Mały poradnik kłamania i oszukiwania

 

 

„Ale pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp Apostołów. „Ananiaszu – powiedział Piotr – dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię. Czy przed sprzedażą nie była twoją własnością, a po sprzedaniu czyś nie mogłeś rozporządzić tym coś za nią otrzymał? Jakże mogłeś dopuścić myśl o takim uczynku? Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu” Słysząc te słowa Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. Młodsi mężczyźni wstali, owinęli go, wynieśli i pogrzebali.      Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. Powiedz mi – zapytał ją Piotr – czy za tyle sprzedaliście ziemię?”  „Tak za tyle” – odpowiedziała. A Piotr do niej:” Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie” A ona upadła natychmiast u stóp jego i skonała”   (Dz 5, 1-10)

Nie każde oszustwo i kłamstwo kończy się tak widowiskowo. Nikt nie tęskni za większym udziałem branży pogrzebowo – trumiennej w PKB. Nasi bohaterowie mieli pecha, nie przemyśleli wcześniej gruntownie całego przedsięwzięcia. To co zwykle zajmuje nam długie miesiące a nawet lata, oni chcieli „na chybcika”. No to i doigrali się. Tymczasem do oszukiwania i kłamstwa trzeba podejść racjonalnie i naukowo. Przy odrobinie wysiłku można bez trudu znaleźć fachową literaturę. Dla leniwych krótki poradnik pod tytułem : „Kłamstwo i oszukiwanie – moje hobby”

Początek, nie ma co ukrywać, jest trudny i nudny. Najpierw trzeba oszukać… samego siebie. Zadanie tylko z pozoru łatwe. Na przeszkodzie stoi nasze uparte sumienie. Niby nic, nie bardzo wiadomo nawet co to jest, niektórzy nawet chwalą się, że go nie mają. Ale ono jest , nie da się go zupełnie zniszczyć, ale można je wprowadzić w stan głębokiego uśpienia.

Jak to zrobić? Najprostsza metoda to gdy się odezwie, konsekwentnie je ignorować. Pierwszy raz jak zwykle trudno i boli. No cóż początki zawsze są trudne. Ważne żeby się nie zrażać. Pierwsze pozytywne efekty widać już niekiedy po drugim czy trzecim razie. Niektórym naiwnym wydaje się w związku z tym, że mają już swoje sumienie „z głowy” i porywają się na jakieś duże świństwo. Błąd! Niedorżnięte czy raczej przebudzone z lekkiej drzemki sumienie  „drze się w niebo głosy” i diabli biorą interes.

Sumienie musi stwardnieć, zahartować się , pokryć warstwą grubej skorupy czy, jak pisał wieszcz, lawy. Jeśli ten etap mamy za sobą to możemy przejść do następnego. Jest nim prawdziwie radosne oszukiwanie naszych bliźnich. Na początku mogą być jeszcze pewne problemy natury technicznej. Nie zawsze użyjemy właściwego kłamstwa, nieraz za mało oszukamy i mamy dyskomfort moralny. Trzeba się też liczyć, że trafimy na kogoś bardziej w tej materii doświadczonego. Cóż ryzyko zawodowe jak mawiał pijak przechylając butelkę denaturatu. Zaś nasz przyjaciel Rosjanin zwykł był kwitować nieuniknione porażki następująco:” Wszystkich kobiet się nie zdobędzie i całej wódki się nie wypije, ale próbować trzeba” Otóż to – nie zniechęcać się!

No i na koniec nieco problematyczny etap, koniecznie trzeba to zaznaczyć, nie dla wszystkich. Docelową grupą jesteśmy my chrześcijanie, a w każdym bądź razie ci za takich się uważający. Do zaliczenia tego etapu potrzeba jednak pewnej finezji, to jest jednak wyższa szkoła jazdy. Jeśli tych umiejętności zabraknie… to patrz historia Ananiasza i Safiry.

 A zatem przejdźmy do oszukiwania… Pana Boga. Pozornie zadanie bez sensu, od razu skazane na niepowodzenie. No bo jak można oszukać Wszechwiedzącego? Jeszcze raz więc odwołajmy się do kolejnego wieszcza:” Niech żywi nie tracą nadziei…” Zatem parę wypróbowanych sposobów, może nie są one z „najwyższej półki”, ale łączą solidną jakość z niewygórowanym wysiłkiem.

To prawda Bóg , jak mówimy, wszystko widzi i wie, ale czy koniecznie musi zajmować się moją marną osobą? Mało to ma ważnych spraw „na głowie”. Gdybym podpalał, mordował, wykorzystywał dzieci, to co innego, ale jeden, drugi czy nawet trzeci załatwiony „tysiączek”, jakiś okazyjny „skok w bok” albo wykopany dołek pod bliźnim – ofermą, a to nie. Pan Bóg jest miłosierny, „czarni” stale o tym mówią. Gdyby nie tacy jak my, to usnęli by w tych swoich pudłach do spowiedzi.

Zawsze też można przekonywać Boga, że są gorsi od nas i na dodatek będzie to szczera prawda. My wprawdzie kombinujemy z tym naszym sumieniem, ale są tacy o których nawet publicznie mówi się, że nie mają sumienia. A my mamy – że śpi? No, zmęczyło się to i śpi.

Kolejny sposób  –  koniecznie musimy trochę „zbajerować” Pana Boga np. „inaczej się nie da”, albo „wszyscy tak robią”, na tym świecie oczywiście. Zaraz, zaraz a kto ten świat stworzył? Ano właśnie ! Jest nawet takie przysłowie:” Jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz” A przysłowia to czysta mądrość, jest nawet taka fajna księga w Piśmie św. z przysłowiami.

To tylko trzy sposoby, ale w końcu po to „Bozia” rozum dała, aby go używać.  Kończąc jeszcze ważna uwaga. Jeżeli pierwszy etap wykonamy solidnie i bez żadnej fuszerki to jest solidna nadzieja, że będziemy mieli na długo „święty spokój” z naszym sumieniem. Z każdym rokiem skorupa będzie coraz grubsza i twardsza. Oczywiście na tym niedoskonałym świecie nie ma rzeczy doskonałych. Może się zdarzyć, że skorupa pęknie, ba nawet rozleci się w pył, a wtedy będziemy mieli kłopotów od jasnej cholery. Etap drugi, przypomnijmy oszukiwanie naszych bliźnich, praktyka czyni mistrza. Niestety trzeci etap ciągle trzeba doskonalić. Przeciwnik, co ja mówię, jaki Przeciwnik, przecież jestem chrześcijaninem, no dobra, Bóg jest wymagającym partnerem (prawda jakie modne określenie?) Byle czym i na byle co Go nie nabierzemy.

Geniusz arcykapłanów


 

 

 

„Gdy one [niewiasty] były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli : „Rozpowiadajcie tak :Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu „. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono.” ( Mt. 28, 11 -15)

 

 

Arcykapłani wpadli na genialny pomysł. Ewangelista notuje wprawdzie, że „po naradzie” ale to w niczym nie umniejsza ich kunsztu. Żadne tam namawianie, przekonywanie i argumentowanie, po prostu „sporo pieniędzy”. Doskonale wiedzieli, że namawiają do kłamstwa, ale stąd właśnie pieniądze. Kłamstwo zresztą bardzo często związane jest z pieniędzmi. Cóż taki ich urok, „sporo pieniędzy” czyni prawdziwe cuda – otwiera szczelnie zamknięte drzwi, zawiłe procedury czyni dziecinnie łatwymi, a twarz gburowatego urzędnika rozjaśnia życzliwym uśmiechem.

 

Zanim jednak zaczniemy  skądinąd słusznie się oburzać na cynicznych arcykapłanów, to przypomnijmy sobie, kiedy to sami ostatni raz daliśmy albo wzięliśmy „sporo pieniędzy”. Och nie, dawanie czy branie szeleszczących banknotów, tak po prostu do ręki, jest dość prymitywnym zabiegiem. Kulturalni ludzie tak nie czynią, to może zresztą być ryzykowne, wszak nie zawsze można liczyć, że gdy dojdzie to do uszu „namiestnika,” to” ktoś” z nim porozmawia i wybawi nas z kłopotów. Są dziesiątki innych sposobów wyrażenia „wdzięczności” lub jej przyjęcia.

 

W tej „pochwale” pomysłu arcykapłanów jest tylko jeden minus. Otóż nie wszyscy mają „sporo pieniędzy”. No to mają problem, chciałoby się powiedzieć. Muszą wtedy mieć dużo czasu, energii, muszą wiele stać lub chodzić „od Annasza do Kajfasza” a rezultat bywa więcej niż wątpliwy. To już jednak temat na inne rozważania.

 

 

 

 

 

 

Przymuszenie Szymona z Cyreny


 

 

„Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować. I przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa, który wracając z pola właśnie przechodził, żeby niósł krzyż Jego” (Mk 15, 20 – 21)

 

 

Wracałeś Szymonie po dniu ciężkiej pracy do domu. Myślałeś jak przyjemnie będzie usiąść w swojej lepiance, bo bogaczem chyba nie byłeś, i podnieść do ust kubek rozcieńczonego wodą wina. Dzieci przestaną na moment hałasować, by nie przeszkadzać zmęczonemu pracą ojcu. Tak miało być.

A potem twoja żona Rebeka, jakież to piękne imię, położy przed tobą misę z gotowaną soczewicą, polaną oliwą z czosnkiem. Będziesz powoli posilał się, co chwila odwracając głowę, by zobaczyć bawiące się dzieci i swoją Rebekę. A potem usiądziesz przed swoją chatą i będziesz patrzył na zachodzące słońce. Będziesz radował się spokojem i odpoczynkiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że twoje życie jest monotonne, ale ty się nim cieszysz. Potem pójdziecie spać, dzieci, zmęczone całodzienną zabawą natychmiast usną, a ty przytulisz swoją Rebekę i będziecie cieszyli się ciszą nocy.

A jutro? Jutro tak jak dziś wstaniesz rankiem i pójdziesz w trudzie i znoju pracować abyś ty, twoje dzieci i twoja Rebeka, miały co jeść i w co się przyodziać, by na stole szabasowym nie brakło dzbana z winem i świątecznych potraw. Tak mogło być.

I kiedy o tym wszystkim myślałeś nagle zobaczyłeś Jego, pewnie Go nie znałeś. Widok był straszny. Skazaniec co chwila padający pod ciężarem belki krzyża, twarz zakrwawiona, jakiś żołdak wykrzykujący pod Jego adresem obelgi, by szedł do przodu. Wokół tłum gapiów.

Musiał któryś z żołnierzy cię zobaczyć, wyglądałeś na silnego, przyzwyczajonego do ciężkiej pracy, człowieka, żołnierz wiedział, że On nie da rady donieść krzyża na miejsce kaźni i przymusił ciebie byś Mu pomógł. Mogłeś się nie zgodzić, no pewnie, ale wiedziałeś co to okazać nieposłuszeństwo zniecierpliwionemu żołnierzowi. Zacisnąłeś zęby, włożyłeś krzyż na swoje ramiona i poszedłeś z Nim. Kiedy już dotarliście na miejsce, szybko pozbyłeś się ciężaru i pośpiesznie wróciłeś do domu.

Nic nie powiedziałeś, to nie była sprawa o której chciałoby się mówić. Na pewno jednak nie zapomniałeś, co cię spotkało. Może gdy już nieco ochłonąłeś, po wydarzeniach tego dnia, starałeś się czegoś dowiedzieć o Jezusie (imię Jego pewnie już poznałeś), może nawet doszły do ciebie wieści o Jego zmartwychwstaniu. Nieraz kiedy przymknąłeś oczy, odtwarzał się w twojej wyobraźni ten upiorny orszak i ty niosący krzyż skazańca. Może kiedyś opowiedziałeś o tym swoim dorastającym synom? Niestety nic więcej o tobie nie wiemy, nie znamy twoich dalszych losów, ale jedno jest pewne – twoje imię zostało zapisane po wsze czasy w Księdze Życia. I nieważne, że zostałeś przymuszony przez rzymskiego żołdaka, pomogłeś Jezusowi i to już na zawsze będzie związane z twoim imieniem.

Boimy się krzyża, wzdragamy się przed jego niesieniem, oburzamy się gdy słyszymy, że mamy go wziąć na swoje ramiona. Jesteśmy wolni, nie chcemy być przymuszani. No to jak? Pójdziemy Mu pomóc naśladując Szymona, czy odwrócimy wzrok stwierdziwszy, że nie moja to sprawa?

 

Umywanie nóg (dzisiaj)


 

 

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował .

W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać,

 wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie,

 wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał.

 Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. […]

  A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: «Czy rozumiecie, co wam uczyniłem?

 Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem” i dobrze mówicie, bo nim jestem.

 Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi.

 Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem (J 13, 1-15)

 

             „Czy rozumiecie , co wam uczyniłem?

 

Pewnie, że rozumiemy. Tyle dobrych ludzi pokazują w telewizji. Człowiek sobie siedzi i patrzy jak te siostry opiekują się tymi głodnymi murzynkami. A przecież są tacy co zajmują się tymi chorymi na AIDS. Człowiek by się bał do takiego podejść, a one ich przytulają. Niesamowite!

 

„Czy rozumiecie, co wam uczyniłem ?”

 

Albo te dzieciaki w hospicjum. Sam widziałem jak tacy młodzi siedzą przy nich i bawią się z nimi, bawią się, ale i pampersy zmieniają, a  przecież taki dzieciak  porzyga się, i narobi. Szkoda gadać! Najgorsze to te menele, bezdomni niby. Chla to byle co, a potem zdycha. Ale są porządne ludzie. Zbierają ich do tych noclegowni, obesrane to i zawszone, a oni myją i karmią. Właściwie to powinny się tym zajmować  jakieś służby, no ale jak są tacy porządni ludzie to czemu nie. Ci apostołowie  też pewnie takich czystych nóżek  nie mieli, a jednak. Kiedyś taki menel zaczął mi mówić „dzień dobry”, człowiek odpowiada, no bo w końcu kultura. No to on kiedyś pyta mnie czy bym mu nie kupił bułki i mleka. Szlag mnie trafił, ale kupiłem, co miałem robić ? Teraz jak mi mówi to swoje „dzień dobry” to tylko wzruszam ramionami.

Ten jeden procent daję, w końcu państwo i tak to weźmie, niech te bidy z tych tam hospicjów się cieszą. Przysyłają takie podziękowania, to je sobie zbieram. Niech moje dzieci wiedzą jakiego mają porządnego ojca, co to nie tylko chodzi do kościoła, ale i pomaga innym. Ale tu też jest problem. Kiedyś wracałem z synkiem ze spaceru, a tu taki bezdomny siedzi na schodach. Dziecko się wystraszyło i potem cały wieczór musiałem mu tłumaczyć, że są ludzie i ludzie.

„Czy rozumiecie, co wam uczyniłem ?”                              

Kochany Franciszek!


 

Mija kolejny rok pontyfikatu papieża Franciszka. Zdołał dotychczas zrobić wiele ważnych rzeczy, zapoczątkować reformy mające kolosalne znaczenie dla całego Kościoła. Niektórzy sądzili, że przy okazji zreformuje wiarę katolicką, ale sromotnie się zawiedli. W niczym nie ujmując tym działaniom Papieża, jego najważniejszą „reformą” było pokazanie całemu światu, że Ewangelię można traktować dosłownie.

Przez wieki po narodzeniu Chrystusa my chrześcijanie włożyliśmy sporo autentycznego trudu, by tę Ewangelię dostosować do naszej małości. Kolejne pokolenia wyznawców Jezusa kombinowały „jak zjeść ciastko i mieć ciastko”. Myśl „chrześcijańska” wznosiła się na wyżyny geniuszu. Jak pościć i być sytym, jak dać jałmużnę i nic nie stracić. Jak pokorę i służbę najmniejszym pogodzić z bogactwem, pychą i żądzą władzy. Jak kochać nieprzyjaciół i jednocześnie ich wyrzynać .

A kochany Franciszek po prostu żyje Ewangelią. Chodzi „w buciorach” jak wielu z nas, mieszka jak wielu z nas. Ja noszę torbę i on nosi torbę. Na każdym kroku udowadnia, że Ewangelia to nie  opowieść do uroczystego czytania, tylko scenariusz życia codziennego z Chrystusem. Scenariusz taki sam dla mnie, dla księdza, dla biskupa i papieża.

Na marginesie tych refleksji – niektórzy snują opowieści o tym jak by to żył i nauczał Jezus w XXI wieku? Z pewnością – mówią -jeździłby „terenówką” z górnej półki ( „na litość boską cóż to jest samochód za 150 tysięcy” – konferencja prasowa bardzo ważnego duchownego), miałby prywatny odrzutowiec – ewangelizować trzeba cały świat i jacht dalekomorski – nawracanie rybaków.

No nie jestem pewien. Gdy chodził po Galilei, właśnie chodził, Jego nauczanie też mogło być bardziej „wypasione”, a On ku zdumieniu wielu, On Bóg, Mesjasz, Syn Boży czynił dokładnie to, o czym mówił.

 

            Jakaś pozytywna refleksja ? – Może taka. Kiedy mając dwie suknie nie dam jednej temu, który nie ma czym przykryć grzbietu, kiedy dam datek z tego co mi zbywa, kiedy post zamienię na wegetariańskie obżarstwo, to trzeba się uderzyć w pierś i jak ów celnik powiedzieć:” Boże bądź miłościw mnie grzesznemu”. Pokornie proszę przymnóż mi wiary! Amen

 

Między Niedzielą a Piątkiem


 

 

„Nazajutrz  wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz „Król izraelski!”    (J 12, 12-13)

 

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Co stało się, że „Hosanna” zmieniło się na „ukrzyżuj”? To był ten sam Jezus i pewnie ci sami ludzie. Wprawdzie Ewangelista napisał, że faryzeusze podburzyli tłum, ale zaraz, zaraz, to oni sami zwykli ludzie nie widzieli cudów Jezusa, nie słuchali Jego nauk, nie potrafili ocenić czy był winny czy niewinny?

Zawsze byli i są tacy, którzy podburzają innych i co z tego? Od czego mamy rozum i sumienie? Czy zamiast twarzy mamy dziób, który otwieramy tylko na jadło, a potem wdzięcznie kwaczemy? To jest nasz człowieczy los?

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Nie wiemy, ale może tak. W każdym z nas jest wielkość i małość, bogactwo i nędza. Może trzeba nieustannie patrzeć na swoją błazeńską twarz i wiedzieć, że mądrość, prawda i dobro nie zostały nam dane raz na zawsze. Wiedzieć, że grzech, że skłonność do niego jest realną częścią naszej osoby.

Jeśli o tym zapomnimy to tymi samymi rękoma raz będziemy klaskać, a raz przybijać do krzyża.

Czy spróbuję Go naśladować?

 


 „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.   (Flp 2, 6-8)

Jezus nie skorzystał ze sposobności, a nie byle jaka to była sposobność, wszak mógł być na równi z Bogiem, przyjął jednak postać sługi, uniżył samego siebie i był posłuszny. Uczynił to „stawszy się podobnym do ludzi”. Nikt nie może powiedzieć, że Jego cierpienie i męka były „boskie”,  w domyśle bardziej komfortowe. To była największa solidarność z człowiekiem, solidarność do ostatniego kawałka ciała, ciała maltretowanego i poniżanego, a przecież było jeszcze, trudne do ogarnięcia, cierpienie duchowe. Jak każdy człowiek bał się jednego i drugiego.

„Nie skorzystał ze sposobności” – my jakże często korzystamy ze sposobności by zrobić dobry interes nie bardzo dobrymi metodami. Bogami nie jesteśmy ale jakieś pomniejsze funkcje, synekury i stanowiska mamy i aż się prosi by skorzystać ze sposobności i jakiś dodatkowy kąsek złapać do pyska.

Nie jestem marzycielem znam także swoją naturę, więc może na początek choć tyle, aby nie być dumnym, że „miałem farta”, że mi się „fartnęło”, udało zakombinować kosztem bliźniego To może być dobry wstęp do naśladowania Jezusa, który „ nie skorzystał ze sposobności

Człowiek w zabrudzonej szacie

 

„Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie:” Usiądź na zaszczytnym miejscu”, do ubogiego zaś powiecie:” Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi ? (Jk 2, 1-5)
Ładnie powiedziane, a co najważniejsze w pełni się z tym zgadzamy. Taka równość, braterstwo i solidarność, nawet jak ktoś po cichu myśli inaczej, to głośno mówić o tym nie wypada. W codziennym życiu trzeba jednak trochę się nagimnastykować, żeby słów Apostoła nie brać dosłownie, a jednak wyjść z twarzą. Nie może tak być, żeby byle magistra traktować tak samo jak szacownego profesora, jakiegoś gołodupca posadzić zaś obok ważnego sponsora, który zasili nasz interes zastrzykiem gotówki i załatwi lukratywne zamówienie.
Pewnie, człowiek jest kulturalny, każdemu poda rękę, ale hierarchia musi być, cały świat jest tak zbudowany. Ten w wytartym garniturku może sobie być, to dobrze o nas świadczy, znaczy o naszej szlachetności. On sam powinien jednak wiedzieć, że w każdej sali są kąty – cztery, cztery do wyboru, niech sobie wybierze jeden i już będzie wilk syty i owca cała. Może nawet zabrać głos i zgodzić się z szanowanymi przedmówcami.
Coś tam wprawdzie było o pierwszych i ostatnich, ale przecież każdy wie, że biednemu wiatr zawsze w oczy, a bogatemu kogut jajka znosi – tak to jest urządzone od wieków i my tego nie zmienimy. Że niby sędziami przewrotnymi – ojej, od razu tak zasadniczo, życie po prostu.

Kłamstwo jako prawda

Używając języka wielbicieli piosenkarzy i piosenkarek, nie jestem fanem arcybiskupa Hosera, ale wyznaję zasadę, że nie ważne kto mówi, ważne co mówi. Czytam więc streszczenie homilii arcybiskupa zamieszczone na” Deonie”i kiwam głową z uznania, niestety do czasu. Czytam i nie wierzę swoim oczom, biskup oznajmia, że płacimy Unii Europejskiej… kontrybucję. Absolutnie nie wierzę, że ks. arcybiskup i racji wieku i z racji wykształcenia nie wie co oznacza słowo „kontrybucja”. Według Słownika wyrazów obcych PWN kontrybucja to:” 1/  Danina pieniężna narzucona przez państwo zwycięskie w traktacie pokojowym państwu pokonanemu. 2/ Danina nakładana przez władze okupacyjne na ludność kraju okupowanego w czasie wojny, mająca charakter opresyjny.

Mam więc rozumieć, że żyję ja i moi rodacy w kraju okupowanym przez Brukselę („Wczoraj Moskwa dziś Bruksela” – tytuł z „Naszego Dziennika”). Ale to nie koniec. Arcybiskup ostrzega przed arbitrażem „obcych mocarstw” w sprawach wewnętrznych i podaje przykład Polski w czasie rozbiorów, gdy zdrajcy i zaprzańcy za judaszowe srebrniki otrzymane od wrogich mocarstw, niszczyli Polskę. Cienką aluzję arcybiskupa pojmuję i uważam ją za obrzydliwą. Nie podważam władzy arcybiskupiej, tam jednak gdzie wypowiada się w sprawach politycznych ma takie same prawa jak ja. Jesteśmy równi wobec majestatu Rzeczpospolitej i nie ma prawa mnie i bardzo wielu moich rodaków obrażać i poniżać. Za mały jestem dla arcybiskupa, aby te moje słowa dotarły do niego. Może ktoś większy i ważniejszy ode mnie uświadomi mu zło jakie czyni.

Boża moc

„Pan moją mocą i tarczą” (Ps 28)
Niezbyt chętnie sprawstwo naszej mocy przypisujemy Bogu. Raczej sądzimy, że jesteśmy mocnymi ludźmi ot tak sami z siebie. Znajduje to nawet odbicie w popularnym powiedzeniu – „jestem w tym mocny”. Twardziel to znowu synonim szczególnie mocnego człowieka, który oczywiście zawdzięcza to samemu sobie. Tymczasem Wszechmocny nie tylko wyprowadził Żydów mocną ręką z ziemi egipskiej z domu niewoli, nie tylko podaje Piotrowi mocną i pomocną dłoń, gdy ten zaczyna tonąć, ale każdego dnia swoją mocą nas strzeże i ochrania. Strach pomyśleć co by było, gdyby jej nie było. Pięknie jest to przedstawione w hymnie do Ducha św. :” Bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia. Jeno cierń i nędza”

Mówimy też o Opatrzności Bożej. Nie wiemy jak ona działa, ale wiemy, że Bóg jest kochającym Ojcem dla swojego stworzenia. Każdy dobry ziemski ojciec myśli o swoich dzieciach i otacza je troską, choć bywa, że są fizycznie bardzo daleko od niego. Nie wiemy jak to dociera do naszych dzieci, ale wierzymy, że to ma głęboki sens, że tworzy jedność serc. Jesteśmy mocni mocą jakiej udziela nam Pan. To dzięki niej możemy transmitować miłość i dobro.

Bóg nie oszczędza swojej mocy, nie strzeże jej zazdrośnie jak olimpijscy bogowie. On czeka na nasze :”Panie ratuj, bo giniemy” i wyciąga swoją dłoń, od nas zależy czy ją uchwycimy. On który zna nasze myśli , pragnienia i tęsknoty, wychodzi im naprzeciw. Zobaczył swojego marnotrawnego syna gdy ten „był jeszcze daleko” i wybiega na jego spotkanie.

Pan hojnie rozdaje i dzieli się swoją mocą, święci są tego najlepszym przykładem, ale każdy z nas dostaje cząstkę tej mocy do zagospodarowania w swoim życiu. Czy ją rozpoznamy u siebie i wykorzystamy ?