Dokąd idziemy

                                                      

 

„A oto znów przemówił do nich Jezus tymi słowami:” Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia”. Rzekli do Niego faryzeusze:” Ty sam o sobie wydajesz świadectwo. Świadectwo Twoje nie jest prawdziwe”. W odpowiedzi rzekł do nich Jezus:” Nawet jeżeli ja sam o sobie wydaję świadectwo, świadectwo moje jest prawdziwe, bo wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę. Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę”        (J 8, 12 -14)

„Wy zaś nie wiecie, ani skąd przychodzę, ani dokąd idę”. Można zaryzykować i powiedzieć, że faryzeusze też nie wiedzieli, skąd oni sami przychodzą i dokąd idą. Ich późniejsze postępowanie najlepiej tego dowodzi.

A my? My wiemy skąd przychodzimy, my wiemy jakie jest nasze pochodzenie? Po dwóch tysiącach lat, bogatsi o naukę Jezusa przekazywaną przez Kościół, bywamy głusi na tę naukę. Nie przywiał nas z kosmosu wiatr słoneczny, nie powstaliśmy z przypadkowej kombinacji różnych atomów. Jesteśmy dziećmi Boga Wszechmogącego, to On nas utkał w łonie naszej matki, to On, jak ktoś pięknie powiedział,  położył swoją rękę na naszej duszy. Dla chrześcijanina to wiedza podstawowa, katechizmowa o tym od kogo pochodzimy i skąd przybywamy. Jak to się dzieje, że w naszym codziennym bytowaniu tak rzadko o tym pamiętamy?

Być dzieckiem Boga, mówić do Niego – Ojcze, zwracać się do Jego Syna po imieniu, zaliczać się do Jego przyjaciół – trudno wyobrazić sobie wspanialszą genealogię. Zdarza się, że pracowicie szukamy naszych przodków i szczycimy się tytułami jakie posiadali, a przecież najwspanialszym tytułem jaki możemy postawić przed naszym nazwiskiem jest tytuł dziecka Bożego. Dziecko Boże, dalej nazwisko i nasze imię – to robi wrażenie, choć nie o wrażenie tu chodzi. Mamy też opasłą „ księgę genealogiczną” w której jest zapisana data naszego Chrztu św. Jak często z dumą powołujemy się na ten zapis?

A dokąd idziemy? To akurat dobrze wiemy, przed tą wiedzą akurat nie da się uciec, każdy doświadczy jej na swojej skórze. Inna sprawa, że wielu z nas zachowuje się tak jakby odkryli cudowną miksturę, która zapewni im nieśmiertelność. Nieco złośliwie można powiedzieć, że prędzej czy później rozczarują się swoim „odkryciem”, a mikstura okaże fałszywką – ułudą. Ale na tym nie koniec. Zwyczajnie głupio byłoby się nie zastanowić, gdzie chcę przebywać i z kim chcę przebywać w wieczności, tak właśnie w wieczności! Jak wiemy mamy do wyboru dwa miejsca. Jedno z nich jest, bardzo łagodnie mówiąc, mało komfortowe a i towarzystwo podłe. To nie jest dobre mieszkanko na wieczność!

Może więc wybrać miejsce, gdzie jak zapewnia Psalmista, niczego mi nie braknie, gdzie będę leżeć na zielonych pastwiskach, gdzie sam Pan zastawi przede mną stół i namaści mi głowę olejkiem. Jest wybór, możemy wybierać, musimy wybierać!       

Dobry i sprawiedliwy

                                                 

 

„A oto mąż imieniem Józef, który był Senatorem, mąż dobry i sprawiedliwy, (Ten był nie zezwolił na radę i na uczynki ich) z Arymatyj miasta Żydowskiej ziemi, który też i sam oczekiwał królestwa Bożego. Ten przyszedł do Piłata i prosił o ciało Jezusowe. I zjąwszy uwinął w prześcieradło, a położył go w grobie wykowanym, w którym jeszcze żaden nie był położon.”  (Łk 23,50-53)

Dobry i sprawiedliwy! Tylko dwa słowa, ale oddające całą prawdę o człowieku. Ewangelista, w odróżnieniu od nas, nie wpada w wielosłowie. My, jeśli oczekujemy na jakieś określenie przed swoim nazwiskiem mamy nieco inne wymagania : wybitny, uznany, ceniony, laureat nagrody, kawaler orderu itd. Nie budzi naszego niepokoju czy znajdzie się ktoś, kto o nas powie „dobry i sprawiedliwy”. Sami też pewnie mielibyśmy kłopot, by tak o kimś powiedzieć. Jakoś głupio, niemodnie, nie życiowo. Już lepiej profesorze, ekscelencjo, dostojny gościu.

 A w innym miejscu Pisma św. przeczytamy, że Jezus przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc. Najbardziej lapidarne, genialne w swej prostocie streszczenie Ewangelii.

Czy  zdanie mówiące o tym, że Jezus przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc, nie zarezerwowane przecież tylko dla  Jego dziejów, będzie receptą także na moje życie ? Czy zamiast obszernego pogrzebowego CV będzie nam dane usłyszeć:  „ Był dobry i sprawiedliwy, a przez swoje życie przeszedł dobrze czyniąc”.

Dobro ukryte

                                                            

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy  zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”      (Mt 6, 2 -4)

Od czasu do czasu możemy oglądać w telewizji czy w Internecie obrazy wzruszające nas swoim niepowtarzalnym pięknem. Oto policjant widząc siedzącego w czasie mrozu biedaka z gołymi stopami, wchodzi do sklepu, kupuje buty i sam zakłada je na nogi tegoż. Ktoś w autobusie zauważa trzęsącego się z zimna nędzarza, zdejmuje z siebie koszulę i ubiera go w nią. Strażak po służbie wbiega do płonącego mieszkania i ratuje osoby w nim przebywające. Kierowca autobusu zatrzymuje się i podchodzi do leżącego na chodniku człowieka, obok którego inni przechodzą obojętnie. Nastolatka udziela fachowej pomocy pasażerowi, który stracił przytomność w tramwaju.

Jaki jest wspólny mianownik tych zachowań współczesnych samarytan? Ano taki, że gdyby nie kamery monitoringu lub zwykły przypadek nikt by się o tych ich dobrych czynach nie dowiedział. Ich sprawcom nie przyszło do głowy, by się nimi pochwalić. Ci ludzie, sami może nie wiedząc, zrealizowali przynajmniej dwie wskazówki Jezusa – tę przytoczoną na początku i tę drugą zanotowaną przez św. Łukasza:” Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono:” Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”

Opisane wydarzenia stanowią tylko promil dobra, które ludzie dobrej woli świadczą swoim bliźnim, bez kamer i ciekawskich dziennikarzy.  Dobro rozegra się tylko między tym, który je świadczy i tym, który go doświadcza.  Jest oczywiście i „ten trzeci” – Bóg, który widzi w ukryciu.

Przywykliśmy w naszym kręgu religijnym, że każde dobro musi mieć „pieczątkę” świadczącą, że pochodzi od ludzi wierzących, inne jest w najlepszym razie dobrem drugiej kategorii. A przecież to jest religijna brednia, skoro jednocześnie wierzymy, że każde dobro pochodzi od Boga. Nie wiemy czy opisani tu ludzie byli wierzący czy nie, ale jedno jest pewne, że Bóg, który widzi w ukryciu, odda im. Zlaicyzowana Szwecja przyjmuje uchodźców, mimo, że sprawiają im spory kłopot, a katolicka ponoć Polska ma tychże w głębokim niepoważaniu i motywuje to…  ochroną swojej wiary!!!. Komentarza nie będzie bo musiałby być nieprzystojny.

 

Wiara i przyzwoitość

 

 

W sportach motorowych, wyścigach i rajdach jest coś, co nazywa się punktem, czy punktami kontrolnymi. Zawodnik musi przez ten punkt kontrolny przejechać, musi go” zaliczyć”, w przeciwnym razie wypada z gry.

W życiu codziennym każdego chrześcijanina takim punktem kontrolnym jest Dekalog. I nie chodzi o to, choć byłoby pięknie, żeby go bezbłędnie przestrzegać. Skażenie skutkami grzechu pierworodnego to niestety uniemożliwia. Swoją grzeszność w sakramencie pokuty wyznają wszyscy od Ojca św. i kanonizowanych świętych począwszy. Problem jest gdzie indziej, choć nie jest on nowy. Polega na selektywnym podejściu do Dekalogu. Po za najbardziej zatwardziałymi wrogami Pana Boga, nie znajdzie się nikt kto uważałby, że Dekalog należy wyrzucić do kosza na śmieci. Ale chętnych do jego modyfikowania przybywa niestety lawinowo. Prawie przy każdym przykazaniu stawia się odnośnik – w zasadzie tak, ale… I następuje wyliczanka owych „ale”. Że jest to dewiacja nie tylko moralna, ale i intelektualna? Nie szkodzi, ważne aby wykazać, że po pierwsze Pan Bóg też może się mylić, a po drugie nie takie zabytki jak Dekalog poddaje się renowacji i reinterpretacji. Najbardziej kreatywni mają chęć napisania tegoż Dekalogu od nowa. Na dole drobnym drukiem byłaby informacja: na motywach Dekalogu przekazanego Mojżeszowi.

Póki co w obiegu chrześcijańsko – publicznym funkcjonują potworki myśli „religijnej”. Swego czasu znany publicysta stwierdził:” Jestem wiernym synem Kościoła katolickiego, ale na temat aborcji mam inne zdanie”. Niestety niemal codziennie słyszymy podobne wypowiedzi. Sens tego przytoczonego zdania jest taki sam jak innego:” Jestem dyplomowanym astronomem, ale uważam, że to słońce obraca się wokół ziemi”. Nieprzypadkowo podałem ten przykład. Tam gdzie mamy do czynienia z piątym przykazaniem, panuje wyjątkowe załganie, także wśród nas chrześcijan.  Nie wchodząc w meritum różnych dyskusji i ustaw, trzeba jasno powiedzieć: to nie Kościół wtrąca się w nasze życie, to Bóg „wtrąca” się w to życie. I tak naprawdę, jeżeli mówimy nasze „nie” życiu od poczęcia do naturalnej śmierci, to mówimy to nie Kościołowi, nie takiemu czy innemu duchownemu, ale Stwórcy! Nie szukajmy zastępczych podmiotów!

Jesteśmy wolnymi ludźmi, skoro chcemy Bogu powiedzieć „nie” to zróbmy to. Jedyne co wiemy na pewno to, że w momencie połączenia gamety męskiej i żeńskiej powstaje nowe życie. Wiemy, że Bóg utkał to życie w łonie matki i to On wyrysował je na swojej dłoni. Przestańmy tworzyć zawiłe i poniżające intelektualnie konstrukcje myślowe, sprowadzające się do tego, że człowieczeństwo mierzy się w centymetrach i gramach, przy jednoczesnym patrzeniu w kalendarz.

Nie wolno nam pod żadnym pozorem rozliczać czyjeś grzeszności, także w tej materii, ale na litość, na litość Boską, przestańmy się oszukiwać. To może być początkiem nawrócenia.

Do tanga trzeba dwojga

                                                   

 Każdego roku tysiące małżeństw ulega nieodwracalnemu rozpadowi. Wszyscy ich bohaterowie ślubowali sobie miłość i wierność aż do śmierci i głęboko wierzyli w tę swoją przysięgę. Wierzyli i cieszyli się swoim szczęściem, byli pełni różnorodnych planów dotyczących swojego życia. Co się dzieje, że tak wielu z nich zrezygnowało ze wspólnej drogi?

Jest bardzo wiele mądrych analiz tego stanu rzeczy, ale wydaje się, że przyczyna jest banalna. Jest nią rezygnacja z budowy relacji z drugą osobą. O każdą dobrą relację z drugim człowiekiem trzeba dbać, troszczyć się i właśnie usilnie ją budować. To dotyczy nie tylko małżonków, ale także rodziny, przyjaciół i znajomych. Choćby były te relacje na początku ósmym cudem świata, to jeśli aktywnie nie zadbamy o nie, to wkrótce będziemy mieli nudę, rutynę i pustkę. Podobnie stanie się jeśli o kreatywność będzie dbała tylko jedna strona. Owszem w każdej wspólnocie ktoś może opaść z sił, może doświadczyć złych dni i wtedy trzeba go wziąć na swoje ramiona i nieść aż odzyska te siły. Trzeba oczywiście odróżnić to od zwyczajnego lenistwa na które nie ma usprawiedliwienia.

Kiedy jeszcze bardziej zagłębić się w przyczyny rozpadu więzi między ludźmi, to bez większego trudu można dostrzec brak wzajemnego myślenia o sobie. Zamiast zadawać sobie pytanie co mogę uczynić dla żony, męża czy przyjaciela, by sprawić im radość, zadaję pytanie co oni mogą zrobić dla mnie. I jeszcze jedno. Nie da się budować relacji z naszym bliźnim „od wielkiego dzwonu”, od święta. To musi być codzienny wysiłek i nic nad to stwierdzenie nie da się mądrzejszego wymyślić.

Jako chrześcijanie powinniśmy być szczególnie uwrażliwieni na budowanie wspólnoty z Bogiem. To On tę wspólnotę nieustannie podtrzymuje i buduje niezależnie od naszego zaangażowania. To On wybiega na spotkanie z nami, szuka gdy się zgubimy. Nie odejmiemy Mu chwały gdy pozostaniemy nieczuli na te Jego pełne miłości starania. To my staniemy daleko od Niego, to my potraktujemy Go jak obcego, a naszym Ojcem będzie tylko z nazwy.

Bywa, że z własnej nieprzymuszonej woli więź z Nim ograniczamy do mało znaczących gestów, a potem w rozżaleniu zadajemy głupie pytanie:” Gdzie On jest?” On jest tam gdzie zawsze czyli przy nas, tylko gdzie my jesteśmy? Co uczyniłem wczoraj, dziś, co uczynię jutro aby Go spotkać? A przecież nawet gdy „będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali”

Dar wina

                                                       

„Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa  mówi do Niego: „Nie mają już wina” Jezus Jej odpowiedział :” Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto ? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: ”Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus:” Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział:” Zaczerpnijcie teraz  i zanieście staroście weselnemu”. Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem –  nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego:” Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory” ( J 2, 1-10)

   Ktoś mógłby powiedzieć, że Jezus zaczął swoją publiczną działalność od cudu” z nie najwyższej półki”. To nie było wskrzeszenie zmarłego, uzdrowienie paralityka, przywrócenie wzroku niewidomemu, czy choćby rozmnożenie chleba, tak potrzebnego do życia. Wino do życia niekoniecznie jest potrzebne.

Ale było wesele, na które Go zaproszono. Była radość dwojga zakochanych, młodych ludzi, była duma rodziców. I nagle taki kompromitujący brak. .Można sobie wyobrazić ile byłoby plotek, cała okolica miałaby o czym mówić przez wiele dni. Nie wykluczone, że część gości poczułaby się urażona, inni może wcześniej by wyszli.

A młodzi ? Oblubieniec czerwony ze wstydu, oblubienica ze łzami w oczach. Miało być tak pięknie i radośnie.

I Chrystus pochyla się nad tą zagrożoną ludzką radością, pragnie by w tym szczególnym dniu wszyscy się radowali, tańczyli, bawili. Wie, że młodzi w swym wspólnym życiu nieraz napotkają trud i smutek, ale teraz jest czas wesela. I przemienia wodę w wino. Czyż to mało ?

 

 

                                                                      

 

 

 

 

„Czego chcesz od nas Panie”

 

                                            

„A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć w niebogłosy : „Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku ?”  (Łk 4, 33)

   Paradoksalnie my też powinniśmy zapytać – czego chcesz od nas Jezusie ? Wiele wieków później od tego ewangelicznego zdarzenia Jan Kochanowski w pięknej pieśni pyta: „Czego chcesz od nas Panie…”

Jeśli wczytać się w Ewangelię,  to tak naprawdę Jezus chce od nas  niewiele. Krzyż nasz mamy dopasowany do naszych ramion i jeszcze obietnicę, że Bóg nie zgasi tlącej się świecy, a trzciny nadłamanej nie zniszczy. Trudno uznać za martyrologię oczekiwanie Boga, że będziemy uczciwi, sprawiedliwi, że nie będziemy krzywdzili naszych bliźnich, że nie rozmienimy naszego człowieczeństwa na byle co. Jeśli spełniamy te oczekiwania czy choćby staramy się je spełniać, to przecież nie wyrządzamy łaski i uprzejmości  naszemu Stwórcy tylko… samym sobie.

Bóg tak, jak w pieśni Kochanowskiego, nie żąda niczego dla Siebie. Jeśli uczynimy ruinę za swojego człowieczeństwa, jeśli zaprosimy do siebie diabła, to zmarnujemy swoje,  nie Jego – Boga, życie.

             Warto o tym pamiętać, gdy mówimy : Bóg żąda, Bóg chce, Bóg wymaga.

 

                                                                                                   

 

 

Cymbał brzmiący

                                               

 

 

 

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów

a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

I znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę,

I wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,

A miłości bym nie miał, byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą  majętność moją,

A ciało wystawił na spalenie,

Lecz miłości bym nie miał,

Nic bym nie zyskał.”  (1 Kor. 13, 1-3)

 

 

 

Te słowa Św. Pawła są więcej niż radykalne.  Mogą przy głębszym zamyśleniu, budzić grozę. Rozbijają w pył pewien schemat, nasz schemat. My nie jesteśmy przecież tacy źli. I wrzucimy monetę do puszki na szlachetny cel, i ustąpimy miejsca w autobusie staruszce, czasem powiemy komuś jakieś miłe słowo, zrobimy paczkę dla biednych, najlepiej przed Bożym Narodzeniem, bo to takie wzruszające. Wyślemy wszystkim znajomym tego samego esemesa z życzeniami.

 

A Św. Paweł mówi – no i co z tego. Jeśli nie czyniłeś tego i innych rzeczy dla twoich bliźnich z miłości, czy choćby z intencją miłości, z myślą miłości, to będziesz cymbałem brzmiącym. Jest to nad wyraz łagodne określenie. Zaraz bowiem doda Apostoł – będziesz niczym, czyli nie będziesz miał swojego imienia, Bóg cię nie rozpozna przy końcu czasów. Czyż to nie może budzić grozy ?

   W naszym pragmatycznym do bólu świecie, ktoś może się oburzyć, może i zgorszyć. Przecież liczy się zauważalny efekt naszych działań, a nie jakaś tam abstrakcyjna miłość bliźniego. Ale Św. Paweł wie, że ludźmi stajemy się przez miłość do drugiego człowieka. Tylko ona zapewnia, że nasze działanie będzie dotykało serca naszego brata, że będzie dotykało także naszego serca, że będzie wreszcie przedłużeniem miłości Wszechmogącego.

 

 

                                                                 

 

 

 

 

 

 

 

Cokolwiek

 

                                                                                                                                                     „Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych,  Mnieście  uczynili” ( Mt.25,40)

 

W innych tłumaczeniach zamiast słowa „wszystko”, mamy określenie „cokolwiek”. Wszystko, czyli także rzeczy niewielkie, to sugeruje również słowo „cokolwiek”. Można bez obawy zaryzykować stwierdzenie, że gdyby ludzie nawzajem czynili sobie choćby małe dobro, owo „cokolwiek”, to radykalnie odmieniłby się nasz świat.

Ustępuję miejsca w tramwaju starszym ode mnie. Nawet nie zauważam tego wysiłku, za to zauważam na twarzy tego, który siada zaskoczenie i niedowierzanie – ktoś nie musiał, a ustąpił. Komuś innemu odstępuję bilet, bo zapomniał wcześniej go kupić. Wchodzę do sklepu, uśmiecham się, mówię dzień dobry, dziękuję za pokazany, czy sprzedany towar, potem do widzenia. Załatwiam najlepiej jak potrafię brzemienną matkę dostosowując wymagania do możliwości jej stanu. Do trzyletniego malca kurczowo trzymającego się jej spódnicy „puszczam oko”, mały radośnie się śmieje, choć przed chwilą był lekko wystraszony. Prawda jaki jestem wspaniały ?

 Otóż nie, nie jestem wspaniały, mam z czego się spowiadać . Rzecz nie tyle we wspaniałości, do której niejednemu z nas daleko, ile w pewnej filozofii bycia, polegającej na tym, aby nie żałować innym wysiłku włożonego w powiedzenie dobrego słowa, miłego uśmiechu, gestu pomocy tam, gdzie jest on potrzebny. Chodzi o więcej niż tylko zdawkową, automatyczną  niejako grzeczność, raczej o drobny, ale dar, „ o cokolwiek” ale z serca płynące.

Jesteśmy wszyscy braćmi, dziećmi jednego Ojca, który jest w Niebie. Zostanie jednak to stwierdzenie dla nas na zawsze pustym frazesem lub teologiczną abstrakcją, jeśli pojęcia” brat” nie wypełnię treścią. Bratem jest mi wszakże i współpasażer, i sprzedawca w sklepie, i wielu innych anonimowych moich bliźnich. Owo „cokolwiek” jest jedyną szansą potraktowania ich  jak braci, choć być może niejednego z nich już więcej nie zobaczę.

Wierzę, że gdy kiedyś stanę twarzą w twarz z moim Stwórcą i wyjdą na jaw wszystkie moje przeniewierstwa i małości, to dobry Bóg wspomni na to, że uśmiechałem się do ludzi i… uśmiechnie się do mnie.

 

Co Mu odpowiem?

                                         

 

 

“Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów : „ Za kogo uważają Mnie ludzie ?” Oni Mu odpowiedzieli :” Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków” On ich zapytał :” A wy za kogo Mnie uważacie” Odpowiedział Mu Piotr : „ Ty jesteś Mesjasz”  (Mk  8,27-29)

 

 

Odpowiedź na pytanie Jezusa wcale nie była łatwa. To prawda, wybrani przez Jezusa poszli za Nim w przekonaniu, że jest Kimś wyjątkowym, Kimś większym od proroków. Może nawet myśleli, że to obiecywany właśnie przez proroków Mesjasz. Jak jednak rozumieli to słowo, to już inna sprawa.

Jedni pytali, czy przywróci królestwo Izraela, inni chcieli być pierwszymi w tym królestwie, jeszcze inni zwyczajnie się rozczarowali . W końcu na pytanie Jezusa nie odpowiedział zgodny chór, tylko jeden Piotr.

Dziś odpowiedź na  to pytanie, nie budzi kłopotów. Większość z nas odpowie, że uważa Jezusa za Boga , Syna Bożego, Odkupiciela, Osobę Trójcy Świętej i każda odpowiedź będzie katechizmowo poprawna. Tyle tylko, że Jezus stając przede mną i zadając mi pytanie – za kogo ty Mnie uważasz, czy pokrewne – kim dla ciebie Jestem, nie będzie oczekiwał katechizmowej formułki.

Zwyczajna przyzwoitość wiary nakazuje odpowiedzieć w prawdzie – Panie, ja Rafał, Krystyna, Krzysztof, Maria uważam Cię za … Jesteś dla mnie … Ano właśnie. Czyż ten fragment Ewangelii ,tak wiele razy słyszany w czasie Mszy św., nie zobowiązuje nas byśmy wreszcie odpowiedzieli  Jezusowi i sobie ?