Kochany Franciszek!


 

Mija kolejny rok pontyfikatu papieża Franciszka. Zdołał dotychczas zrobić wiele ważnych rzeczy, zapoczątkować reformy mające kolosalne znaczenie dla całego Kościoła. Niektórzy sądzili, że przy okazji zreformuje wiarę katolicką, ale sromotnie się zawiedli. W niczym nie ujmując tym działaniom Papieża, jego najważniejszą „reformą” było pokazanie całemu światu, że Ewangelię można traktować dosłownie.

Przez wieki po narodzeniu Chrystusa my chrześcijanie włożyliśmy sporo autentycznego trudu, by tę Ewangelię dostosować do naszej małości. Kolejne pokolenia wyznawców Jezusa kombinowały „jak zjeść ciastko i mieć ciastko”. Myśl „chrześcijańska” wznosiła się na wyżyny geniuszu. Jak pościć i być sytym, jak dać jałmużnę i nic nie stracić. Jak pokorę i służbę najmniejszym pogodzić z bogactwem, pychą i żądzą władzy. Jak kochać nieprzyjaciół i jednocześnie ich wyrzynać .

A kochany Franciszek po prostu żyje Ewangelią. Chodzi „w buciorach” jak wielu z nas, mieszka jak wielu z nas. Ja noszę torbę i on nosi torbę. Na każdym kroku udowadnia, że Ewangelia to nie  opowieść do uroczystego czytania, tylko scenariusz życia codziennego z Chrystusem. Scenariusz taki sam dla mnie, dla księdza, dla biskupa i papieża.

Na marginesie tych refleksji – niektórzy snują opowieści o tym jak by to żył i nauczał Jezus w XXI wieku? Z pewnością – mówią -jeździłby „terenówką” z górnej półki ( „na litość boską cóż to jest samochód za 150 tysięcy” – konferencja prasowa bardzo ważnego duchownego), miałby prywatny odrzutowiec – ewangelizować trzeba cały świat i jacht dalekomorski – nawracanie rybaków.

No nie jestem pewien. Gdy chodził po Galilei, właśnie chodził, Jego nauczanie też mogło być bardziej „wypasione”, a On ku zdumieniu wielu, On Bóg, Mesjasz, Syn Boży czynił dokładnie to, o czym mówił.

 

            Jakaś pozytywna refleksja ? – Może taka. Kiedy mając dwie suknie nie dam jednej temu, który nie ma czym przykryć grzbietu, kiedy dam datek z tego co mi zbywa, kiedy post zamienię na wegetariańskie obżarstwo, to trzeba się uderzyć w pierś i jak ów celnik powiedzieć:” Boże bądź miłościw mnie grzesznemu”. Pokornie proszę przymnóż mi wiary! Amen

 

Między Niedzielą a Piątkiem


 

 

„Nazajutrz  wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz „Król izraelski!”    (J 12, 12-13)

 

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Co stało się, że „Hosanna” zmieniło się na „ukrzyżuj”? To był ten sam Jezus i pewnie ci sami ludzie. Wprawdzie Ewangelista napisał, że faryzeusze podburzyli tłum, ale zaraz, zaraz, to oni sami zwykli ludzie nie widzieli cudów Jezusa, nie słuchali Jego nauk, nie potrafili ocenić czy był winny czy niewinny?

Zawsze byli i są tacy, którzy podburzają innych i co z tego? Od czego mamy rozum i sumienie? Czy zamiast twarzy mamy dziób, który otwieramy tylko na jadło, a potem wdzięcznie kwaczemy? To jest nasz człowieczy los?

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Nie wiemy, ale może tak. W każdym z nas jest wielkość i małość, bogactwo i nędza. Może trzeba nieustannie patrzeć na swoją błazeńską twarz i wiedzieć, że mądrość, prawda i dobro nie zostały nam dane raz na zawsze. Wiedzieć, że grzech, że skłonność do niego jest realną częścią naszej osoby.

Jeśli o tym zapomnimy to tymi samymi rękoma raz będziemy klaskać, a raz przybijać do krzyża.

Czy spróbuję Go naśladować?

 


 „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.   (Flp 2, 6-8)

Jezus nie skorzystał ze sposobności, a nie byle jaka to była sposobność, wszak mógł być na równi z Bogiem, przyjął jednak postać sługi, uniżył samego siebie i był posłuszny. Uczynił to „stawszy się podobnym do ludzi”. Nikt nie może powiedzieć, że Jego cierpienie i męka były „boskie”,  w domyśle bardziej komfortowe. To była największa solidarność z człowiekiem, solidarność do ostatniego kawałka ciała, ciała maltretowanego i poniżanego, a przecież było jeszcze, trudne do ogarnięcia, cierpienie duchowe. Jak każdy człowiek bał się jednego i drugiego.

„Nie skorzystał ze sposobności” – my jakże często korzystamy ze sposobności by zrobić dobry interes nie bardzo dobrymi metodami. Bogami nie jesteśmy ale jakieś pomniejsze funkcje, synekury i stanowiska mamy i aż się prosi by skorzystać ze sposobności i jakiś dodatkowy kąsek złapać do pyska.

Nie jestem marzycielem znam także swoją naturę, więc może na początek choć tyle, aby nie być dumnym, że „miałem farta”, że mi się „fartnęło”, udało zakombinować kosztem bliźniego To może być dobry wstęp do naśladowania Jezusa, który „ nie skorzystał ze sposobności

Człowiek w zabrudzonej szacie

 

„Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie:” Usiądź na zaszczytnym miejscu”, do ubogiego zaś powiecie:” Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi ? (Jk 2, 1-5)
Ładnie powiedziane, a co najważniejsze w pełni się z tym zgadzamy. Taka równość, braterstwo i solidarność, nawet jak ktoś po cichu myśli inaczej, to głośno mówić o tym nie wypada. W codziennym życiu trzeba jednak trochę się nagimnastykować, żeby słów Apostoła nie brać dosłownie, a jednak wyjść z twarzą. Nie może tak być, żeby byle magistra traktować tak samo jak szacownego profesora, jakiegoś gołodupca posadzić zaś obok ważnego sponsora, który zasili nasz interes zastrzykiem gotówki i załatwi lukratywne zamówienie.
Pewnie, człowiek jest kulturalny, każdemu poda rękę, ale hierarchia musi być, cały świat jest tak zbudowany. Ten w wytartym garniturku może sobie być, to dobrze o nas świadczy, znaczy o naszej szlachetności. On sam powinien jednak wiedzieć, że w każdej sali są kąty – cztery, cztery do wyboru, niech sobie wybierze jeden i już będzie wilk syty i owca cała. Może nawet zabrać głos i zgodzić się z szanowanymi przedmówcami.
Coś tam wprawdzie było o pierwszych i ostatnich, ale przecież każdy wie, że biednemu wiatr zawsze w oczy, a bogatemu kogut jajka znosi – tak to jest urządzone od wieków i my tego nie zmienimy. Że niby sędziami przewrotnymi – ojej, od razu tak zasadniczo, życie po prostu.

Kłamstwo jako prawda

Używając języka wielbicieli piosenkarzy i piosenkarek, nie jestem fanem arcybiskupa Hosera, ale wyznaję zasadę, że nie ważne kto mówi, ważne co mówi. Czytam więc streszczenie homilii arcybiskupa zamieszczone na” Deonie”i kiwam głową z uznania, niestety do czasu. Czytam i nie wierzę swoim oczom, biskup oznajmia, że płacimy Unii Europejskiej… kontrybucję. Absolutnie nie wierzę, że ks. arcybiskup i racji wieku i z racji wykształcenia nie wie co oznacza słowo „kontrybucja”. Według Słownika wyrazów obcych PWN kontrybucja to:” 1/  Danina pieniężna narzucona przez państwo zwycięskie w traktacie pokojowym państwu pokonanemu. 2/ Danina nakładana przez władze okupacyjne na ludność kraju okupowanego w czasie wojny, mająca charakter opresyjny.

Mam więc rozumieć, że żyję ja i moi rodacy w kraju okupowanym przez Brukselę („Wczoraj Moskwa dziś Bruksela” – tytuł z „Naszego Dziennika”). Ale to nie koniec. Arcybiskup ostrzega przed arbitrażem „obcych mocarstw” w sprawach wewnętrznych i podaje przykład Polski w czasie rozbiorów, gdy zdrajcy i zaprzańcy za judaszowe srebrniki otrzymane od wrogich mocarstw, niszczyli Polskę. Cienką aluzję arcybiskupa pojmuję i uważam ją za obrzydliwą. Nie podważam władzy arcybiskupiej, tam jednak gdzie wypowiada się w sprawach politycznych ma takie same prawa jak ja. Jesteśmy równi wobec majestatu Rzeczpospolitej i nie ma prawa mnie i bardzo wielu moich rodaków obrażać i poniżać. Za mały jestem dla arcybiskupa, aby te moje słowa dotarły do niego. Może ktoś większy i ważniejszy ode mnie uświadomi mu zło jakie czyni.

Boża moc

„Pan moją mocą i tarczą” (Ps 28)
Niezbyt chętnie sprawstwo naszej mocy przypisujemy Bogu. Raczej sądzimy, że jesteśmy mocnymi ludźmi ot tak sami z siebie. Znajduje to nawet odbicie w popularnym powiedzeniu – „jestem w tym mocny”. Twardziel to znowu synonim szczególnie mocnego człowieka, który oczywiście zawdzięcza to samemu sobie. Tymczasem Wszechmocny nie tylko wyprowadził Żydów mocną ręką z ziemi egipskiej z domu niewoli, nie tylko podaje Piotrowi mocną i pomocną dłoń, gdy ten zaczyna tonąć, ale każdego dnia swoją mocą nas strzeże i ochrania. Strach pomyśleć co by było, gdyby jej nie było. Pięknie jest to przedstawione w hymnie do Ducha św. :” Bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia. Jeno cierń i nędza”

Mówimy też o Opatrzności Bożej. Nie wiemy jak ona działa, ale wiemy, że Bóg jest kochającym Ojcem dla swojego stworzenia. Każdy dobry ziemski ojciec myśli o swoich dzieciach i otacza je troską, choć bywa, że są fizycznie bardzo daleko od niego. Nie wiemy jak to dociera do naszych dzieci, ale wierzymy, że to ma głęboki sens, że tworzy jedność serc. Jesteśmy mocni mocą jakiej udziela nam Pan. To dzięki niej możemy transmitować miłość i dobro.

Bóg nie oszczędza swojej mocy, nie strzeże jej zazdrośnie jak olimpijscy bogowie. On czeka na nasze :”Panie ratuj, bo giniemy” i wyciąga swoją dłoń, od nas zależy czy ją uchwycimy. On który zna nasze myśli , pragnienia i tęsknoty, wychodzi im naprzeciw. Zobaczył swojego marnotrawnego syna gdy ten „był jeszcze daleko” i wybiega na jego spotkanie.

Pan hojnie rozdaje i dzieli się swoją mocą, święci są tego najlepszym przykładem, ale każdy z nas dostaje cząstkę tej mocy do zagospodarowania w swoim życiu. Czy ją rozpoznamy u siebie i wykorzystamy ?

Biada bogaczom

„A teraz wy bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby… Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabiliście sprawiedliwego : nie stawia wam oporu” (Jk 5, 1-6)
Zasłyszana niedawno opowieść. Kilku pracowników wykonujących bardzo ciężką pracę, poszło do właściciela firmy z prośbą o podwyżkę mizernej pensji. Ten nawet życzliwie i ze zrozumieniem ich wysłuchał, po czym w geście bezradności rozłożył ręce i stwierdził, że po prostu nie ma środków na zaspokojenie ich żądań. Cóż z pustego jak wiadomo i Salomon nie naleje, a co dopiero zwykły właściciel firmy. Na szczęście mądrości ludowe nie zawsze się sprawdzają, bo po kilku tygodniach właściciel podjechał nowiutką „furą” za milion złotych, wyraźnie dając do zrozumienia, że mądry król mógłby się od niego uczyć.
Właściciel nie był : a/ Żydem b/ masonem c/ przedstawicielem złowrogiej światowej finansjery, był Polakiem z dziada pradziada, ochrzczony, ślub w Kościele. Należy do odłamu katolików „religijny bez przesady”, ale od czasu do czasu chodzi do Kościoła. Nawet gdyby przypadkiem usłyszał wspomniany fragment listu św. Jakuba, pewnie nie skojarzyłby, że to także o nim mowa. Przywykliśmy bowiem, że relacje finansowe między ludźmi nie podlegają ocenie moralnej. Wszak bardzo trendy jest głosić, że światopogląd zostawiamy przed drzwiami firmy czy urzędu. Zwykły tzw. przyzwoity człowiek miałby moralnego kaca gdyby sąsiadowi ukradł nawet niewielką sumę pieniędzy, to że okrada swoich pracowników ze sprawiedliwej zapłaty to właściwie powód do dumy, znaczy dobrze prowadzi interesy.
Czytam bardzo mądre opracowania na temat ekonomii kryzysów, skądinąd napisane przez inteligentnych ludzi, i ogarnia mnie pusty śmiech. Niesłychanie poważnie „odkrywają Amerykę” i z zapałem wyważają dawno otwarte drzwi. Po głębokim namyśle stwierdzają, że przyczyna wyniszczających kryzysów tkwi… w ludzkiej chciwości, w niesprawiedliwym podziale dóbr, w traktowaniu pieniądza jak boga i że kapitalizm bez systemu wartości, nie jest prawdziwym kapitalizmem. Pięknie, tylko to „odkrycie” jest nieco spóźnione.
A wystarczyłoby poczytać Stary i Nowy Testament pod kątem tego, co jest tam napisane o pieniądzu, o bogaczach i o tym do czego prowadzi bicie pokłonów przed bożkiem mamony. List św. Jakuba powinien być lekturą obowiązkową bankowców, menadżerów i właścicieli firm. Może wówczas zrozumieliby, że nie da się zjeść dwóch obiadów i jeździć dwoma samochodami równocześnie, a ich nieuczciwie zdobyte bogactwa prędzej czy później diabli wezmą, a oni staną na Sądzie Bożym tak jak ich matka urodziła.

Co mnie się nie podoba?

 
1/Zastąpienie słowa „warto” słowem „opłaca się”. Większość wartości się nie opłaca i to wystarczy by ich nie praktykować.

2/ Przyjemność jako kategoria moralna. Moralne jest to, co przyjemne. Jeżeli nie jest przyjemne, jest bezużyteczne i należy tego unikać. Życie w tej narracji jawi się jako nieustanne poszukiwanie przyjemności. Według W. Tatarkiewicza trudno sobie wyobrazić szczęście bez przyjemności, ale nawet bardzo dużo przyjemności nie tworzy szczęścia.

3/ Odrzucenie kategorii wstydu w relacjach międzyludzkich. Życie staje się śmietnikiem. Każdy może przyjść , wrzucić swoje brudy i jeszcze uważać to za powód do dumy.

4/Nachalna propaganda „ sztuki”, której głównym, a często jedynym celem jest obrażanie, upokarzanie i wyśmiewanie innych. W zależności od epoki i cywilizacji sztuka zawsze miała różne cele, nie zawsze chwalebne, ale dziś jest to często żerowanie hieny na najbardziej podłych i głupich obliczach ludzkiej rzeczywistości.

5/ Podgryzanie, podszczypywanie ( to jeszcze nie prześladowanie!) ludzi, którzy chcą żyć wartościami, kreowanie ich na matołów nie rozumiejących biegu postępowej ludzkości ku świetlanej przyszłości.

Potrzeba zatem postawić ważkie pytanie o naszą chrześcijan reakcję. Obojętność byłaby najgorszą z możliwych, ta zresztą może być grzechem zaniechania.
Najbardziej popularną reakcją jest walka z wrogiem. Język militarny. W tej poetyce bliźni z którym się nie zgadzam, to wróg. Wroga trzeba w najlepszym razie unieszkodliwić, odebrać mu godność i cześć, ale wróg myśli tak samo. Wobec tego trzeba walczyć. I tak od zarania świata, zmieniają się tylko techniki walki. I choć walka prowadzona jest na wyniszczenie przeciwnika, to nigdy i nikomu nie udało się odnieść całkowitego zwycięstwa, a to już powinno zwolennikom walki dać dużo do myślenia. Szczytem sukcesu jest rozejm. Strony umawiają się, że robią sobie przerwę od walenia się po łbie. Gdy tylko jedna z nich uzna , że jest silniejsza ponownie staje do walki i historia toczy się jak poprzednio.

Drugą co do popularności metodą jest protest. Protest ma swoją wartość w naszej ludzkiej rzeczywistości i może być czymś pięknym, ale nie „z automatu”. Protest powinien dotyczyć tego, co faktycznie jest bardzo ważne. Rozum a nie emocje musi podpowiedzieć kiedy warto i trzeba protestować. Protest musi być szlachetny, dotyczyć znieważanego dobra, a nie takich czy innych interesów. Nie można protestować przeciwko ludziom, ale ich czynom i choć w praktyce jest to bardzo trudne, to tylko takie zachowanie jest zgodne z duchem Ewangelii. Jeżeli my chrześcijanie będziemy protestowali przeciwko wszystkiemu, co nie zyskuje naszej aprobaty, to będziemy śmieszni, a śmiesznych ludzi i ich śmiesznych protestów, nikt nie będzie traktował poważnie. Trudno nie zauważyć dewaluacji protestu.

Jako chrześcijanin jestem przekonany, co nie jest żadnym „odkryciem Ameryki” że najlepszą reakcją na zło jest ukazanie czytelnego i bezinteresownego dobra. Bywa, choć oczywiście nie zawsze, że ma to bardzo praktyczny i natychmiastowy, pozytywny skutek.
Pokazujmy Boga naszym bliźnim w taki sposób, by Go zobaczyli w nas. Jeżeli to dostrzegą jest szansa, że za Nim pójdą bez naszego „nawracania”

Bogowie na obraz i podobieństwo

 

„Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej. […] Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.” (J, 15, 9-15)

Człowiek od zawsze wymyślał sobie różnorakich bogów. Ich wspólną cechą było właśnie to, że byli oni na jego obraz i podobieństwo. Posiadali te same wady co człowiek, często tylko zwielokrotnione ich niby boską mocą. Człowiek miał być ich poddanym i dostarczycielem hołdów. Miał koniecznie się ich bać, nie musiał ich kochać, mógł pod pewnymi warunkami liczyć na ich łaskę i spodziewać się korzyści. Ich przychylność dla człowieka rządziła się nastrojami i humorami jakie akurat mieli.
Słowa Jezusa jakie wypowiada o sobie i swoim Ojcu, są radykalnie inne. Jakiekolwiek porównania z mitologią bóstw wymyślonych przez człowieka, byłyby głęboko niestosowne. To są nieprzystające w swej inności światy.
Bóg stworzył i wybrał nas z miłości i przyjaźni, a gdy człowiek odrzucił tę miłość i przyjaźń, Bóg oddał na śmierć swego Syna Jedno rodzonego, by jeszcze raz tę miłość potwierdzić. Z tej miłości i tylko z niej zachęca nas, abyśmy się wzajemnie kochali, radowali i przynosili dobry owoc. To jest Bóg, który nie tylko pozwala abyśmy zwracali się do Niego z każdą prośbą, ale wręcz nas do tego zachęca. To jest ten sam Bóg, który przed wiekami rozmawiał z Mojżeszem „twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem” i ten który objawia się prorokowi w łagodnym szmerze powiewu.
To jest Bóg wszechświata, ale w takim samym stopniu mój i twój, który „utkał” nas w łonie matki i który zwraca się do nas po imieniu.

O potrzebie zaistnienia

Zdarzyło mi się kiedyś czytać wywiad ze znanym fizykiem. Dziennikarz zadał mu pytanie o sukcesy polskiej nauki w świecie. Okazało się, że bardzo ważne naukowo i prestiżowe stanowisko w Ośrodku Badawczym CERN piastuje polska pani profesor. Co wobec tego trzeba zrobić- pyta redaktor, aby ta ważna informacja dotarła do naszej opinii publicznej? Fizyk spokojnie odpowiada – koleżanka musiałaby się rozebrać. No to jesteśmy w domu.
Ta gorzko – ironiczna anegdota świetnie oddaje naturę wielu mediów i niektórych osób, które koniecznie chcą zaistnieć w świadomości mas. Część z nich traktuje radę fizyka w sposób dosłowny. Jeśli jakaś pani celebrytka pokaże się publicznie w stroju, nazwijmy to, niekompletnym, może mieć pewność, że nazajutrz jej zdjęcia „obiegną” Polskę. Panowie na ogół się nie rozbierają, ale zawsze mogą się oryginalnie wypowiedzieć na temat seksu i efekt jak wyżej. Nagość w różnych formach i odsłonach sprzedaje się wyśmienicie, rozbieranie się jest czynnością nieskomplikowaną, ujawnianie „nagich” instynktów również, więc biznes ma się dobrze. O tym, że jest to biznes może najbardziej widowiskowo przekonują nas nasi celebryci polityczni i ci, którzy do tej kategorii aspirują. W ich sytuacji rozbieranie się, z różnych zresztą względów, byłoby raczej niewłaściwe, muszą więc poszukać czegoś innego, równie łatwego a jednocześnie zapewniającego im „nieśmiertelną” sławę.
Czymś takim ostatnio stał się prymitywny, wulgarny i agresywny ateizm. Nie ma on oczywiście nic wspólnego z racjonalną i rzeczową krytyką negatywnych zachowań ludzi wierzących, którzy rzecz jasna popełniają błędy. Część bohaterów tego show to ludzie z tytułami naukowymi, którym nie można odmówić inteligencji. Można by więc oczekiwać, że do promowania własnej osoby wykorzystają swoją wiedzę, ale to jak już wiemy, nie gwarantuje sukcesu.

Wszakże jest też inna, może nieco wstydliwa przyczyna. Otóż ich osiągnięcia naukowe, artystyczne, dziennikarskie, także polityczne są, jakby to ładnie powiedzieć, średnie i nie zapewnią im rozgłosu. Trzeba się przyłożyć do produkcji na którą jest, jak im się wydaje, popyt. No to produkują. Produkują takie bzdury, które przede wszystkim uwłaczają ich inteligencji. Mamy więc na ten przykład postulat aby w naszym kraju było więcej kultury niż… Watykanu. Kłopoty budżetowe, ale także nie dożywienie dzieci, kiepską służbę zdrowia, słabą edukację , to wszystko można pozytywnie zmienić zabierając Kościołowi, czyli nam chrześcijanom, pieniądze. A jakby tak księżulom mocniej dokręcić śrubę, to nawet znalazłaby się kasa na walkę z globalnym ociepleniem. Szkoda tylko, że autorzy tych genialnych przemyśleń, nie wiedzą, że nie są oryginalni.

Spieszę więc z informacją, że popełniają plagiat. Takie same przemyślenia miał w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku niejaki towarzysz Wiesław (info dla młodzieży- tow. Wiesław to komunistyczna ksywa Władysława Gomułki sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) Wykształcenie całkowite towarzysza Wiesława to dyplom szkoły siedmioklasowej. Brakuje tylko hasła, słowo daję było takie,” Coca – Cola – imperializm” i już mamy powrót do ustroju „ludu pracującego miast i wsi”. Idę o zakład, że kiedy po pracowitym dniu różnych wystąpień w czasie których nasi bohaterowie edukują otumaniony przez kler naród, wreszcie siadają z kieliszkiem dobrego alkoholu, to mają „ubaw po pachy”. No bo jak tu radośnie się nie pośmiać, że „ciemny lud” kupuje ich złote myśli. A sondaże rosną i rosną niczym mury z piosenki J. Kaczmarskiego, a zadowolenie z oczekiwanych diet płynie hen w nieba dal. A może dzieci kiedyś będą się w szkołach uczyły jak to tatuś czy mamusia bohatersko znosząc krwawy terror czarnych agentów Watykanu, walczyli o Polskę wolną od tychże. A może po najdłuższym życiu (z całego serca im życzę), ktoś na ich nagrobku zamieści inskrypcję:” Przechodniu powiedz…”
Żal tylko serce ściska, że ci o których ludowe porzekadło mówi, że są pobożniejsi od papieża, a od Franciszka z pewnością, dostarczają im „paliwa”. Czytam właśnie przemyślenia pewnego aktora, który zapewnia, że w rankingu pedofilii, duchowni Kościoła katolickiego są na zupełnie przyzwoitym miejscu.
Temat do rozmyślania (to z Herberta) : płakać czy śmiać się?