Rozdzieranie serc naszych

                                               

 „Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty”       (Jl, 2, 12)

 

Rozdzierajcie serca! Rozdzieranie oznacza, w jakimś sensie, także odsłanianie, dostanie się do tego co ukryte pod zewnętrzna warstwą. Rozdzieranie, rozrywanie i zrywanie tej zewnętrznej warstwy, nieodmiennie boli. Każdy z nas zapewne doznał bardzo nieprzyjemnego uczucia, gdy trzeba było rozerwać opatrunek. Nieraz konieczne jest podanie znieczulenia, ale znieczulanie serca (znieczulica) bardzo źle się kojarzy. Prorok Joel wie co mówi. Rozdzieranie serca, zobaczenie co się w nim kryje, musi boleć.

Przywykliśmy traktować post, także Wielki Post jako zbiór dietetycznych zaleceń żywnościowych i istotę  postu zamieniliśmy w parodię faktycznego postu. Kotlet schabowy oczywiście nie, ale dwa razy droższa i dla wielu smaczniejsza ryba, jak najbardziej. Co to ma wspólnego z rozdzieraniem serca, zaiste nie wiadomo.  Czy my naprawdę uważamy, że Bóg patrzy na nasz talerz? Bóg patrzy na moje serce, i to czy jest w nim miłość do Niego i do braci moich.

Kiedy już zobaczymy wnętrze naszego serca, zobaczymy co w nim się zalęgło, albo zobaczymy, że mieszka w nim nicość – wtedy mamy diagnozę. Marny wszakże byłby to lekarz, który zakończyłby leczenie na etapie diagnozy. Kościół – lekarz proponuje terapię: post, modlitwę, jałmużnę. I dopiero teraz jest czas na to co nazywamy wyrzeczeniami. One mają pokazać, że panujemy nad naszym ciałem i umysłem, że potrafimy je zaprząc do pracy nad dobrem.

To nie jest łatwe, nawet walka z tak brzydkim łakomstwem, przychodzi nam z wielkim trudem, a co dopiero z bardziej „finezyjnymi” nałogami i przyzwyczajeniami. Ich zło niekoniecznie polega tylko na tym, że niszczą nam zdrowie i zabierają czas. One pozbawiają nas wolności i każą (często!) pokłonić się diabłu. Możemy sami nie dać rady od nich się wyzwolić, stąd potrzeba modlitwy. Modlitwy rozumianej nie tylko jako prośby o wytrwanie w dobrym, ale modlitwy będącej spotkaniem z Jezusem. Wyjątkowo sprawdza się tu stare powiedzenie:” Z kim przestajesz, takim się stajesz”. A jeżeli sądzimy, że diabeł będzie obojętnie patrzył na nasze wysiłki, to znaczy, że „brak nam piątej klepki w głowie”.

Aby nie zamknąć się w sobie, nawet w szlachetnym celu, mamy zalecenie jałmużny. Ona uspołecznia naszą przemianę, otwiera na drugiego człowieka i jest sprawdzianem czy chodzi nam o samolubną doskonałość, czy o faktyczne nawrócenie. Jałmużnę często sprowadzamy do paru złotówek rzuconych, „na odczepnego” do jakiejś skarbonki. Nic dziwnego, ze tak pojmowane słowo „jałmużna” nabrało pejoratywnego, wręcz obraźliwego znaczenia.  Prawdziwa jałmużna, w jej najszlachetniejszym wymiarze, jest dzieleniem się z moim bliźnim tym, czego mam mało, co jest też dla mnie cenne i potrzebne. Wówczas jest to dar, dar serca jak nieraz mówimy, to są te dwa pieniążki, które wrzuciła ewangeliczna, uboga wdowa ze swego niedostatku, to jest wielkopostna jałmużna!

Zbędnym może, acz koniecznym wydaje się przypomnienie, że dar serca niekoniecznie zawsze musi mieć charakter materialny, bo „nie samym chlebem żyje człowiek.”

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *