Trochę o „nieregularnych”

 

 

            Psychologowie twierdzą, że osiemdziesiąt procent naszej populacji ma zdiagnozowane pewne ułomności psychiki. Na pytanie o te pozostałe dwadzieścia procent odpowiadają, że ich po prostu jeszcze nie przebadali. To oczywiście taki żart, ale dający trochę do myślenia.

W ostatnich latach pewną karierę zrobiło słowo „nieregularny”. Nieregularny, czyli ktoś taki, kto postępuje inaczej niż wymagają powszechnie przyjęte normy i zwyczaje. Niektórzy mają też na ich określenie słowo „inny”. Tak długo jak owa nieregularność czy inność nie narusza obowiązującego prawa, problem jest niewielki. Sytuacja zmienia się radykalnie gdy ów problem nieregularności przeniesiemy na grunt naszej wiary chrześcijańskiej. Tu nie ma znaczenia, że jakaś postawa nie jest karalna, bo każda postawa określona jako nieregularna, jest karana… piekłem.

W tym momencie trzeba wyraźnie stwierdzić, że ci nieregularni to po prostu grzesznicy. Jakiś mądrala może powiedzieć, że przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami. No nie do końca! Niby grzeszymy, ale niektórzy mniej. To tak jak w tej anegdocie, że księża siusiają mniej (świętość, świętością, a wizyta u urologa konieczna). Jak to wygląda w praktyce? Dwa przykłady.

On, nazwijmy to fachowo, mobbinguje swoją żonę, no leje ją zwyczajnie, nie dba o dzieci i lubi wszystko co zawiera procenty. Od czasu do czasu ma, hm, hm kontakty zbliżeniowo – seksualne z różnymi spragnionymi jego miłości paniami. Do kościoła chodzi rzadziej, ale na procesji Bożego Ciała jest zawsze i w Wielki Piątek „setę” zagryza wyłącznie kwaszonym ogóreczkiem. Oczywiście ślub miał kościelny i wtedy był u spowiedzi, no chyba że szwagier podpisał mu kartkę.

Na drugim biegunie są ci  nieregularni. Kiedyś poplątało się im życie, popełnili błąd, żałują go, ale przeszłości zmienić się nie da. Starają się żyć w wierze chrześcijańskiej, uczestniczą we Mszy św., choć czasami wychodzą z kościoła gdy kapłan rozdaje Eucharystię w Komunii św., bo nie mogą sobie poradzić z bólem. Pewien błyskotliwy zakonnik uznał, że jeśli takowi przychodzą do kościoła, to na swoich butach mają… gnój. To oczywiście taki  skrót. Jedno zdanie i Ewangelia w pigułce.

Kochany Franciszek pochylił się nad ich cierpieniem i tam gdzie to jest możliwe, chce im pomóc. Chce w nich, tak jak i we wszystkich „odmieńcach” zobaczyć twarz Chrystusa cierpiącego i opuszczonego, a ostatnio powiedział małemu chłopcu że, jego zmarły ojciec ateista był dobrym człowiekiem i może być spokojny o jego los.

Ateista dobrym człowiekiem! Zaprawdę wielki heretyk z tego Papieża.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *