Mój słownik

                                                             

          Siostra Małgorzata Chmielewska, przełożona wspólnoty  „Chleb Życia”, w jednym z  udzielonych wywiadów stwierdziła : „Nasz wiek dwudziesty skutecznie obrzydził nam proste pojęcia. Wstydzimy się przywracać słowom właściwe znaczenie”  Oto mój prywatny słownik słów i pojęć zapomnianych albo,  zapominanych.

„Bezinteresowność” – coraz mniej jest  jej wśród nas, dramatycznie mniej ludzi bezinteresownych. Nie dlatego, że są źli, oni po prostu nie mają czasu na bezinteresowność. Załatwiają swoje interesy przez siedem dni tygodnia. Oni  by nawet chcieli, ale patrz jak wyżej. Bezinteresowność jest jednak potrzebna dla psychicznego komfortu,  ratują się więc udziałem, od czasu do czasu,  w jakiejś akcji charytatywnej. Nie jestem przeciwny akcjom charytatywnym, zawsze przyda się denar wrzucony do świątynnej skarbony przez bogatego, ale kołacze mi się po głowie myśl, że może mniej byłoby potrzeba akcji charytatywnych, gdyby na  co dzień znalazło się więcej ludzi bezinteresownych.

            „Brak czasu” – nikt na nic nie ma czasu, dla bliźniego swego w szczególności, ale nie tylko, ksiądz po spowiedzi nieśmiało mnie pyta, czy będę miał czas odmówić dziesiątkę różańca.

            „Szlachetność” – zda się powymierali ostatni wielcy szlachetni tego wieku. Student pyta,  czy znajdzie w słowniku języka polskiego słowo „szlachetny”, bo komuś z nauczycieli „odbiło” i każe wytłumaczyć owo słowo. Z języka codziennego zniknęło zupełnie.

            „Przedsiębiorca” – teraz biznesmen, ma często swojego osobistego boga – mamonę i jemu, jej, składa nieustanny hołd. Rodzina, dom, odpoczynek – a to już twój biznes mówi do swojego pracownika. On tym „biznesem” nie jest zainteresowany. No, może raz, czy dwa razy do roku da pracownikom talon na zakupy, którego wartość odpisze sobie od podatku. Młodej kobiecie niedwuznacznie zasugeruje, że jak zajdzie w ciążę to u niego „ma przechlapane”. Syty Baal, bóg konsumpcji supermarketów, koncernów, banków, ale także, śmiechu warte, całkiem małych sklepików i zakładzików.

„Uczciwość” – co to znaczy uczciwość ? Ja jeszcze znałem zegarmistrza, stolarza, szewca, którzy widząc moje zaskoczenie z powodu, jak mi się zdawało, zbyt małej ceny za swoją usługę, mówili z pewną dumą – „tyle się należy”. Teraz tyle się należy, ile się uda wyciągnąć od klienta, a głupi ten, co nie bierze jak dają. Uczciwość w życiu prywatnym jeszcze jest wartością, jeszcze czasami ktoś powie o drugim – uczciwy z niego człowiek, ale jakby z mieszaniną podziwu i … zazdrości. Temu to się udało, ale gdzie tam mnie do niego. Uczciwość uległa transformacji w wolny rynek, czytaj w wolną dżunglę, z której rozlegają się  jęki, wrzaski, skowyt zranionych i cisza pożartych.

            „Grzeczność” – mój Boże, łza się w oku kręci. Teraz głupio powiedzieć nawet o dziecku, że jest grzeczne, bo pomyślą pewnie safanduła i nieudacznik. W myśl jakiejś kretyńskiej pedagogiki , dziecko nie może mieć zahamowań, musi przyłożyć temu, co mu na odcisk nadepnie, przepchać się jeszcze wątłymi ramionami, bo inaczej będzie stłumione i zakompleksione. Grzeczni dorośli? No cóż zdarzają się, o Kmicicu panny mówiły :”grzeczny kawaler ale mruk” – to w czasie obrony Jasnej Góry. Dziś „grzeczny” kawaler klnie, pali, „obala” browar albo połówkę i „seksownie” się całuje z panną, gdzie popadnie. Pewien polityk po powrocie zza oceanu stwierdził, że woli grzeczność za pieniądze niż bezpłatne chamstwo. Może to jest melodia przyszłości ? Grzeczność za pieniądze, szlachetność za pieniądze, uczciwość za pieniądze.

            „Dyskusja” – słowo szybko wychodzące z użycia. W życiu prywatnym dyskutują jedynie najwięksi zapaleńcy, nawiedzeni jak się o nich mówi. Towarzystwo skutecznie ich ucisza, bo psują miłą, czytaj nijaką atmosferę przyjęć, na których wypada być. Kiedyś, jak mawiał mój dziadek,  to były panie tego, dyskusje, teraz raczej wszechobecne ple, ple ple.

            „Przyjaciel” – kiedyś miało go się jednego, czasem dwóch, za to  „ do grobowej deski”. Dziś im więcej tym lepiej, bo po pierwsze to ładnie brzmi, po drugie, im masz ich więcej, tym więcej możesz załatwić, po trzecie znaczy,  że masz niekonfliktowy charakter, czytaj nijaki, a to już bardzo przydatna cecha przyszłego menadżera. Będziesz gładko kierował zespołami ludzkimi, skutecznie wygaszając ambicje, protesty i niezadowolenia, zawsze uśmiechnięty, nikt się do ciebie „nie przyczepi”.

No cóż nie mam pretensji do świata stworzonego przez Pana Boga i zasiedlonego przez człowieka. Może więc na koniec zabawna dykteryjka autorstwa niezapomnianego księdza Jana Ziei : „ Mówi Stasiek : Źle jest na świecie. A na to Janek : Wiesz co, Stasiek poprawmy się oba, a będzie lepiej”

 

 

 

 

2 myśli w temacie “Mój słownik”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.