Poglądy i prawda

                                          

 

 Każdy z nas ma swój osobisty pogląd na wiele różnych spraw i jest to zupełnie zrozumiałe. Każdy też uważa, że te jego poglądy są słuszne i prawdziwe. Mniemanie to bierze się stąd, że to są właśnie jego poglądy, no i koło się zamyka. Dopóki są prywatną tajemnicą właściciela w zasadzie problem jest niewielki, lub żaden. W momencie kiedy je przedstawiamy na takim czy innym forum, zasadnym staje się ich weryfikacja pod kątem:” Prawda to, czy fałsz?” Dość często w taki sposób są konstruowane różne quizy. Przekonanie, że mój pogląd jest prawdziwy, bo jest mój jest dalece nie wystarczające, choć dla wielu ludzi jest to argument ostateczny. Niestety takie podejście jest nie do obronienia ani od strony racjonalnej, ani nawet zwyczajnego rozsądku. To nie wyklucza przypadku, że mój pogląd może okazać się prawdziwy, ale stać się tak może dopiero wtedy, gdy potrafimy to udowodnić przy pomocy powszechnie przyjętych zasad i procedur. Te procedury, zasady są dorobkiem cywilizacyjnym, kulturowym i naukowym ludzkości. To jest wielowiekowa mądrość i doświadczenie ludzkości, dzięki któremu, każde następne pokolenie nie musi na nowo „odkrywać Ameryki”. Gdyby było inaczej nie wykluczone, że dziś siedzielibyśmy sobie na drzewie i radośnie konsumowali banana czy jakąś inną sympatyczną roślinkę. Czy jednak można inaczej?

Można. To „inaczej” jest główną cechą charakteryzującą wszelkie rewolucje polityczne i społeczne. Ich przywódcy stwierdzają, że odkryli „kamień filozoficzny” i posiedli wiedzę z drzewa poznania, a historia zaczyna się od nich. Przeszłość, czasem numerowana np. III Rzeczypospolita, to była republika komunistów i złodziei i oni wiedzą gdzie stało ZOMO , a gdzie stoją oni. Oni wiedzą, co uczynić aby zapanował powszechny dobrostan, który stworzy nowy, wspaniały człowiek. Jak w przeszłości tego typu rojenia się kończyły doskonale wiadomo, niestety historia wbrew popularnemu powiedzeniu nie zawsze jest nauczycielką życia.

Dlaczego o tym piszę? Jesteśmy świadkami niesłychanego podziału społeczeństwa, to brzmi ogólnie, ale to dotyczy naszego Kościoła, naszych rodzin, przyjaciół i znajomych. Ludzie potrafią obrzucać się obelgami w sklepie, w tramwaju czy na rynku. Jesteśmy świadkami podziału wobec którego intensywności, wszystkie poprzednie wydają się błahe. Czy jest możliwe aby go przezwyciężyć? Ciągle wierzę, że tak, bo ten podział przebiega także wewnątrz wspólnot w których przyszło mi żyć. Warunkiem brzegowym jest dobra wola i umiejętność wolnego, bez uprzedzeń myślenia. To ma być racjonalne myślenie ludzi, którzy potrafią rozważać, analizować i porównywać. F. Nietzsche jest autorem powiedzenia:” Kto dużo myśli, nie może należeć do partii”. Nie traktuję tych słów ortodoksyjnie, ale może warto nad nimi się zastanowić. To co poniżej jest propozycją, jeszcze raz, propozycją uważnego przyjrzenia się otaczającej nas rzeczywistości społecznej i politycznej. Nie uciekniemy od tego spojrzenia. To nie są rekolekcje „o nawrócenie”, o zmianę poglądów i sympatii. Zdanie Conrada mówiące, iż zadaniem pisarza jest wymierzenie sprawiedliwości widzialnemu światu, jest tak naprawdę zadaniem każdego myślącego człowieka.

W obiegu cywilizacyjnym Europy od dawna funkcjonują i są precyzyjnie zdefiniowane pewne pojęcia, nazwy i instytucje. Spróbujmy przyjrzeć się dwóm z nich.

1/ Sąd

Pojęcie znane niemal od zawsze od kiedy ludzie zaczęli tworzyć wspólnoty. Ewoluowało ono przez tysiąclecia, ale jego istota jest niezmienna. Ma on ustalać prawdę i wymierzać sprawiedliwość tym, którzy się jej domagają. To niezwykle trudne zadanie, dlatego w czasach nowożytnych jego działanie poddano bardzo rygorystycznym postanowieniom. Mają one na celu zapewnienie takich warunków, aby wyroki sądów były, w dostępnym człowiekowi wymiarze, bezstronne i sprawiedliwe. Wszyscy się zgodzili, że bezstronność sądu i sędziów jest absolutnym i koniecznym dobrem, które trzeba w maksymalny sposób zabezpieczać i chronić. Sąd i sędziowie w związku z tym muszą być niezależni od każdej innej władzy. Mają się posługiwać ustanowionym prawem, swoim doświadczeniem i, co bardzo ważne, sumieniem. Muszą być wolni od jakichkolwiek „podszeptów”. Czy faktycznie tak zawsze jest? Niestety, nie zawsze. W każdym zawodzie znajdą się ludzie, którzy sprzeniewierzą się ustalonym standardom tego zawodu. Pokonają oni wszelkie zabezpieczenia prawne, obyczajowe i moralne i będą czynić zło. Na szczęście istnieją bardzo rozbudowane struktury, których zadaniem jest zarówno kontrola wydanych orzeczeń, jak i eliminacja z zawodu ludzi, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu. Niezależność władzy sądowniczej nie jest absolutna w tym znaczeniu, że tworzą ją ludzie, ale politycy, niezależnie od opcji jaką reprezentują, powinni się trzymać od niej jak najdalej. Mają jedynie ją organizować i jej strzec. Oczywiście sędzia, który popełni przestępstwo np. przekupstwa, także podlega sądowi.

To co obserwujemy od trzech lat jest przekroczeniem dopuszczalnej ingerencji władzy ustawodawczej i wykonawczej w działanie sądów i sędziów. Rozumiem i przyjmuję do wiadomości, że części społeczeństwa może się to podobać i wyrażają akceptację dla takich działań. Konkretne działania władz są sprzeczne z istotą słowa „sąd”. Ta nazwa jest jakby opatentowana, zastrzeżona i o tym czy coś możemy nazwać sądem nie decyduje taki, czy inny polityk. Jest takie holenderskie powiedzenie, które dobrze oddaje istotę sporu o nazwę instytucji, którą nazywamy sądem:” Można nazwać strusia krową, ale mleka z tego nie będzie”.

I jeszcze jedno porównanie dotyczące tej sprawy. Społeczność europejska w prawie handlowym zdecydowała, że nazwa produktu musi odpowiadać cechom oddającym istotę produktu. I tak masłem można nazwać tylko i wyłącznie produkt zawierający ok. 70% tłuszczu mleka krowiego. Produkt regionalny nazwany oscypkiem musi zawierać odpowiednią relację między mlekiem owczym i krowim, z którego fermentacji został wykonany. Oczywiście są konsumenci, którzy zamiast masła wolą różnego rodzaju tłuszcze roślinne i mieszanki tychże z tłuszczem z mleka krowiego. Mogą oni przekonywać, że jest to smaczniejsze i nawet zdrowsze, ale masłem tego nazwać nie można, bo byłoby to oszukiwanie klientów. Są oczywiście pewne różnice między np. masłem duńskim i polskim, ale nie co do zasady.

2/ Media publiczne

To pojęcie stosunkowo młode, ale jego znaczenie jest powszechnie ustalone. To są media, które w szczególny sposób są własnością całego społeczeństwa. O tej własności świadczy fakt, że wszyscy, którzy posiadają odbiornik radiowy czy telewizyjny, muszą płacić specjalny podatek na utrzymanie tychże mediów. Z tego już prosty wniosek, że muszą one służyć całemu społeczeństwu, muszą odzwierciedlać różne  poglądy tego społeczeństwa. Jeżeli jakaś grupa społeczna czy partia polityczna chce prezentować tylko swoje poglądy, to tworzy sobie media prywatne, na które składają się tylko ci, którzy chcą z nich skorzystać. Myślę, że do tego momentu wszyscy się zgadzamy.

Mamy więc w naszym kraju media publiczne, których jestem współwłaścicielem, muszę płacić podatek za możliwość ich oglądania i jednocześnie liczona w miliony część społeczeństwa dostaje ogląd rzeczywistości z którym całkowicie się nie zgadza. W przypadku mediów prywatnych nie muszę ich oglądać, w przypadku mediów publicznych też nie muszę, tylko dlaczego mam za nie płacić? Jest swoistym przekleństwem mediów publicznych, że każda władza próbuje coś „uszczknąć” z niezależności tych mediów. W warunkach niedoskonałości wszelkich działań człowieka, nie pozostaje nic innego, jak mierzyć to „uszczknięcie”,to jest możliwe. Jeżeli media publiczne w swoich przekazach starają się odzwierciedlać opinie tych, którzy popierają aktualną władzę i tych, którzy są jej przeciwni, to lepiej czy gorzej, ale swoją misję spełniają. Jeżeli te proporcje są zdecydowanie przekroczone na korzyść aktualnej władzy, jeżeli marginalizują rolę opozycji czy w ogóle ludzi myślących inaczej, jeżeli wręcz odmawiają tym inaczej myślącym godności i uczciwości , to nie zasługują na miano mediów publicznych.

Jestem jednym z tych, których media publiczne opluwają w najgorszy sposób. Ja uczestnik Kościoła Katolickiego, ja bloger katolickiego portalu, tylko dlatego, że nie popieram aktualnej władzy, co jest moim świętym prawem, jestem obrzucany przez te media najgorszymi wyzwiskami. Przypisuje mi się najgorsze intencje, odmawia mi się miłości do mojej Ojczyzny, tytułuje mnie zdrajcą tejże, a w najlepszym razie mówi się o mnie jako o tym, który mniej kocha tę Ojczyznę. Kto i jakim prawem ustala to „mniej”? To nie są media publiczne, to jest łajdactwo i kłamstwo!

Tak jak zaznaczyłem na początku, to nie są „ rekolekcje o nawrócenie”, to jest zachęta aby uważnie przyjrzeć się rzeczywistości, która nas otacza, w której żyjemy i którą czy nam się podoba, czy nie, musimy moralnie oceniać. Te obelgi, które czasami spotykam pod swoimi tekstami, niczego nie załatwią, mogą co najwyżej spowodować ujście emocji, ale to sprawy nie rozwiązuje.

 

 

 

 

 

Tragiczna niemoc państwa!

 

 

Tragedia w Koszalinie i przejmujące słowa Ks. Biskupa Dajczaka, po raz kolejny każą się zastanowić nad rolą i zadaniami państwa. Swego czasu były minister sportu stwierdził, że Polska to jest dziki kraj, głosy oburzenia były powszechne, nie tak dawno inny minister mówił o państwie teoretycznym i też odebrano to źle. No to ja powtórzę, że Polska to dziki kraj i teoretyczne państwo. Dlaczego? Zanim odpowiem mała dygresja.

Kilka lat temu doprowadzałem wodę do naszego wiejskiego małego domku. Ilość papierów, które musiałem złożyć w powiatowym urzędzie, była zaiste imponująca. Miałem wrażenie, że nie podłączam się do gminnego wodociągu, ale buduję lotnisko zapasowe dla naszych F-16, a na wierzbie instaluję stanowisko rakiet ziemia – powietrze. Kiedy złożyłem już wszystkie dokumenty, odetchnąłem z ulgą. Naiwny idiota. Za kilka dni telefon ze starostwa, pan urzędnik nieco poirytowanym głosem oznajmia mi, że plan łazienki jest niekompletny. Uprzejmie pytam o konkrety. Nie zaznaczył pan – mówi ważny urzędnik –  czy sedes ma być po prawej stronie czy po lewej stronie łazienki. Tylko dzięki dobremu wychowaniu (dziękuję mamo, dziękuję tato) nie bluznąłem jakimś wulgaryzmem. Państwo jest żywotnie zainteresowane tym czy jego obywatel będzie, przepraszam, robił kupę po lewej stronie, czy po prawej stronie swojej łazienki.

To samo państwo nie jest w stanie sprawdzić miejsc publicznych w których bawią się nasze dzieci. To znaczy jest w stanie, ale mu się nie chce i nie sprawdza. Ludzi mnogo jak mawiają nasi bracia Rosjanie, pięć w tę, pięć w tamtą stronę. Kpię przez łzy i z bezsilnej wściekłości. W moim mieście na fatalnie usytuowanym przejściu dla pieszych musiało zginąć troje dzieci, by to przejście wreszcie zlikwidowano. Nie trzeba dodawać, że wcześniejsze założenie na tym przejściu sygnalizacji świetlnej było niemożliwe. Według ważnych decydentów wymagałoby to założenia stacji orbitalnej w kosmosie, a na to jak wiadomo nas nie stać. No cóż, mało to dzieci się rodzi?

Codziennie na naszych drogach giną niewinni ludzie, bo kierowcy albo są pijani, albo nie przestrzegają żadnych przepisów, ani boskich, ani ludzkich. Państwo troszczy się o kierowców, bo przecież nie o ofiary, i nakłada na nich symboliczne kary pieniężne, a ponieważ posiadacze samochodów do najbiedniejszych nie należą, no to jest, jak jest i ludzie giną dalej. Gdyby przekroczenie prędkości skutkowałoby  kilkutysięczną karą, to mniemam, że nie jeden by się zastanowił czy warto. Państwo jednak wyraźnie bardziej dba o interesy branży pogrzebowej. Oznakowany patrol policji drogowej przy codziennej jeździe spotykam dwa – trzy razy w roku, co tydzień pokonując około 40 km drogi krajowej w czasie 23 lat, policję spotkałem może parę razy. To właśnie jest dzikie państwo, bo faktycznie w dziczy nie mierzy się prędkości samochodów.

Ulubioną frazą naszych urzędników, także tych najwyższego szczebla jest stwierdzenie, że oni wprawdzie widzą nieprawidłowości, ale są bezsilni, bo nie ma odpowiedniego prawa. No to je do jasnej cholery uchwalcie! Ile młodych ludzi musiało umrzeć od dopalaczy, by wreszcie państwo odkryło, że są to narkotyki? To są grzechy naszego przeklętego „jakoś to będzie”.

W jednym z rachunków sumienia odkryłem pytanie:” Czy rzetelnie wykonuję swoją pracę?” i „ Czy moje niedbalstwo nie było przyczyną czyjegoś cierpienia?” Może czas aby nasi kaznodzieje oprócz błyskotliwych rozważań na temat szóstego przykazania Dekalogu, zajęli się także i tymi pytaniami.

Katolicka etyka seksualna – teoria i praktyka

 

 

Fakt, że tak wielu katolików nie przestrzega etyki seksualnej promowanej czy ustanowionej przez Kościół Katolicki, powinien skłonić tenże Kościół do zadumy i refleksji. Samo  nie przestrzeganie tej etyki można wytłumaczyć ludzką słabością od której nikt nie jest wolny, ale stan faktyczny jest gorszy. Bardzo wielu katolików jej po prostu nie uznaje w co najmniej paru ważnych punktach. Oczywiście zawsze można to skomentować ich złą wolą, stwierdzić, że nie są godni miana chrześcijanina i niech nie przychodzą do kościoła, jak to zgrabnie ujął pewien zakonnik, w butach upapranych gównem. To jest z pewnością pewna propozycja, choć nie sądzę aby była zgodna z tym co mówi Ewangelia. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że ludzkie słabości czy zwyczajnie grzech, nie mogą wyznaczać standardów etycznych, ale to nie znaczy, że należy obojętnie przechodzić wobec tej ludzkiej kondycji. Taką metodę stosował przez całe wieki Kościół i dziś lepiej niż kiedykolwiek widzimy kres jej skuteczności. Albo słowa o mądrości i wyczuciu ludu Bożego są faktem, albo pustą gadaniną na użytek doraźnych potrzeb Kościoła.

To prawda, że na szczeblu centralnym, jeśli tak można powiedzieć, nastąpiła zauważalna zmiana. Dowartościowano przede wszystkim znaczenie aktu małżeńskiego, jako znaku miłości i jedności małżonków. Nie da się jednak gładko przejść nad  wielowiekowym nauczaniem Kościoła z którego jasno wynikało, że jedyną usprawiedliwioną przyczyną aktu małżeńskiego jest prokreacja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla wielu wybitnych ludzi Kościoła ideałem byłby seks małżeński po ciemku i w ubraniu, a za ewentualną przyjemność należałoby odpokutować. To że dziś wielu katolickich teologów uważa, że takie podejście jest niezgodne z zamysłem Stwórcy, nie znaczy że w statystycznej parafii tak samo uważają kaznodzieje i spowiednicy. Dla nich dalej seks, małżeński przecież, jest przynajmniej podejrzany i powinien być rozsądnie reglamentowany.

Zastanawiam się, i nie jest to tylko historyczna ciekawość, skąd wzięło się takie nastawienie tak brzemienne w skutki, i którego ślady widzimy w mentalności ludzi Kościoła po dzień dzisiejszy. Może było, może jest tak dlatego, że Kościół bardzo wcześnie, bez żadnego uzasadnienia zapragnął nie tylko być przewodnikiem wiernych w dziedzinie kształtowania ich ducha i wiary, ale zapragnął również, a bywało, że przede wszystkim, także podporządkować sobie wszystkie inne sfery ich życia. Sfera seksualna dotycząca niemal każdego człowieka, będąca najsilniejszym ludzkim instynktem i pragnieniem, świetnie nadaje się do tego celu. W PRL-u w warunkach własności państwowej był taki może niezbyt estetyczny dowcip: Dlaczego państwo nie ma wpływu na demografię? – Bo środki produkcji są w rękach prywatnych. No właśnie, ta „prywata” może jawić się jako zagrożenie dla wspólnoty, dla różnych wspólnot. Nie na darmo członek partii wewnętrznej (Orwell „Rok 1984”) stwierdza, że ich neurolodzy pracują nad tym, by z aktu seksualnego usunąć przyjemność i radość zjednoczenia. To oczywiście tylko moja sugestia w tłumaczeniu zupełnie poplątanego podejścia Kościoła do wszystkiego co związane z darem ludzkiej seksualności.

Przez lata całe przedstawiano etykę seksualną w taki sposób, że jedni wzruszali ramionami, a inni bez wielkiego powodzenia próbowali jej sprostać. Rozziew między twardymi wymogami, a ludzką słabością dla wielu stawał się dramatem powodującym odejście od uczestnictwa w życiu Kościoła. Tłumaczenie tego wyłącznie nieopanowaniem własnej chuci jest daleko idącym uproszczeniem. Stawianie wysokiej poprzeczki moralnej powinno dotyczyć spraw fundamentalnych takich jak choćby wierność małżeńska czy szacunek dla daru życia. Stawianie na jednej płaszczyźnie np. antykoncepcji i aborcji jest niesprawiedliwe, bo bardzo wielu małżonków stosujących antykoncepcję nie wyobraża sobie zniszczenia nawet nieplanowanego poczęcia. I tu mała dygresja. Jest faktem, że przed ogłoszeniem przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”, znacząca część katolickich ekspertów była przeciwna jej ustaleniom. Nie neguję władzy Papieża w rozstrzygnięciu tej kwestii, ale to inne zdanie, zarówno wtedy jak i dzisiaj, powinno wzbudzić refleksję, taką samą jak wtedy gdy czytamy w „Starym Testamencie”, że za cudzołóstwo należało kamienować kobietę, a „nieczystych” trzymać za murami miasta.

Z daru, niewątpliwego daru jakim jest ludzka seksualność uczyniono coś potencjalnie brudnego. Tylko jeden przykład. Jeszcze do niedawna istniał zwyczaj tzw. wywodu, powszechnie rozumianego jako „oczyszczenie” kobiety po porodzie. Jeszcze kilka tygodni temu była w stanie błogosławionym, a teraz ma się oczyszczać, a niby z czego do jasnej cholery? Nie trzeba dodawać, że należało przy tym zabiegu „oczyszczenia” uiścić ofiarę pieniężną. Oczywiście mężczyzna z niczego nie musiał się „oczyszczać”. Czytam słowa pewnego jezuity, który tak to komentuje:” Bardzo ciekawe są takie dawne zwyczaje i dobrze jest zachowywać o nich pamięć jako o części naszej dawnej kultury”. No to ja dziękuję za taką „kulturę”!

Osobnym zagadnieniem jest takie przedstawianie katolickiej etyki seksualnej, które budzi zażenowanie i kpiny osób postronnych. Jeżeli czytam w podręczniku do wychowania w rodzinie (być może już nieaktualnym), że w czasie współżycia małżonkowie odczuwają „przyjemne mrowienie”, a katechetka zaleca młodym ludziom, by w czasie tańca między ich ciałami było miejsce dla „Ducha Św.”, to nie wiem czy płakać czy się śmiać? Ksiądz na pytanie chłopaka czy całowanie dziewczyny to grzech, z głęboką i porażającą wnikliwością odpowiada pytaniem:” A musisz się całować?”. Ale prawdziwą „perełkę” znalazłem niedawno. Otóż w Łodzi od niedawna można skorzystać z katolickiej antykoncepcji. Już wyjaśniam. Bywa tak, że w leczeniu niepłodności trzeba zbadać męskie nasienie na obecność plemników. Nie wchodząc w intymne szczegóły trzeba jakoś to nasienie pozyskać, zwykle małżonkowie udają się do dyskretnego pokoiku i po chwili pan małżonek dumnie wręcza prezerwatywę pani w laboratorium. Komfortowe to nie jest, ale nie o komfort jak wiadomo tu idzie. Proste, ale nie dla katolika, przecież on stosował antykoncepcję, wprawdzie nie w celu uniknięcia zapłodnienia tylko wręcz przeciwnie, ale  jak to mówią w wojsku, liczy się sztuka. Co więc mają zrobić katoliccy małżonkowie. Rozwiązanie jest proste – specjalną prezerwatywę należy przekłuć (chyba igłą) wtedy część nasienia znajdzie się w waginie, a pozostałą już bez grzechu można dać do badania. W instrukcji nie ma jednak istotnej przecież informacji, czy tę prezerwatywę należy przekłuć tuż po wyjęciu z opakowania, czy może raczej, hm, hm jakby tu powiedzieć, przed finałem. Wprawdzie to nie mój problem, ale nie zazdroszczę. Przypomina mi się scena, bodaj z „Listów Nikodema”, gdy faryzeusze długo dyskutują o tym, czy jeżeli nieczysty dotknie ucha dzbanka to należy umyć cały dzbanek, czy tylko ucho od tego dzbanka.

W Ewangelii zarys  etyki  seksualnej wprawdzie istnieje, ale nie jest on szczególnie wyróżniony. Kiedy faryzeusze przyprowadzają do Jezusa kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, Jezus nie pozwala jej skrzywdzić i tylko mówi, aby więcej nie grzeszyła, co jest radą dotyczącą każdego grzechu, a nie tylko grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu. Wielu trzeźwych księży i teologów przytomnie zauważa, że szóste przykazanie jest właśnie szóste, a w najważniejszym przykazaniu miłości Boga i bliźniego nic nie ma o seksie. Oczywiście są tacy, którzy wiedzą to lepiej.

Nie czuję się upoważniony do sugerowania jak i co trzeba zmienić w podejściu Kościoła do problemów związanych z ludzką seksualnością, jest wiele mądrych ludzi, także na „Deonie”, niech się tym zajmą. Przytaczam tylko myśl kochanego Franciszka, który w sytuacjach trudnych radzi dochodzenie do dużego dobra małymi krokami. Jest w tym i szacunek dla ludzkiej kondycji skażonej przez grzech pierworodny i bardzo praktyczna, dająca nadzieję, pedagogika.

I na koniec nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania Michała Lewandowskiego, który przeprowadzając wywiad z P. Zuzanną Radzik stwierdził:” Obserwując tematy w katechezie i duszpasterstwach mam wrażenie, że najważniejszą ewangelią jaka głosił Jezus była nowina o tym, co wolno, a czego nie w seksie. Czy w Kościele w Polsce to było zawsze, czy był jakiś moment, po którym zaczęliśmy mówić przede wszystkim o tym, jakim złem jest prezerwatywa.

Ups, „wymknęło się”


 

Przeglądając popularne portale internetowe często można spotkać galerie zdjęć pań aktorek, piosenkarek czy pań „znanych z tego, że są znane”, w strojach, które nie pozostawiają wiele dla wyobraźni, męskiej wyobraźni przede wszystkim. Równie często są cytowane ich relacje z życia intymnego z aktualnym czy byłym partnerem. Tutaj panowie też bywają rozmowni. Mamy oczywiście wolność, więc nie ma powodu, by takie zdjęcia czy wypowiedzi cenzurować. To już jest bardziej kwestia kultury osobistej niż nawet moralności. Zabawne są jednak komentarze od redakcyjne:” Ups, wymknęło się” ; nie przewidziały, że brak bielizny może mieć niespodziewany skutek” ; prężą się i wyginają, myślą, że nikt nie patrzy”

Otóż jeśli coś na tym świecie jest pewne, to z pewnością także to, że nic się nie wymsknęło przypadkiem. Brak bielizny był świadomie zaplanowany, a te panie, które się prężyły i wyginały robiły to właśnie dlatego, aby inni to widzieli. Wiedziały doskonale, że tam gdzie się pojawią będą fotografowie, tłum facetów z aparatami fotograficznymi i zrobią im darmową fotkę, która natychmiast ukaże się w „ branżowych” czasopismach i mediach. A jak jesteś znana, niekoniecznie z mądrości i talentu, to taka fotka jest na wagę złota czyli „kasa Misiu, kasa”. W bardzo lapidarny, i trzeba przyznać szczery sposób, przedstawiła to pewna kongresmenka zapytana co przyczyniło się do jej wyborczego sukcesu:” Sukces zawdzięczam swojemu mózgowi i swojej macicy. Posługiwałam się nim i nią”. Pewien reżyser zachwycał się początkującą aktorką, która sceny erotyczne traktowała z taką naturalnością, że nawet w czasie przerwy między zdjęciami paliła sobie papierosa na golasa. Idę o zakład, że szybko przestanie być „początkującą” aktorką.  Pewien piosenkarz, któremu z „tłustych” lat zostały jedynie nie spłacone kredyty, postanowił przekazać światu efekt swoich, jakże głębokich przemyśleń. Jedno proste zdanie, a ile w nim treści:” Żona powinna dawać mężowi dwa razy dziennie”. Myśl tę natychmiast rozpowszechniły portale internetowe, dzięki którym i ja prostaczek mogłem coś uszczknąć z mądrości wspomnianego piosenkarza. Jedno zdanie a ile radości! Cień wątpliwej świetności na chwilę powrócił. Na nieszczęście dla niego, ale na szczęście dla innych, swojego odkrycia nie opatentował i tantiemy przepadły.

Żarty, żartami, ale kupczenie swoim ciałem i werbalny ekshibicjonizm, weszły na salony. Ludzka seksualność, co oczywiście nie jest niczym nowym, stała się towarem. Handlem na ogół zajmują się panowie, a towar w postaci swoich ciał dostarczają chętne, bo przecież nie wszystkie, panie. Ktoś może i słusznie zauważyć, że pewna dawka erotyzmu jest wpisana w naszą naturę, to dzięki niemu on zauważa ją, ona zauważa jego i następuje owo legendarne „zaiskrzenie”. No i dobrze, wszak jesteśmy osobami płciowymi i trzeba być nawiedzonym świętoszkiem, aby to negować czy oburzać się na to. Cenimy sobie kobiecość i męskość, także w ubraniu czy zachowaniu. Jest jednak jakaś cienka granica między ową kobiecością, bo o niej przede wszystkim mówimy, a epatowaniem swoją seksualnością i płciowością.

Każdy z nas mężczyzn spotyka w przestrzeni publicznej dziewczyny i kobiety, które oczarowują nas swoja kobiecą naturą, także poprzez ubiór i zachowanie. Wzbudzają szczery podziw, zachwyt, ale i generują szacunek. Inna sprawa, że on szacunek powinien być zawsze, bo to wynika z ludzkiej godności.

Oczywiście można iść na skróty i tu wracam do początku artykułu, zawsze można coś odsłonić, czegoś nie założyć, o czymś „zapomnieć”. Nagrodą będą „zapładniające spojrzenia” i komentarze typu „ale skóra”, innych, powszechnie znanych, nie przytaczam, bo nie wypada. Zniknęły z naszego słownika wyrażenia:” skromny wygląd” i „skromne zachowanie”. Jeżeli już, to raczej kojarzą się z zakonnicą niż z kobietą czy mężczyzną, które, którzy chcą kochać i być kochanym. Zapomnieniu uległo słowo” wyuzdanie”, a szkoda, może zamiast „ups, wymknęło się”, lepiej użyć jego.

Państwo i Kościół

 

 Mijający rok z pewnością nie był przeciętny jeśli chodzi o wydarzenia w Kościele w Polsce. Czarne marsze, które przeszły ulicami wielu naszych miast, budzące coraz większy niepokój upolitycznienie wielu duchownych i oburzenie na brak reakcji Kościoła na zło w jego wnętrzu, są czytelnym sygnałem zmian w  świadomości wielu wiernych tegoż Kościoła. Wydaje się, że następuje kres pewnego modelu duszpasterskiego w którym postulaty Kościoła, skądinąd  słuszne, są na wniosek Kościoła wzmacniane sankcją państwową. Takie podejście ma wiekową tradycję. Jakoś tak było, że Kościół, gdy tylko zyskał prawo istnienia, szukał we władzy świeckiej pomocy czy wręcz współuczestnictwa w swoim dziele duszpasterskim. Zapewne przyczyn takiego stanu rzeczy było wiele, ale myślę, że jedną z ważniejszych była chęć pójścia drogą na skróty. Ewolucja zakodowała w nas potrzebę oszczędzania energii, skoro coś można osiągnąć wydatkując jej mniej, to należy skorzystać z takiego rozwiązania. To przekonanie było tak samo ważne, gdy nasi przodkowie polowali na mamuta, jak i dziś kiedy osiedlowe trawniki są poprzecinane dzikimi ścieżkami.  Jak wiadomo nie ma czegoś takiego jak owe słynne w ekonomii „darmowe obiady”, ktoś zawsze musi za nie zapłacić, czyli po prostu ponieść konsekwencje. Konsekwencją wydeptania ścieżki, będzie zniszczony trawnik, ale ktoś może powiedzieć, że zaoszczędził kilka kroków i był o trzy sekundy wcześniej, czy szybciej u celu. No właśnie czy szybciej?

Pewne problemy duszpasterskie „ aż się proszą” by je rozwiązać, bezpośrednio czy pośrednio, przy pomocy zaprzyjaźnionej władzy państwowej. Kiedy ja uczęszczałem na katechezę w salkach parafialnych, brała w niej udział może jedna czwarta moich rówieśników, dziś, szczególnie w młodszych klasach, obecność jest prawie stuprocentowa. Jest sukces? A jakże, można go zapisać w odpowiednich tabelkach i sprawozdaniach. Jakie są efekty duszpasterskie? A to jest już inna tabelka i inne sprawozdanie, przecież zwyczajnie nie da się wszystkiego czytać, zawsze lepiej zaczynać od dobrych wiadomości, złe mogą sobie poczekać. Robota nie zając, nie ucieknie.

Aborcja jest złem od zawsze i zawsze trzeba przypominać, że jest to zabicie człowieka, którego imię Bóg zapisał na swojej dłoni i, jak mówi psalmista,Bóg utkał w łonie matki. Tu nie ma o czym dyskutować! Sprzeciw każdej osoby, która wierzy w Boga, w Boga który obdarzył to życie duszą nieśmiertelną, wobec aborcji musi być radykalny i jednoznaczny. Jednocześnie na skutek „twardości serc naszych” zabiegi duszpasterskie, praca duszpasterska pokazująca wartość tego nienarodzonego życia, jest bardzo trudna, a na jej efekty trzeba długo czekać. No to może by tak „delikatnie” poprosić władze państwowe, aby pomogły. Co to za problem jak „swoi” posłowie „klepną” stosowną ustawę? Z jednej strony perspektywa lat wytężonej pracy duszpasterskiej, a z drugiej „fiku – miku” i już problemu nie ma i jest sukces duszpasterski. Jaki sukces? Sukces polegający na „rozrywaniu serc” czy sukces statystyczny, niemożliwy zresztą do zweryfikowania. Czy Kościół przemienił „serca kamienne”, na „serca z ciała”, czy też przy pomocy bata władzy świeckiej „nawrócił” swoich wiernych? To dalece nie to samo! Oczywiście to nie zwalnia władzy ustawodawczej od tworzenia sprawiedliwego prawa, ale to temat na inne rozważania.

Kiedy wprowadzono religię do szkół wydawało się, że Episkopat „złapał Pana Boga za kolana” i teraz już będziemy mieli najbardziej bogobojne społeczeństwo w tej bezbożnej Europie. Jak jest faktycznie, wszyscy, którzy „mają uszy do słuchania” dobrze wiedzą. Kościół po wprowadzeniu religii do szkół odetchnął z ulgą. Niewielkim stosunkowo wysiłkiem osiągnięto oszałamiające „sukcesy” – widać je niestety i w rzeczywistości, i w statystykach. To jest właśnie droga na skróty. Kościół zamiast iść do ludzi, zamiast szukać już nie jednej owcy, ale raczej całego stada, bardzo się ucieszył, że dobrowolnie – przymusowo, znudzone nieco owieczki przyszły do niego.

Można całkowicie zakazać aborcji, tylko jak ten zakaz wykonać przy otwartych granicach i farmakologicznych środkach wczesnoporonnych? Jak wykonać zakaz rozpowszechniania pornografii, gdy miliony stron pornograficznych jest na wyciągnięcie ręki? Wiara, że wszystkie problemy moralne da się rozwiązać przy pomocy odpowiedniego prawa jest więcej niż naiwna. W wielu wypadkach państwo i jego służby są bezradne. Oczywiście można, jak radzi pewna bardzo katolicka posłanka, zakładać obozy reedukacyjne na wzór tych z Korei Północnej, ale póki co na razie, podkreślam „na razie” takich planów nie ma. Los wielu wartości jest zależny od tego czy zostaną zapisane w sercu człowieka, w jego woli i umyśle, i to powinno być jednym z najważniejszych celów duszpasterskich Kościoła. Tu nie pomogą listy biskupów do posłów i listy tychże do wiernych, listy, które dla większości wiernych mają charakter, hm, hm …relaksacyjny.

Królestwa Bożego, w odróżnieniu od ziemskiego, nie zdobywa się apelami i pięknymi słowami, to powinno być, to musi być:” krew, pot i łzy”. Albo to wszyscy na czele z naszymi Pasterzami zrozumiemy, albo będzie tak, jak w starym dowcipie z czasów PRL-u. Partyjny chłop wyrusza do pracy na polu. Sprawdza: legitymacja partyjna jest? -Jest, czapka jest? -Jest, bat na konia jest? – Jest. W połowie drogi jeszcze raz sprawdza, po dojściu na pole po raz trzeci i wtedy wykrzykuje: – „Cholera, pługa zapomniałem”

Zdziwienie Adwentu

                                                   

 

Zdarza się, że słyszymy następujące stwierdzenie:” Mnie już nic nie jest w stanie zdziwić”. W zamyśle wypowiadającego je, ma znaczyć, że posiadł on już wystarczająco duże doświadczenie i mądrość, aby czemukolwiek się dziwić. On nie musi się dziwić, on już wie! No to ja nie jestem ani doświadczony, ani mądry, bo nie tylko się dziwię, ale dziwię się ciągle temu samemu.

Nie mogę wyjść ze zdziwienia, co my chrześcijanie (to prawda, że nie wszyscy) zrobiliśmy z Adwentu i Bożego Narodzenia. Jeszcze trochę a żłóbek będzie w supermarkecie, kolędy już są (w toalecie też), urocze anielice też. Tzw. święci Mikołajowie pocąc się pod głupkowatą czapeczką udają, że mają coś wspólnego z tym prawdziwym św. Mikołajem. Co ten cyrk, kabaret i komedia w jednym , mają wspólnego z wcieleniem Syna Bożego w człowieka, nie wiem i już się nie dowiem. Ale przecież to nie wina tych wstrętnych korporacji handlowych, tylko nasza osobista, że nie wiemy o co w tym wszystkim chodzi.

Biznes, niczym pies gończy, wyczuł atmosferę do robienia interesów i poniekąd trudno o to mieć pretensję do niego. On ma sprzedawać, rozbudzać popyt i z tego żyje. Naszym zadaniem jest myśleć i wiedzieć czym jest Adwent, czym jest narodzenie Syna Bożego! My tymczasem wpadamy w „religijny” amok podlany ckliwym sosem dość wątpliwej tradycji. Żeby to jeszcze faktycznie dawało nam szczęście, ale gdzie tam. Ktoś odczuwa szczęście robiąc generalne porządki i uganiając się po sklepach? Ktoś dostaje psychicznego orgazmu na myśl, że zje dwa razy więcej szynki i bigosu, że ulepi dwieście pierogów i wypije dwa wina zamiast jednego? Z „wywieszonym językiem” siadamy do wypasionej wieczerzy, teraz już nawet nie postnej, i konsumujemy „meduzy i w trzech smakach drób”. Dodatkowy talerz stawiamy, modląc się po cichu acz skutecznie, żeby żaden bezdomny czy inny „ciapaty” nie wpadł na pomysł i nie zechciał skorzystać z tego nakrycia, nie tylko w naszym domu, ale i w tym ojczystym domu też. Dzieciątko oczywiście ma błogosławić Ojczyznę miłą. Przepraszam, te pełne nienawiści podziały i obelgi też?

Wcześniej jeszcze będzie:” zdrowych i wesołych świąt”. Jasne, wszystko musi być zdrowe i wesołe. Niech żyje 20 programów telewizyjnych, niech żyją miski z karpiami (one akurat nie żyją) i wszelakie inne jadło. Zjemy, wypijemy, będziem się radować. A potem z ulgą stwierdzimy, że Pasterka nie jest obowiązkowa, Jezusek pod postacią tłustej laleczki sobie śpi, to niech śpi, zresztą co to za Pasterka bez „trzaskającego” mrozu i śniegu.

Jak my głupio i daleko odeszliśmy od tego prawdziwego żłóbka w jakiejś nędznej chałupie czy grocie, jak daleko od faktycznego ubóstwa i trudu świętej Rodziny. Zrobiliśmy sobie ( też biję się w piersi) parodię tamtego wydarzenia. A potem tylko głupkowate:” święta, święta i po świętach”. Jakich świętach do jasnej cholery? Wstyd!

 

„Kościół w Polsce” czy „polski Kościół”

                                

 

W ciągu miesiąca czytam pewnie setki artykułów  i wypowiedzi różnych ludzi. Treść jednych pamiętam pięć minut, nad innymi się zamyślam, ale są też takie po lekturze których przewracam się z boku na bok i nie mogę zasnąć. Takim artykułem jest wywiad Anny i Karola Wilczyńskich zamieszczony w „Dużym Formacie” 26/11/2018. W tym tekście nie ma ani jednego zbędnego zdania, ani jednego zbędnego słowa. Najchętniej zacytowałbym cały wywiad, ale ograniczę się tylko do dwóch zdań:” Nie potrafię pojąć, jak za chrześcijanina może uważać się ten, kto pierwszy rzuca kamieniem, kto sam uważa, że jest bez grzechu” – to w kontekście uchodźców i innych „odmieńców”. I drugie zdanie:” Nie ma „polskiego Kościoła”, jest „Kościół w Polsce”.

Pierwszego cytatu nie ma sensu komentować, on jest więcej niż oczywisty, jakiekolwiek kombinowanie byłoby równoznaczne z fałszem. Ten drugi jest dla mnie odkryciem. Sam wielokrotnie używałem określenia „polski Kościół” nie zdając sobie sprawy z nonsensu tegoż. Przecież nie ma Kościoła polskiego czy niemieckiego, jest jeden Święty, Apostolski Kościół Powszechny. W każdą niedzielę tę prawdę wyznajemy w „Credo”. Stwierdzenie „Kościół w Polsce” niesamowicie zmienia myślenie o nim, powinno zmienić myślenie. To nie jest gra słów!

„Polski Kościół”, uważa wielu katolików, od biskupów po wiernych jakiejś zagubionej parafii w górach, rządzi się swoimi prawami i ocenami niekoniecznie, przynajmniej z ducha, zgodnymi z nauczaniem Kościoła Powszechnego. Wiemy wszakże, że ten Kościół, powtórzmy raz jeszcze, jest jeden – Chrystusowy i Apostolski z widzialnym Ojcem św., który jest głową tegoż Kościoła. „Polski Kościół” do aktualnego Pasterza, jakby tu łagodnie powiedzieć,ma pewien dystans. W świetle tego, rozumowanie w stylu „polski Kościół” i konsekwencje tego rozumowania są po prostu herezją, może nie w sensie czysto teologicznym, ale herezją szczególnie dokuczliwą, a nawet niebezpieczną. To w imię  tej herezji „polski Kościół” powoli, bardzo powoli, dojrzewał do jasnego stanowiska w sprawie poranionych przez wojnę uchodźców. W wielu parafiach jest to dalej temat tabu. Jak długo „polskiemu Kościołowi” zajęło zajęcie się pedofilią wśród duchownych, jak długo problemem bezdomnych, wykluczonych ze względu na inną religię czy orientację seksualną? Kiedy „polski Kościół” dostrzeże, że trzeba objąć miłością nie tylko nienarodzone dzieci, ale także już narodzone? Kiedy „polski Kościół” dostrzeże, że jego powołanie jest diametralnie różne, inne, niż popieranie konkretnej partii, nie ważne zresztą jakiej.

W Kościele Powszechnym trwa odkrywanie prawdy o błędach popełnionych przez wiernych tegoż Kościoła w stosunku do naszych jakby starszych braci w wierze. A w „polskim Kościele” kapłana który zasłynął z głoszenia tej prawdy karze się suspensą, ale toleruje się innego, żeby tylko jednego, który głosi poglądy jawnie i obrzydliwie antysemickie. W „polskim Kościele” jednego z najbardziej zasłużonych kapłanów, współpracownika św. Jana Pawła II, jakiś teologiczny półgłówek karze zakazem wypowiedzi, bo „odkrywa” w jego kazaniu niezgodność z doktryną. A „polski Kościół” praktycznie milczy, bo zapewne ma inne bardzo ambitne cele duszpasterskie. Przypomina mi się zdanie arcykapłana Kajfasza:” Nie rozumiecie, że lepiej dla was, aby jeden człowiek umarł za naród, niż żeby cały naród zginął”.

Takie przykłady można długo wyliczać, ale jednym z ważnych powodów ich istnienia jest właśnie „polski Kościół”. Czekamy wszyscy jak nam sufit spadnie na łeb, chcę wierzyć, że pobożny łeb, choć niekoniecznie już myślący i umiejący odczytywać znaki czasu. Kochany Franciszek nazywa to rozeznawaniem i zachęca do tego wszystkich, kapłanów w szczególności.

I na koniec jeszcze jedno. Redaktor Wilczyński wymienia nazwiska kilku księży, którzy są otwarci na nowe wyzwania duszpasterskie, ciągle zresztą te same nazwiska. I znów wracam do zdarzenia ewangelicznego. Jezus uzdrawia dziesięciu trędowatych, tylko jeden wraca by Mu podziękować. Można mniemać, że nie tylko za dar odzyskanego zdrowia, ale także za radość, że mógł zobaczyć w osobie Jezusa, Boga prawdziwego. Jezus zadaje dramatyczne, ale i smutne pytanie o pozostałych dziewięciu. Czytam te kilka nazwisk, zapewne jest ich trochę więcej, i też zadaję sobie pytanie : czy tylko oni zostali wyświęceni, czy tylko oni zostali wybrani przez Jezusa, by byli dobrymi pasterzami? Gdzie są te rzesze innych, czyżby byli zajęci budowaniem „polskiego Kościoła”?

O księżach. Mój subiektywny ogląd.

 

 

„ A kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami:” Wstań, ja też jestem człowiekiem” .  ( (Dz 10, 25-26)

 

Jest takie nieco ironiczne powiedzenie o wyważaniu otwartych drzwi, albo ponownym odkrywaniu Ameryki. Sens tego powiedzenia wyraża się w sugestii, aby wykorzystać już istniejące możliwości, często bowiem są one bardziej inspirujące niż te wymyślane od nowa. Trwa w mediach dyskusja jak powinien wyglądać dziś Kościół Chrystusowy. Ważną sprawą w tych rozważaniach i dyskusjach jest rola kapłana i to, jaki po prostu powinien być. Nie neguję potrzeby takiej dyskusji, ale może warto w większym stopniu rozwinąć to, co mówi Pismo św. o kapłanach.

Kiedy Jezus rozsyła swoich uczniów – „księży”, wyraźnie poucza ich co mają czynić, a czego nie, oni zaś bez żadnego przymusu, to wypełniają. Mają więc nie brać ze sobą trzosa, odzieży na zapas i nie szukać dobrego jedzenia. Jest jednak oczywiste, że gdzieś muszą w czasie swojej misji mieszkać i odżywiać się, „bo godzien jest robotnik zapłaty swojej”. Można oczywiście ośmieszyć te wskazówki Jezusa przenosząc je „żywcem”  w dzisiejsze czasy, gdzie ksiądz bez „trzosa” nie kupi sobie nawet bułki na śniadanie. Trudno też oczekiwać, że nawet najbardziej skromnie żyjący ksiądz będzie miał jedną koszulę i jedne spodnie. Z tego przekazu ewangelicznego płynie jednak wyraźne przesłanie – uważajcie na pieniądze i dostatek. Niech wam się nie myli powołanie kapłańskie z powołaniem biznesmena. Godzien jest robotnik zapłaty swojej, ale problem pojawia się gdy ta zapłata zaczyna się niepokojąco oddalać od zapłaty za pracę innych ludzi. To jest kwestia sumienia, to powinno być kwestią sumienia księdza i życzliwej troski jego przełożonych. Troski i przykładu! A jak jest? – „Koń jaki jest, każdy widzi”

Każdy bowiem arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga” . Niby oczywiste, ale kłopot jest z jednym, drugim i trzecim. Z tym pierwszym wcale rzadko zdarza się, że „Nie pamięta wół, jak cielęciem był”. Dotyczy to tak samo wiejskiego wikarego, jak i hierarchy. Niemała ich część zachowuje się tak, jakby wczoraj była zaproszona na imprezę z samym Mistrzem, a już ze św. Piotrem na pewno. Można też, odwołując się do znanego dowcipu,  stwierdzić że księża, wbrew sugestii pewnej pani katechetki, siusiają tak samo jak wszyscy inni. Jeżeli mniej, to wizyta u urologa bardzo wskazana. Tym wszystkim, którzy z balonikiem pychy mają kłopoty, kochany Franciszek zaleca spacer po… cmentarzu, tam jest demokracja jak jasna cholera.

A „ dla ludzi”. Nieraz można odnieść wrażenie, że raczej dla siebie samych. Wierni oczywiście są pożądani, ale raczej jako statyści, warunek jest wszakże jeden – niech nie przeszkadzają i nie wtrącają się niepotrzebnie do pełnej godności i namaszczenia profesji księżowskiej. U. Eco w zabawnym szkicu o bibliotece i bibliotekarzach, zauważa, że ideałem tych ostatnich jest biblioteka bez… czytelników. To oczywiście humorystyczna złośliwość, ale coś w tym jest. A przecież św. Paweł w  „Liście do Hebrajczyków” poucza, że kapłan jest po to by współczuć z tymi, którzy nie wiedzą, którzy błądzą. To współczucie rozumiem w nieco szerszym tego słowa znaczeniu, nie tylko jako użalanie się nad niedolą bliźniego, ale raczej jako wspólne przeżywanie tejże niedoli. Uzasadnienie potrzeby  takiego zachowania jest proste. Kapłan też ulega słabościom i niedoli, nie jest od nich wolny. Kanonizowani święci chodzili do spowiedzi, księża też oczywiście do niej chodzą, tylko jakby o tym zapominają, gdy wierny klęka w konfesjonale. Jeszcze bardziej zapominają o tym ,gdy ogarnie ich zapał kaznodziejski w ganieniu wiernych świeckich, zupełnie tak, tak jakby konsekwencje grzechu pierworodnego ich ominęły, a nie ominęły i jest kłopot. Dlatego, jak mówi św. Paweł, arcykapłani składają ofiary najpierw za swoje grzechy, a potem dopiero za grzechy ludu. Wydaje się, że nieraz jest odwrotnie, a przecież jest tylko jeden Arcykapłan, który nie musi składać ofiary za swoje grzechy. I wreszcie „w sprawach odnoszących się do Boga”. Nie chcę przytaczać konkretnych przypadków wypowiedzi księży i biskupów, bo już o tym pisałem, ale niejeden raz słyszymy słowa odnoszące się do różnych spraw, ale nie są to sprawy Boże.

Wszyscy jesteśmy pogubieni i zagubieni w otaczającej nas rzeczywistości społecznej,  politycznej i religijnej, ale to właśnie na kapłanach i starszych Kościoła ciąży szczególny obowiązek, by to pogubienie nie pogłębiało się, by rany nienawiści mogły się zabliźnić. Niestety, powtórzę raz jeszcze:” Koń jaki jest, każdy widzi”

Każdy z nas ma swoją godność, ale nikt, także kapłani, nie mają jej z samych siebie, wszyscyśmy ją otrzymali jako dar Ducha Św., bo jak śpiewamy:” Bez Twojego tchnienia, nie ma nic wśród istnienia”. W powołaniu kapłańskim przeświadczenie o tym musi być obecne w dzień i w nocy.

I na zakończenie mądra wypowiedź księdza Grzegorza Strzelczyka:” Zawaliliśmy wszyscy, ale odpowiedzialności są różne. Pasterze są w Kościele po to, żeby paść. Trudno mieć pretensje do owcy, że ona nie potrafi znaleźć pastwiska albo żre nie najlepszą trawę”.

 

Komentarze i odpowiedź

                                            

 

Po zamieszczonym kilkanaście dni temu wpisie: „Trochę o polityce”, otrzymałem parę komentarzy. Za wszystkie bardzo dziękuję. Na dwa z nich chciałbym odpowiedzieć nieco dłużej.

Pierwszy z nich nawiązywał do użytego przeze mnie określenia „kochany Franciszek” i brzmiał następująco:” Kochany – uczciwie byłoby zauważyć, że nie dla wszystkich”. Tak to prawda, że nie dla wszystkich, doskonale o tym wiem. Wystarczy „wejść” na YouTuba, by przeczytać, że Franciszek to sługa diabła, który ma za zadanie zniszczyć Kościół. Pisałem w swoim imieniu, tak zresztą jak każde inne teksty, dlaczego mam zaznaczać, że są tacy, którzy Franciszka nienawidzą? Co to ma za związek z uczciwością?

Wpis drugi:” To prawda, pontyfikat Franciszka budzi skrajne emocje”. Myślę, że nie zmienię komentarza, jeśli zamiast „skrajne emocje”, napiszę nieco łagodniej, że pontyfikat Franciszka jest kontrowersyjny, tak jak i on sam.

Franciszek, oczywiście kochany, jest rzeczywiście kontrowersyjny i budzi skrajne emocje, tyle tylko, że jest kontrowersyjny w bardzo dobrym towarzystwie. Mała dygresja warta może uśmiechu. Pierwszy sekretarz partii komunistycznej częstuje robotnika zagranicznym, luksusowym papierosem. Ten bierze, dziękuje i chowa papierosa. Nieco zdumiony sekretarz pyta:” Ale dlaczego nie zapalicie? – A wiecie towarzyszu takiego papierosa to trzeba zapalić w dobrym towarzystwie.” No więc Franciszek jest kontrowersyjny w dobrym towarzystwie. Jego Szef, kiedy chodził po ziemi był niesłychanie kontrowersyjny i budził skrajne emocje. Jedni prosili Go o uzdrowienie i nazywali synem Dawida, a inni mówili, że postradał zmysły. Niektórzy mówili, że nie są godni aby wszedł do ich domu, a inni, że ma w sobie Belzebuba.

Większość  świętych, a właściwie chyba wszyscy, byli kontrowersyjni. Aż strach pisać co wyprawiał święty imiennik dzisiejszego Papieża, św. Jana Bosko chcieli wsadzić do wariatkowa. O rzeszy pukających się w czoło na widok tych, którzy potem byli wyniesieni na ołtarze, nawet szkoda pisać. Z. Kossak – Szczucka zbiór swoich opowiadań o świętych zatytułowała „Szaleńcy Boży”. Dziś wszystko jest kontrowersyjne, a najbardziej kontrowersyjna… jest prawda. Cokolwiek powiesz, co nie jest zgodne z popularną czy wręcz głupią opinią, od razu słyszysz, że to są poglądy skrajne, a ty jesteś osobą kontrowersyjną, co oczywiście komplementem nie jest. Życie zaczyna się od poczęcia, a narzeczeni powinni zachować czystość przed ślubem, to tylko dwie najbardziej kontrowersyjne opinie i to nierzadko wśród ludzi mówiących o sobie, że są chrześcijanami.

Kiedy więc Franciszek mówi, że Ewangelia nie jest tylko od słuchania, ani nawet od czytania, tylko jest po to aby nią żyć każdego dnia, kiedy mówi, że Bóg kocha każdego człowieka, także a może przede wszystkim tych którzy błądzą, no to on jest kontrowersyjny. Przecież opinia, że Jezus kocha:” dziwki i pedałów, rozwiedzione małżeństwa i cudzołożników, a także zarobaczonych uchodźców” jest opinią skrajnie emocjonalną, a ten który ją wypowiada jest królem kontrowersji.

Chrześcijanie litości!

PS Ten tekst nie jest oczywiście jakąkolwiek aluzją do komentarza opatrzonego podpisem „thorgi”

 

Trochę o polityce

 

 

Słowo „polityka” nieodmiennie kojarzy się źle, zawodowy polityk to profesja o bodaj najmniejszym autorytecie społecznym. W powszechnym przekonaniu polityka to szambo, a szambo jak wiadomo należy omijać szerokim łukiem. A jednocześnie nie da się od polityki uciec, bo przecież polityka to nic innego jak urządzanie wspólnej rzeczywistości w której żyjemy. Polityk to w zasadzie taki sam zawód jak każdy inny. Skąd więc tak złe mniemanie o politykach?

Otóż „utarło” się przekonanie, często niestety słuszne, że przy owym urządzaniu wspólnej rzeczywistości, politycy urządzają także swoją rzeczywistość. Nie byłbym tak bardzo surowy w ocenie tego faktu, gdyby nie to, że niemała ich liczba urządza tylko tę własną, a to już jest wyjątkowe draństwo. Fakt, że jest wielu niegodnych polityków, nie oznacza, że należy zrezygnować z polityki czy jeszcze częściej, być wobec niej obojętnym. Mamy złych i dobrych lekarzy, nauczycieli, także księży. Czy to ma znaczyć, ze nie będziemy się leczyć, uczyć czy chodzić do kościoła? Od polityki nie da się uciec. Mój śp. duszpasterz akademicki bardzo nas zachęcał do nauki i do wszelakiej możliwej aktywności, bo jeśli sobie to „odpuścimy”, to nasi bracia marksiści tak nam urządzą Polskę, że się nam w niej nie będzie chciało żyć.

Od polityki nie może także uciec Kościół, także nasz polski Kościół. Rzecz jasna nie chodzi o to by na listach wyborczych pojawiły się nazwiska księży, niepotrzebni są księża ministrowie, a parafia nie może być komórką organizacyjną takiej czy innej partii. Jeśli jednak rozumiemy politykę w szerszym tego słowa znaczeniu, jako właśnie urządzanie wspólnej rzeczywistości, to Kościół nie może milczeć. To prawda, że to urządzanie jest domeną świeckich, ale jeśli tak można powiedzieć, nadzór moralny nad tą działalnością, jest zadaniem Kościoła. Kształtowanie wrażliwości społecznej, budzenie sumień, wskazywanie jakie działania polityków są niezgodne z Ewangelią, a szczególnie tych polityków, którzy się na tę Ewangelię powołują, jest duszpasterskim obowiązkiem Kościoła.

Polityka to także promowanie ogólnoludzkich wartości. I znowu, zajmuje się tym wiele organizacji świeckich, ale Kościół w miarę swoich możliwości powinien dawać konkretnym działaniom tychże organizacji swoje moralne wsparcie. Wyjście naprzeciw ludziom, którzy czynią dobro, choć nie identyfikują się z nauczaniem wiary jakie jest misją Kościoła, może być czytelnym świadectwem miłości bliźniego, każdego bliźniego. Przecież to jest jądro naszej wiary! A tymczasem mamy plemiona, które się przekrzykują – my jesteśmy od tego, my od innego, a wy się wynoście. Klasycznym przykładem takiego podejścia jest co roku finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przecież to nie jest plemienne zbieranie dla swoich! Nie uważam, że Kościół ma się organizacyjnie włączyć w WOŚP, ale na litość czy Kościół nie może powiedzieć do tych młodych ludzi parę ciepłych słów? Zapewne niektórzy uznają to za politykę, ale od takiej polityki Kościół nie powinien się odwracać.

Krzywda konkretnych ludzi, czy środowisk powinna być wyzwaniem dla Kościoła i nie ma to nic wspólnego z wąsko pojmowaną polityką. To powinna być polityka miłości do drugiego człowieka, może właśnie w tym zestawieniu słowo „polityka” odzyska swoją wartość. Sprowadziliśmy politykę do znaczenia czysto partyjnego i dziś problemem polskiego Kościoła jest przekonać wiernych, że odstępuje od tak rozumianej polityki. Nie będzie to łatwe. Nie łatwo będzie zapomnieć obojętność Kościoła choćby w czasie protestu niepełnosprawnych w Sejmie. Padło wówczas bardzo smutne stwierdzenie wybitnego przedstawiciela Kościoła, że tenże nie pisze ustaw. Można by było złośliwie zapytać – czyżby? Zwyciężyła wówczas w obrębie Kościoła polityka partyjna. W PRL-u był taki dowcip wykorzystujący podwójne znaczenie słowa „wiać”. Sednem dowcipu było pytanie:” Co robić, jak wieje wiatr ze wschodu? Odpowiedź brzmiała:” Wiać razem z nim”. Otóż od takiej partyjnej polityki Kościół powinien właśnie wiać, wiać tam „gdzie pieprz rośnie”.

Przekazywanie wiary, kształtowanie tej wiary, Kościół na co dzień kieruje do chrześcijan i do tych, którzy tej wiary szukają, dla wszystkich innych, którzy może nigdy nie przekroczą progu Kościoła, powinien głosić i czynić politykę wrażliwości, czułości,  zrozumienia i delikatności. Taką politykę realizuje kochany Franciszek i do takiej namawia nas wszystkich.