Jak mówić o niczym?

 

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele,? – jakoś to będzie”     („Pan Tadeusz”)

 

To było na początku lat dziewięćdziesiątych, dostałem jako oficer rezerwy wezwanie na jednodniowe ćwiczenia wojskowe. Przed południem postrzelałem wraz z kolegami z „kałacha” i P-64, a potem oficer prowadzący zaprosił nas na wykład pana majora na temat bieżącej sytuacji międzynarodowej. Ponieważ miałem przypuszczenie graniczące z pewnością, że niczego ciekawego się nie dowiem, zająłem, mówiąc językiem wojskowym, dogodną pozycję wyjściową na tylnych rubieżach sali i oddałem się pożytecznym rozmyślaniom jak miło spędzić pozostałą część weekendu. Niestety sala miała dobre nagłośnienie i słowa pana majora nieznośnie łaskotały moje uszy. Wbrew moim uprzedzeniom po chwili zacząłem z uwagą go słuchać. To było fascynujące. Pan major, nie wiem jak to najlepiej określić, ale on mówił o… niczym. Proste? No to spróbujcie to sami. Mnie przy pewnej wprawie udaje się to przez kilka minut, a on mówił przez godzinę. Stara historia, ale ostatnio dość często mi się przypomina.

Oglądam wystąpienia ks. rzecznika Komisji Episkopatu Polskiego. Jak on ślicznie mówi, jak on pięknie modeluje głos. Po twarzy błąka mu się ledwo widoczny, ale sprawiający wrażenie otwartości, uśmiech. Żadne nawet najtrudniejsze pytanie nie jest zostawione bez odpowiedzi, każdy problem jest już rozwiązany, więcej, nawet jeżeli go jeszcze nie ma, to ksiądz rzecznik natychmiast go rozwiązuje. Nasi bracia Rosjanie w takiej sytuacji mówią:” Ot i technika”. Wola przetrwania, wróć, wola walki z patologiami niezmierna. Mówienie o takim rzeczniku, że jest złotousty, zakrawa niemal na mobbing, on jest cały ze złota. On nie jest sam, jego koledzy rzecznicy diecezjalni potwierdzają brak jakichkolwiek problemów. Ja już od dawna wiedziałem, że te wszystkie złe wiadomości o Kościele, to propaganda płynąca z bezbożnych polskojęzycznych mediów finansowanych z kontrybucji jakie płacimy Unii Europejskiej, wiem to od pewnej ważnej ekscelencji.

Ale jedźmy dalej, wprawdzie nikt nie woła i nie czeka, ale co napiszę to moje.

Tyle mówi się o niesłusznych czy niewłaściwych kazaniach. Ale ja osobiście nie słyszałem. Większość z tych, które słyszałem była oparta na Ewangelii. Najpierw celebrans czyta Ewangelię, a potem ją streszcza, jak to się mówi, swoimi słowami. To jest ważne, człowiek przychodzi po całym tygodniu pracy, w głowie kłębią mu się różne trudne sprawy, ale mądry człowiek najpierw przeczyta, potem jeszcze opowie co przeczytał i to parę razy i już wszystko jest jasne. Zawsze też już od siebie doda, że trzeba być pobożnym, trzeba odmawiać pacierz, dzieci posyłać na religię, chodzić do kościoła i dawać obowiązkowo odpór tym wszystkim wrażym siłom i cywilizacjom, których jedynym celem jest walka z Bogiem i Kościołem, a Kościołem w Polsce przede wszystkim. Z pierwszym czytaniem jest trochę kłopot, czasy odległe, jakieś krwawe wojny, ofiary ze zwierząt, no i ten naród wybrany, o którym nawet w streszczeniu lepiej nie mówić. Drugie czytanie na ogół dość trudne, przeczytać trzeba, ale Lud Boży nie za bardzo wykształcony, to zostawiamy.

Są też rekolekcje, na te mniej ważne zaprasza się często proboszcza z sąsiedniej parafii. To ma dobre strony, bo on też kiedyś zaprosi i wszystko zostanie w rodzinie. Parę razy nawet uczestniczyłem w takich rekolekcjach, znaczy się w pierwszym dniu. Były tak dobre, że od razu się nawróciłem i potem miałem już wolne. Raz rekolekcjonista opowiadał dowcipy o Isaurze, o bacy i o tym jak niegrzecznie zachowała się pewna znana celebrytka. Mówił też o pijaństwie, zdradzie żony i usuwaniu ciąży. Piknie godoł, mówię wom ,że aż cud. Miło było słuchać, bo pić już nie mogę, żony nie zdradzam, bo by mi dała po pysku i wywaliła pod most, i ciąży też nigdy nie przerwałem. Ale najpiękniejsze to były te przerywniki muzyczne. Ksiądz podnosił do góry swoją komórkę, pstryk i już z głośników leciało:” Jezu kocham Cię – tralala, Mario kocham Cię – tralala, jestem z Wami – tralala. Po drugim razie zacząłem śpiewać, po trzecim nawróciłem się, uniosłem ręce do góry i zakołysałem się całym sobą.

Fajne są też kolędy zwane czasami wizytami duszpasterskimi. Bywa, że zaprasza się do pomocy księdza z innej parafii. On w swojej już się wyrobił, a samochód dalej czeka u mechanika. To przyzwoity człowiek, o nic nie pyta, bo nie wie o co pytać, jego też nie ma co pytać, bo nie wie co odpowiedzieć.

Bardzo też ciekawe są różne specjalistyczne duszpasterstwa parafialne, które gromadzą ludzi pewnych i sprawdzonych w wierze, tak samo jak księgi trzeźwości do których wpisują się głównie staruszki i staruszkowie. I bardzo dobrze, przynajmniej jesień życia spędzą w trzeźwości.

Są oczywiście księża kontrowersyjni o których mówi się, że są postaciami kontrowersyjnymi. Nie dobrze! Kontrowersyjny to ja mogę opowiedzieć dowcip po dwóch piwach, ksiądz ma być posłuszny i łapać myśl przełożonego, ewentualnie katolickich mediów w swoim domu.

Spoko, jakoś to będzie. Mieczy, szabel i… obrony terytorialnej z pewnością nam nie braknie.

Diabolos znaczy rozdzielać

 

 O tym, że diabeł rozdziela, wiedziałem już w szkole podstawowej, ale ani wtedy, ani potem, jakoś tego specjalnie nie przeżywałem. Wchodziłem w swoją dorosłość w czasie pełnego rozkwitu PRL- u. Był wtedy oczywisty podział na „my” i „oni”. „Oni” to była partyjna, komunistyczna „wierchuszka” z dodatkiem ludowej milicji. Ten podział był tak oczywisty, że nikt się specjalnie nad nim nie zastanawiał, wydawał się naturalny i nieśmiertelny. Na szeregowych członków partii, którzy byli w naszych rodzinach i wśród naszych znajomych – machało się ręką, wiadomo że byli w partii:” Dla chleba, panie, dla chleba”. Oni się tym specjalnie nie chwalili, a po pijaku mówili, tak jak inni na trzeźwo, gdzie mają komunizm i partię. Po cichu chrzcili dzieci i posyłali je do I Komunii św. W niedzielę, bywało, że jechali do kościoła na peryferiach miasta na tzw. Mszę św. partyjną. Po 1989 roku zaczęliśmy dzielić się na solidaruchów i byłych komuchów, ale ten podział powoli rozwiązywała nieubłagana biologia. Pewnie, były naturalne podziały oczywiste w warunkach demokracji, ale nikt z tego powodu nie załamywał rąk.

I tak dotrwaliśmy we względnym spokoju do roku katastrofy smoleńskiej. I nagle bez racjonalnej przyczyny Polska pękła na pół, diabeł – oddział nadwiślański, zaczął działać, zaczął nadrabiać stracony czas. Bardzo to smutne, że mój Kościół, nasz Kościół wszedł w tę logikę podziału, jak „w masło”. Jego medialni harcownicy, przy milczącej zgodzie reszty, obrócili w pył zdawało się niewzruszoną jedność Kościoła. Część katolickich mediów zapominając co znaczy słowo „katolicki”, dostało wiatr w żagle. Zamiast mówić o Bogu, który kocha wszystkich, a szczególnie tych pogubionych, zamiast otwierać się na wszystkich ludzi dobrej woli, zaczęło sączyć niechęć do tych, którzy w tę narracje podziału nie chcieli wchodzić.

Szybko znaleźli się dziennikarze i politycy, którym puściły wszelkie moralne hamulce. Publiczne wyzwiska, oszczerstwa, najbardziej podłe pomówienia, stały się codziennością. Udomowiliśmy, jak powiedział O. L. Wiśniewski, nienawiść w naszych sercach. Jest w tym wszystkim coś przeraźliwie nieracjonalnego, coś sprzecznego z naturą człowieka. Bodaj najbardziej wymownym symbolem tej bezinteresownej nienawiści stała się osoba i fundacja J. Owsiaka. Proszę pokazać mi choć jeden cywilizowany kraj, gdzie człowiek zbierający pieniądze na ratowanie chorych dzieci, jest tak opluwany i znienawidzony przez ludzi, którym nie uczynił nic złego? Niestety i tym razem pospołu i duchowni i świeccy, radośnie składają się na tę cegiełkę nienawiści. Można mnie wyzwać, jak to czynią niektórzy komentatorzy, od najgorszych, mogę być dożywotnim głupcem, idiotą i czymkolwiek, ale nigdy tego nie zrozumiem. Ze słów, z arcyważnych słów Boga padających na Sądzie Ostatecznym dotyczących także tych, którym odmówiliśmy schronienia, zrobiliśmy kpinę, fałsz i obrzydliwość pomówień. Na kolejną kpinę zakrawa huczne świętowanie rocznicy Chrztu św., gdy jednocześnie policzkujemy Jezusa, który przychodzi do nas w człowieku straszliwie skrzywdzonym, w zakrwawionym dziecku i jedyne co chrześcijanin (w większości) ma mu do powiedzenia to „wynoś się”. To jest religia podziału, a nie miłosierdzia, ale już niedługo w nabożeństwach drogi krzyżowej będziemy współczuli Jezusowi, będziemy rzewnie śpiewali:” Ludu, mój ludu cóżem ci uczynił?” No właśnie:” cóżem ci uczynił?”

Wcześniej przed wigilią Bożego Narodzenia, wigilią pojednania, mieliśmy wysyp poradników, jak w czasie tej wigilii rozmawiać o niczym, by nie wybuchła agresja i nienawiść wśród najbliższych. Te poradniki na zawsze zostaną świadectwem tego, co osiągnął diabeł. Jakże aktualne są słowa Jezusa, aby nie płakać nad Nim, ale nad samym sobą.

Ratowałem kiedyś z opresji owcę, uwiązana  na pastwisku łańcuchem do kołka, tak się zapętliła, że była bliska uduszenia, a mimo to dalej szarpała się za każdym razem powiększając uścisk łańcucha na swojej szyi. Trudno mi nie odnieść wrażenia, że jesteśmy właśnie na takim etapie. Co będzie dalej? A któż to po za Bogiem wie, ale człowiek po to otrzymał od Stwórcy rozum, by go używał. Wpierw jednak każdy powinien zrobić rachunek sumienia, przyznać się do win i zaniedbań. Ludzka sprawiedliwość domaga się by je policzyć i ocenić. Reszta powinna być przebaczeniem i mocnym postanowieniem poprawy.

 

 

Smutno w moim Kościele!

 

 To bodaj najbardziej gorzki tekst, jaki napisałem o moim Kościele. Ale uczucia wyrażamy wtedy kiedy na czymś, czy na kimś, nam zależy. W przeciwnym wypadku jest obojętność. Mógłbym ten tekst zatytułować „List otwarty do starszych w moim Kościele”, ale nie o patos tu chodzi. Chcę Wam powiedzieć – straciłem do Was zaufanie, w pierwotnej wersji miało być:” tracę do Was zaufanie”, ale po ostatniej Waszej konferencji jest tak, jak jest. Wychodzę wszakże z założenia, że dopóki człowiek wie jak się nazywa i gdzie mieszka, zawsze jest nadzieja na to, że jego myślenie może się przemienić. Tej nadziei nie chcę i nie mam prawa Wam odbierać.

Daleki także jestem od potępiania Was czy nazywania grzesznikami. Nie napiszę także, że nie jesteście godni być Jego uczniami. Grzesznikami jesteśmy wszyscy i nikt z nas nie jest godny by być Jego uczniem. Nie mam prawa wątpić w Wasze powołanie, ale mam wiele przesłanek by uważać, że zapomnieliście o tym powołaniu, a nierzadko głęboko je zakopaliście w ziemi, nie bacząc co o tym mówił nasz Nauczyciel. Straciliście kontakt z rzeczywistością w której przyszło Wam żyć, straciliście kontakt z tymi dla których mieliście żyć, dla których przekroczyliście kiedyś progi seminarium. Ale może nie do końca to prawda. Tam gdzie ta rzeczywistość ofiarowuje Wam zaszczyty, władzę i inne profity, tam ją hołubicie budząc na przemian zgorszenie i drwiny. Bardzo Wam się podobają zaszczytne tytuły, kolorowe, cyrkowe fatałaszki i te „pierwsze miejsca za stołem”, cieszycie się gdy Wam usługują, zapominając co tym mówił Jezus. Jego przesłanie gdy rozsyłał uczniów było proste i zrozumiałe, tak samo wtedy jak i dziś. Co z tym przesłaniem zrobiliście?

Jezus nie stawiał wymagań niemożliwych do zrealizowania, nie namawiał do ascezy, przeciwnie stwierdzał, że „godzien robotnik zapłaty swojej”, tyle, że przez wieki coraz mniej było „roboty”, a coraz więcej zapłaty.

Kiedy dziesiątki ludzi w ucieczce przed wojną i nędzą tonęło w morzu, nie potrafiliście jasno i stanowczo powiedzieć rządowi do którego wcześniej się przymilaliście:” non possumus”. Mogliście twardo potrząsnąć rządzącymi, by zmienili zdanie, ale brakło Wam odwagi, bo może nie zaprosili by Was na poświęcenie jakiegoś z pompą otwieranego grajdołka, może śmiechu warta uczelnia nie dostałaby dotacji i wsparcia na „szemrane” interesy. Kiedy  w imię obłąkanej ideologii ludzi owładniętych nienawiścią, bezczeszczono narodową świętość jaką są groby ofiar katastrofy smoleńskiej, taktownie milczeliście. Nie stać Was było nawet na wyrażenie „niepokoju”.

Przypomnijcie sobie ile razy ględziliście o jakimś potworze gender, a ile razy apelowaliście do naszych serc, aby choć złotówką w każdą niedzielę podzielić się z tymi, którzy umierają z głodu.

Macie obsesję na punkcie seksu, oczywiście  na temat naszego seksu,  „nic nie jest tak ważne jak seks i to jak go uprawiamy”. Ale kiedy w straszliwy sposób łamano szóste przykazanie Dekalogu wśród podległego Wam duchowieństwa, podstawową Waszą reakcją było milczenie i obojętność. Wasza ostatnia konferencja dobitnie pokazała, że dalej nie wiecie, czy może raczej, nie chcecie wiedzieć, o co w tym bolesnym i tragicznym temacie, chodzi. Dziś ronicie łzy (bez przesady oczywiście), ale trzeba było dopiero słusznego, błogosławionego gniewu kochanego Franciszka, aby coś drgnęło. A przecież jest publiczną tajemnicą jak wielu duchownych ma nadzieje na „przeczekanie” Franciszka, jeden z nich nawet zainicjował modlitwę o Jego Franciszka rychłe odejście do domu Ojca. Tak to prawda, przeprowadzono z nim „ojcowską rozmowę”. Ciekawe jaką by przeprowadzono gdyby ta propozycja dotyczyła dziś św. Jana Pawła II? No ale ten był nasz, a Franciszek? Bardzo lubicie zabierać głos, ale jakoś nie słyszałem, żebyście nazwali podłością to, co o Franciszku mówią także nasi najpobożniejsi z pobożnych.

Wielu katolickich publicystów w dobrej wierze zachwala churching, ale tak naprawdę to jest Wasza klęska jako pasterzy, że trzeba jechać „przez pół miasta”, żeby znaleźć kościół w którym duszpasterzy „pożera” troska o wiernych.  Gdzie jest Wasza troska o to, co dzieje się w każdej parafii, także w tych gdzie proboszcz robi co chce i jak chce, gdzie bywa, że jest ważniejszy od samego Papieża?

Nie lubicie „kontrowersyjnych” księży, bo psują Wam swoim zaangażowaniem spokój Waszych sumień. Bardzo lubicie pouczać innych. Jesteście bezgrzeszni, czy może dumni ze swojej pokory?

Czy tak wygląda mój Kościół? Chciałbym w rozgoryczeniu powiedzieć „tak”, ale to byłoby niesprawiedliwe, więcej, krzywdzące. Wiem że są wśród Was ludzie wiary, choć nie rozumiem dlaczego milczą, gdy trzeba wołać na dachach. Wiem, że w tym moim i Waszym Kościele są duchowni dla których sensem życia jest służba Bogu i bliźnim, wierzę, że głęboko w sercu to poczucie służby w Was jest, dlatego proszę i namawiam – ocknijcie się, przemieńcie Wasze myślenie, czas na to wielki.

Jak rozumieć słowo „Kościół”

 

 Przeczytałem,  i zachęcam innych do tego samego, czyli do przeczytania wywiadu M. Lewandowskiego z ks. G. Strzelczykiem na „Deonie”. Ks. Grzegorz,  mówiąc najprościej, to  jest „ktoś” w Kościele w Polsce, dziś trudno sobie wyobrazić dialog religijny bez jego głosu. Tyle laurka, ale szczera. Ale teraz trochę refleksji.

Wraca w wypowiedziach ks. Grzegorza stary problem: mówimy Kościół, a myślimy hierarchia (by nieco sparafrazować słynny wiersz Majakowskiego). Słusznie można się na to oburzać, nawet zdolny nastolatek wie, że Kościół to my wszyscy ochrzczeni w Kościele Katolickim i ci w sutannach, i ci w garniturach i sukienkach. Oczywista oczywistość, tym bardziej, że jak zauważa ks. Grzegorz, ci drudzy stanowią miażdżącą większość w tym Kościele. Bardzo to piękne i teologicznie właściwe, tylko czy oczywiste? I tu chyba trochę się różnimy.

Jest w językoznawstwie zasada, zapewne nie ortodoksyjna, że jeśli zdecydowana większość społeczeństwa na danym obszarze językowym posługuje się przez długi czas formą z punktu widzenia gramatyki niewłaściwą, to w końcu uznaje się ją wbrew prawidłom językowym, za właściwą, najpóźniej dokonuje się to w ortografii. Rozumienie przez Lud Boży Kościoła jako hierarchii wraz z pozostałymi duchownymi, jest powszechne i samo tłumaczenie, że teologicznie jest to nieprawdziwe, niczego tu nie zmieni. A nie zmieni, bo przez całe wieki duchowni włożyli niesłychanie dużo wysiłku, a wielu nadal w praktyce to czyni,  aby Lud Boży utwierdzić w przekonaniu, że Kościół to my duchowni, w najlepszym wypadku, przede wszystkim my duchowni. Owszem dawano nam świeckim do zrozumienia, że my tak trochę od święta tym Kościołem też jesteśmy i choć mniej ważni, to na coś możemy się przydać. Trzeba uczciwie przyznać, że nawet w czasach przed soborowych formuła kierowana do świeckich:” przynieś, wynieś, pozamiataj”, cieszyła się uznaniem nawet najbardziej konserwatywnie nastawionych duchownych. Ubolewanie nad takim rozeznaniem Ludu Bożego i jego konsekwencjami to, przepraszam za niemiłe powiedzenie, „krokodyle łzy”, nie muszę dodawać, że tych słów w najmniejszym stopniu nie adresuje do ks. Grzegorza i niewielu jemu podobnym.

Nie wiem czy do końca jest słuszne twierdzenie, że ten co zepsuł, powinien też naprawić, ale na pewno powinien dać czytelny sygnał, że chce naprawić. Teologiczne wywody na temat tego czym jest i czym powinien być Kościół, przeczytają nieliczni, reszta będzie uważnie obserwowała swój Kościół parafialny i Kościół w Polsce. Są już na szczęście przykłady, że tam gdzie Lud Boży w praktyce odczuł, że Kościół to my wszyscy, że wszyscy, od kościelnego począwszy na biskupie skończywszy, tworzymy wspólnotę, tam dzieją się cuda.

O niezrozumiałym, czasem wręcz wykluczającym języku Kościoła, mówiło wielu, ja również. Jednak to nie tylko język dokumentów kościelnych, ale także pozbawiony nieraz elementarnej empatii, język kazań i język stosowany w kancelarii parafialnej. Słowa ks. Tischnera na temat tej ostatniej są powszechnie znane i nie ma co ich przytaczać. Jeszcze gorzej gdy Lud Boży nie rozumie po co Kościół wypowiada się w sprawach, które do niego nie należą, ale to temat na oddzielne rozważania.

M. Lewandowski jako jeden z przykładów wzajemnego niezrozumienia się przytacza sprawę antykoncepcji i Encykliki jej poświęconej. To dobry przykład i niekoniecznie dobra według mnie odpowiedź ks. Grzegorza. Można oczywiście tak jak ks. Grzegorz załatwić sprawę jednym zdaniem, czyli uzasadnić słuszność Encykliki powołując się na sukcesję apostolską, czyli „Rzym powiedział, sprawa zakończona”. Rzecz w tym, że nie zakończona, a każdym bądź razie nie tak jak by sobie autorzy owej Encykliki życzyli. I tu dochodzimy do zagadnienia, które ledwie sygnalizuję, także ze względu na to, że wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu.

Mam osobiste głębokie przekonanie, przypuszczam, że nie tylko jest ono moje, iż Kościół czyli my wszyscy, ale ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła hierarchicznego, powinien dbać o fundamenty naszej wiary. Oczywiście rolą starszych w Kościele jest ustalenie  co do tych fundamentów wiary należy. Dziś, zresztą kiedyś też, te fundamenty niesłychanie się rozszerza, także o rzeczy wymyślone przez człowieka. Nie twierdzę, że przy ich ustanawianiu nie było asystencji Ducha Św., ale może ona dotyczyła konkretnego miejsca i czasu. Być może dziś należałoby tę asystencję  zobaczyć inaczej? Mówimy, że wiara jest drogą, że różne drogi prowadzą do Niego, może należałoby się uważnie przyjrzeć tym innym drogom? Czyż nie takie jest też przesłanie duszpasterskie kochanego Franciszka. O tym jak radykalnie idzie ono przeciwko naszym uświęconym przyzwyczajeniom i poglądom, świadczy gwałtowny acz najczęściej głupkowaty sprzeciw wobec tego co mówi i czyni.

Od czasu tejże Encykliki „Humanae Vitae” upłynęło wiele czasu, odkryto nie znane wcześniej aspekty psychologii człowieka, także psychologii dążeń ludzkich i oczywiście psychologii małżeństwa i rodziny. To nie są błahe sprawy. Dowiedzieliśmy się o sprawach wcześniej nie znanych, albo zapoznanych, odkryliśmy wartości, które zawsze były, ale nie były dostrzegane. Przecież Franciszek nie wymyślił ewangelicznego miłosierdzia, ono zawsze było w Dobrej Nowinie! On je wydobył na światło dzienne, ukazał jego religijną i egzystencjalną wartość. Uczynił je wspaniałym,  dziełem duszpasterskim i apostolskim.

Niczego nie rozstrzygam, bo byłoby to śmiesznością. Może jednak warto pogłębić refleksję nad słowami Jezusa o nie wlewaniu młodego wina do starych bukłaków? Może trzeba ponownie zastanowić się nad Jego zarzutami kierowanymi do faryzeuszy, pobożnych przecież ludzi, o nakładaniu na innych niepotrzebnych ciężarów? Może trzeba zobaczyć lepiej niż dotychczas, że słowa Jezusa to słowa żywe?

Wiele tych „może”, a mogłoby być ich jeszcze więcej, może od tego „może” też wiele zależy?

#tomniezmienilo Przypadek, przypadek. Przypadek?

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy się do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się w głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Przypadek, przypadek. Przypadek?

 

         Zdarza się, że ktoś dostąpi iluminacji, takiej „jak grom z jasnego dnia”. Niektórzy dzielą się tym doznaniem z innymi oznajmiając przy tym, że ich życie od tego momentu uległo radykalnej, pozytywnej zmianie. Chciałoby się powiedzieć o nich – szczęściarze, gdyby nie to, że takie wydarzenia bardzo często związane są z bardzo traumatycznymi przeżyciami. Większość jednak z nas, także ja, ku doskonalszemu życiu w wymiarze duchowym, idzie krok po kroku. Bywa tak, że zatrzymujemy się, a nieraz i cofamy  do tyłu. Żeby to stanie nie przerodziło się w marazm, a cofanie nie stało się nawykiem, to zdarzają mi się od czasu do czasu jakieś wydarzenia, może i te tytułowe przypadki. Niby przypadki, ale zawsze we właściwym momencie, niemal jak te reklamowane leki, które „inteligentnie” trafiają w bolące miejsca. Te, które chcę przedstawić są bardzo rozciągnięte w czasie, w zasadzie powinienem je dawno zapomnieć, a jakoś nie mogę (czasem dodaję „jak na złość”).

Byłem jeszcze młody, czas podany w przewodniku na wejście na szczyt góry bez problemu skracałem, dopadły mnie jednak „korzonki”. Poszedłem do lekarza, dostałem skierowanie na rehabilitację i po tygodniu zameldowałem się przed gabinetem fizykoterapeuty. Kolejka taka sobie, ale za to wiek oczekujących? Siedemdziesiąt plus. Niektórzy popatrzyli na mnie prawie z wyrzutem. Usiadłem i próbowałem czytać, ale po paru minutach zrezygnowałem. Zewsząd dobiegały monotematyczne rozmowy – jakie choroby, jakie lekarstwa i jaki lekarz. Od samego słuchania można było zachorować. I nagle z tej kakofonii dźwięków zaczęło do mnie docierać opowiadanie starszej pani:” Pobraliśmy się zaraz po wojnie, bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, radości nie było końca. Większość porodów odbywała się wówczas w domu w towarzystwie położnej, ale w tym wypadku miał być lekarz. Umówiliśmy się z mężem, że jeśli będą chłopcy to damy im imiona Piotr i Paweł. Poród przeszedł bez komplikacji, ale nie trzeba było być lekarzem żeby zobaczyć, że z Piotrusiem jest źle. Leżał cichutko, blado – siny i z trudem łapał powietrze. Lekarz długo go badał, a potem poszedł do kuchni, do męża. – Proszę pana – powiedział, ochrzcijcie to dziecko, ono będzie żyło dzień, może dwa, tu nic nie można zrobić. Niech pan idzie do żony i jakoś ją przygotuje. Kiedy lekarz wyszedł, mąż przyszedł do mnie, po jego twarzy widziałam, że jest źle, bardzo źle. Powiedział mi wszystko co przekazał mu lekarz. Nie wiem jak to się stało, ale ja mu spokojnie odpowiedziałam – to dziecko, nasz Piotruś będzie żyło, rozumiesz będzie żyło – niemal wykrzyknęłam. Mąż pokiwał smutno głową, kazałam mu iść spać, o świcie szedł do ciężkiej pracy. Kiedy w kuchni zgasło światło, zdjęłam ze ściany obraz Matki Bożej, postawiłam na stoliku i powiedziałam – Ty wiesz, co to jest być matką, ja też jestem matką i dotąd będę Cię prosić, aż wybłagasz u Twego Syna dar życia dla mojego dziecka, matce się nie odmawia. Nie pamiętam ile razy obróciłam różaniec w dłoniach. Nad ranem musiałam na chwilę przysnąć ze zmęczenia, obudził mnie głośny płacz dzieci. Chłopaki darły się jeden przez drugiego, nakarmiłam ich, ale nic nie śmiałam myśleć. W południe miała przyjść położna, starsza, doświadczona kobieta, która odebrała setki porodów w najdziwniejszych nieraz okupacyjnych sytuacjach.  Przyszła o czasie, podeszła do Piotrusia, wzięła go na ręce, podeszła do okna i dokładnie  obejrzała. Potem pocałowała w różową stópkę i głosem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła:” Bogu dzięki, tym razem nasz doktor się pomylił”. Siedziałem bez ruchu, ze łzami wzruszenia w oczach, byłem świadkiem wiary przenoszącej góry, a więc to jest możliwe, to nie tylko ewangeliczna „teoria”.

Był stan wojenny, szedłem ulicą naładowany wściekłością i nienawiścią do tych, którzy zgotowali nam ten los. Traf chciał natknąłem się na znajomego księdza i zaraz po przywitaniu, obrazowo mu przedstawiłem co bym tym draniom zrobił. Znając go liczyłem, że jakimś smakowitym kąskiem zasili moją złość. On tymczasem wysłuchał mojego monologu i powiedział:” Panie Rafale, tak nie można, to są nasi bliźni, Jezus mówił, żeby nieprzyjaciół kochać”. Nic nie powiedziałem, ale pomyślałem:” Tośmy sobie k…. pogadali”. Ksiądz niedługo potem odszedł do domu Ojca w opinii świętości, a ja zostałem na zawsze z jego słowami:” Panie Rafale, tak nie można…”. Lata minęły, a ja z dokładnością co do metra pamiętam miejsce, gdzie, górnolotnie mówiąc, zrealizował swoje powołanie w stosunku do mojej osoby.

Całkiem już niedawno wysłuchałem dominikańskiego kazania właśnie po odczytaniu fragmentu Ewangelii o miłowaniu nieprzyjaciół. Kiedy po Mszy św. opuszczałem kaplicę, jedyny komentarz jaki „tłukł” mi się po głowie był bardzo krótki: cholera! Cholera, choćbym nie wiem jak chciał, a z pewnością będę chciał, to tej Ewangelii i tego kazania nie da się zapomnieć!

Wiem, przynudzam, ale jeszcze jedna krótka historia, która została we mnie. Spotykam w autobusie koleżankę, zaczynamy wspominać liczne obozy, rajdy i wycieczki na których razem byliśmy. Miło sobie gaworzymy, ale ona w pewnym momencie mówi:” Pamiętasz siedzieliśmy przy ognisku w Bieszczadach, wywiązała się obozowa dyskusja i ty wtedy powiedziałeś  – tu przytacza moje słowa, pamiętasz? Jasne, że nie pamiętam – a wiesz – ona dalej mówi, zawsze jak mi jest bardzo trudno to sobie je powtarzam i daje mi to ulgę.

No miło usłyszeć, ale potem przyszła refleksja. A gdybym wtedy powiedział coś głupiego, złośliwego, coś przeciwko komuś i też byłoby zapamiętane? Uważaj Rafał, nie gadaj byle czego, nie gadaj źle, ty zapomnisz, ale innemu możesz otworzyć ranę. Możesz go przybliżyć do Boga, ale i oddalić. Czujność, czuwanie, do którego tak zachęca nas Jezus, niekoniecznie musi oznaczać bezsenność, raczej takie życie, takie zachowanie i takie słowa, które ukażą drogę do Niego.

Nie rozumiem!

 

 

Najpierw trzy ostatnio zauważone teksty, pozwolę sobie je ponumerować.

Tekst pierwszy za T.P. pochodzi z instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Dominum vitae” i dotyczy zapłodnienia pozaustrojowego, czyli in vitro. Data ogłoszenia dokumentu rok 1987. Czytamy w nim min. następujące słowa:” zapłodnienie pozaustrojowe homologiczne [dotyczące małżeństwa] dokonuje się po za ciałem małżonków za pośrednictwem  działania osób trzecich (…) Powierza więc życie i tożsamość embrionów w ręce władzy lekarzy i biologów oraz ustala panowanie nad pochodzeniem i przeznaczeniem osoby ludzkiej. Tego rodzaju relacja panowania sama w sobie sprzeciwia się godności i równości (…)  Poczęcie w probówce jest wynikiem czynności technicznej, która kieruje zapłodnieniem; nie jest ono ani faktycznie uzyskane, ani pozytywnie chciane !!! (podkreśl. i wykrzyknik moje) jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego (…) Zrodzenie osoby ludzkiej jest obiektywnie pozbawione swojej właściwej doskonałości, a mianowicie bycia zwieńczeniem i owocem aktu małżeńskiego, przez który małżonkowie mogą stać się współpracownikami Boga w przekazywaniu daru życia nowej osobie” (DV 5)

Tekst drugi, za G.W. z dnia 11/02/2019. Adwokat kurii Opolskiej w sprawie o zadośćuczynienie dla pokrzywdzonego nieletniego, który był wielokrotnie molestowany przez księdza tej diecezji, co spowodowało u pokrzywdzonego bardzo poważne konsekwencje zdrowotne:” Prawo polskie nie zna konstrukcji tzw. odpowiedzialności zbiorowej. Niemożliwe jest zatem, aby osoba prawna, Diecezja Opolska, ponosiła odpowiedzialność za – bez wątpienia haniebny i zasługujący na najsurowsze potępienie – czyn, jakiego dopuściła się osoba fizyczna (…)

Tekst trzeci to cytat ze skądinąd świetnego wywiadu jaki Katarzyna Kolska przeprowadziła z Adrianem Galbasem SAC, prowincjałem zakonu palotynów („W drodze” 2/2019) K. Kolska:” Kiedy ksiądz Boniecki usiadł obok Nergala i chciał z nim rozmawiać, zamknięto mu usta”. Odpowiedź O. A. Galbasa:” – Nie chcę, broń Boże, oceniać przełożonych księdza Adama. Mieli swoje racje, ale mnie było wtedy szkoda, że tak się stało…”

Co łączy te trzy dotyczące różnych spraw teksty? Odpowiedź może nie wszystkim się podobać. Uważam siebie za człowieka inteligentnego i z jakimś, jak sądzę, sensownym doświadczeniem, dla porządku absolwent uniwersytetu, a mimo tego nijak nie jestem w stanie tych tekstów zrozumieć. Jasne, można to skomentować, że jestem niedouczony i inteligent w cudzysłowie. Nie obrażę się, ale to dalej nie rozwiązuje problemu, bo jestem głęboko przekonany i taką też mam wiedzę, że wielu innych też nie rozumie. Wszyscy są idioci? Wszyscy to wrogowie Kościoła? Wszyscy, którzy nie rzadko publicznie oświadczają, że nie rozumieją toku myślenia przedstawionego w tych wybranych fragmentach, to jakiś drugi sort chrześcijan? Ale po kolei.

W sprawie in vitro są, jak się wydaje dwa zagadnienia. Pierwsze to zarodki nadliczbowe (okropne określenie) i to jest problem moralny nie do „przeskoczenia”, choć zapewne w przyszłości możliwy do usunięcia, kiedy wystarczy jeden zarodek, który będzie implantowany do macicy kobiety. Ale jest też to, czego dotyczy zacytowany fragment instrukcji Kongregacji i to jest język, opis, którego autorzy mają, delikatnie mówiąc, elementarne kłopoty z empatią względem tych, których ta instrukcja dotyczy. Jak to „ nie jest pozytywnie chciane, jako wyraz i owoc właściwego aktu małżeńskiego”? Czy autorzy uważają, że małżonkowie wybierają metodę in vitro, bo nudzi się im w łóżku? Nie twierdzę, że słuszność doktryny zależy od pozytywnego jej przyjęcia, ale proszę to właśnie tak powiedzieć małżonkom, którzy w trudzie i cierpieniu pragną  przekazać życie, pragną mieć dziecko, które będzie zwornikiem ich miłości. Sprawa in vitro dotyka jądra ludzkiej egzystencji i nie da się jej załatwić językiem i wywodami pozbawionymi miłości do bliźniego. Na ważny aspekt tej sprawy zwracał uwagę zmarły ś.p. arcybiskup T. Życiński. Na często powtarzający się argument przeciwko in vitro, że człowiek próbuje wkraczać w kompetencje Boga, arcybiskup odpowiada:” To jest teologicznie bezpodstawne. Gdybyśmy tak przyjęli, to Kościół musiałby odrzucić rozwój nauki. Nie moglibyśmy pracować naukowo, nie byłyby możliwe odkrycia ani wynalazki czy rozwój medycyny”.

 

Argumentacja, że w polskim prawie nie ma przepisu, więc nie ma też odpowiedzialności za oczywistą krzywdę drugiego człowieka, jest szokujący, w ustach biskupa szokujący podwójnie. Odwróćmy tę argumentację, skoro tak bardzo jesteśmy za szacunkiem dla prawa, to może aborcja też jest moralna? Przecież nasze prawo w pewnych wypadkach ją dopuszcza. Skoro brak prawa pozwala usprawiedliwić krzywdę w jednym przypadku, to istniejące prawo może usprawiedliwić w drugim. Ksiądz jest dla kurii „osobą fizyczną”, rozumiem wobec tego, że ta „osoba fizyczna” jest w parafii na samozatrudnieniu i świadczy usługę „osobie prawnej”. Jeżeli biskupowi, przepraszam „osobie prawnej”, usługa się nie podoba, to dziękuje „osobie fizycznej”, a ta zatrudnia się w dowolnej parafii i dalej świadczy usługę. Znając feudalne relacje między „osobą prawną”, a „osobą fizyczną”, to takie tłumaczenie jest wyjątkową bezczelnością, przy czym to określenie stosuję wyłącznie na użytek „Deonu”, prywatnie określiłbym to inaczej.

Podsumowując.  Kościół wyraźnie przyznaje, że ksiądz zatrudniony, albo pełniący służbę na wyraźne polecenie biskupa w danej parafii i bezwzględnie mu podlegający, kiedy popełni przestępstwo, staje się „wolnym strzelcem”, sorry „osobą fizyczną”. Jeżeli to nie jest faryzejstwo w najgorszym wydaniu, to czym do jasnej cholery jest?

 

„Nie chcę, broń Boże oceniać przełożonych księdza Adama”. Autor tego stwierdzenia musi przywoływać samego Pana Boga, aby nie urazić przełożonych księdza Adama swoją opinią. Pogratulować delikatności czy może raczej obojętności i konformizmu. Na tym niestety też polega klerykalizm, tak surowo potępiany przez kochanego Franciszka. Dzieje się coś złego, no nie, nie będziemy o tym mówić, bo urazimy księdza czy biskupa. To są jego kompetencje, jego dwór, jego księstwo, jest nam żal skrzywdzonego człowieka, ale „broń Boże” my nie będziemy się wtrącać. Co to w ogóle jest? Nie rozumiem! To jest Kościół powszechny, gdzie grzech choćby jednej osoby, rani całą społeczność, czy prywatne poletko księdza, przełożonego, proboszcza czy biskupa? Albo jesteśmy braćmi, jedną rodziną i reagujemy gdy dzieje się zło, albo „każdy sobie rzepkę skrobie”. I proszę mi nie cytować „nie sądźcie, abyście…”. To nie ta bajka, raczej „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie…”. Jest ważka decyzja, która krzywdzi człowieka, krzywdzi człowieka, który jest świadkiem Ewangelii dla bardzo wielu. Nie ma refleksji, nie ma dochodzenia sprawiedliwości, jest „widzimisię” faceta, który uważa, że tylko dlatego, że jest przełożonym, to z automatu ma rację. Wstyd, wielki wstyd i to nawet nie dla tego przełożonego, który żałośnie nie dorósł do pełnienia swojej funkcji, ale przede wszystkim dla tych, którzy milczą. Wstyd dla tych, którzy jak mniemam wiedzą nawet gdzie jest dobro, a gdzie zło, ale boją się zabrać głos, by „broń Boże” nie ocenić. Dla mnie to jest parodia:” Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni”.

Pokłosiem takiego myślenia, takich słów jak te które zacytowałem na początku, jest obcość do Kościoła, który ma być matką, a bywa, że jest zasępionym i zapatrzonym w własną i tylko własną doskonałość, jest oschłym i nieprzystępnym sędzią.

 

Wojenne awantury

 

 Czy to się podoba czy nie, jedna awantura goni drugą, nawet na blogu trudno być na bieżąco. Każda awantura podgrzewa atmosferę i nie chodzi tu akurat o globalne ocieplenie. Ostatni incydent przed gmachem telewizji „publicznej” znów dołożył cegiełkę do podziału czy muru nas dzielącego. Podziały dotknęły nawet opozycję, która podzieliła się na „gołębie” i „jastrzębie”. Mnożenie przez podział to nawet fajne w biologii, w życiu społecznym już niekoniecznie. Daruję sobie pisanie o moim osobistym przydziale do jednej, czy drugiej grupy. Z dziesiątków komentarzy jakie padły po wydarzeniu przed gmachem telewizji, jeden dla mnie jest arcyważny. Z ust bardzo znanej osoby, bohatera stanu wojennego, padły słowa stwierdzające, że jesteśmy jako społeczeństwo w stanie wojny. Zapewne ku oburzeniu niektórych uważam, że to słowa prawdziwe. I tu osobista dygresja.

Wiedziałem od dobrych kilku lat, że powinienem iść na operację, ale kombinowałem. A to lepsze tabletki, a to inny lekarz i tak cenny czas mijał. Traf chciał, że lekarz u którego się leczyłem wyjechał, trzeba było iść po receptę do innego. Ten popatrzył na wcześniejsze wyniki badań, u siebie w gabinecie wykonał kolejne i stwierdził konieczność operacji. Oczywiście jak zwykle zacząłem go przekonywać, że może jakieś inne lekarstwa, może jeszcze nie teraz i tak dalej. Lekarz popatrzył na mnie i zapytał:” Proszę pana, czy chce pan resztę życia spędzić chodząc w pampersach?” Zaskoczony milczałem. Proszę pana, zadałem panu pytanie, czekam na odpowiedź – powiedział lekarz. No nie, nie chcę – odpowiedziałem. Dobrze – stwierdził lekarz, wobec tego wypisuję skierowanie. Nie muszę dodawać, jak bardzo jestem temu lekarzowi wdzięczny. On tym ostrym, jak wtedy oceniałem, bardzo nieprzyjemnym pytaniem, uratował mi zdrowie, a może i życie.

Tak, trzeba to powiedzieć, choć to bardzo smutne, tak jesteśmy my naród w większości wyznający tę sama religię, chodzący do tych samych kościołów, obchodzących tę samą wigilię i śpiewający te same rzewne kolędy, jesteśmy w stanie wojny. Znów mamy stan wojenny dotyczący nas wszystkich. Są już pierwsze ofiary śmiertelne, potyczki i prawdziwe walki słowne niemal codziennie. Stara anegdota teatralna głosi, że jak w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to w trzecim wypali. To nie jest czarnowidztwo, taka jest logika dramatu, naszego dramatu!

Diagnoza jest konieczna, żaden lekarz nie podejmie się leczenia, bez jej wcześniejszego postawienia. Diagnoza może być, bardzo trudna do przyjęcia, ale jej unikanie jest samooszukiwaniem się, jest udawaniem, że jakoś to będzie. Nie będzie! To nie są emocje, nastroje, różnice poglądów, to jest wojna, na razie pozycyjna. Dwa wrogie narody, które dzieli nawet stosunek do wegetarian i cyklistów, by przypomnieć słynną wypowiedź pewnego polityka, wykopały okopy i czekają na dogodny moment, by skoczyć sobie do gardeł.

Co zrobić, by temu zapobiec? Nie wiem, po prostu nie wiem, jedyna myśl, która przychodzi mi do głowy to ta, że dziewięćdziesiąt procent tych wrogich oddziałów jest …ochrzczonych. To jest, to powinna być realna nadzieja. To jest czas dla naszych duszpasterzy, dla naszego Kościoła, i to od góry do dołu. To oni mają prowadzić lud boży, to jest ich powołanie do którego zostali wybrani przez Boga. Niech przestaną pleść bzdury, że oni nie mieszają się do polityki, bo tu nie o politykę chodzi do jasnej cholery! Tu chodzi o los stada, któremu mają przewodzić, o los ludzi, którzy patrzą na siebie z nienawiścią, zapominając, że mają jednego Ojca w niebie. To jest zadanie nie na jutro, nie na nudne listy, które na nikim nie robią wrażenia, to jest zadanie na dzisiaj. Mówi się, że historia rozliczy polityków, chrzanić historię, to jest zadanie na teraz!

Wiem, wiem, miseczka z ciepłą wodą i pachnącym ręcznikiem do wytarcia obmytych rąk, jest pewną propozycją i pokusą. Kiedyś pewien bardzo ważny człowiek, uległ tej pokusie, oby i teraz to się nie powtórzyło.

Ku przestrodze

                                                

 Czytam w „Laboratorium Więzi” tekst O. Augustyna o bieżących sprawach naszego Kościoła w Polsce i przypomina mi się pewne wydarzenie, właściwie anegdota z mojego życia. Kiedyś dostałem w prezencie od moich dzieci discmana,  moja radość była wielka. To była moc muzyki na niewielkiej płycie CD-i, a poręczny discman umożliwiał słuchanie tejże muzyki w różnych warunkach. Dla starszego pana wychowanego na płytach winylowych, a potem topornych kasetach, to było coś niezwykłego. Jednak po kilku latach intensywnego używania, odtwarzacz zaczął wykazywać oznaki zużycia. Tym razem sam postanowiłem kupić sobie podobny. Udałem się do supermarketu, gdzie mój discman był kupowany, poszedłem na stoisko ze sprzętem elektronicznym, obszedłem je uważnie raz, potem drugi, ale nic nie znalazłem. Pewnie jest na innym stoisku – pomyślałem, akurat przechodził młody sprzedawca więc przedstawiłem mu swój problem. Młodzieniec popatrzył na moją siwiejącą brodę po czym z wyszukaną grzecznością i pobłażliwym zrozumieniem stwierdził:” Proszę pana, discman to już historia”.

Dlaczego o tym piszę? Od długiego czasu wielu mądrych, obdarzonych autorytetem duchownych i ludzi świeckich wskazuje na potrzebę radykalnej odnowy Kościoła w Polsce, sporo takich rozważań jest także na „Deonie”. Błędy tego Kościoła widać jak na dłoni, sam wielokrotnie o tym pisałem. Tu nie chodzi oczywiście o podstawy naszej wiary, te są niezmienne, raczej o umiejętne odczytywanie znaków czasu przez ludzi odpowiedzialnych za duszpasterstwo. To prawda, że coś drgnęło, ale czas jest nieubłagany, ci którzy nie spotkają na swojej drodze tego odnowionego duszpasterstwa, mogą od Kościoła odejść i proszę nie rzucać w nich kamieniem. Tymczasem obowiązującą narracją u większości duchownych, jest lęk przed zmieniającą się rzeczywistością, lęk przed nauczaniem kochanego Franciszka. To nierzadko wygląda wręcz na bojkotowanie tego nauczania. Czytam felieton P. Krzyżaka, który to felieton jest dobitnym, jak sądzę, potwierdzeniem tego co napisałem, choć dotyczy akurat problemu pedofilii. Czy naprawdę nikt nie jest w stanie zapytać, dlaczego część naszych biskupów ciągle nie jest przekonana, aby także w tym temacie odnowić swoje myślenie?

W tej bierności i narzekaniu na świat panuje wyjątkowa solidarność, od wikarego wiejskiej parafii po gremium dostojnych purpuratów. Nie trzeba przypominać, że naśladowcy Jezusa nie są z tego świata podobnie jak ich Nauczyciel. Niejeden raz boleśnie sam się o tym przekonałem. On nie obiecywał łatwego chleba swoim wyznawcom, nie sugerował, że Jego apostołowie zarówno wtedy, jak i teraz, będą wzbudzali powszechny aplauz, a ich nauczanie będzie przyjęte z zachwytem. To nie ta bajka! Jedyny sensowny bunt wobec tego świata, świata, który nie wziął się  znikąd , ale został stworzony przez Boga, to … pokochać ten świat, taki jaki jest. Dopiero wtedy można głosić temu światu Dobrą Nowinę. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś nawrócił się słysząc narzekania. Najbardziej zatwardziałym „narzekaczom” warto przypomnieć słowa  Ks. Tischnera:” Może i masz rację, ale jakie z tego dobro?” A tymczasem moi duszpasterze uparcie szukają owego „diskmana” i nijak nie chcą zrozumieć, że to już historia. Drodzy moi bliźni, to fajna historia, wracam do niej pamięcią, opowiadam moim dzieciom, ale to historia. Moja córka, kiedy nieraz próbowałem z tej historii (różnej) robić teraźniejszość, niezmiennie stwierdzała:” Tatusiu, ale czasy się zmieniły”. Wkurzało mnie to mądrzenie się smarkatej, ale w duchu przyznawałem jej rację. Jeżeli nie chce się być nudziarzem, ze wszystkimi tego konsekwencjami, to trzeba ten czas i znaki, które on nam daje, uważnie obserwować, trzeba jak mówi poeta:” po życie sięgać nowe”.

Inaczej może się okazać, że talenty, które otrzymał Kościół kapłański od Jezusa, z czytelnym przesłaniem ich pomnażania, odnajdą się zakopane w ziemi.

Ktoś czytając ten artykuł, może zapytać, a gdzie jest w tym Kościele, o którym ostatnio tak wiele piszę, autor tych rozważań? Czyżby słowo „Kościół”, które odmieniam we wszystkich przypadkach mnie nie dotyczyło, czyżbym ustawiał się na zewnątrz tego Kościoła? Odpowiem z odrobiną złośliwości. Przez wieki całe to my wierni świeccy byliśmy pouczani, ganieni, nieraz wręcz oskarżani o wszelakie zło w Kościele, jeszcze dziś, choć rzadko, słyszę w kazaniach „Wy”. To mnie mówiono jak mam żyć, co czynić, czego przestrzegać i kogo naśladować. Ok., ale może  nadszedł czas, aby też lud boży w zatroskaniu i przyjaźni, powiedział swoim pasterzom czego od nich oczekuje?

No to rozdzielamy!

 

 Datę wyborów można bez trudu przewidzieć patrząc na tytuły artykułów poświęconych rozdziałowi państwa od Kościoła, czy jak kto woli, Kościoła od państwa. Nieco zabawna jest powtarzalność pewnych mitów, które odgrzewane są razem z dawno zużytymi argumentami. To ulubiony temat zarówno tych, którzy za owym rozdziałem są, jak  i tych którzy  temu rozdziałowi, są przeciwni. Nie twierdzę, że ta dyskusja jest niepotrzebna i że nie ma spraw, którym warto się uważnie przyjrzeć. Przykro jednak stwierdzić, że ilość bzdur jaka jest wypowiadana w tym temacie, zarówno po jednej stronie, jak i drugiej, jest zaiste imponująca. Może najpierw stanowisko wobec tego mitycznego rozdziału, strony kościelnej.

Słuchając głosów Kościoła, ze szczególnym uwzględnieniem naszych biskupów, można odnieść wrażenie, że jakakolwiek zmiana istniejącego stanu rzeczy, grozi katastrofą  o wymiarze kosmicznym. Gdyby choć część tych zmian nastąpiła, a nie da się tego wykluczyć, wierni będą musieli zejść do katakumb. I tu mamy poważny problem, bo tychże u nas nie ma. Jest trochę poradzieckich schronów, ale istnieje obawa, że ateistyczny nadzór budowlany nie zgodzi się na korzystanie z nich. Pozostają na szczęście wały jasnogórskie. Już dziś gromadzą się przy nich rośli młodzieńcy ze sztandarami na których są hasła zapowiadające śmierć wrogom Ojczyzny i wrogom świętej wiary katolickiej. Dział wprawdzie na murach nie ma, ale może NATO da się ubłagać i jakieś podrzuci. No i jest oczywiście Matka Boża z… flintą, jak to kilka lat temu pisał pewien mąż świątobliwy. Wyrażał on nadzieję, że w razie czego nasza Królowa (w odróżnieniu od tej trochę ślamazarnej Włodzimierskiej) zrobi z tej flinty właściwy użytek, zdaje się, że miał na myśli Tatarów (wiadomo islamiści), ale na pewno z ateistami też by sobie poradziła. Pewien bardzo ważny człowiek stwierdził, że być może będziemy samotną wyspą na oceanie nieprawości współczesnego świata. Można by wprawdzie tę nieprawość rechrystianizować, udając się tam milionem aut elektrycznych, ale póki co brakło prądu. Nie ma się co jednak czepiać, ważne są dobre chęci. Piekło wybrukuje się kostką Bauma i git będzie, jak mówią starzy recydywiści.

A poważnie. Kościół potrzebuje do swojej misji duszpasterskiej przede wszystkim tego, by mu państwo w niej nie przeszkadzało. Może, i powinno, pomagać w sprawach nazwijmy technicznych, ale o tym za chwilę. Wspieranie wysiłków duszpasterskich, albo jeszcze gorzej, zastępowanie ich przez państwo, może słusznie oburzać ludzi niewierzących. Kościół oczekując tego popełnia poważną aberrację umysłową, a prowadzi to prostą drogą nie tylko do konfliktu, ale i do odejścia z tegoż Kościoła wiernych. Nie jestem prorokiem, ale na dzień dzisiejszy, nie ma żadnych znaków, że ateusze będą wycinać przydrożne krzyże, a kapliczki wysadzać dynamitem. Dzień, jak wiadomo, ma dość zmartwienia swojego. I najważniejsze, my tych naszych wrogów nie ważne prawdziwych, czy urojonych… mamy kochać! Głupio wyszło! Pewien Żyd dwa tysiące lat temu na tym przesłaniu założył swój Kościół, oddał za niego swoje życie, a po zmartwychwstaniu obiecał, że bramy piekielne (wstawić właściwe nazwy) go nie przemogą. No to trzeba się wziąć do roboty, może to jest już ta godzina przed północą?

No to teraz o drugiej stronie, która jest za rozdzieleniem państwa od Kościoła.  Są wśród nich osoby, którym nienawiść do tego Kościoła, nieważne rozdzielonego czy nie, odbiera rozum. Dialog z nimi jest w zasadzie niemożliwy, nie ze względu na brak szacunku do nich, ale raczej z braku wykształcenia psychiatrycznego ewentualnych rozmówców. Więcej miejsca nie ma potrzeby im poświęcać, pokój z nimi.

Spora część polityków i publicystów zabierających głos w tym temacie, ma oczy przysłonięte mgłą niechęci do Kościoła, ot tak po prostu. Oczywiście to jest ich prawo i nikt nie może tegoż prawa kwestionować. W części ta niechęć jest uzasadniona, w trudnej do oszacowania pozostałej, jest wynikiem różnych mitów, a czasami myślenia, któremu brak jest racjonalności, albo po prostu zdrowego rozsądku. Taką bzdurą założycielską tej niechęci jest niezrozumienie tego, czym jest państwo i jak ono działa. Do znudzenia powtarzany argument, że państwo nie powinno płacić osobom, które uczą religii, opiera się na mniemaniu, że państwo ma jakieś swoje „prywatne” pieniądze i wydaje te pieniądze na podstawie swojego „widzimisię”. Otóż wypada zauważyć, że nawet uczeń gimnazjum wie (powinien wiedzieć), że na zasoby państwa czyli budżet, składamy się wszyscy w postaci płaconych podatków i wszyscy też mamy prawo decydować o sposobie wydawania tychże podatków. Jest nie do pogodzenia z ideą państwa mniemanie, że każdy z osobna będzie sam decydował na co wydawane są wspólne zasoby, chyba że przez państwo rozumiemy kilka skleconych z gałęzi szałasów.

Sztuka rządzenia państwem polega na tym, aby w dzieleniu tych wspólnych środków znaleźć rozsądny kompromis. Ten kompromis  nikogo w pełni nie zadowoli, ale taka jest demokracja. Żądanie jednej grupy społecznej, w dodatku niekoniecznie będącej w większości, aby pozbawić inną państwowego wsparcia tylko dlatego, że im się to wsparcie nie podoba, jest zwyczajnie głupie i oczywiście niesprawiedliwe. Jak by to wyglądało w praktyce? Parę przykładów.

Patrzę z pewnym zdziwieniem (raczej na pewno nie tylko ja) na kilkunastu mężczyzn, którzy na, wybudowanym także za moje pieniądze, boisku uganiają się za okrągłym przedmiotem. Biegają sobie, kopią z wielkim zapałem (z tego co wiem, nie zawsze z zapałem) ten okrągły przedmiot. Widownia się cieszy, jedni krzyczą, drudzy wyją, a bojowe oddziały policji muszą dbać o to, by ci miłośnicy oglądania wzajemnie się nie pozabijali, albo nie zdemolowali wszystkiego co znajdą na swojej drodze, gdy już wracają do domów, radośnie porykując przed moimi oknami. Dlaczego na to wszystko idą pieniądze z moich podatków?

Dlaczego z tychże jest finansowana partia, która według mnie szkodzi państwu? Dlaczego mam płacić na tzw. telewizję publiczną, którą omijam szerokim łukiem? Dlaczego mam płacić za darmowe środki antykoncepcyjne (jest taki projekt) tym, którzy chcą się radośnie bawić w łóżku? Nie mam nic przeciwko ich zabawie, ale niech robią to za swoje pieniądze, tak jak ja za swoje pieniądze muszę kupować leki ratujące mi życie.

Godzę się na to wszystko, bo żyję w Państwie, w naszym wspólnym Państwie. Przyjmuję do wiadomości, że moje wartości nie zawsze są wartościami dla innych i oczekuję, że ci inni zrobią to samo.

I na koniec jeszcze jedna sprawa. Często pada zarzut „wtrącania” się Kościoła do państwa. Ustalmy, jeśli to „wtrącanie” jest niezgodne z obowiązującym prawem, to oczywiście nie powinno to mieć miejsca. Jest jednak cała gama relacji między szeroko rozumianym Kościołem a państwem, które z punktu widzenia obowiązującego u nas prawa, są albo dozwolone, albo neutralne. Duchowni, w tym oczywiście także biskupi, mogą wypowiadać się na dowolne tematy, mogą pisać listy do posłów, mogą apelować, sugerować i domagać się, podobnie jak każdy inny obywatel. Jeżeli biskup czy kardynał zechce kandydować na urząd prezydenta, to też mu wolno, bo jak każdy obywatel ma czynne i bierne prawo wyborcze. Jeśli będą robili to nieroztropnie, to tylko sami sobie i Kościołowi, który reprezentują, zaszkodzą. Ale to akurat jego przeciwnikom powinno się podobać.

Nie podoba mi się nie jedna rzecz w moim Państwie i w moim Kościele, ale to ja jestem i Państwem i Kościołem. Ktoś chce mnie przeciąć na pół? Dlatego moi bliźni niewierzący, czy wierzący inaczej – żyjcie i pozwólcie żyć innym. Zgadzam się, że należy oddać to co cesarskie, cesarzowi, a to co boskie, Bogu, tylko jakim prawem uważacie, że to wy będziecie ustalali co jest czym?