Trochę o słuchaniu

                                                       

 „Przywołali ich potem i zakazali im w ogóle przemawiać i nauczać w imię Jezusa.   Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli:” Rozsądźcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga    (Dz 4, 18-19)

         „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi – odpowiedział Piotr i Apostołowie”   (Dz 5, 29)

 

To oczywiste. Każdy chrześcijanin zgodzi się z tymi zdaniami wypowiedzianymi przez Apostołów. Skoro mamy wybór między ograniczonością człowieka, a wszechmocą i wszechwiedzą Boga, Boga, który jest czystą miłością, to ten wybór wydaje się oczywistością, także z punktu widzenia naszego rozumu. Teorie zatem mamy „z głowy”. Skoro tak to zajmijmy się „realem”

Kłopot pojawia się kiedy zdanie, pogląd czy nakaz naszego bliźniego jest inny, często radykalnie inny, niż to co mówi do nas Bóg. Powiedzieć tak po prostu, że On nie ma racji – trochę głupio. Mimo całej naszej ludzkiej pychy wiemy, że to bardzo źle brzmi. No ale od czego nasza inteligencja, no powiedzmy spryt. W wyniku ewolucji, na przestrzeni wieków dorobiliśmy się pewnych rozwiązań. Pora je przedstawić.

Najprostsze  to udać, że tak naprawdę to my nie wiemy, co do nas mówi Bóg, a nawet jak już wiemy, to przecież mogliśmy zapomnieć. Tyle spraw musimy zapamiętać, a człowiek nie komputer, te zresztą też się „zawieszają”. Ale co zrobić jak wiemy i nie możemy zapomnieć? To wprawdzie pech, ale takie jest życie. Co robi wtedy rozsądny człowiek? Zawsze możemy uznać, że Bożego przesłania nie zrozumieliśmy. W końcu te dwa tysiące lat to nie pstryknięcie palcami. Inne czasy i warunki, ludzie też inni, gorsi znacznie, no nie wszyscy, są wyjątki, palcem nie będę pokazywał, tak się powie. Jakby Jezus tak z bliska zobaczył tych „ciapatych”, to z pewnością by przeredagował odpowiedni fragment Ewangelii. Tę myśl warto zresztą należycie rozwinąć i są zdolni, wybitni ludzie, którzy to czynią. Jeden tylko przykład – nie pożądaj żony bliźniego. Litości, jakiej żony? Powinno być – partnerki. A to tylko przykład „kosmetycznej” zmiany.

W zasadzie można by te rozważania zakończyć, ale pochylmy się z troską nad najsłabszymi z nas, tymi którzy wiedzą, pamiętają i rozumieją, ale nie dają rady, nie potrafią, przecież nie można kopać leżącego. Ja bym oczywiście chciał, ale rozumiesz Panie, skoro nawet św. Paweł mówi, że jest poronionym płodem, że chce dobrze, a czyni źle, to gdzie tam mnie do niego. Prochem jestem i w proch się obrócę, ale są na szczęście lepsi ode mnie. Oni słuchają Ciebie za siebie i za mnie. To chyba też ten Paweł powiedział, żeby jedni drugich ciężary nosili, to ja będę ten drugi.

 

Pytanie Jezusa

 

                                                                           

„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.  ( Łk. 18,8)

 

Widać nasza wiara nie jest tak oczywista jak nam się wydaje, skoro Jezus stawia to pytanie. Pytanie po ludzku bardzo smutne. To pytanie jest do mnie, do ciebie, do nas. Pytanie na które trzeba odpowiedzieć nie czekając na czasy ostateczne. Pytanie na które trzeba odpowiadać każdego dnia, każdej godziny naszego życia. To pytanie Jezusa wymaga bezwzględnej odpowiedzi, odpowiedzi w uczciwości naszego sumienia.

 

 

Puste mieszkanie

                                                       

 

„Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, ale nie znajduje. Wtedy mówi:” Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem”; a przyszedłszy zastaje go niezajętym, wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze ze sobą siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni. Tak będzie i z tym przewrotnym plemieniem”      (Mt 12, 43 – 45)

 

Nie jest żadnym odkryciem, że natura zła jest banalna, wiele o tym pisała Hannah Arendt. Obozy koncentracyjne były największą okropnością jaką człowiek zdołał wymyślić, ale na co dzień przypominały zwykłą fabrykę. Byli w niej pracownicy, służba ochrony, przełożeni i szef. Były plany, strategie i wytyczne. Były maszyny służące do utylizacji towaru, przywożonego pociągami, tu akurat towarem byli ludzie. Organizacja pracy – na bardzo wysokim poziomie, odzyskiwanie „surowców wtórnych” – również. Co więcej – większość pracowników czyli więźniów starała się „normalnie” żyć, ta „normalność” była ważnym warunkiem przeżycia.

Ta charakterystyka zła, przy zachowaniu wszelkich proporcji, jest ciągle aktualna zarówno w życiu społecznym jak i osobistym każdego z nas. Zło nie musi być malowane czarnymi barwami, nie musi wyglądać jak średniowieczne „danse macabre”, nie musi mieć upiornie wykrzywionego oblicza. Zło tylko w baśniach dla dzieci jest odrażające, zaś w filmach grozy ma twarz patologicznego złoczyńcy. Tak przywykliśmy do tego baśniowo – filmowego wizerunku zła, że zapominamy, że może być ubrane w elegancki garnitur lub wytworną wieczorową suknię.

Bodaj najistotniejszą cechą zła – diabła, bo o nim przecież mówimy, jest to, że czai się on przed progiem każdego domu, przed progiem duszy i serca, każdego z nas. Tyle tylko, że to od nas wolnych ludzi zależy czy otworzymy mu drzwi, czy też pogonimy go het w czeluście piekielne. Wiedza o tym powinna być elementarną mądrością każdego człowieka, a chrześcijanina w szczególności.

Dla nas niesłychanie ważną wskazówką powinny być słowa Jezusa przytoczone na początku tych rozważań. Puste wnętrze człowieka, „niezajęte” jest miejscem szczególnie atrakcyjnym dla diabła i jego towarzyszy. To do pustego mieszkania najłatwiej jest się wprowadzić i urządzić je po swojemu, w tym wypadku na sposób diabelski. Mieszkanie urządzone nawet nie szczególnie wspaniale, ale z dobrą wolą jest poważnym wyzwaniem dla szatana. Proces „wysiedlania” dobra może się okazać dla niego zbyt trudny, nie rokujący nadziei na przyszłość. Co innego zastana pustka.

Diabeł nie musi w tej pustej człowieczej duszy od razu instalować piekła, na to zawsze przyjdzie czas i sposobność. Na początek wystarczy umieścić w niej niepotrzebne i złe pragnienia, zamiary i tęsknoty. Kiedy ten balast zajmie już całą duszę, wtedy często wystarczy już tylko „pstryknięcie” i człowiek zaczyna wprawiać w ruch piekielną machinę.

Wtedy zdumione otoczenie mówi:” Przecież to był normalny człowiek, normalni ludzie, normalny naród”.

Jasne, nawet najdoskonalszy tomograf nie prześwietli ludzkiej duszy. Jedynym skutecznym „tomografem” jest nasze sumienie, jeśli jednak ulegnie zepsuciu i deprawacji, to marne mamy szanse by rozpoznać zło. Wtedy mamy szansę zyskać nazwę człowieka bez sumienia. Piekielna to perspektywa i piekielne rokowania przed którymi to broń nas Boże. Amen

 

Spokojnie!

Spokojnie!

 

W ostatnich dniach mamy do czynienia z pewnym ogólno- narodowym wzmożeniem około religijnym. Rzecz dotyczy tych paskudnych Francuzów, którzy nie pomni tego, że nauczyliśmy ich posługiwać się widelcem, chcą NASZEGO Papieża usunąć z jakiejś ich mieściny. No to szable w dłoń, nie będzie Francuz pluł nam w twarz i uczył jak widelcem jeść. Ustawia się kolejka chętnych by zabrać pomnik z bezbożnej Francji i ustawić go na naszej polskiej ziemi, ziemi posrebrzanej żytem, gdzie gryka, jak śnieg biała i nawet taka dzięcielina panieńskim rumieńcem pała.

No dobrze, teraz na serio. Tak się złożyło, że Pan nasz dał nam wolną wolę. Oczywiście gdyby tylko zechciał (niestety ku rozczarowaniu wielu, nie chce) to tak dałby „popalić” jednym i drugim, że szkoda gadać. Ewangelizować na siłę opornych oczywiście można, ale kiepski pożytek z niewolnika.

Niejeden raz widziałem jak w Wielki Piątek ktoś z moich kolegów w pracy zajadał bułeczkę z masełkiem pokrytą różowiutka szyneczką z rozkosznym pasemkiem białego tłuszczyku. To prawda nie było mi to obojętne, jakoś przykro, że mój bliźni nie rozumie tego, co ja rozumiem. Nie przyszło mi jednak nigdy do głowy, aby zrzucić mu ten plasterek i powiedzieć: „Ty chamie nie wiesz, że dzisiaj nie je się mięsa?” Tego samego dnia idąc w drodze krzyżowej, nie podchodziłem do spacerowiczów z pieskami i nie oznajmiałem im:” Ty tępaku, zostaw tego kundla i chodź z nami”, choć bardzo bym chciał aby zostawił tego pieska w domu i przyłączył się do nas.

Tak, to jest przykre dla mnie chrześcijanina, że ktoś (społeczeństwo – naród) nie chce aby pomnik św. Jana Pawła II był zwieńczony krzyżem. Takie jest prawo tego kraju, społeczeństwo ma swoje powody (nie rozumiem ich), aby nie chcieć znaków religijnych po za przestrzenią sakralną. Najłatwiej oczywiście rzucić na nich gromy (Jezus jakoś nie rzucał gromów na Gerazeńczyków, którzy prosili Go aby sobie poszedł z ich krainy), my byśmy tego nie zrobili. Tak my byśmy tego nie zrobili. My wieszamy krzyż w Sali sejmu, co we Francji jest nie do pomyślenia i wykrzykujemy naszą nienawiść do bliźniego swego, a przeciwników politycznych traktujemy jak szmaty do podłogi. No ale my są chrześcijanie! Zakrwawiony człowiek leży na przystanku tramwajowym, ano jak mu wygodnie to niech sobie leży. Wprawdzie kiedyś pewien facet, odszczepieniec od wiary w prawdziwego Boga, wsadził takiego samego człowieka na swoje bydle, zawiózł go do gospody i miał staranie o niego, ale to pewnie był drugi sort, niewykluczone, że animalny, więc nie ma co go naśladować. No to na pohybel tym żabojadom, Papieża NASZEGO nie chcą libertyni hm, hm jak by tu ich określić żeby przeszło w katolickim portalu, no libertyni paskudni niech będzie, pierwsza litera taka sama.

A jakie do jasnej cholery my im dajemy świadectwo? Jakie my im dajemy świadectwo nie chcąc przyjąć na leczenie nawet rannych dzieci z kraju ogarniętego wojną? Jasne, te dzieci mają pasożyty, pierwotniaki i bakterie, a w małym serduszku gen terrorysty. No to my chrześcijanie z radością i dumą weźmiemy ten pomnik NASZEGO Papieża, a ci hm, hm ciapaci niech trzymają się z dala od naszego kraju, kraju”… gdzie pierwsze ukłony Są – jak odwieczne Chrystusa wyznanie: ”Bądź pochwalony”.

Viva Polonia semper Fidelis!

Ptaki w powietrzu i lilie polne

                                               

 

            „Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się  zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym macie się przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich”    (Mt 6, 25-30)

 

            Jeżeli ktoś bardzo by się uparł mógłby te słowa Jezusa potraktować jako swoistą zachętę do lenistwa. Wtedy warto mu przytoczyć, bardzo lapidarne i nie pozostawiające żadnych złudzeń, słowa św. Pawła:” Kto nie pracuje niech też nie je”. Kluczem do zrozumienia tego ewangelicznego tekstu jest jedno słowo: „ zbytnio”. Trudno wymagać od rozumnego człowieka, by żył beztrosko jak konik polny ze znanej bajki. Całe lato grywał on na skrzypkach i tańczył ciesząc się słońcem i zielenią, ale gdy przyszła zima został bez środków do życia. Troska o innych, ale także o siebie, jest piękną i głęboko ludzką cechą. Tylko gdzie jest granica między troską, a zbytnią troską?

Gotowych recept nie ma, ale gdzieś w głębi duszy na ogół wiemy gdzie kończy się troska a zaczyna chciwość. Czy to są sensowne zapasy roztropnego człowieka, czy może raczej wypełnione po brzegi stodoły pewnego bogacza z Ewangelii? Trzeba i to nieustannie pytać o to swoje sumienie i … rozum. Trzeba „wbić” sobie do głowy słowa Jezusa: nie troszczcie się, nie zamartwiajcie…

                                  

Przymierze Boga z każdym żywym stworzeniem

                               

 „Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów : „Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie ; z wszelką istotą żywą, która jest z wami : z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. „ ( Rdz 9, 8 -10)

 

To że Bóg zawarł przymierze z człowiekiem wydaje się nam oczywiste. Mniej oczywiste jest dla nas to, że Bóg zawarł przymierze z każdym żywym stworzeniem, z każdym w którym jest pierwiastek życia, czyli choćby ślad życia. To my powodowani pychą uznaliśmy, że to przymierze  ma charakter trzeciorzędny. Zapaskudziliśmy ziemię naszą głupotą, niechlujstwem, złą wolą, naszą nieumiarkowaną i zbędną konsumpcją. Wyrzucamy na śmietnik tysiące ton żywności i obłudnie mówimy o „matce ziemi”. Tworzymy przy pomocy „szemranych” organizacji świecką religię pt. ekologia, a jest nam obojętne, co dzieje się w naszym najbliższym, zależnym od nas otoczeniu. Gdy kochany Franciszek nawołuje do faktycznej ekologii, która jest troską o ziemię, to spotyka się z niezrozumieniem. Czynimy sobie ziemię poddaną, zapominając, że władanie oznacza także życzliwą opiekuńczość. Czy właśnie taką życzliwością jest w dzisiejszych czasach myślistwo, albo wycinanie puszczy Białowieskiej?

Albert  Shweitzer powiedział kiedyś –„ rolnik ma prawo skosić całą łąkę, by mieć paszę dla swoich zwierząt, ale gdy wracając bezmyślnie zetnie choćby jedno źdźbło  trawy, popełnia zło”

Każdy z nas, w dosłownym tego słowa znaczeniu, jest odpowiedzialny za to przymierze, które Bóg – Stwórca zawarł z każdym żywym stworzeniem. Do każdego z nas kiedyś powie – zdaj sprawę z włodarstwa swego.

 

 

Przymierze Boga

                                              

                                                       

„Potem Bóg rzekł do Noego i do jego synów:” Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; i z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. Zawieram z wami przymierze tak, iż nigdy już nie zostanie zgładzona żadna istota żywa wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię”      (Rdz 9, 8-11)

 

            Z tęsknotą i nadzieją Noe oczekuje chwili gdy będzie mógł po wyjściu z arki, postawić stopę na suchym lądzie. Stały ląd jest opoką, jest fundamentem trwania i rozwoju. I choć zabrzmi to niemożliwie kiczowato, to płynąc przez ocean naszego życia, też szukamy nieustannie czegoś stałego i niezmiennego na czym moglibyśmy oprzeć nasze życie. Wzburzone fale, wichry, grzmoty burzy i błyskawice rozświetlające oceaniczną toń, to nie jest to za czym tęsknimy. To prawda, arkę zamieniliśmy na luksusową łódź, jacht, a nawet „wypasiony” transatlantyk, uciech i zabaw co niemiara. Można sobie tak płynąć i płynąć od jednej przyjemności do drugiej i nawet nie zauważyć, że zbliżamy się do portu przeznaczenia. Dobrze jeśli w którymś momencie zdążymy zawołać:” Panie, ratuj, bo giniemy!”

Bóg zawiera przymierze z Noem i każdą istotą żywą. Obiecuje, że już nigdy na Jego polecenie wody potopu nie zniszczą ziemi i człowieka. Każdą następną apokalipsę robimy wobec tego naszymi ludzkimi siłami i nie można nam w tym względzie odmówić zdolności. To oczywiście nie przeszkadza nam obarczać za nią odpowiedzialnością Boga. Pytamy dlaczego pozwala, dlaczego nie widzi, gdzie był i co czynił, gdy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo ludzie wzajemnie się wyrzynali.

Zapominamy, że przymierze zawiera się z wolnym człowiekiem, nikt nie zawiera przymierza z niewolnikiem. Bardzo się nam owa wolność podoba gdy możemy rzucić Bogu w twarz nasze dumne” nie”, gorzej  gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.

Przyjemność myślenia

                                                                    

Dominikanin O. L.M. Bocheński stwierdził kiedyś, że jedną z największych radości jego życia stanowiło filozofowanie. Nie każdemu jednak bez profesjonalnego przygotowania, taka radość jest dana. Każdy wszakże dostąpić może radości i pożytku  wynikającego z myślenia. Myśleć można zawsze i wszędzie, myśleć trzeba zawsze i wszędzie! Do myślenia nie trzeba specjalnych warunków. Ktoś, kto od nich będzie uzależniał myślenie, rzadko dostąpi tej radości.  Myślenia nie należy odkładać do jutra, do niedzieli, do urlopu. Wyrażenie „pomyślę później” jest wysoce niepokojące. I choć z myślenia nie wynika niestety w sposób automatyczny dobre postępowanie, to niewątpliwie niejednego zła dałoby się uniknąć, gdyby człowiek w liczbie pojedynczej i mnogiej zechciał poprzedzać swoje działanie uprzednim myśleniem.

Ale można myślenie, nawet bardzo błyskotliwe, całkiem oddać w służbę zła. Historia zna niejeden taki przykład. Szczególnie źle zasłużyli się ci, którzy niejako zawodowo myśleli i wymyślali czasem teorie, idee i koncepcje bardzo podłego gatunku.

Myślenie ma wartość, można więc je sprzedać. Niektórzy  bardzo chętni pieniędzy i zaszczytów sprzedają przy tym i siebie samych.  Mówi się także, że myślenie nie zna granic. Szkoda! Myślenie bowiem niektórych ludzi przybiera nieraz upiorne kształty. Jak chociażby owo nie znające granic i barier moralnych myślenie części genetyków, którzy chcą eksperymentować na człowieku.

To wszystko jednak nie może zniechęcać do myślenia. Lekceważące stwierdzenie, że „koń ma dużą głowę, to niech myśli” świadczy tylko o wyjątkowo małej głowie wypowiadającego te słowa.

Przeciwieństwem myślenia jest bezmyślność. Bezmyślność prawie zawsze jest przyczyną mniejszego lub większego zła i dlatego sama w sobie jest już przewinieniem. Co gorsze prowadzi prostą drogą do głupoty, ta zaś jest wymieniona przez Chrystusa obok tak ciężkich grzechów jak rozpusta czy bałwochwalstwo. Tak częste stwierdzenie: „nie pomyślałem o tym” nie jest żadnym usprawiedliwieniem,  raczej stwierdzeniem myślowego lenistwa. To zaś często jest groźniejsze od fizycznego.

Bezmyślność bywa czasem traktowana jako sposób na życie. Takie indywiduum ludzkie nie myśli o niczym, nie myśli o swojej rodzinie, otaczających go bliźnich, o wierze nawet i ojczyźnie swojej. Pozwala by inni myśleli za niego. Produkty ich myślenia bierze za swoje. W związku z tym istnieje cała klasa ludzi, którzy specjalizują się w myśleniu za innych. Są to niezwykle groźni myśliciele. Jeśli im się człowiek podda np. w reklamie, propagandzie, to zrobią z niego pajaca.

Wielu jednak mówi, iż nie wie o czym myśleć. Otóż to. Trzeba więc zacząć od myślenia o sobie samym. Nie bójmy się tego! Pomyśleć  trzeba, co ja konkretnie robię, aby być dobrym człowiekiem. Dalej, możemy pomyśleć o naszych bliźnich, zaczynając od tych najbliższych. Co mogę dla nich uczynić, jakimi dobrami się z nimi podzielić, jak sprawić by radość pojawiła się w ich sercach, jak spędzić z nimi wolny czas ? Ho, ho, jest o czym myśleć. A dalsi bliźni? Mój Boże, tyle nędzy, tyle biedy obok nas i na dalekim świecie. Czy my w ogóle myślimy, jak jej choć trochę zaradzić ? A przecież możemy usłyszeć najpiękniejsze słowa: „Dziękuję ci, żeś pomyślał o mnie, o nas.

Zakończmy te rozważania jeszcze tylko przestrogą przed zbędnym myśleniem. Leży sobie człowiek na kanapie i myśli:” co będzie jutro, pojutrze, czy będzie bogaty czy biedny, ile wyda we wtorek, a ile zarobi w piątek, jak długo będzie żył i jaki nagrobek będzie miał ?” Oj, może zaboleć głowa od takiego myślenia. Lepiej więc posłuchać Mistrza i Nauczyciela, który mając na uwadze takie myślenie pyta:” I kto z was rozmyślaniem może dodać do wzrostu swego łokieć jeden ?”

 

 

 

 

 

Prośmy o wszystko

                                                      

 „A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię.”  (J 14, 13-14)

 O cokolwiek – czyli właściwie o wszystko. Możemy prosić o sprawy dla nas bardzo ważne, życiowe wręcz, ale i o te, które mogą wydawać się banalne. Niektórzy w takim wypadku ostrzegają, by „nie zawracać Bogu głowy”. Nic bardziej błędnego.

Jedni proszą o zdrowie i mądrość, inni by powiodło się dziecku, chłopak prosi o dziewczynę dla siebie, a dziewczyna, by pięknie wyglądała w nowej sukience. Dziecko prosi o zabawkę, a babcia modli się, by wnuczek zdał egzamin na wymarzone studia. Bóg wie, że to i wiele innych rzeczy potrzebne nam jest do naszego szczęścia i On tego naszego szczęścia pragnie. Możemy więc prosić o cokolwiek.

 

 

Prośba trędowatego

 

                                                                                                            

 

 

„Gdy zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go : Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” [Jezus] wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł :” Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast został oczyszczony z trądu.”   ( Mt. 8, 1-3)

 

Trędowaty musiał zaryzykować, prawo zabraniało mu przybliżać się do zdrowych ludzi. Wiedział, że Jezus może go uzdrowić, ale nie wiedział czy zechce to uczynić.

            Jesteśmy poniekąd w lepszej sytuacji. Nie tylko wiemy, że On może, ale wiemy też, że zechce.

Dziś o trądzie częściej słyszymy słuchając Ewangelii, niż z doniesień medycznych. Może to zbyt barwne porównanie, ale dziś trąd bardziej niż nasze ciała zaraża nasze dusze. Sprawia, że ulega degradacji nasze wnętrze. W naszym sercu zaś lęgnie się, by odwołać się do tytułu głośnej powieści F. Mauriaca –  kłębowisko żmij. Jest rada ? – Jest, taka jak przed wiekami. Przyjść do Niego, upaść na kolana i poprosić