Prośba trędowatego

 

                                                                                                            

 

 

„Gdy zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go : Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić” [Jezus] wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł :” Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast został oczyszczony z trądu.”   ( Mt. 8, 1-3)

 

Trędowaty musiał zaryzykować, prawo zabraniało mu przybliżać się do zdrowych ludzi. Wiedział, że Jezus może go uzdrowić, ale nie wiedział czy zechce to uczynić.

            Jesteśmy poniekąd w lepszej sytuacji. Nie tylko wiemy, że On może, ale wiemy też, że zechce.

Dziś o trądzie częściej słyszymy słuchając Ewangelii, niż z doniesień medycznych. Może to zbyt barwne porównanie, ale dziś trąd bardziej niż nasze ciała zaraża nasze dusze. Sprawia, że ulega degradacji nasze wnętrze. W naszym sercu zaś lęgnie się, by odwołać się do tytułu głośnej powieści F. Mauriaca –  kłębowisko żmij. Jest rada ? – Jest, taka jak przed wiekami. Przyjść do Niego, upaść na kolana i poprosić

 

 

 

 

 

 

Prawda Sądu ostatecznego

                                                                                     

Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”.  (Mt 25. 31-46)

To nie jest zwyczajna przypowieść. To jest arcyważna zapowiedź – wizja Sądu ostatecznego. To jest rozliczenie człowieka z tego, co zrobił tu na ziemi. To ma być „przepustka”  do nieba albo do piekła. I tu dopiero możemy się zdziwić, bo kryteria tej „przepustki” nie są wcale „wyśrubowane”.

 Król nie mówi o żadnym heroizmie wiary w Niego, nie rozlicza z ofiar i wyrzeczeń zrealizowanych lub nie. Nie pyta o grzechy i „brzydkie” myśli. Król pyta o elementarną ludzką życzliwość do naszego bliźniego, o to czy udzieliliśmy mu pomocy gdy był w potrzebie. Tylko tyle, czy aż tyle ?

O tym jaką jednak nadaje rangę tej pomocy świadczy zaskakujące stwierdzenie:” Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Nie było i nie ma innego Króla, który tak traktowałby swoich poddanych. To jest szansa i ostrzeżenie. Szansa dla tych, którym „ nie po drodze” z oficjalną wykładnią wiary i przestroga dla tych, których usta są pełne : Panie, Panie…, ale bliźniego swego omijają z daleka.

 

                                                                                      

 

Pójdź za Mną

                                             

“ Do innego rzekł:” Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział :” Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu:” Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”. Jeszcze inny rzekł:” Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać z moimi w domu” Jezus mu odpowiedział :” Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”.   (Łk 9, 61-62)

 

Czy mamy nie grzebać zmarłych, nie powiedzieć bliskim „do widzenia” ? Czy oracz nie może rozprostować pleców i obejrzeć się dookoła ? To chyba nie tak.

Jezus chce nam przekazać ważną sugestię – radę. Jeśli do czegoś się zobowiązałeś, jeśli podjąłeś decyzję, wybrałeś cel, to bądź konsekwentny. Idź do przodu, wypłyń na głębię! Nie rozpraszaj się i nie oglądaj się za siebie. Zostaw miłosiernemu Bogu to, co było i zacznij swoją wędrówkę na nowo. Wtedy masz szansę dotrzeć do celu, wtedy możesz rzeczywiście iść za Mistrzem.

Bywa jednak często, że zaczynamy kombinować niczym ów koń gdy ma pod górkę. Wybraliśmy Boga w naszym życiu ? Tak wybraliśmy. Mamy w sobie wewnętrzny głos, który niczym igła kompasu wskazuje nam właściwy kierunek ? Mamy. Ale wskazówka kompasu pokazuje czasem niekoniecznie najwygodniejszą drogę. No to co robimy ? Ano właśnie kombinujemy. Tu trzeba powiedzieć  „do widzenia”, tam iść na pogrzeb, wesele, przyjęcie, do dodatkowej pracy, wypełnić obowiązki domowe, towarzyskie, zdrowotne (właściwe podkreślić). Sorry Panie Jezu przecież się „nie rozerwę”. Nie mówię „nie” tylko „poczekaj”. Jak się obrobię, to będzie czas i dla Ciebie.

I nawet nie zauważymy, że słowa Jezusa „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych” odnoszą się do nas.

 

 

Powołanie do wolności

 

 „Wy zatem,  bracia powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie.” ( List do Galatów 5, 13)

            „Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność” ( 2 List do Koryntian)

 Wolność jest dla ludzi dojrzałych duchem. Znaczy to tyle, że ktoś nie mający tej dojrzałości, choćby żył w najbardziej wolnym otoczeniu, faktycznie może być zniewolony. Znane  powiedzenie zaś mówi, że można być wolnym człowiekiem nawet za kratami więzienia.

Wolność  jest wartością. Jak każdą  wartość można ją sprzedać i można ją kupić. Na ludzkim targowisku zawsze byli tacy, którzy ją sprzedawali i tacy, którzy ją kupowali. Im większa świadomość swojej wolności u sprzedającego, tym większą cenę za nią może uzyskać.

Wolność raz utraconą niezmiernie trudno odzyskać,  nawet w sprzyjających warunkach. Na przeszkodzie bowiem stoi coś, co można  by nazwać „mentalnością  niewolnika”. Niewolnik, paradoksalnie  po pewnym czasie nie bardzo potrafi żyć bez swojego pana. Ten wprawdzie zabiera mu wolność, ale zapewnia mu na ogół minimum bytu, ba wykazuje pewną troskę o niego, choć bardziej przypomina to dbałość o rzecz lub zwierzę pociągowe niż o człowieka.  Przede wszystkim zdejmuje z niego odpowiedzialność za jego  niewolnika życie. Bywa więc, że kiedy niewolnik odzyska wolność, wkrótce zaczyna tęsknić za swoim panem i niekiedy już dobrowolnie wraca do niego. Wolność jest za trudna. Nie chce, czasem nie umie podjąć wysiłku jej udźwignięcia. Zjawisko to nie nowe, skoro prawie nazajutrz po wyjściu z niewoli egipskiej Izraelici zatęsknili za swoimi panami, którzy jacy byli tacy byli, ale garnków pełnych duszonego mięsiwa nie żałowali a i pory, i cebule dawali na smakowite sałatki.

Człowiek jest wolny lub nie w każdym niemal przejawie swego życia. I tu funkcjonuje rozpowszechnione mniemanie, utożsamiające wolność z możliwością robienia tego, na co w danej chwili mam ochotę. Piewców tak rozumianej wolności nigdy nie brakuje. Nie dociera do nich to, że tak pojmowana wolność jest w najlepszym wypadku tylko wolnością dla nich.

Ci, którzy w obłędny sposób pojmując tę  wolność, zabijają poczęte dziecko, też wyznają pogląd, że wolność jest tylko dla nich. Inni zaś uważają, że wolne jest tylko to, co przyjemne. Przyjemny jest seks, niektórzy mówią „wolny seks” lub „wolna miłość”! Ujęcie więc tej formy aktywności ludzkiej w normy etyczne jest równoznaczne dla nich z niewolą.

Niewola grzechu mieni się nieraz bardzo długo wszystkimi barwami tęczy, potrafi upajać i rozweselać. Tylko koniec jest zawsze ten sam – pustka i smutek.

  Jest wreszcie wolność od Boga, najbardziej przerażająca z ludzkich wolności. Wolność stworzonego od swojego Stwórcy. Wolność dopuszczona jednakże przez Boga. Wolność, którą można przenieść w wieczność, doskonale i w pełni oddzielając się od Wszechmogącego, bo jak mówi praojciec Abraham do bogacza, który po śmierci znalazł się w otchłani piekła…”między nami a wam zionie ogromna przepaść, tak, że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”    

Powinność czynienia dobra

                                                 

 

„Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego, ze Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła. ( Dz 10, 38-39)

 

„Przeszedł On dobrze czyniąc”.  W tych czterech słowach zawarł Apostoł Piotr całą prawdę o ziemskiej drodze Jezusa. Chrystus nie pognębił Rzymian i nie wyzwolił Narodu Izraelskiego spod ich okupacji, nie obsypał rodaków bogactwami, nie chciał dla siebie zaszczytów i władzy.

„Przeszedł On dobrze czyniąc”

Może za małą mamy wiarę, by przywrócić zdrowie choremu, otworzyć oczy niewidomemu. Nie potrafimy chodzić po morzu i uciszać burzy. Ale możemy przejść przez ziemię, choćby tę najbliższą wokół nas, dobrze czyniąc. Wygładzić miłością twarz ściągniętą grymasem bólu, pomóc dziecku ulicy, darować krzywdę, uśmiechnąć się do tych, do których nikt się nie uśmiecha, położyć lampkę i modlitwę na zapomnianym grobie. Ilu było takich przed nami: Albert Schweitzer, brat Albert Chmielowski, Janusz Korczak , Matka Teresa z Kalkuty i wielu innych, których imiona zna tylko Bóg.

Czy dołączę do nich, czy też przejdę przez ziemię tupiąc głośno butami i rozrzucając bliźnich na boki, syty sławy i złota, by na końcu stanąć przed Bogiem z pustymi rękoma.

 

 

 

 

 

 

Potrzeba zastanowienia

                                               

„Powiedzcie : co się wam wydaje ? -Pewien człowiek miał dwu synów. Zwracając się do jednego z nich, powiedział: Synu mój, idź dziś popracować w winnicy. A on odpowiedział : Dobrze, panie – ale nie poszedł. Potem zwracając się do drugiego powiedział to samo. A ten odpowiedział : Nie chcę ! Ale potem odczuwając niepokój, poszedł. Który z tych dwóch wypełnił wolę ojca ?”

(Mt  21 28-31)

 

Dobry Boże – chciałoby się powiedzieć, „ile łez, ile bólu i skarg” można by uniknąć, gdyby człowiek zechciał, zanim coś źle uczyni, rozważyć w sercu i umyśle swój zamiar. To jeszcze wprawdzie niczego nie przesądza, ale wzbudza niepokój i to może być dobry niepokój.  Może to i zbytni optymizm, jeśli nie naiwność, ale gdyby każdy z nas przynajmniej czasami ten niepokój odczuwał, to ilość zła i cierpienia wokół nas radykalnie by się zmniejszyła.

Syn powiedział ojcu „nie”. Gdyby zabrakło mu owego niepokoju, a inni tłumacze mówią także o żalu i opamiętaniu, o wyrzutach sumienia,  zostałby z tym swoim „nie” ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Jest w nas jednakże coś i z tego pierwszego syna. Ileż to razy mówimy „tak” Bogu, bliźnim naszym, samym sobie, a potem lekce sobie ważymy nasze słowo.

 

 

 

 

Poetyka walki

                                                      

 

Trudno zaprzeczyć temu, że są sytuacje gdy walka staje się smutną, czy wręcz tragiczną koniecznością. Są to sytuacje zagrożenia życia, zagrożenia istnienia mojej ojczyzny, potrzeba zapewnienia elementarnych warunków, by móc żyć. Walka o te wartości, niezależnie jak bywa okrutna, uwzniośla jej uczestników często oddających swoje życie by ratować innych. Taka walka tworzy bohaterów i bohaterskie mity. Bardzo poważną konsekwencją tego staje się to, że walka nawet wtedy gdy już nie jest absolutnie konieczna, staje się sposobem na życie, rozwiązywanie konfliktów z bliźnimi i kształtowanie oblicza otaczającej nas rzeczywistości. Przyjrzyjmy się więc walce w jej niemal wojennej retoryce.

Walka zakłada istnienie wroga. Mój bliźni, brat naszego Boga staje się naszym wrogiem! Jedynym sensem walki jest zniszczenie tego wroga, ale wygrana nie jest jednoznaczna z pokojem. O ile w klasycznych konfliktach militarnych na ogół któraś ze stron jest faktycznym zwycięzcą, o tyle w walkach, które toczymy z naszymi bliźnimi wyznającymi inny niż nasz światopogląd, już niekoniecznie. Walka prowadzona na wyniszczenie powoduje, że obie strony ponoszą straty. Cel zaczyna uświęcać środki. Nawet jeśli na jakimś etapie jedna ze stron odniesie zwycięstwo, to przecież nie spowoduje to zmiany sposobu myślenia u drugiej. Owszem poczuje się ona skrzywdzona, upokorzona i teraz jedynym jej celem będzie gromadzenie sił i środków, by odzyskać dumę i poczucie swojej wartości, ale także odpłacić przeciwnikowi za swoje upokorzenie. Idealnym dopalaczem jest nienawiść, im większa, tym motywacja do zniszczenia przeciwnika bardziej skuteczna. Ponieważ ilość kamieni jest nieograniczona, a zapał nieśmiertelny to zmieniają się czasy, ludzie i rzeczywistość, a walka trwa w najlepsze.

Pomijając wszystkie dylematy etyczne, to ten sposób „nawracania” moich bliźnich na słuszny świata ogląd jest skrajnie nieskuteczny. Sama walka jest oczywiście widowiskowa, zapewnia wśród swoich sławę i uznanie, mile łechce dumę z powodu celnego przywalenia przeciwnikowi.

Logika Ewangelii jest radykalnie inna i aby ją zrozumieć, trzeba faktycznie narodzić się na nowo. Po ludzku rzecz sądząc tej logiki w ogóle nie ma. Bo jaka jest logika aby temu, który mnie spoliczkował nie tylko nie oddać, ale nadstawić drugi policzek? Czynienie dobra tym, którzy też je nam czynią jest zrozumiałe i akceptowalne, ale czynić dobro tym, którzy nas częstują złem, jest nonsensem. Ale na tym właśnie nonsensie i na tym braku logiki  jest zbudowane Królestwo Boże. To królestwo o którym nauczał Jezus może być głupstwem dla wielu, ale dla nas chrześcijan jest drogą do wieczności, do zbawienia. Może też stać się drogą dla innych ode mnie. Jak?

Jeżeli w życiu codziennym będę starał się żyć Jego nauką to jest szansa, że prędzej czy później inni to zauważą. Zauważą radość, dobro i pokój mimo cierpienia i łez, które dotykają każdego z nas. Te wymienione wartości są pożądane przez wszystkich, kto z nas nie chciałby być radosnym i szczęśliwym? Z czystej ciekawości, a może nawet śmiechu warto, zazdrości zechcą zobaczyć inny świat i zastanowić się nad nim. Może pojawi się u nich zaduma, niepokój, może choć na chwilę rozprostują zaciśniętą pięść. Może, kto to wie, On pisze prosto na krzywych liniach.

 

                                                        Pielgrzym

„Jahwe rzekł do Abrama:” Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”   (Rdz, 12, 1-3)

 

 

          Nad stanami jest i stanów – stan,

                                                    Jako wieża nad płaskie domy

                                                    Stercząca, w chmury…

                                                                          2

                                                     Wy myślicie, że ja nie Pan

                                                     Dlatego że dom mój ruchomy

                                                     Z wielbłądziej skóry

                                                                            3

                                                      Przecież ja – aż w nieba łonie trwam,

                                                      Gdy ono duszę mą porywa,

                                                      Jak piramidę!

                                                                              4   

                                                      Przecież i ja – ziemi tyle mam,

                                                      Ile jej stopa ma pokrywa,

                                                      Dopokąd idę!…                    

 

(C.K Norwid – Pielgrzym)

 

Łatwo powiedzieć :” Wyjdź z twojej ziemi…”. Bóg wprawdzie nie szczędzi Abramowi obietnic, wszakże w tym momencie brzmią one nieco fantastycznie. W końcu są to tylko słowa, oczywiście słowa Boga, ale Abram Go dopiero poznaje. Miał Abram siedemdziesiąt pięć lat. Jego życie było poukładane. Miał piękną żonę, stada owiec, może przyjaciół i znajomych. Znał każdą piędź ziemi na której spędził kawał swojego życia. A teraz tak po prostu: Wyjdź! Św. Paweł powie:” Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie”. Nie na darmo nazywamy go ojcem naszej wiary.

Wiele tysięcy lat minęło a Bóg dokładnie tak samo mówi do nas : Wyjdź, wyjdź ze swojego dotychczasowego życia, ze swoich przyzwyczajeń, z tego co doskonale znasz, w czym czujesz się wygodnie i bezpiecznie. Masz moją obietnicę, ale jeśli nie odważysz stać się nowym człowiekiem, jeśli nie ruszysz w drogę, jeśli zapomnisz, że jesteś tu pielgrzymem, a twój dom „ Jako wieża nad płaskie domy” nigdy nie zobaczysz swojej ziemi obiecanej.

 

 

 

Otwarte oczy

                                               

„Tak przybliżyli się do wsi,  do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go., lecz On zniknął im z oczu. „ (  Łk 24, 28-31)

 

Uczniowie poznali Go po łamaniu chleba i jak napisał Ewangelista otworzyły się im oczy. Po czym my poznajemy Boga i czy otworzą się nam nasze oczy?

Świat jest pełen śladów Wszechmocnego. Czy łatwo je odnaleźć ? Różnie bywa. Jedni spostrzegą je w gwałtownej niby wicher iluminacji, inni szukają tych Bożych tropów wiele lat. Stare powiedzenie mówi :” że dla chcącego nie ma nic trudnego”. Klucz tkwi w słowie  „chcieć”

Świat jest pełen Bożych znaków. Banałem jest wręcz mówić  o genialnie zaprogramowanym kosmosie, o rozświetlonym miliardami gwiazd firmamencie nieba. Ale przecież nie potrzeba aż tak daleko.

Kiedy patrzy się na dzieła Boga, trudno pozbyć się wrażenia, że stwarzał świat z uśmiechem na ustach. I choć może zabrzmi to nie teologicznie, to ile musi być w Bogu radości czy wręcz poczucia humoru, by stworzyć takie ladaco jak kukułka. Kuka sobie toto, aż  echo się niesie, ale jajko podrzuca innym ptakom do wysiadywania. Żaby zaś naśladują orkiestrę dętą i choć fałszują niemiłosiernie, to jakże miło ich słuchać w czerwcowy wieczór.  Bocian zadumany nad ich losem stoi na jednej nodze i tylko długi dziób mu się rusza za skaczącym przysmakiem. A to australijskie monstrum, które nie dość, że trzyma dzieciaka  w torbie na brzuchu, to jeszcze skacze.

Świat jest pełen tropów Boga, trzeba tylko mieć oczy do patrzenia a uszy do słuchania.

 

 

 

 

 

Panny mądre i panny…

                                                

 „Tedy podobne będzie królestwo niebieskie dziesiąci pannom: które wziąwszy lampy swoje wyszły przeciw oblubieńcowi i oblubienicy. A pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Ale pięć głupich wziąwszy lampy, nie wzięły oleju z sobą: A mądre wzięły oleju w naczynia swoje z lampami. A gdy oblubieniec  omieszkawał,  zdrzymały się wszystkie i posnęły. A w północy stało się wołanie: Oto oblubieniec idzie, wynudźcie przeciwko jemu. Tedy wstały one wszystkie panny, i ochędożyły lampy swoje. Lecz głupie rzekły mądrym: Dajcie nam z oleju waszego: boć lampy nasze gasną. Odpowiedziały mądre, mówiąc: by snadź nam i wam nieostało, idźcie raczej do przedających, a kupcie sobie. A gdy szły kupować, przyszedł oblubieniec: a które były gotowe, weszły z nim na gody, i zacknione są drzwi. A na ostatek przyszły i drugie panny, mówiąc : Panie, Panie otwórz nam. A on odpowiadając, rzekł: Zaprawdę mówię wam: nie znam was. Czujcierz tedy: bo nie wiecie dnia ani godziny.”   (Mt. 25, 1-13)

 

Autorzy nowszych tłumaczeń Biblii, zapewne szanując naszą wrażliwość, piszą o pannach rozsądnych i nierozsądnych. Ale niezapomniany Jakub Wujek mówi wprost o pannach mądrych i głupich. Oczywiście, nadużyciem byłoby odnoszenie tej przypowieści tylko do osób rodzaju żeńskiego. Wszyscy bowiem otrzymaliśmy kiedyś lampę – światło Chrystusa. Kapłan udzielając Chrztu św. mówi, że ten płomień należy podtrzymywać. Najpierw czynią to rodzice dziecka , potem gdy dziecko stanie się dojrzałym człowiekiem, samo musi podjąć ten trud.

Owo dolewanie oliwy, to nic innego jak ciągła praca i wysiłek by wzrastać w mądrości i bojaźni bożej. Taką oliwą, która podtrzymuje światło jakie otrzymaliśmy na Chrzcie Św. jest z pewnością, choć  nie tylko,  modlitwa. Modlitwa rozumiana jako rozmowa z naszym Ojcem, jako skierowanie naszej myśli ku Niemu. I tu zaczyna się kłopot, bo my, my nie mamy czasu na modlitwę.

Kulturalny człowiek, a my takim jesteśmy, rano  i wieczorem myje zęby. Konsekwencje braku takiej higieny mogłyby się okazać zdrowotnie i towarzysko nieprzyjemne. Może to nieco śmieszne, ale gdybyśmy modlitwie nadali rangę… mycia zębów, to zawsze znaleźlibyśmy na nią czas .Ale nie! Czy określenie „głupie panny” jest przesadą ? Nie sądzę.

Jedno jest pewne, na pewno znajdziemy czas, by przejść z tego świata na tamten. Wszakże może się okazać, że oleju do lampy nam zabrakło, tak jak wcześniej brakło go w głowie. Możemy w ciemności naszej duszy przejść obok  Oblubieńca i Go nie zauważyć z braku światła i z …głupoty.