„Przyjacielu, po coś przyszedł?”

                                

„ Gdy On jeszcze mówił, oto nadszedł Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim wielka zgraja z mieczami i kijami, od arcykapłanów i starszych ludu.  Zdrajca zaś dał im taki znak: «Ten, którego pocałuję, to On; Jego pochwyćcie!».  Zaraz też przystąpił do Jezusa, mówiąc: «Witaj Rabbi!», i pocałował Go.  A Jezus rzekł do niego: «Przyjacielu, po coś przyszedł?» Wtedy podeszli, rzucili się na Jezusa i pochwycili Go. „ (Mt. 26, 47-50)

„Przyjacielu, po coś przyszedł?” Przedziwne słowa po których dreszcz trwogi ogarnia człowieka. Przedziwne określenie Judasza. Jezus doskonale wie po co przyszedł Judasz. Ale wiedza o tym, co zamierza jego uczeń w żadnym stopniu nie determinuje Judasza. Cały czas jest wolnym człowiekiem, w ostatnim ułamku sekundy może jeszcze upaść Mistrzowi do stóp, wyznać winę i prosić o przebaczenie. Jego wolność nie jest niczym ograniczona, a Jezus mówi do niego „Przyjacielu….

Judasz skorzystał z daru wolności, skorzystał do końca, wiemy jakiego końca.

Kiedy zbliżamy się do krawędzi grzechu, kiedy mamy zamiar zaprzeć się Boga, Ten nie ciska w nas piorunami. Pyta: – przyjacielu po coś przyszedł, co chcesz uczynić?

Mógłby pogwałcić naszą wolność, ale On nawet chorego pytał czy chce być zdrowy. On tylko mówi do nas – „Przyjacielu…         

 

 

 

 

Fałsz i kłamstwo!

                                                 

 „Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc,  powtarzali : „Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela : niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. „  (  Mt 27, 41 – 42)

Fałsz i kłamstwo ! Widzieli jak niewidomi odzyskują wzrok, chromi – chodzą, a z zarażonych opada trąd. Widzieli, jak wskrzeszał zmarłych i mówili, że czyni to mocą diabła. Gdyby zszedł z krzyża, powiedzieliby to samo. Gdy powstał z martwych, namówili żołnierzy do kłamstwa. Byli synami kłamstwa i zostali nimi pewnie do końca. Jedyną ich nadzieją jest modlitwa Jezusa: „ Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”

             Jakimś śladem ich postawy jest nasze dzisiejsze : „Uwierzyłbym gdyby… „ Gdyby Bóg zmienił to czy tamto, gdyby Kościół zechciał, a Papież poprawił Dekalog. Na początek, wzorem amerykańskiej konstytucji, dwie poprawki do piątego przykazania, trzy do szóstego, korekta do siódmego np. tak, jak radził pewien noblista : „mniej kradnij”.

  Jak przed wiekami – fałsz i kłamstwo! Lepiej już powiedzieć Bogu twarde – nie. Ale by to uczynić trzeba, choć dziwnie to zabrzmi, mieć odwagę i uczciwość. Paradoksalnie może ci będą mieli bliżej do Wszechmocnego bo : „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”.

 

 

Dobry łotr

 

                                              

„Jeden ze złoczyńców, których  [tam] powieszono, urągał Mu :”Czy Ty nie jesteś Mesjaszem ? Wybaw więc siebie i nas”. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: „ Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz ? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy, bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił „ I dodał : „ Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” Jezus mu odpowiedział : „ Zaprawdę powiadam ci : Dziś ze Mną  będziesz w raju” ( Łk. 23, 39-43)

 

Rzymianie, jak słusznie ktoś zauważył, nie przybijali do krzyża za kradzież paru ryb ze straganu. Łotr musiał mieć na sumieniu zapewne niejedno ludzkie życie i morze nieszczęść, które wyrządził swoim bliźnim. Ma zresztą tego świadomość, nie prosi Jezusa, by Ten uwolnił go od doczesnej kary, co więcej – uważa ją za sprawiedliwą. Nie prosi Jezusa o wzięcie do raju, ot tak po prostu. On zwraca się do Jezusa tylko o to, by ten go wspomniał. Zaiste niezwyczajny to łotr. Karę uważa za sprawiedliwą a pokory mógłby się od niego uczyć, niejeden z nas.

Jezus jak zawsze daje stokroć więcej niż oczekuje proszący :”Dziś będziesz ze Mną w raju” Będziesz w raju, będziesz oglądał twarz Boga Jedynego, będziesz święty, on łotr, tu powinny być trzy wykrzykniki. To oburza nasze ludzkie wyobrażenie sprawiedliwości, a to dopiero początek.

A gdyby dziś obok ukrzyżowanego Jezusa znalazł się terrorysta mający na sumieniu setki czy tysiące niewinnych ofiar, gdyby seryjny morderca i gwałciciel, gdyby pedofil bezwzględnie wykorzystujący małe dzieci, gdyby… no właśnie.

Zanim cokolwiek powiemy, zauważmy nieco egoistycznie, że te słowa Jezusa są także dla nas osobistą i realną nadzieją. Tak, my oczywiście nie zabijamy, nie kradniemy, nie podpalamy. W odróżnieniu od łotra, kary jakie nas spotykają zawsze uważamy za niesprawiedliwe, coś tam jednak na sumieniu mamy. Czy gdy Jezus nam powie –„Dziś ze Mną będziesz w raju” to zaczniemy się krygować i powiemy :” Ależ skąd Panie Boże ten tysiąc lat czyśćca należy się nam jak psu zupa”

Miłość Boga i Jego sprawiedliwość staje w poprzek naszych wyobrażeń i chciałoby się tylko powiedzieć – całe nasze w tym szczęście.

I co my mamy zrobić?

                                   

 

Kolejną rocznicę wyboru kochanego Franciszka na Stolicę Piotrową można podsumować jednym powiedzeniem ( z góry przepraszam panie):” Nie miała baba kłopotu to…” Tak jakby Kościół miał mało tych kłopotów, to jeszcze Duch Św. spoczął na głowie Franciszka. Nawiasem mówiąc wybór Jana XXIII niektórzy życzliwi mu kardynałowie określali jako „przymusowe lądowanie” tegoż Ducha Św. Osobiście głęboko wierzę, że Duch Św. nic nie musi, więc „wylądował” tam gdzie chciał, czyli na osobie kardynała Bergolio.

No i zaczęło się, a konkretnie zaczęły się kłopoty. Ktoś lubi kłopoty? Ale to nie koniec, lubimy czy nie lubimy kłopoty są, tyle tylko, że trzeba podejść do nich inteligentnie. Najlepszym rozwiązaniem jest przełożyć ich rozwiązanie na później, choćby na jutrzejszy dzień. Nie na darmo romansidło wszech czasów kończą słowa głównej bohaterki:” Pomyślę o tym jutro” czy jakoś tam podobnie.

Później, jutro, za tydzień czy miesiąc to my będziemy mądrzy, dobrzy, życzliwi i bezinteresowni. Później pokochamy tego wrednego bliźniego, kiedyś tam pomożemy tym poranionym przez wojnę dzieciom. One wprawdzie jak przeżyją (ktoś tam zawsze przeżyje, trzeba mieć chrześcijańską nadzieję), to urosną i wtedy zostaną na pewno terrorystami. No skomplikowane to, lepiej im nie pomagać, tak mówi wielu chrześcijan – sam słyszałem!

I wszystko byłoby fajnie gdyby nie ta zakała niejednego chrześcijanina, czyli tak, tak… mówimy o  Franciszku. On prosi, woła – nie jutro, ale teraz, zaraz. To jest cholernie nieprzyjemne, ja nie wiem czy to nie jest religijny mobbing, czy to nie powinno być zakazane? Człowiek wierzący ma takie same prawa jak inni, dlaczego nie może sobie wygodnie posiedzieć na kanapie? Gdzieś jest napisane, że to grzech? I jeszcze raban robić, a jak ktoś lubi święty spokój to co, on gorszy? Nie tego żeśmy się spodziewali, oj nie! Żeby jeszcze coś powiedział po naszemu, znaczy po polsku, jakieś: zicię wam, pozdhawiam was, kocham Polonia, Walesa, Boniek, Stoch. Nic z tego, tylko bierzcie się do roboty, podnieście te parę liter i pokażcie Jezusa innym, idźcie z Nim do waszych bliźnich, do tych szczególnie, którymi świat gardzi i poniewiera. Ewangelia ma być codziennym rozkładem dnia. Jasne?

Jasne, proste też – jak sto metrów drutu w kieszeni. Od rana do wieczora o niczym innym nie marzę, jak o tym by połowę mojej majętności rozdać ubogim, chorych i samotnych nawiedzać, łajdaków kochać i przebaczać im winy. Wystarczy bo się zdenerwuję!

Pewien gość, niech mu ziemia lekką będzie, stwierdził, że religia to „opium dla ludu”, nie „ćpałem”, ale może coś w tym jest. Opium jak każdy narkotyk na początku jest przyjemny. Religia też jest przyjemna. W końcu nie samym chlebem żyje człowiek, nawet jak położyć na nim w charakterze omasty kawior. Odrobina duchowości jest potrzebna, bo nadaje człowiekowi taki ładny połysk. Obywatel czuje się zakorzeniony w swojej tradycji, kulturze i obyczajach. Skończmy wreszcie z tymi przykazaniami, zostawmy je historykom. Dobrej nowiny trzeba szukać, ale na… giełdzie. Ważne żeby była choinka, święconka była, raz do roku jakaś procesja (polecam tę na „Boże Ciało”, na ogół ciepło i nie trzeba wstawać rano), w listopadzie lampki na grobach i super jest, byczo jest, jak mawiał przedwojenny aktor. Pięknie to przedstawiła w genialnym streszczeniu pewna znana osoba:” Jestem religijna, ale bez przesady, co niedziela do kościoła nie chodzę”.

No ale miało być o kochanym Franciszku. Franciszek nie potępia, nie gromi, nie pisze do nas bardzo mądrych listów pasterskich, tylko każdym słowem, gestem i osobistą postawą pokazuje Jezusa, który kocha każdego człowieka. On Franciszek prosi nas byśmy naśladując Jezusa, pochylali się nad każdą ludzką biedą, każdą niedolą i nieważne czy to jest kobieta cudzołożna, heretyk czy łotr. Jezus ukrzyżowany do tego właśnie łotra „wyciągnął” rękę i obiecał mu raj. Czy ja, czy my, czy nasz straszliwie podzielony naród wreszcie i do jasnej cholery to zrozumie, czy też dalej będziemy religijni bez przesady?

Franciszek mówi o tym tak, że nie da się od tego uciec. Na nic zatykanie uszu, w Ewangelii też coś jest o tym kto i kiedy zatykał sobie uszy, Franciszek mówi, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko, powtarza za Nauczycielem, że nie da się służyć dwom panom.

No i na koniec, nie mogłem tego opuścić:” Kard. Angelo Scola – wielki przegrany ostatniego konklawe – powiedział niedawno, że papież Franciszek to „cios w sam żołądek od Ducha Świętego – skuteczny sposób, by obudzić nas z letargu” (za Tygodnikiem Powszechnym 11/03/2018)

I to jest kłopot, to jest kochany Franciszek!

 

Słudzy nieużyteczni

„Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola :”Pójdź i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej :”Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono ? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono:” :” Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”  (  Łk 17, 7-1)

Słowa wyjątkowo nie na czasie. Ktoś z taką postawą w firmie czy korporacji ma „przechlapane” i sam się prosi o lekceważenie czy obniżkę pensji, bo skoro nieużyteczny.

Chyba jednak nie tak. Każdy z nas ma prawo do swojej wartości i słusznie może oczekiwać, że zostanie ona zauważona i doceniona. Jeśli jednak z tym przekonaniem o swojej wartości, będziemy się nieustannie obnosić, to nawet nie zauważymy jak balon naszej pychy napełni się powietrzem. Pewien publicysta radził wtedy położyć na krześle pinezkę. Może i niegłupie, choć ździebko bolesne. Czasem dobrze też posłuchać, co mówią o nas nasi bliźni. Jeśli docierają do mnie opinie, że ten, to porządny, przyzwoity i normalny człowiek, to znaczy, że jestem na dobrej drodze. Bywa jednak, że za plecami usłyszymy – „nadęty buc”, może wówczas jest czas na ową pinezkę.

Nowy gmach instytutu matematyki. Hol „zasłany” paczkami. Niepisana umowa – każdy, kto idzie na piętro, bierze większą lub mniejszą paczkę. Do budynku wchodzi profesor, jeden z najwybitniejszych polskich matematyków, nieco zamyślony mija stos paczek. Pani portierka, akurat go nie znająca, przypomina mu o paczce. Profesor nie bardzo wiedząc o co chodzi, lekko zdumiony patrzy na nią, ta nieco poirytowana, wymownie pokazuje na paczki. Profesor wraca się, bierze paczkę i spokojnie wchodzi na schody. Licznie zgromadzeni w holu studenci z wrażenia milkną.

Miła perspektywa

„Oto ja was posyłam jak owce między wilki […] Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. […] Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia.”    (Mt 10, 16-22)

„Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.”     (Mt 5, 11)

Chciałoby się po przeczytaniu tych słów Jezusa powiedzieć tylko jedno – super, frajda jak jasna cholera, aż strach się bać. Ale spoko, tak było kiedyś, w naszej rzeczywistości XXI wieku, w naszym cywilizacyjnym otoczeniu, nikt nas nie będzie prześladował, nie mówiąc o biczowaniu. Wilki są pod ochroną i to one boją się ludzi a nie odwrotnie. Owszem są kraje gdzie ciągle za wiarę w Jezusa można stracić życie, ale uf, uf, na szczęście nie u nas. Słodko jednak to tak zupełnie nie jest, nie jest miło być narażonym na kłamstwa czy choćby zwyczajne nie lubienie, o nienawiści nie wspominając.

Nie nosimy na swoich piersiach dużej tabliczki z napisem „uczeń Jezusa”, nie mówimy w co drugim zdaniu „Jezus moim Panem” (bardzo dobrze skądinąd), a mimo to im bardziej staramy się być chrześcijanami, tym większa ilość ludzi którzy niekoniecznie nas lubią. Tę często faktyczną nienawiść można oczywiście wyrazić w bardzo różny, nieraz nawet subtelny sposób. Ktoś może powiedzieć:” Widać kiepski z ciebie chrześcijanin, skoro cię nie lubią, może za mało ich kochasz?” To oczywiście może być prawda, tę pokorną prawdę trzeba nosić w swoim sercu, ale nie do końca to rozwiązuje sprawę. Słowa Jezusa do nas też się odnoszą!

W świadomym, dojrzałym chrześcijaństwie, trzeba sobie zdawać sprawę, że królestwo Jezusa nie jest z tego świata, choćby nie wiem jak było nam z tego powodu przykro. Żyjemy w tym świecie, pracujemy i radujemy się jego pięknem stworzonym przez Boga, ale prawdziwe królestwo jest dopiero przed nami. Drogi do niego nie zawsze pokrywają się z drogami, zamierzeniami i celami tego świata. Nie ma się co łudzić, że naszym zaangażowaniem spowodujemy powszechne „kochajmy się”. To boli, choć rzecz jasna nie zwalnia z wysiłków czynienia dobra.

Trzeba się pogodzić z tym, że gdy powiemy, że aborcja nie jest ok., że zachowanie wielu, nieraz bardzo lubianych, celebrytów jest zwyczajnym łajdactwem, to „bluzną” nam w oczy pogardą. Kiedy powiemy, że zostawienie żony, dzieci i udanie się, do dziwnym trafem, zawsze młodszej partnerki, jest perfidnym złem, to możemy usłyszeć, że jesteśmy świętoszkiem, kruchtą i nie warto się z nami zadawać. Kiedy powiemy, że kupczenie wiarą dla doraźnych celów politycznych jest zgorszeniem i świństwem, to usłyszymy, że jesteśmy zdrajcami i targowiczanami. Kiedy w naszej obecności powiedzą, że uchodźcy to „ciapaci” i dzicz, robactwo, bakterie i pierwotniaki, możemy milczeć, ale gdy powiemy:” Jestem chrześcijaninem, w tych ludziach – moich i waszych bliźnich jest cierpiący Jezus, to zapewne nie pogłaszczą nas po głowie.

Tak to jest pesymizm, ale to jest pesymizm i smutek, który daje nadzieję nagrody w Niebie. Zdaje się, że bardzo nam na niej zależy. I dobrze!

 

Adhortacja

 

 

Zapewne wielu z nas spotkało  się przy okazji różnych debat ze stwierdzeniem, że wprawdzie jakieś rozwiązanie jest może i słuszne, ale nie da się go wprowadzić w życie, bo możliwe są różne nadużycia  przy jego stosowaniu. Inaczej mówiąc, może w twoim przypadku czy też innych konkretnych ludzi to rozwiązanie jest dobre i sprawiedliwe, ale mogą się znaleźć tacy, którzy wykorzystają to do niecnych celów. Z pewnością jest to argument wart rozważenia. Jeżeli mamy pewność tych złych konsekwencji i brak jakichkolwiek możliwości by im zapobiec, to rzeczywiście konieczna jest duża rozwaga i mądrość. Ale to są niezwykle rzadkie sytuacje, a może nie ma ich wcale.

To, że konkretna sprawa jest trudna do rozwiązania, nie znaczy, że można ją sobie „odpuścić”. Jedno jest pewne, że takie trudne sprawy, także trudne od strony moralnej, generują kłopoty i burzą tak lubiany przez wielu z nas „święty spokój”. Naturalnym odruchem, wielu nawet bardzo przyzwoitych ludzi, jest unikanie kłopotów. Najlepiej jest pożyczać tym o których wiemy, że nam pożyczkę oddadzą, zapraszać na ucztę tych, którzy i nas zaproszą i kochać tych, którzy nas kochają. Tu nie ma kłopotu, jest przyjemność i wygoda, bieda w tym, że to ma nie wiele wspólnego z chrześcijaństwem i Jezus wyraźnie o tym mówi.

Czytam różne wypowiedzi bardzo mądrych ludzi na temat adhortacji kochanego Franciszka „Amoris Laetitia” i jednym z najczęściej powtarzających się argumentów przeciw jej stosowaniu ( w punkcie dotyczącym Komunii św. dla osób żyjących w związkach nieregularnych) jest następująca obawa. Otóż nawet wtedy gdy jej działanie ograniczymy do bardzo przemyślanych przypadków, a o to właśnie apeluje Franciszek, to i tak istnieje niebezpieczeństwo nadużyć, czy „rozwodnienia” doktryny małżeńskiej, a efekcie niemal zrównania sakramentalnego małżeństwa ze związkiem nieregularnym. Dlatego jeszcze raz trzeba powtórzyć stwierdzenie Franciszka, że taka decyzja o dopuszczeniu do sakramentu Komunii św. musi być poprzedzona bardzo wnikliwą oceną sytuacji w jakiej znaleźli się ludzie w powtórnym związku małżeńskim. Osąd musi być zawsze poprzedzony długim i rozważnym dochodzeniem do prawdy, tak przez spowiednika jak i penitenta, żadnego „automatu”.

Przypomina to sytuację człowieka oskarżonego o kradzież. Wchodzi on do sądu jako oskarżony, a po wnikliwym procesie sądowym bywa, że zostaje uniewinniony czy usprawiedliwiony. Sąd bada nie tylko  to czy złamał prawo, ale jaka była jego osobista wina. W przeciwnym wypadku wystarczyłby komputer z odpowiednim oprogramowaniem prawniczym.

Na tym polega wielkość i wartość tej adhortacji, że każe ona pochylić się nad każdym człowiekiem w jego indywidualnym losie, nad jego osobistą historią, kondycją duchową i moralną. To jest szlachetna próba zwrócenia się do człowieka cierpiącego po jego imieniu. Bóg zawsze zwraca się do nas po imieniu, także wtedy gdy zgrzeszyliśmy: Adamie gdzie jesteś?

 

Moja spowiedź

 

 

Czy można odczarować spowiedź? I tak i nie, chodź ta odpowiedź jest tak banalna, że aż „bolą zęby”. Długi czas, a i teraz nie jestem od tego wolny, traktowałem spowiednika jako kogoś ciekawego moich grzechów. Głupie, ale efektem  było to, że wstydziłem się tego, co on pomyśli sobie o mnie. A jakby jeszcze znał mnie, choćby „z widzenia”, to nie daj Bóg. Ubocznym, choć nieco śmiesznym, skutkiem tego była chęć, aby ten grzech przedstawić w ładnym opakowaniu. Z czasem przyszła refleksja, że zaciekawić swoim grzechem to ja mogę, ale nie spowiednika tylko… diabła. Wstydzić się człowieka, który za chwilę też może uklęknąć przed spowiednikiem i to swoim kolegą po fachu, to mądre nie jest. Mój kochany Franciszek, też klęka przed swoim spowiednikiem i choć trochę mi trudno wyobrazić sobie, że on też grzeszy, to przecież dzieli z każdym z nas tę ludzką dolę. I ten ludzki, jeśli tak można powiedzieć, aspekt spowiedzi z pewnością można i trzeba odczarować, spojrzeć z dystansem i racjonalnością.

Wstyd i upokorzenie jest zupełnie gdzie indziej. W środku nocy obudzony bez trudu mogę wyrecytować łaski i dobra, które bez żadnej mojej zasługi, otrzymałem od Pana, który kocha mnie miłością, której nawet wyobrazić sobie nie potrafię. I na tę miłość ja odpowiadam, mając pełną tego świadomość, swoim grzechem. Wstyd przed spowiednikiem, w niczym nie umniejszając jego roli, to jest mały „pikuś” w porównaniu ze wstydem przed Nim. To nie jest przyjemne, przyjemne było wcześniej, kiedy błyszczałem, kiedy ciepełko grzechu powodowało syte zadowolenie, kiedy mogłem „jeść w trzech smakach drób” (to z B. Okudżawy) Czas „smakołyków” się skończył, spowiedź to czas na „gorzką pigułkę”, na zdrowie (duchowe) dobrze robi, a na głupotę wręcz rewelacyjnie. Warto wszakże bo daje nadzieję na trochę (oby!) lepsze życie i lepsze jego zrozumienie, na to by zaczynać od nowa. To jest niezastąpiona okazja by powiedzieć Ojcu: Tato przepraszam, uśmiechnij się do mnie.

Tego nie da się odczarować, to trzeba przyjąć.

 

 

Zło jest ok.

 

Jeżeli „ok.” znaczy: zgadzam się, popieram, jestem zadowolony, jeżeli panie na słynnym zdjęciu w koszulkach z napisem „Aborcja jest ok.” są uśmiechnięte i zadowolone, to faktycznie trzeba się zgodzić, że aborcja jest ok. Spokojnie, nie zwariowałem pisząc to na katolickim portalu. Panie mówią prawdę, zło jest ok., że do czasu, a to już inna bajka, inne stwierdzenie, inne rozważanie i inne pytania. Przypomina mi się anegdota. Profesor oznajmia studentowi: „ Jeżeli odpowie pan na jedno pytanie, ma pan zdany egzamin”. Student zgadza się. Profesor:” Proszę powiedzieć ile jest liści na tym drzewie za oknem”? Student:” dwieście pięćdziesiąt dwa tysiące, sześćset dwadzieścia jeden”. Zdumiony profesor:” Skąd pan to wie”? A przepraszam – mówi student, to jest już drugie pytanie.

Tak właśnie jest ze złem, stwierdzam, że jest fajne, a co będzie dalej, a to już drugie stwierdzenie, pytanie. Gdyby zło było szpetne, odrażające, gdyby cuchnęło, to owe panie z pewnością nie założyłyby koszulek z napisem:” smród jest ok.” No nie!

To jest dramat człowieka, niemal od chwili jego stworzenia. Cóż bowiem zauważa nasza pramatka  na sugestię diabła? Ewa spostrzega, że „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono r o z k o s z ą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”. Co było dalej wiemy. I to jest uniwersalna cecha zła – jest rozkoszą dla oczu, ciała i zmysłów.

Znajomy mojego kuzyna przehulał spadek i w końcu znalazł się w noclegowni, na gorzkie uwagi tegoż kuzyna stwierdził:” Wiesz Kaziu, ale było przyjemnie”. Można jeszcze długo dowodzić, że zło jest przyjemne, korzystne i rozsądne, gdyby takowe nie było, to przy konfesjonale moglibyśmy sobie urządzić małe party ze spowiednikiem. Więcej to „ drugie pytanie” wcale nie musi paść szybko. Najkrótszym streszczeniem starotestamentowego mędrca Koheleta jest stwierdzenie, że łajdakowi często powodzi się lepiej niż sprawiedliwemu. Jeżeli jednak jest coś pewnego na świecie to właśnie to, że przyjdzie kiedyś taka chwila, choć nie wiemy kiedy, że On nas zapyta o uczynione  zło, że zapyta pewnie też owe panie, czy rzeczywiście aborcja jest ok.

Rozdzieranie serc naszych

                                               

 „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty”       (Jl, 2, 12)

 

Rozdzierajcie serca! Rozdzieranie oznacza, w jakimś sensie, także odsłanianie, dostanie się do tego co ukryte pod zewnętrzna warstwą. Rozdzieranie, rozrywanie i zrywanie tej zewnętrznej warstwy, nieodmiennie boli. Każdy z nas zapewne doznał bardzo nieprzyjemnego uczucia, gdy trzeba było rozerwać opatrunek. Nieraz konieczne jest podanie znieczulenia, ale znieczulanie serca (znieczulica) bardzo źle się kojarzy. Prorok Joel wie co mówi. Rozdzieranie serca, zobaczenie co się w nim kryje, musi boleć.

Przywykliśmy traktować post, także Wielki Post jako zbiór dietetycznych zaleceń żywnościowych i istotę  postu zamieniliśmy w parodię faktycznego postu. Kotlet schabowy oczywiście nie, ale dwa razy droższa i dla wielu smaczniejsza ryba, jak najbardziej. Co to ma wspólnego z rozdzieraniem serca, zaiste nie wiadomo.  Czy my naprawdę uważamy, że Bóg patrzy na nasz talerz? Bóg patrzy na moje serce, i to czy jest w nim miłość do Niego i do braci moich.

Kiedy już zobaczymy wnętrze naszego serca, zobaczymy co w nim się zalęgło, albo zobaczymy, że mieszka w nim nicość – wtedy mamy diagnozę. Marny wszakże byłby to lekarz, który zakończyłby leczenie na etapie diagnozy. Kościół – lekarz proponuje terapię: post, modlitwę, jałmużnę. I dopiero teraz jest czas na to co nazywamy wyrzeczeniami. One mają pokazać, że panujemy nad naszym ciałem i umysłem, że potrafimy je zaprząc do pracy nad dobrem.

To nie jest łatwe, nawet walka z tak brzydkim łakomstwem, przychodzi nam z wielkim trudem, a co dopiero z bardziej „finezyjnymi” nałogami i przyzwyczajeniami. Ich zło niekoniecznie polega tylko na tym, że niszczą nam zdrowie i zabierają czas. One pozbawiają nas wolności i każą (często!) pokłonić się diabłu. Możemy sami nie dać rady od nich się wyzwolić, stąd potrzeba modlitwy. Modlitwy rozumianej nie tylko jako prośby o wytrwanie w dobrym, ale modlitwy będącej spotkaniem z Jezusem. Wyjątkowo sprawdza się tu stare powiedzenie:” Z kim przestajesz, takim się stajesz”. A jeżeli sądzimy, że diabeł będzie obojętnie patrzył na nasze wysiłki, to znaczy, że „brak nam piątej klepki w głowie”.

Aby nie zamknąć się w sobie, nawet w szlachetnym celu, mamy zalecenie jałmużny. Ona uspołecznia naszą przemianę, otwiera na drugiego człowieka i jest sprawdzianem czy chodzi nam o samolubną doskonałość, czy o faktyczne nawrócenie. Jałmużnę często sprowadzamy do paru złotówek rzuconych, „na odczepnego” do jakiejś skarbonki. Nic dziwnego, ze tak pojmowane słowo „jałmużna” nabrało pejoratywnego, wręcz obraźliwego znaczenia.  Prawdziwa jałmużna, w jej najszlachetniejszym wymiarze, jest dzieleniem się z moim bliźnim tym, czego mam mało, co jest też dla mnie cenne i potrzebne. Wówczas jest to dar, dar serca jak nieraz mówimy, to są te dwa pieniążki, które wrzuciła ewangeliczna, uboga wdowa ze swego niedostatku, to jest wielkopostna jałmużna!

Zbędnym może, acz koniecznym wydaje się przypomnienie, że dar serca niekoniecznie zawsze musi mieć charakter materialny, bo „nie samym chlebem żyje człowiek.”