

Kisiel dobra rzecz, ma miły smak, wygląd i zapach, no tylko ta konsystencja. Łatwo sobie wyobrazić, jak w takim kisielu porusza się człowiek. Z jednej strony bardzo powoli, noga za nogą, daleko w nim się nie zajdzie, ale jaki komfort i bezpieczeństwo. Żadne zakwasy nie grożą, każdy upadek zostanie przyjemnie zamortyzowany. Niby coś się dzieje, ale takie to rozleniwiające. Wszystko wydaje się obłe, żadnych ostrych krawędzi, nawet jak  chce się zrobić jakiś gwałtowniejszy ruch, to tylko chlupnie i koniec. Można jeszcze wiele mówić o pozytywach kisielu, ale górski potok to z pewnością nie jest, na głębię w kisielu również nie da się wypłynąć. I tak to wygląda. Laska pasterska dawno została wymieniona na kosztowny pastorał – urządzenie nieco niewygodne do pasienia owiec, ale nieodzowne jeśli jego właściciel zechce groźnie postukać na niegrzeczne owce.

Na co dzień nawet nieźle to wygląda – wy sobie, my sobie, „każdy sobie rzepkę skrobie”. Wy sobie przemawiacie zawsze z niezmienną powagą i zatroskaniem, ale przede wszystkim z dogłębną znajomością rzeczy. Nie zaryzykuję pomyłki jeżeli stwierdzę, że znacie się na wszystkim. Jeden biskup, (przepraszam, wielu biskupów), zna się na katastrofach lotniczych i aż dziw, że nie jest zatrudniony na pół etatu w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Znaczy się, takie duchowe spojrzenie na trajektorię lotu, w końcu samoloty, jak mówimy, lecą po niebie. Inni znają się na psychologii rozwojowej dzieci i młodzieży, ktoś z ekscelencji zrobił habilitację z politologii i zawsze wie jakiej partii sukcesy są także sukcesami Kościoła. Jest także liczne grono wybitnych znawców Unii Europejskiej, w odróżnieniu od nas dawno już odkryli, że tak naprawdę to nasi okupanci („Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”), którym musimy płacić „kontrybucję”. Ale jest na to sposób – pewien gorliwy komentator, równie gorliwej rozgłośni, zauważył przy jakiejś okazji, że obóz w Oświęcimiu jest chwilowo nieczynny, nieczynny ale jest! Są też znakomici menadżerowie, którzy nie pomni, że nawet „w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu”, ten owies z sukcesem przerabiają na ryż. Najmniej jest specjalistów od…Ewangelii – …”jest kilku”. Przypomina mi się stary dowcip. Do tramwaju wchodzi staruszka, wszystkie miejsca siedzące są zajęte przez młodych ludzi, nikt nie ustępuje miejsca i staruszka smutno stwierdza – Widzę, że dżentelmenów tu nie ma. Na to jeden z siedzących – Droga pani, dżentelmenów od cholery, tylko miejsc wolnych nie ma”. Kiedyś mówiło się, „że szewc bez butów chodzi”.

No to ja zwyczajny chrześcijanin, zwyczajny uczestnik Kościoła Katolickiego w Polsce mam taką sobie zwykłą prośbę – drodzy biskupi, drodzy przełożeni i starsi w Kościele, załóżcie te buty! Naśladujcie tych, których Jezus rozsyłał, On wyraźnie mówił, że potrzeba robotników, jeszcze raz – robotników. Nic nie mówił o eminencjach, ekscelencjach, przewielebnych, czcigodnych i dostojnych, mówił o robotnikach! Gdzieś was przyjmą, gdzieś was wypędzą, zapewne powiedzą też uprzejmie, że posłuchają was innym razem. Uzdrawiajcie, pocieszajcie, dawajcie pić ze źródła, tam gdzie potrzeba płaczcie i radujcie się z innymi. Może warto abyście odkurzyli słowa Jezusa mówiące o tym, że Ojciec zsyła deszcz i słońce na wszystkich i nie spieszcie się z wyrywaniem kąkolu, bo to nie wasze kompetencje. Wy macie szukać zagubionych owiec, brać je na swoje ramiona i nieść do owczarni, a nie krzyczeć na nie i zapędzać kijem do zagrody. Gwarantuję wam, że pracy starczy wam do końca świata i jeden dzień dłużej.

Wiem, wiem, kiedyś było inaczej, i pierwsze miejsca za stołem, przywileje i poddaństwo, fajnie było, ale to się nie wróci! Trzeba po życie sięgać nowe, jak mówi poeta, a nie wspominać jakie to kiedyś były grzeczne owieczki. Może i te owieczki trochę dziwne, może i nieco przemądrzałe, ale innych nie macie. Był wprawdzie król bez ziemi, ale o pasterzu bez owiec – ot, i ja nie słyszał. Może warto też, jak radził kochany Franciszek, od czasu do czasu przejść się po cmentarzu, to zresztą każdemu z nas dobrze zrobi. Jestem przekonany, że w „wypasionej” trumnie leży się tak samo, jak w tej zbitej z sosnowych desek i z zagłówkiem z trocin.

Już miałem tak smutno kończyć, ale spojrzałem na zdjęcie mojej kochanej córki i przypomniało mi się dawne wydarzenie. Siedziałem sobie nieco rozleniwiony po całym dniu pracy i głośno myśląc stwierdziłem, że podłoga w kuchni jest brudna. Na to moja czteroletnia córka :” To bierz do cholery szczotkę i zamiataj”. Wszelkie aluzje są oczywiście przypadkowe i nieuprawnione.

Nie warto w pustkę iść!

 

 

Według kryteriów demograficznych zaliczam się już do ludzi starych. Trudno się mówi, ale w związku z tym mam przywilej słuchania bez zbytniego obciachu piosenek z ubiegłego wieku. Ostatnio „wpadła mi w ucho” piosenka „Czerwonych Gitar” (to taki zespół jak się wtedy mówiło Big – Beatowy) a w niej słowa:” Nie warto w pustkę iść”. No ładny banał, tylko dlaczego i wciąż tak wiele ludzi w tę pustkę ochoczo lezie?

W filmie „Emmanuel”, dziś mówi się o nim „kultowy”, jest pewna scena. Do głównej bohaterki filmu przychodzi młode dziewczę o wyglądzie nimfomanki. Siada na fotelu i po chwili bierze do ręki kolorowy magazyn. Na jego okładce jest zdjęcie przystojnego mężczyzny, kładzie sobie owe czasopismo na kolanach i, jak to się ładnie mówi, zaczyna sobie robić dobrze. Kiedy po chwili osiąga swoje szczęście rzuca ów tygodnik na ziemię.

Ta scena jest w jakiś sposób symboliczna, bardzo wiele mówi o tym, jak może wyglądać ludzka seksualność. Przecież prostytucja sprowadza człowieka do roli przedmiotu służącego do zaspokojenia, jakby powiedział Przybyszewski, chuci. Po jej zaspokojeniu, ktoś służący temu jest odrzucany z lekceważeniem i pogardą. Tylko ten „ktoś” jest osobą ludzką!

Patrzymy na zjawisko prostytucji i coraz powszechniejszego sponsoringu pod kątem doraźnych szkód jakie one niosą, ale przecież najważniejszą, trudną do zmierzenia szkodą, jest zakwestionowanie ludzkiej godności. Szokują nas (na razie) doniesienia mediów o coraz większej ilości miłośników plastikowych „kobiet”, jak się okazuje przejście od żywej, ale uprzedmiotowionej osoby do jej plastikowego zamiennika, okazało się wyjątkowo proste. Jeden Bóg wie co jeszcze wymyśli człowiek i czym się to skończy.

Tę pustkę widać w wielu różnych sprawach. Nie ma tygodnia, by popularne czasopisma czy serwisy internetowe nie donosiły, że jacyś znani ludzie, albo są w trakcie rozwodu, albo są już po nim. Nie trzeba dodawać, że bardzo szybko odnajdują swoje szczęście w ramionach innych osób. To samo, choć w mniej widoczny sposób, dzieje się wśród tzw. normalnych ludzi. Tu pouczającą lekturą jest rocznik statystyczny podający liczbę rozwodów, a przecież nie uwzględnia on „rozwodów” partnerskich. O ile bywalcy agencji towarzyskich raczej nie twierdzą, że szukają tam miłości, o tyle wszyscy inni, jak najbardziej. Przeciętna długość tej miłości (nie wiem czy pisać w cudzysłowie, czy nie), trwa około trzech lat, potem jest następna, kolejna itd. Pustka zmarnowanego życia, a dla chrześcijanina życie bez wartości. Trzeba jednak sprawiedliwie przyznać, że wiele osób tej pustki nie doświadczy. Ściśle rzecz mówiąc nie doświadczy jej w tym rozdaniu życia.  Doświadczy jej w innym miejscu i czasie, ale to już inny temat.

Na razie mimo, że ewidentnie w tę pustkę lezą, bardzo mądrze, a nawet pięknie ją uzasadniają. Żaden chrześcijanin oczywiście nie powie, że szóste przykazanie Dekalogu go nie obowiązuje, raczej udowadnia, że to pomyłka drukarska, czy raczej kamieniarska. Miało być „cudzołóż”, ale chochlik kamieniarski sprawił, że zupełnie niepotrzebnie znalazło się „nie”. Pan Bóg mógł być zmęczony (po stworzeniu świata – był), pomyłki nie zauważył i po dziś dzień tak zostało. Świadomi tej boskiej pomyłki zdecydowana większość chrześcijan mieszka ze sobą przed ślubem sakramentalnym.

Oczywiście oni w ogóle to tego nie chcą, niemal czują się do tego zmuszeni, ale co mają zrobić? Trzeba się dopasować! Wprawdzie anatomowie twierdzą, że on i ona z założenia są dopasowani, ale każdy chce to sprawdzić sam. Taka chwalebna nieufność, taki moralny niepokój. No to sprawdzają, niektórzy to nawet życie na tym sprawdzaniu spędzają, znaczy tacy dociekliwi.

No dobrze, ale załóżmy optymistycznie, że narządy płciowe zostały wstępnie dopasowane, a oni nie pozarzynali się w kuchni czy łazience. No to teraz czas na ślub, że po drodze, nie było im po drodze z Dekalogiem, no cóż Duch Św. to wyrówna. No to teraz pytanie – skoro niemal wszyscy są wszechstronnie dopasowani, to skąd do jasnej cholery te rozwody? W dużych miastach niemal co drugie małżeństwo rozpada się po paru latach. Widocznie popełnili jakiś błąd w tym dopasowywaniu, człowiek wszakże powinien uczyć się do końca życia, no to dopasowywania ciąg dalszy, oczywiście z inną osobą.

Ale teraz przez chwilę poważnie. Patrzę na tych młodych ludzi. Wspaniale urodziwi, hormony buzują, potrzeba bliskości, także fizycznej – ogromna. Już widzę, jak oni po wspólnym zamieszkaniu ćwiczą wszystkie scenariusze życia małżeńskiego i rodzinnego. Taki przykładowy scenariusz: on/ ona chory, praca poza miejscem zamieszkania (nieraz dość daleko i długo),kłopoty finansowe, zmęczenie owocujące mniejszymi możliwościami współżycia seksualnego. Na etapie zakochania damy radę, ale wiecznie nie będziemy zakochani.

Scenariusz rodzinny: on/ona, dziecko/dzieci chore (odpukać!), wcześniej ciąża (Profesor W. Fijałkowski twierdził, że to nie żona jest w ciąży, ale małżonkowie są w ciąży i powinno to dać dużo do myślenia), dziecko nie śpi w nocy (raczej norma, nie dotyczy tylko szczęśliwców). Nie można wyjechać razem, trzeba zrezygnować z wielu skądinąd fajnych rzeczy, radosną zabawę w łóżku niejeden raz przerwie, albo uniemożliwi,  maluch, który ma w tym momencie zupełnie inne plany, oczywiście ważniejsze od naszych. A te scenariusze to tylko standard, życie jest nieraz o wiele ciekawsze.

Rozumiem, że młodzi ludzie przed ślubem, gdy już zamieszkają razem, to z pełnym oddaniem w trosce o życie po ślubie, te scenariusze ćwiczą. Przypomina mi się łacińska sentencja: Jeżeli on i ona są sam na sam ze sobą, to należy przypuszczać, iż nie odmawiają „Ojcze Nasz”.

Nie mam odpowiednich kompetencji, by autorytatywnie stwierdzić, co ci młodzi ludzie tracą – to jest tajemnica Boga, jestem jednak smutno przekonany, że coś ważnego tracą. Na początku swojego dorosłego życia stwierdzili, że oni sami lepiej wiedzą niż On Wszechwiedzący, czym jest miłość, czym jest szczęście.