Przymuszenie Szymona z Cyreny


 

 

„Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować. I przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa, który wracając z pola właśnie przechodził, żeby niósł krzyż Jego” (Mk 15, 20 – 21)

 

 

Wracałeś Szymonie po dniu ciężkiej pracy do domu. Myślałeś jak przyjemnie będzie usiąść w swojej lepiance, bo bogaczem chyba nie byłeś, i podnieść do ust kubek rozcieńczonego wodą wina. Dzieci przestaną na moment hałasować, by nie przeszkadzać zmęczonemu pracą ojcu. Tak miało być.

A potem twoja żona Rebeka, jakież to piękne imię, położy przed tobą misę z gotowaną soczewicą, polaną oliwą z czosnkiem. Będziesz powoli posilał się, co chwila odwracając głowę, by zobaczyć bawiące się dzieci i swoją Rebekę. A potem usiądziesz przed swoją chatą i będziesz patrzył na zachodzące słońce. Będziesz radował się spokojem i odpoczynkiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że twoje życie jest monotonne, ale ty się nim cieszysz. Potem pójdziecie spać, dzieci, zmęczone całodzienną zabawą natychmiast usną, a ty przytulisz swoją Rebekę i będziecie cieszyli się ciszą nocy.

A jutro? Jutro tak jak dziś wstaniesz rankiem i pójdziesz w trudzie i znoju pracować abyś ty, twoje dzieci i twoja Rebeka, miały co jeść i w co się przyodziać, by na stole szabasowym nie brakło dzbana z winem i świątecznych potraw. Tak mogło być.

I kiedy o tym wszystkim myślałeś nagle zobaczyłeś Jego, pewnie Go nie znałeś. Widok był straszny. Skazaniec co chwila padający pod ciężarem belki krzyża, twarz zakrwawiona, jakiś żołdak wykrzykujący pod Jego adresem obelgi, by szedł do przodu. Wokół tłum gapiów.

Musiał któryś z żołnierzy cię zobaczyć, wyglądałeś na silnego, przyzwyczajonego do ciężkiej pracy, człowieka, żołnierz wiedział, że On nie da rady donieść krzyża na miejsce kaźni i przymusił ciebie byś Mu pomógł. Mogłeś się nie zgodzić, no pewnie, ale wiedziałeś co to okazać nieposłuszeństwo zniecierpliwionemu żołnierzowi. Zacisnąłeś zęby, włożyłeś krzyż na swoje ramiona i poszedłeś z Nim. Kiedy już dotarliście na miejsce, szybko pozbyłeś się ciężaru i pośpiesznie wróciłeś do domu.

Nic nie powiedziałeś, to nie była sprawa o której chciałoby się mówić. Na pewno jednak nie zapomniałeś, co cię spotkało. Może gdy już nieco ochłonąłeś, po wydarzeniach tego dnia, starałeś się czegoś dowiedzieć o Jezusie (imię Jego pewnie już poznałeś), może nawet doszły do ciebie wieści o Jego zmartwychwstaniu. Nieraz kiedy przymknąłeś oczy, odtwarzał się w twojej wyobraźni ten upiorny orszak i ty niosący krzyż skazańca. Może kiedyś opowiedziałeś o tym swoim dorastającym synom? Niestety nic więcej o tobie nie wiemy, nie znamy twoich dalszych losów, ale jedno jest pewne – twoje imię zostało zapisane po wsze czasy w Księdze Życia. I nieważne, że zostałeś przymuszony przez rzymskiego żołdaka, pomogłeś Jezusowi i to już na zawsze będzie związane z twoim imieniem.

Boimy się krzyża, wzdragamy się przed jego niesieniem, oburzamy się gdy słyszymy, że mamy go wziąć na swoje ramiona. Jesteśmy wolni, nie chcemy być przymuszani. No to jak? Pójdziemy Mu pomóc naśladując Szymona, czy odwrócimy wzrok stwierdziwszy, że nie moja to sprawa?

 

Umywanie nóg (dzisiaj)


 

 

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował .

W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać,

 wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie,

 wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał.

 Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. […]

  A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: «Czy rozumiecie, co wam uczyniłem?

 Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem” i dobrze mówicie, bo nim jestem.

 Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi.

 Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem (J 13, 1-15)

 

             „Czy rozumiecie , co wam uczyniłem?

 

Pewnie, że rozumiemy. Tyle dobrych ludzi pokazują w telewizji. Człowiek sobie siedzi i patrzy jak te siostry opiekują się tymi głodnymi murzynkami. A przecież są tacy co zajmują się tymi chorymi na AIDS. Człowiek by się bał do takiego podejść, a one ich przytulają. Niesamowite!

 

„Czy rozumiecie, co wam uczyniłem ?”

 

Albo te dzieciaki w hospicjum. Sam widziałem jak tacy młodzi siedzą przy nich i bawią się z nimi, bawią się, ale i pampersy zmieniają, a  przecież taki dzieciak  porzyga się, i narobi. Szkoda gadać! Najgorsze to te menele, bezdomni niby. Chla to byle co, a potem zdycha. Ale są porządne ludzie. Zbierają ich do tych noclegowni, obesrane to i zawszone, a oni myją i karmią. Właściwie to powinny się tym zajmować  jakieś służby, no ale jak są tacy porządni ludzie to czemu nie. Ci apostołowie  też pewnie takich czystych nóżek  nie mieli, a jednak. Kiedyś taki menel zaczął mi mówić „dzień dobry”, człowiek odpowiada, no bo w końcu kultura. No to on kiedyś pyta mnie czy bym mu nie kupił bułki i mleka. Szlag mnie trafił, ale kupiłem, co miałem robić ? Teraz jak mi mówi to swoje „dzień dobry” to tylko wzruszam ramionami.

Ten jeden procent daję, w końcu państwo i tak to weźmie, niech te bidy z tych tam hospicjów się cieszą. Przysyłają takie podziękowania, to je sobie zbieram. Niech moje dzieci wiedzą jakiego mają porządnego ojca, co to nie tylko chodzi do kościoła, ale i pomaga innym. Ale tu też jest problem. Kiedyś wracałem z synkiem ze spaceru, a tu taki bezdomny siedzi na schodach. Dziecko się wystraszyło i potem cały wieczór musiałem mu tłumaczyć, że są ludzie i ludzie.

„Czy rozumiecie, co wam uczyniłem ?”                              

Kochany Franciszek!


 

Mija kolejny rok pontyfikatu papieża Franciszka. Zdołał dotychczas zrobić wiele ważnych rzeczy, zapoczątkować reformy mające kolosalne znaczenie dla całego Kościoła. Niektórzy sądzili, że przy okazji zreformuje wiarę katolicką, ale sromotnie się zawiedli. W niczym nie ujmując tym działaniom Papieża, jego najważniejszą „reformą” było pokazanie całemu światu, że Ewangelię można traktować dosłownie.

Przez wieki po narodzeniu Chrystusa my chrześcijanie włożyliśmy sporo autentycznego trudu, by tę Ewangelię dostosować do naszej małości. Kolejne pokolenia wyznawców Jezusa kombinowały „jak zjeść ciastko i mieć ciastko”. Myśl „chrześcijańska” wznosiła się na wyżyny geniuszu. Jak pościć i być sytym, jak dać jałmużnę i nic nie stracić. Jak pokorę i służbę najmniejszym pogodzić z bogactwem, pychą i żądzą władzy. Jak kochać nieprzyjaciół i jednocześnie ich wyrzynać .

A kochany Franciszek po prostu żyje Ewangelią. Chodzi „w buciorach” jak wielu z nas, mieszka jak wielu z nas. Ja noszę torbę i on nosi torbę. Na każdym kroku udowadnia, że Ewangelia to nie  opowieść do uroczystego czytania, tylko scenariusz życia codziennego z Chrystusem. Scenariusz taki sam dla mnie, dla księdza, dla biskupa i papieża.

Na marginesie tych refleksji – niektórzy snują opowieści o tym jak by to żył i nauczał Jezus w XXI wieku? Z pewnością – mówią -jeździłby „terenówką” z górnej półki ( „na litość boską cóż to jest samochód za 150 tysięcy” – konferencja prasowa bardzo ważnego duchownego), miałby prywatny odrzutowiec – ewangelizować trzeba cały świat i jacht dalekomorski – nawracanie rybaków.

No nie jestem pewien. Gdy chodził po Galilei, właśnie chodził, Jego nauczanie też mogło być bardziej „wypasione”, a On ku zdumieniu wielu, On Bóg, Mesjasz, Syn Boży czynił dokładnie to, o czym mówił.

 

            Jakaś pozytywna refleksja ? – Może taka. Kiedy mając dwie suknie nie dam jednej temu, który nie ma czym przykryć grzbietu, kiedy dam datek z tego co mi zbywa, kiedy post zamienię na wegetariańskie obżarstwo, to trzeba się uderzyć w pierś i jak ów celnik powiedzieć:” Boże bądź miłościw mnie grzesznemu”. Pokornie proszę przymnóż mi wiary! Amen

 

Między Niedzielą a Piątkiem


 

 

„Nazajutrz  wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz „Król izraelski!”    (J 12, 12-13)

 

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Co stało się, że „Hosanna” zmieniło się na „ukrzyżuj”? To był ten sam Jezus i pewnie ci sami ludzie. Wprawdzie Ewangelista napisał, że faryzeusze podburzyli tłum, ale zaraz, zaraz, to oni sami zwykli ludzie nie widzieli cudów Jezusa, nie słuchali Jego nauk, nie potrafili ocenić czy był winny czy niewinny?

Zawsze byli i są tacy, którzy podburzają innych i co z tego? Od czego mamy rozum i sumienie? Czy zamiast twarzy mamy dziób, który otwieramy tylko na jadło, a potem wdzięcznie kwaczemy? To jest nasz człowieczy los?

Co stało się między Niedzielą Palmową a Wielkim Piątkiem? Nie wiemy, ale może tak. W każdym z nas jest wielkość i małość, bogactwo i nędza. Może trzeba nieustannie patrzeć na swoją błazeńską twarz i wiedzieć, że mądrość, prawda i dobro nie zostały nam dane raz na zawsze. Wiedzieć, że grzech, że skłonność do niego jest realną częścią naszej osoby.

Jeśli o tym zapomnimy to tymi samymi rękoma raz będziemy klaskać, a raz przybijać do krzyża.

Czy spróbuję Go naśladować?

 


 „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.   (Flp 2, 6-8)

Jezus nie skorzystał ze sposobności, a nie byle jaka to była sposobność, wszak mógł być na równi z Bogiem, przyjął jednak postać sługi, uniżył samego siebie i był posłuszny. Uczynił to „stawszy się podobnym do ludzi”. Nikt nie może powiedzieć, że Jego cierpienie i męka były „boskie”,  w domyśle bardziej komfortowe. To była największa solidarność z człowiekiem, solidarność do ostatniego kawałka ciała, ciała maltretowanego i poniżanego, a przecież było jeszcze, trudne do ogarnięcia, cierpienie duchowe. Jak każdy człowiek bał się jednego i drugiego.

„Nie skorzystał ze sposobności” – my jakże często korzystamy ze sposobności by zrobić dobry interes nie bardzo dobrymi metodami. Bogami nie jesteśmy ale jakieś pomniejsze funkcje, synekury i stanowiska mamy i aż się prosi by skorzystać ze sposobności i jakiś dodatkowy kąsek złapać do pyska.

Nie jestem marzycielem znam także swoją naturę, więc może na początek choć tyle, aby nie być dumnym, że „miałem farta”, że mi się „fartnęło”, udało zakombinować kosztem bliźniego To może być dobry wstęp do naśladowania Jezusa, który „ nie skorzystał ze sposobności

Człowiek w zabrudzonej szacie

 

„Bracia moi, niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby. Bo gdyby przyszedł na wasze zgromadzenie człowiek przystrojony w złote pierścienie i bogatą szatę i przybył także człowiek ubogi w zabrudzonej szacie, a wy spojrzycie na bogato odzianego i powiecie:” Usiądź na zaszczytnym miejscu”, do ubogiego zaś powiecie:” Stań sobie tam albo usiądź u podnóżka mojego, to czy nie czynicie różnic między sobą i nie stajecie się sędziami przewrotnymi ? (Jk 2, 1-5)
Ładnie powiedziane, a co najważniejsze w pełni się z tym zgadzamy. Taka równość, braterstwo i solidarność, nawet jak ktoś po cichu myśli inaczej, to głośno mówić o tym nie wypada. W codziennym życiu trzeba jednak trochę się nagimnastykować, żeby słów Apostoła nie brać dosłownie, a jednak wyjść z twarzą. Nie może tak być, żeby byle magistra traktować tak samo jak szacownego profesora, jakiegoś gołodupca posadzić zaś obok ważnego sponsora, który zasili nasz interes zastrzykiem gotówki i załatwi lukratywne zamówienie.
Pewnie, człowiek jest kulturalny, każdemu poda rękę, ale hierarchia musi być, cały świat jest tak zbudowany. Ten w wytartym garniturku może sobie być, to dobrze o nas świadczy, znaczy o naszej szlachetności. On sam powinien jednak wiedzieć, że w każdej sali są kąty – cztery, cztery do wyboru, niech sobie wybierze jeden i już będzie wilk syty i owca cała. Może nawet zabrać głos i zgodzić się z szanowanymi przedmówcami.
Coś tam wprawdzie było o pierwszych i ostatnich, ale przecież każdy wie, że biednemu wiatr zawsze w oczy, a bogatemu kogut jajka znosi – tak to jest urządzone od wieków i my tego nie zmienimy. Że niby sędziami przewrotnymi – ojej, od razu tak zasadniczo, życie po prostu.

Kłamstwo jako prawda

Używając języka wielbicieli piosenkarzy i piosenkarek, nie jestem fanem arcybiskupa Hosera, ale wyznaję zasadę, że nie ważne kto mówi, ważne co mówi. Czytam więc streszczenie homilii arcybiskupa zamieszczone na” Deonie”i kiwam głową z uznania, niestety do czasu. Czytam i nie wierzę swoim oczom, biskup oznajmia, że płacimy Unii Europejskiej… kontrybucję. Absolutnie nie wierzę, że ks. arcybiskup i racji wieku i z racji wykształcenia nie wie co oznacza słowo „kontrybucja”. Według Słownika wyrazów obcych PWN kontrybucja to:” 1/  Danina pieniężna narzucona przez państwo zwycięskie w traktacie pokojowym państwu pokonanemu. 2/ Danina nakładana przez władze okupacyjne na ludność kraju okupowanego w czasie wojny, mająca charakter opresyjny.

Mam więc rozumieć, że żyję ja i moi rodacy w kraju okupowanym przez Brukselę („Wczoraj Moskwa dziś Bruksela” – tytuł z „Naszego Dziennika”). Ale to nie koniec. Arcybiskup ostrzega przed arbitrażem „obcych mocarstw” w sprawach wewnętrznych i podaje przykład Polski w czasie rozbiorów, gdy zdrajcy i zaprzańcy za judaszowe srebrniki otrzymane od wrogich mocarstw, niszczyli Polskę. Cienką aluzję arcybiskupa pojmuję i uważam ją za obrzydliwą. Nie podważam władzy arcybiskupiej, tam jednak gdzie wypowiada się w sprawach politycznych ma takie same prawa jak ja. Jesteśmy równi wobec majestatu Rzeczpospolitej i nie ma prawa mnie i bardzo wielu moich rodaków obrażać i poniżać. Za mały jestem dla arcybiskupa, aby te moje słowa dotarły do niego. Może ktoś większy i ważniejszy ode mnie uświadomi mu zło jakie czyni.

Boża moc

„Pan moją mocą i tarczą” (Ps 28)
Niezbyt chętnie sprawstwo naszej mocy przypisujemy Bogu. Raczej sądzimy, że jesteśmy mocnymi ludźmi ot tak sami z siebie. Znajduje to nawet odbicie w popularnym powiedzeniu – „jestem w tym mocny”. Twardziel to znowu synonim szczególnie mocnego człowieka, który oczywiście zawdzięcza to samemu sobie. Tymczasem Wszechmocny nie tylko wyprowadził Żydów mocną ręką z ziemi egipskiej z domu niewoli, nie tylko podaje Piotrowi mocną i pomocną dłoń, gdy ten zaczyna tonąć, ale każdego dnia swoją mocą nas strzeże i ochrania. Strach pomyśleć co by było, gdyby jej nie było. Pięknie jest to przedstawione w hymnie do Ducha św. :” Bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia. Jeno cierń i nędza”

Mówimy też o Opatrzności Bożej. Nie wiemy jak ona działa, ale wiemy, że Bóg jest kochającym Ojcem dla swojego stworzenia. Każdy dobry ziemski ojciec myśli o swoich dzieciach i otacza je troską, choć bywa, że są fizycznie bardzo daleko od niego. Nie wiemy jak to dociera do naszych dzieci, ale wierzymy, że to ma głęboki sens, że tworzy jedność serc. Jesteśmy mocni mocą jakiej udziela nam Pan. To dzięki niej możemy transmitować miłość i dobro.

Bóg nie oszczędza swojej mocy, nie strzeże jej zazdrośnie jak olimpijscy bogowie. On czeka na nasze :”Panie ratuj, bo giniemy” i wyciąga swoją dłoń, od nas zależy czy ją uchwycimy. On który zna nasze myśli , pragnienia i tęsknoty, wychodzi im naprzeciw. Zobaczył swojego marnotrawnego syna gdy ten „był jeszcze daleko” i wybiega na jego spotkanie.

Pan hojnie rozdaje i dzieli się swoją mocą, święci są tego najlepszym przykładem, ale każdy z nas dostaje cząstkę tej mocy do zagospodarowania w swoim życiu. Czy ją rozpoznamy u siebie i wykorzystamy ?

Biada bogaczom

„A teraz wy bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby… Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabiliście sprawiedliwego : nie stawia wam oporu” (Jk 5, 1-6)
Zasłyszana niedawno opowieść. Kilku pracowników wykonujących bardzo ciężką pracę, poszło do właściciela firmy z prośbą o podwyżkę mizernej pensji. Ten nawet życzliwie i ze zrozumieniem ich wysłuchał, po czym w geście bezradności rozłożył ręce i stwierdził, że po prostu nie ma środków na zaspokojenie ich żądań. Cóż z pustego jak wiadomo i Salomon nie naleje, a co dopiero zwykły właściciel firmy. Na szczęście mądrości ludowe nie zawsze się sprawdzają, bo po kilku tygodniach właściciel podjechał nowiutką „furą” za milion złotych, wyraźnie dając do zrozumienia, że mądry król mógłby się od niego uczyć.
Właściciel nie był : a/ Żydem b/ masonem c/ przedstawicielem złowrogiej światowej finansjery, był Polakiem z dziada pradziada, ochrzczony, ślub w Kościele. Należy do odłamu katolików „religijny bez przesady”, ale od czasu do czasu chodzi do Kościoła. Nawet gdyby przypadkiem usłyszał wspomniany fragment listu św. Jakuba, pewnie nie skojarzyłby, że to także o nim mowa. Przywykliśmy bowiem, że relacje finansowe między ludźmi nie podlegają ocenie moralnej. Wszak bardzo trendy jest głosić, że światopogląd zostawiamy przed drzwiami firmy czy urzędu. Zwykły tzw. przyzwoity człowiek miałby moralnego kaca gdyby sąsiadowi ukradł nawet niewielką sumę pieniędzy, to że okrada swoich pracowników ze sprawiedliwej zapłaty to właściwie powód do dumy, znaczy dobrze prowadzi interesy.
Czytam bardzo mądre opracowania na temat ekonomii kryzysów, skądinąd napisane przez inteligentnych ludzi, i ogarnia mnie pusty śmiech. Niesłychanie poważnie „odkrywają Amerykę” i z zapałem wyważają dawno otwarte drzwi. Po głębokim namyśle stwierdzają, że przyczyna wyniszczających kryzysów tkwi… w ludzkiej chciwości, w niesprawiedliwym podziale dóbr, w traktowaniu pieniądza jak boga i że kapitalizm bez systemu wartości, nie jest prawdziwym kapitalizmem. Pięknie, tylko to „odkrycie” jest nieco spóźnione.
A wystarczyłoby poczytać Stary i Nowy Testament pod kątem tego, co jest tam napisane o pieniądzu, o bogaczach i o tym do czego prowadzi bicie pokłonów przed bożkiem mamony. List św. Jakuba powinien być lekturą obowiązkową bankowców, menadżerów i właścicieli firm. Może wówczas zrozumieliby, że nie da się zjeść dwóch obiadów i jeździć dwoma samochodami równocześnie, a ich nieuczciwie zdobyte bogactwa prędzej czy później diabli wezmą, a oni staną na Sądzie Bożym tak jak ich matka urodziła.

Co mnie się nie podoba?

 
1/Zastąpienie słowa „warto” słowem „opłaca się”. Większość wartości się nie opłaca i to wystarczy by ich nie praktykować.

2/ Przyjemność jako kategoria moralna. Moralne jest to, co przyjemne. Jeżeli nie jest przyjemne, jest bezużyteczne i należy tego unikać. Życie w tej narracji jawi się jako nieustanne poszukiwanie przyjemności. Według W. Tatarkiewicza trudno sobie wyobrazić szczęście bez przyjemności, ale nawet bardzo dużo przyjemności nie tworzy szczęścia.

3/ Odrzucenie kategorii wstydu w relacjach międzyludzkich. Życie staje się śmietnikiem. Każdy może przyjść , wrzucić swoje brudy i jeszcze uważać to za powód do dumy.

4/Nachalna propaganda „ sztuki”, której głównym, a często jedynym celem jest obrażanie, upokarzanie i wyśmiewanie innych. W zależności od epoki i cywilizacji sztuka zawsze miała różne cele, nie zawsze chwalebne, ale dziś jest to często żerowanie hieny na najbardziej podłych i głupich obliczach ludzkiej rzeczywistości.

5/ Podgryzanie, podszczypywanie ( to jeszcze nie prześladowanie!) ludzi, którzy chcą żyć wartościami, kreowanie ich na matołów nie rozumiejących biegu postępowej ludzkości ku świetlanej przyszłości.

Potrzeba zatem postawić ważkie pytanie o naszą chrześcijan reakcję. Obojętność byłaby najgorszą z możliwych, ta zresztą może być grzechem zaniechania.
Najbardziej popularną reakcją jest walka z wrogiem. Język militarny. W tej poetyce bliźni z którym się nie zgadzam, to wróg. Wroga trzeba w najlepszym razie unieszkodliwić, odebrać mu godność i cześć, ale wróg myśli tak samo. Wobec tego trzeba walczyć. I tak od zarania świata, zmieniają się tylko techniki walki. I choć walka prowadzona jest na wyniszczenie przeciwnika, to nigdy i nikomu nie udało się odnieść całkowitego zwycięstwa, a to już powinno zwolennikom walki dać dużo do myślenia. Szczytem sukcesu jest rozejm. Strony umawiają się, że robią sobie przerwę od walenia się po łbie. Gdy tylko jedna z nich uzna , że jest silniejsza ponownie staje do walki i historia toczy się jak poprzednio.

Drugą co do popularności metodą jest protest. Protest ma swoją wartość w naszej ludzkiej rzeczywistości i może być czymś pięknym, ale nie „z automatu”. Protest powinien dotyczyć tego, co faktycznie jest bardzo ważne. Rozum a nie emocje musi podpowiedzieć kiedy warto i trzeba protestować. Protest musi być szlachetny, dotyczyć znieważanego dobra, a nie takich czy innych interesów. Nie można protestować przeciwko ludziom, ale ich czynom i choć w praktyce jest to bardzo trudne, to tylko takie zachowanie jest zgodne z duchem Ewangelii. Jeżeli my chrześcijanie będziemy protestowali przeciwko wszystkiemu, co nie zyskuje naszej aprobaty, to będziemy śmieszni, a śmiesznych ludzi i ich śmiesznych protestów, nikt nie będzie traktował poważnie. Trudno nie zauważyć dewaluacji protestu.

Jako chrześcijanin jestem przekonany, co nie jest żadnym „odkryciem Ameryki” że najlepszą reakcją na zło jest ukazanie czytelnego i bezinteresownego dobra. Bywa, choć oczywiście nie zawsze, że ma to bardzo praktyczny i natychmiastowy, pozytywny skutek.
Pokazujmy Boga naszym bliźnim w taki sposób, by Go zobaczyli w nas. Jeżeli to dostrzegą jest szansa, że za Nim pójdą bez naszego „nawracania”